poniedziałek, 27 marca 2017

Gonić króliczka...

Wszyscy mamy jakieś plany, jakieś marzenia, których realizacja napędza nam baterie niezbędne do życia, do aktywności, która nie pozwala naszemu mózgowi zwiędnąć jak niepodlewana roślina. Oprócz wspomnianych miewamy także zachcianki, niekoniecznie kulinarne i tzw. króliczki, za którymi gonimy do utraty tchu, jak koń za przysłowiową marchewką.
Bywają jednak takie marzenia czy raczej zachcianki, których realizacja okazuje się okupiona zbyt dużym wysiłkiem lub nakładem finansowym, bądź też nasze oczekiwania wobec wyczekiwanego są zbyt wygórowane i na finiszu przeżywamy rozczarowanie.
Czytałam kiedyś o nabywcach bardzo wiekowego wina za bajońskie sumy i wino to okazało się wcale nie takie smaczne, jak się spodziewali nabywcy.
Inny przykład to oszczędzanie na wakacje marzeń i okazało się, że miejsce nie było warte ceny i może lepiej było pojechać gdzieś w bardziej swojskie klimaty lub spędzić ten czas z rodziną.

Sama miałam taki oto przypadek: w czasach siermiężnych, gdy handel oferował bardzo ograniczony asortyment towarów, a sklepy prywatne i komisy towarów zagranicznych dopiero raczkowały, upatrzyłam sobie torbę marzeń, ze skóry, z pięknymi okuciami, niedostępną dla mnie od strony finansowej. Byłam jednak tak zdecydowana, że postanowiłam odkładać zaskórniaki, byle ją mieć. Oszczędzałam długo, odmawiając sobie wielu rzeczy.
Gdy wreszcie przyszedł moment zakupu, jechałam do dużego miasta po moją torbę , niesiona skrzydłami zachcianki. Ten amok trzymał mnie do powrotu do domu. Później zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że taka droga, że ciężka, niepraktyczna, że żal ją nosić, bo ta piękna skóra się zniszczy itd.
Po co więc kupiłam tę torbę, skoro okazała się jak drogocenny obraz, który trzeba trzymać w sejfie, bo takiego dzieła nie wiesza się po prostu nad kominkiem …wymarzona rzecz przestała mnie jakoś cieszyć od momentu, gdy stałam się jej właścicielką.

Czasami przeżywamy mniejsze lub większe rozczarowania z różnych przyczyn, ale czy to nie jest właśnie tak, że niektóre zachcianki powinny pozostać w sferze marzeń, bo ich realizacja już nas tak nie cieszy, jak samo oczekiwanie?
Znam takie osoby, które funkcjonują od marzenia do marzenia, od planu do planu, bo realizując jedno już myślą o następnym, jest to istota ich życia i jest to jakaś "pazerność" na wrażenia, uzależnienie od spełnienia, a że uczucie spełnienia szybko mija, więc szukają następnego króliczka, za którym będą gonić...

piątek, 24 marca 2017

Minione? niekoniecznie ....

Minione nie musi być zapomniane, przestarzałe, brzmiące niemodnie...dowodzą tego utwory wybrane do recitalu, piosenki niemal stuletnie, a jakże aktualne.
Na zdjęciu z lewej widzicie przepięknie skromne lecz na srebrzystym papierze zaproszenie do wysłuchania utworów, każdy z nas zastał takowe na swoim fotelu.
Pozwólcie, że posłużę sie słowami artystki, która opowiada co i dlaczego śpiewa:
"Ta muzyka ma w sobie wielkie zmysłowe piękno i tajemnicę, unikatową melodyjność. Polskie, żydowskie, czasem rosyjskie tematy z nutą melancholii...śpiewająca Ordonka, Fogg, siostry Triola - nigdy nie wiesz, co może być inspiracją i pobudzić do odkrywania nowych kierunków w muzyce..."
Miłym zaskoczeniem był też budynek Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki, nowo wybudowany, ciekawie zaprojektowany, o którym nie wiedziałam, że istnieje, bo w tej części Torunia nieczęsto bywam. Organizują tam własne koncerty lub wynajmują sale, a jaka akustyka! Wydawało się, że słychać szelest fałd czerwonej sukienki wokalistki.

Na takim recitalu powinno się bywać przynajmniej raz w roku. Obcowanie z muzyką na żywo to jednak niezapomniane przeżycie. Nie znałam zbyt dobrze Anny Marii Jopek, no może z kilku piosenek usłyszanych w mediach.
Tym razem towarzyszyli jej kubańscy artyści: Gonzalo Rubalcaba, Jose Armando Gola oraz Ernesto Simpson. Nawet nie przypuszczałam, że przyjdzie mi podziwiać na żywo tak utytułowanego pianistę, bo Rubalcaba otrzymał 15 nominacji do nagrody Grammy, nie mówiąc o innych wyróżnieniach, głównie za albumy jazzowe. Boże, jak on gra….
Recital zatytułowany MINIONE – minione uczucia, mijające melodie, klimat minionego świata, nieprzemijające elementy naszego życia: miłość, zdrada, nienawiść, kłamstwa, pożądanie, upokorzenie…
Wspaniałe, niespotykane aranżacje znanych utworów, między innymi OSTATNIEJ NIEDZIELI. Pamiętam wykonanie Piotra Fronczewskiego, że aż ciarki biegały po plecach. Tu inna, kobieca wersja , równie przejmująca, ale nie płaczliwa…
W połowie spektaklu artystka robi sobie przerwę, ale w tym antrakcie nie pozostajemy z pustką i ciszą, widzowie rozkoszują się solowymi popisami pianisty, gitarzysty i perkusisty.
Za jazzem nie przepadam, ale w takiej wersji przyjemnie było posłuchać różnych kawałków i popisów solowych.
Co mnie najbardziej urzekło? Klimat recitalu, ascetyczna scenografia, skromność i stopień skupienia wykonawców, dobór utworów. 90 minut minęło niepostrzeżenie, gromkimi brawami na stojąco wyprosiliśmy dwa bisy, żal było wychodzić w deszczową noc…


Spektakl wart obejrzenia nie tylko na scenie teatru, równie dobrze wybrzmiałyby te utwory w specyficznym klimacie przedwojennej restauracji, gdzie przy lampce wina zobaczyłbyś panie i panów z wyższych sfer lub przedstawicieli artystycznej bohemy.


Jak czytamy jeszcze w zaproszeniu na recital: utwory, które nam przedstawiono są wyrazem miłości i szacunku do tego, co minione oraz okazją do poszukiwań, by przy pomocy wyobraźni tworzyć teraźniejszość, przemierzać pokłady pamięci, składając hołd przeszłości...

środa, 22 marca 2017

Takie tam...

Gdybym była poetką
napisałabym wiersz,
choćby krótki,
może wierszyk o wiośnie?
Mógłby mieć jakieś rymy
lecz mógłby i bez
rymów naśladować poezję.

Gdybym była poetką
napisałabym kilka
strof wesołych lub smutnych
jak życie....
Gdyby wiersz taki powstał
czy znaczyłoby to, że
mógłbyś już nazwać
mnie poetką?

Pod wpływem chwili napisałam, bo jestem w nastroju do wierszy. Wróciłam wczoraj późno z recitalu Anny Marii Jopek. Napiszę o tym, ale jeszcze przeżywam, więc dajcie mi czas...

niedziela, 19 marca 2017

Na czarną godzinę...

Nikt z nas nie wie, ile lat przyjdzie mu przeżyć i jakie koleje losu będą jego udziałem.
Każdy pewnie chciałby żyć długo, szczęśliwie i w dobrym zdrowiu. Może dlatego właśnie odkładamy zawsze coś na czarną godzinę, oszczędzamy pieniądze i rzeczy, odsuwamy w czasie pewne sytuacje, bo nigdy nie wiadomo, kiedy nadejdą gorsze czasy.
Wierzymy, że na wszystko jeszcze mamy czas: najpierw trzeba skończyć studia, potem odchować dzieci, wyposażyć je jakoś na start w dorosłość, kupić nowy samochód, bo stary ledwo zipie, później wnuki i emerytura lub odwrotnie, a wreszcie...
Ale zapominamy, że to wreszcie możemy przegapić lub samo nas minie, nawet nie przypominając o sobie.
Uderzcie się w piersi i przyznajcie - kto z Was nie wypowiedział choćby jednej z poniższych kwestii:

* Gdy dzieci podrosną pojedziemy na wakacje życia, we dwoje...
* gdy będę na emeryturze zacznę uprawiać ogród...
* gdy skończę ten projekt, odwiedzę kuzynkę w Holandii...
* gdy zrobi się cieplej, zacznę biegać po parku...
* gdy spłacę pożyczkę, wykupię wycieczkę statkiem...
* gdy znajdę trochę czasu, zapiszę się na francuski...
lub coś w tym rodzaju, chyba Wiecie o co mi chodzi?

Albo czy zdarzało się Wam przyłapać samych siebie na takich oto drobiazgach:

* nie bierz tych filiżanek, to droga porcelana...
* te sztućce przeznaczamy na specjalne okazje...
* wisiorek od męża zakładam tylko na wielkie wyjścia...
* w tych butach nie chodzę do pracy, były bardzo drogie, szkoda ich...
* ta koronkowa bielizna jest tylko na wizyty u lekarza...
* tę butelkę wina zostawiamy dla specjalnych gości...

Liczymy więc, że będzie kiedyś jakaś okazja, jakiś szczególny powód, że nic nie przeszkodzi nam w realizacji naszych planów. Tymczasem życie mamy jedno, zdrowie to jedna wielka niewiadoma, dzieci szybko dorośleją i mają swoje plany, tak różne od naszych priorytetów.
A my? Dochodzimy do punktu, w którym wszystko okazuje się spóźnione: buty wyszły z mody, sukienka jest dawno za ciasna, na wycieczkę marzeń nie stać nas , bo dużo wydajemy na leki, na szydełkowanie lub haft nie pozwalają już oczy, kuzynka, którą mieliśmy odwiedzić już nie żyje.

Miałam kiedyś koleżankę, która marzyła, by zostać pilotem wycieczek. Czekała, aż dzieci skończą studia i się usamodzielnią, potem czekała na emeryturę, bo wymarzony kurs był kosztowny i czasochłonny. Gdy poszła na wcześniejszą emeryturę, bo była taka szansa, okazało się, że zachorowała na nowotwór jelita grubego. Kurs zaczęła mimo to, jakby na przekór, aby nie poddawać się beznadziei.
Zmarła w wieku 52 lat, nie zrealizowawszy swojego marzenia.

Czy warto więc odkładać coś na czarną godzinę, na lepsze czasy, na inną okazję? Życie jest zbyt krótkie, a los potrafi z nas czasem zakpić...

czwartek, 16 marca 2017

Poszukując życiowych porad...


Czasami szukamy odskoczni od beletrystyki, ale niekoniecznie ciągnie nas do literatury popularnonaukowej czy reportażu. Dobrym źródłem wiedzy o tzw. życiu są pamiętniki, wspomnienia, biografie ludzi, którzy mają ciekawe życiorysy, a z ich przeżyć i dokonań można czerpać pomysły, jak dobrze przeżyć to nasze krótkie życie.
Jeśli jednak nie lubimy literatury biograficznej, albo po prostu szukamy jakiejś maksymy dla siebie lub na wpis dedykacyjny to świetnie nadaje sie do tego MAŁY PORADNIK ŻYCIA.
Tytuł jest trochę mylący, bo nie jest to poradnik typu: jak zarobić swój pierwszy milion lub jak szybko nauczyć się języka obcego...
Ta mała książeczka zawiera różne mądrości na wszelakie okazje, niektóre dość zabawne.
Na potrzeby bloga wybrałam kilka, które najbardziej mi się spodobały i mam nadzieję, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, a może znacie już ten poradnik?

1. Pamiętaj, że w tej samej chwili, gdy mówisz: poddaję się – ktoś inny powie : o rany, ale okazja!
2. Nie dopuść do tego, aby w nawale zajęć twoja rodzina nie znalazła czasu, aby zjeść choć jeden wspólny posiłek dziennie.
3. Kiedy przegrywasz, staraj się z przegranej wynieść lekcję dla siebie.
4. Nie oczekuj, że pod wpływem twojej miłości osoba niechlujna stanie się schludną.
5. Dając nawet skromny prezent, postaraj się o piękne opakowanie.
6. Wybaczaj innym ich niedoskonałości równie chętnie, jak wybaczasz je sobie.
7. Bądź równie uprzejmy dla woźnego czy sprzątaczki, jak dla prezesa czy dyrektora.
8. Bądź otwarty na zmiany, ale nie rezygnuj z własnych wartości.
9. Wygrywaj bez przechwałek, przegrywaj bez tłumaczeń.
10. Niektóre rzeczy trzeba zrobić lepiej, inne musimy po prostu zrobić, jeszcze innych możesz nie robić wcale. Grunt, to wiedzieć, które są które...
11. Nigdy nie wypominaj nikomu przysługi, jaką mu wyświadczyłeś. Wyświadczaj i zapominaj.

Znalazłam też kilka życiowych porad w postaci infografiki:



Niby proste i oczywiste, ale czy udaje się Wam któreś stosować w praktyce?