sobota, 13 października 2018

Warto być celebrytą...

... przynajmniej czasami.
Skąd taka refleksja?
Ano stąd, że będąc celebrytą możesz napisać, zaśpiewać, namalować wszystko, a zawsze znajdzie sie wydawnictwo, wytwórnia, galeria, które wydadzą i rozpromują twoje dzieło.

Nie przeczę, że wśród rzeszy celebrytów są i tacy, którzy mają jakiś talent literacki, plastyczny, muzyczny i łudzę się, że nie mając szans na wypromowanie swej twórczości postanowili najpierw zaistnieć na ściance, a później zaskoczyć świat swymi zdolnościami czy wiedzą lub jednym i drugim.

Jednak gdy przechadzam się na przykład po księgarniach, mam dziwne wrażenie, że gdyby nie znane z telewizji nazwisko, nikt nie wydałby książki o seksie Anji Rubik, chyba że istotnie ma wiedzę z tego zakresu, to zwracam honor.

Pamiętam zalewające rynek poradniki różnych celebrytek: jak być seksowną mamą, jak się zdrowo odżywiać z pudełek, jakie piec ciasta by nie przytyć, jak posprzątać dom...itp.itd. Wielu z nas to wszystko potrafi, ale spróbujcie wydać książkę, która pojawi sie na półkach w Empiku.

Lubię czasami poczytać biografie, ale na niebiosa - co może napisać 17 letni Justin Bieber w swojej autobiografii, a może jednak się mylę?

Czytam na blogach bardzo wartościowe teksty, a ich autorzy marzą o wydaniu ich drukiem. Myślicie , że to możliwe? A jakże, jeśli autorzy tych tekstów wyłożą kasę z własnych oszczędności i sami zajmą się sprzedażą, bo przecież nieznane nazwiska ciężko się sprzedają...

Próbowałam zorganizować znajomej poetce spotkania autorskie w bibliotekach publicznych na terenie miasta - jakoś dziwnym trafem pani od promocji gubiła maile, odkładała rozmowy w czasie, odsyłała do pani dyrektor... trudno, zorganizowałam u siebie w szkole i w szkole zaprzyjaźnionej.
Bo wiecie - poezji nikt nie czyta, lepiej zaprosić aktora, znanego himalaistę, autorkę kryminałów itp.

A przecież nawet sympatycy sztuk i talentów niszowych powinni mieć swoje 5 minut. Tylu wokół utalentowanych ludzi, którymi jako Polacy możemy się chwalić, nawet lokalnie ich doceniajmy, przecież stolica i sławy medialne to nie całe życie kulturalne naszego kraju.

Gdy czytam na stronach lokalnych portali kto komu co wydał lub zorganizował, to uświadczam się w przekonaniu, że nawet w dziedzinie kultury i sztuki trzeba być znajomym odpowiedniego króliczka...

Post ten dedykuję autorowi bloga LUSTRO oraz wszystkim piszącym, a niedocenianym...


środa, 10 października 2018

Dla zdrowia...

Jest taka akcja w szkołach, a w zasadzie dwie:
Szklanka mleka oraz Owoce i warzywa w szkole.

Bardzo cenna inicjatywa, nie każde dziecko w domu pije mleko , nie każde dostaje owoce, a warzywa nie przez wszystkich są lubiane.
Jak to z różnymi inicjatywami bywa, akcje są nie do końca przemyślane i z tego, co obserwuję marnuje się wiele naszych wspólnych pieniędzy, bo i mleko i warzywa są oczywiście dla uczniów darmowe, owoce także.

Z dystrybucją już sobie szkoły poradziły, bo musiały, nikt nie pytał i pewnie nie ostatnia to akcja wymyślona dla dobra dzieci ( tak jak darmowe podręczniki), z której zorganizowaniem jak zwykle KTOŚ MUSI SOBIE PORADZIĆ.

W czym problem? Mleko dzieciaki dostają w kartonikach ze słomką, policzcie, ile takich kartoników zostaje na śmietniku po 5 dniach szkoły, gdy uczniów jest ok. 600, a większość mleko pije. Słomki walają się po całej szkole, nie mówiąc o rozlanym mleku, zalanych podręcznikach w plecaku itd.
Trudno jest dopilnować by uczeń wypił swoje mleko na przerwie śniadaniowej i kartonik wyrzucił, nie zawsze w danym momencie dziecko ma na to ochotę, a połączenie zimnego mleka i śliwek, wyobraźcie sobie te dziecięce brzuszki....

Część tych kartoników po mleku zaśmieca ulice, gdy idę do pracy i mijam kolejne szkoły, to szlak znaczony jest kartonikami po mleku, wyrzuconymi kanapkami i owocami.
Czasami są także soki, oczywiście w kartonikach ze słomką, a tyle sie ostatnio mówi o ograniczeniu plastikowych śmieci...

Owoce i warzywa to kolejny problem, kiedyś przyjeżdżały od dystrybutora w zgrabnych pojemniczkach ( niestety plastikowych) - rzodkiewki, winogrona, ogórki, papryka, pomidorki, jabłka w całości...
Teraz pojemniki zastąpiono folią zgrzewaną, więc wyobraźcie sobie, jak wyglądają śliwki czy krojona papryka po kilku godzinach w takiej folii bez tacek...próbowałam, niejadalne. Wszystko zaparzone, zgniecione na miazgę.

Jabłka i gruszki dostarczane do szkoły są chyba najgorszego sortu, po jednym ugryzieniu dzieciaki wyrzucają do kosza. Gruszki nie lepsze, wzięłam do domu kilka, by zmiękły, bo może to późna odmiana, ale nic z tego, nawet po tygodniu były niejadalne.
A może tylko u nas tak jest?

Ktoś za to płaci i to słono pewnie, bo koszt owoców, mycia, porcjowania, pakowania, transportu...

Dlaczego tak marudzę? Bo mnie krew zalewa na takie marnotrawstwo, bo ktoś na górze wymyśla akcje i hasła, a realizację zrzuca na szkoły, nie dokładając do tego etatów.

Te wszystkie zmarnowane owoce i warzywa oraz mleko nie są prezentem od rządu, my wszyscy za to płacimy i nie mamy prawa głosu...

I na koniec pytanie do Was - czy nie zdziwiłby Was w markecie kosz z napisem WYPRAWKA DLA KAŻDEGO UCZNIA i oczywiście zbiórka na ten cel?

sobota, 6 października 2018

Nie tylko słowo...

Jestem świeżo po lekturze książki POCZĄTEK Dana Browna.
Nie piszę tu recenzji, o książkach tego autora każdy chyba słyszał, więc i ta nikogo nie zaskoczy, bo i mnie niczym nie zaskoczyła.
Znalazłam jednak w niej to, co lubię najbardziej, czyli odrobinę nowej wiedzy, odrobinę zachwytu nad geniuszem człowieka oraz inspirację, by niektórymi aspektami książki zainteresować się bliżej.
Bo książka to nie tylko słowo, gdy zagłębimy się w podteksty i połączymy różne media, powstanie odbiór multimedialny dzieła.
Tak sie dzieje z wieloma wydawnictwami, do których dołączone są płyty z nagraniami, reprodukcje, mapy itp. Co Wam będę tłumaczyć, znacie to.
POCZĄTEK Browna sam w sobie takich kryteriów nie spełnia, ale mobilizuje do poszukiwań.
Wszak bogate opisy zmuszają by odnaleźć dany obiekt na fotografii, by posłuchać tego, co urzekło bohaterów książki lub doczytać z innych źródeł dodatkowe informacje o zasygnalizowanych w książce problemach.
I to jest dopiero lektura! W poprzednich książkach tego autora także znajdujemy nawiązania do autentycznych miejsc i wydarzeń, ale chyba Hiszpania urzekła pisarza najbardziej, bo to się czuje w trakcie czytania.
Fabuła jak fabuła, trochę sensacji, trochę rozważań pseudonaukowych, wreszcie kilka ciekawostek na temat różnych religii.
Zakończenie też nie zaskakuje specjalnie, wszak wynika z naszych obserwacji. Nie napiszę dokładniej, bo jeśli ktoś chciałby przeczytać, to ujawnienie zbyt wielu szczegółów nie zachęci do lektury...

Wszystkich niecierpliwych ostrzegam, że wpis jest długi, ale bogaty w zdjęcia, więc zapraszam!

(grafika - wikimedia commons, domena publiczna)
Sanktuarium Montserrat
Zbudowany na zboczu potężny klasztor zdawał się wisieć w powietrzu, jakby cudem zespolony z pionowymi skałami urwiska. To katalońskie sanktuarium przez ponad 400 lat opierało się niepowstrzymanej sile grawitacji…
Tu zaczyna się akcja książki, tutaj zawiązuje się intryga. Przy okazji dowiadujemy się o czym debatują przedstawiciele najważniejszych religii współczesnego świata i dlaczego autor zawiódł swego bohatera właśnie tutaj...
(grafika - CC BY-SA 3.0)
Synagoga w Budapeszcie – zbudowana w stylu mauretańskim, z dwiema masywnymi wieżami bożnica mieści ponad 3 tysiące wiernych – dół przeznaczony dla mężczyzn, a balkony dla kobiet. Na świątynnym dziedzińcu w zbiorowej mogile pochowano setki węgierskich Żydów, którzy zginęli podczas okupacji nazistowskiej.
Wprawdzie jest to odejście od hiszpańskich klimatów, ale miejsce równie ważne dla fabuły książki.

(grafika - CC BY-SA 3.0)
Muzeum Guggenheima w Bilbao
Gmach muzeum jest sam w sobie wspaniałym dziełem sztuki. Bryła muzeum wygląda jak gigantyczna rzeźba o ogromnych płaszczyznach wykonanych z wypolerowanego tytanu.
W kształcie bryły muzeum można doszukać się odniesień do spiętrzonych białych żagli dawnych okrętów, inni widzą w srebrzystej, lśniącej powłoce "wielką rybę". Powierzchnia muzeum ma 32 500 metrów kw. Na trzech poziomach ulokowane są sale wystawowe o łącznej powierzchni 11 tysięcy metrów kw.
Muzeum stało się sceną głównych wydarzeń , a pisarz zamieścił tyle ciekawych opisów sztuki i architektury, że czasami czytelnik ma wrażenie, że akcja książki to tylko drugi, mniej istotny plan.
(grafika CC BY-SA 2.5)
Iglesia Catolica Palmariana - okazała bazylika… miała osiem strzelistych wież z trójpoziomową dzwonnicą na każdej. Trzon konstrukcji stanowiły 3 kopuły przykrywające ściany z ciemnobrązowego i białego kamienia, który nadawał świątyni zaskakująco nowoczesny wygląd.
Według Wikipedii Kościół Palmariański to wspólnota wyznaniowa, powstała w Hiszpanii w latach siedemdziesiątych XX wieku, uważana przez Kościół rzymskokatolicki za sektę chrześcijańską.
Powstanie Kościoła Palmariańskiego związane było z objawieniami, których miał doznawać od 30 marca 1968 roku w El Palmar de Troya w Hiszpanii agent ubezpieczeniowy Clemente Domínguez y Gómez.
Wedle Domíngueza większość kardynałów, biskupów i księży popadła w apostazję, sam zaś papież Paweł VI stał się niewinną ofiarą masonerii i komunizmu, które faktycznie rządzą Kościołem. Papież miał być, zdaniem Domíngueza, poddawany wpływowi środków narkotycznych i przetrzymywany wbrew swojej woli w granicach Watykanu. Kościół rzymskokatolicki odrzucił prawdziwość tych objawień.

O istnieniu tegoż kościoła dowiedziałam się po raz pierwszy, a jego związek z bohaterami książki jest taki, że zwerbowano tu wykonawcę wyroku śmierci na głównej postaci opisanej historii.

(grafika - CC BY-SA 3.0)
Casa Mila – pochodzące z 1906 roku świadectwo geniuszu Gaudiego…. jest w połowie kamienicą, a w połowie ponadczasowym dziełem sztuki.
Wygiete balkony i nierówne płaszczyzny sprawiają, że bryła budynku wydaje się organiczna, jakby gwałtowne porywy wiatru przez tysiąclecia wyżłobiły w niej otwory i krzywizny, niczym w pustynnym wąwozie.
Na ostatnim piętrze tejże kamienicy autor umieścił mieszkanie sprawcy największego zamieszania w naukowych i religijnych teoriach dotyczących powstania wszechświata.
(grafika designed by Bearfotos - Freepik.com)
Katedra Almudena- siedziba rzymskokatolickiej archidiecezji Madrytu jest potężną neoklasycystyczną świątynią położoną obok pałacu królewskiego. Wzniesiono ją na miejscu antycznego meczetu, a jej nazwa pochodzi od arabskiego al – mudayna czyli cytadela.
(grafika CC BY-SA 3.0 by Carlos Delgado)
Madrycki Palacio Real jest największym pałacem królewskim w Europie i chyba najbardziej zaskakującą fuzją stylów barokowego i neoklasycystycznego:
- labirynt 3418 pokoi
- salony, sypialnie i sale balowe pełne bezcennej sztuki dworskiej i religijnej
- dzieła Velazqueza, Goi, Rubensa…
Przez długie lata był prywatną rezydencją królów Hiszpanii, teraz używany do celów reprezentacyjnych.
Zarówno katedra Almudena, jak i pałac królewski pełnią istotną rolę w książce, gdyż król Hiszpanii oraz jego przyboczny biskup odegrali ważną rolę w rozwijaniu fabuły książki.
(grafika - CC BY-SA 4.0)
Sagrada Familia – mimo potężnych rozmiarów kościół zdaje się nieważko unosić w powietrzu i trudno odeprzeć wrażenie, że zwiewne wieże strzelają w niebo bez wysiłku.
Główną nawę osłaniają 3 potężne fasady:
od wschodu kolorowa Fasada Narodzenia Pańskiego,
od zachodu Fasada Męki Pańskiej,
po południowej stronie Fasada Chwały.
Oprócz tradycyjnej ikonografii religijnej wykorzystał Gaudi niezliczone i często zaskakujące elementy, wyrażające jego podziw dla natury: żółwie, drzewa wyrastające z fasady, gigantyczne ślimaki i żaby…
Na kartach dzieła Browna co rusz zauważamy podziw nie tylko dla architektury hiszpańskiej, ale także dla geniuszu Antonio Gaudiego...
(grafika - wikimedia, domena publiczna)
Dolina Poległych – miejsce ostatniego spoczynku ponad 40 tysiecy ofiar obydwu stron krwawej hiszpańskiej wojny domowej… wymyślona przez Franco, miała być narodowym aktem pokuty…. mauzoleum od początku budziło kontrowersje, gdyż wzniesiono je rękami skazańców, w tym więźniów politycznych, a wielu zmarło wskutek głodu i udarów słonecznych.
( portret - wikimedia, domena publiczna)
Antonio Gaudi – autor budynków, kościołów i parków był wielkim wizjonerem, uważnie studiował naturę i szukał w niej inspiracji dla swoich architektonicznych form…. Tworzył płynne, biomorficzne struktury, które często wyglądają, jakby wyrastały prosto z ziemi.
Gaudi stosował pionierskie techniki stolarskie, kowalskie, szklarskie i ceramiczne, aby przyoblec swoje budynki w olśniewająco kolorową skórę…

środa, 3 października 2018

Z życia wzięte...


Kolejna porcja zasłyszanych i podsłuchanych dialogów, często gotowych skeczy dla kabareciarzy.
Tematyka różna, rozmaite sytuacje.
Wszystkie prawdziwe, z życia wzięte, zapisane lub zapamiętane...
Dorzucałam je po trochu, by razem opublikować.



W sklepie rozmowa przez telefon:
- No tak, dostałam robotę, ale nie mów nic mamie, że będę pracować i studiować, bo mi kasy nie wyśle...

Rozmowa między kolegami w pracy:
- No i co ci się w tym PiS-ie tak podoba?
- Nic, ale kasa wpływa na konto, a reszta mnie g...o obchodzi.

Na przystanku
autobusowym:
- A co pani myśli o tej dzisiejszej polityce, kochana?
- Nie wypowiadam się na tematy polityczne.
- No jak to, trzeba się interesować polityką!
- Ależ ja się interesuję, ale się nie wypowiadam publicznie...

Na imieninach:
- Cały ten szum wokół Polski w UE to wina Tuska!
- Dlaczego Tuska?
- No widzisz, znowu chcesz się kłócić!

W bibliotece:
- Na pewno nie ma pani tej lektury, która nam zadali?
- A tytuł lektury?
- Quo vadis...
- A właśnie, że jest!
- No nie, ale mam pecha!

W szkole:
- Matka kupiła mi wszystkie potrzebne lektury, wyobrażasz sobie?
- A nie możesz wypożyczać?
- Chciała żebym miał własne, ale to tyle kasy, a mogła mi kupić fajne buty!

W Licheniu:
- Pani kochana, ile przez tą politykę kłótni w rodzinie...
- Co prawda, to prawda, nie mogą się dogadać, bo jeden z PiSu, drugi z PO...
- Ale tak nie powinno być, rodzina to rodzina, to co, że każdy z innej partii?
- Nic pani nie poradzisz, katolik z bezbożnikiem się nie dogada...

niedziela, 30 września 2018

Kilka zdań o...

...blogowaniu
Powiecie, co jeszcze można powiedzieć o blogowaniu?
Pewnie niczego odkrywczego nie napiszę, ale muszę wyrzucić z głowy myśli, które same domagają się zaistnienia czarno na białym.
Po pierwsze, dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają, a bez Was moje pisanie nie było takie fajne.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ze zaczynam piaty rok pisania. Dla niektórych , bardziej doświadczonych to niewiele, dla mnie bardzo dużo.
Czego się nauczyłam?
Cały czas sie uczę! Przede wszystkim pokory. Myślałam na starcie, że potrafię pisać, bo lubiłam to robić od zawsze, ale gdy zaczęłam czytać innych, to pomyślałam - z czym do ludzi? Ty się zastanów, żeby wstydu nie było...
Odkryłam tyle świetnie piszących osób, że poczułam się malutka jak mrówka przed Pałacem Kultury i Nauki.

Pasji, talentów wszelkich i energii zazdroszczę wielu blogerom, a jednocześnie wdzięczna im jestem, że dzielą się efektami swojej kreatywności i zarażają pozytywnymi wibracjami:-)

Przekonałam się także, że w blogosferze nie ma nic stałego. Jedni odchodzą, innych znajdujemy lub oni znajdują nas. O pustce nie ma mowy.
Szkoda tylko, że niektóre blogi znikają bez uprzedzenia. Tym bardziej cenię tych, którzy informują, że kończą, przerywają, zabierają się za coś innego. Tu pozdrawiam Lenę B.(może to przeczyta), która miała tyle planów życiowych i blogowych, a nagła śmierć brata spowodowała decyzję o zniknięciu dla świata, ale poinformowała o tym czytelników.

Nie wspominam o trollach i hejterach, to podobno element zrośnięty z blogowaniem i trzeba mieć szczęście, by tego nie doświadczyć.

Zauważyłam, że różne bywają style komentowania i odpowiadania na komentarze - nie rozumiem tych, którzy zadają czytelnikom pod postem pytanie i znikają na kilka miesięcy - po co więc zadawali pytanie? Miała być dyskusja czy zagajenie na odczepnego?

Są osoby, które piszą codziennie i takie, które pisują rzadko. Takie, które tylko czytają oraz czytający i komentujący.

Wszyscy pewnie poszukujemy nowych blogów, nowych tematów, nie wszędzie zostajemy na dłużej i nawet nie potrafimy powiedzieć dlaczego - jakaś chemia słowa, klimat, styl rozmowy...

Istnieją blogerzy, których poznałam osobiście, z niektórymi wymieniłam korespondencję tradycyjną i powiem Wam, że to świetna sprawa:-)

Czasami w dyskusjach odmienne zdanie komentującego odbierane jest nie jako głos w dyskusji, ale bardzo osobiście, jako głos przeciw autorowi, a nie zawsze tak musi być.

Najbardziej lubię, gdy czytelnicy rozmawiają ze sobą na moim blogu i rozkręca się ciekawa dyskusja. Zauważyłam jednak, że nie wszyscy to lubią, więc przepraszam tych autorów i ich czytelników, którzy poczuli się moimi wtrąceniami urażeni.

Wszystkim, którzy znajdują w pisaniu postów radość i lubią wymianę myśli, życzę nieustającej weny i wielu czytelników.