czwartek, 19 kwietnia 2018

Robot wielofunkcyjny...

Bibliotekarz szkolny (definicja niesłownikowa) - robot wielofunkcyjny lub multizadaniowy, napędzany siłą mięśni, z twardym dyskiem o dużej pojemności, czasami wymagającym restartu i autouzupełniania, zasilany hektolitrami kawy i ciastek, czasami wrzucić trzeba weń tzw. drugie śniadanie, by mu energia nie spadła.

Zalety: nie skarży się, pracuje niemal bezawaryjnie, zajmuje mało miejsca, można dokładać mu coraz to nowych zadań, nie przegrzewa się, najwyżej niektóre czynności wykona po godzinach lub dokona przewartościowania hierarchii zadań. W razie wątpliwości czy podoła, można mu zasugerować, że to wszystko z powodu wyższej konieczności, która pojawia się średnio co drugi dzień.
Przerzuci bez problemów tony książek, zaspokoi ciekawość setek czytelników, posługuje się dwoma obcymi językami, łaciński natomiast wymaga unowocześnienia oprogramowania, bo sporadycznie używany.
Nadaje się znakomicie do kontaktów zarówno z dziećmi, jak i z dorosłymi, obsługuje komputer, drukarkę, kserokopiarkę oraz wiele programów potrzebnych i kompletnie nieprzydatnych.
Wykazuje czasem cechy psychoterapeutyczne, nie każdy jednak model, bywa dobrym logistykiem i animatorem kultury.

Wady: nie posiada, chyba że zainwestowaliście w niewłaściwy model, bo i takie bywają.

Inne cechy- oprócz książek i czasopism gromadzi różne przedziwne przedmioty, których chętnie użycza tzw. czytelnikom, a są to: gumki do włosów, chusteczki jednorazowe, papier toaletowy, ekierki, zapasowe logo szkoły (dawniej tarcza), nożyczki, taśma klejąca, igła z nitką, podpaski, zapasowe rajstopy, herbata w torebkach, kawa na łyżeczki, cukier w saszetkach, tabletki przeciwbólowe, reklamówki...

Zamienia banknoty na monety lub odwrotnie, wyszuka adres lub numer telefonu, udziela uczniom pomocy w postaci zimnego okładu na głowę, zaparzenia herbatki, podzielenia się kanapką lub cukierkiem, bo blady jakiś...

Możliwa do zastosowania opcja - życzenia i polecenia:
- wejdź, proszę na chwilę do mojej klasy, bo muszę ucznia do pielęgniarki odprowadzić
- przygotuj, proszę słowniki ortograficzne, przyślę uczniów
- zadzwoń, proszę do sekretariatu, że spłuczka w toalecie chłopców zepsuta i łazienki zalewa
- czy możesz zastąpić mnie na dyżurze , bo mam pilną rozmowę z rodzicem?
- pani ze świetlicy prosi o bajki Andersena...
- pani od niemieckiego prosi o 10 słowników
- nasza pani pyta, czy możemy oddać trzecią część Elementarza?
- czy wiesz pani gdzie jest pedagog?
- pani od plastyki prosi o wyszukanie albumów malarstwa polskiego

Oprogramowanie dodatkowe w gratisie -potrafi odbierać telefony i nawet załatwiać sprawy z klientami szkoły:
- jesteśmy firmą wysyłkową, mamy dla państwa świetną ofertę...
- jestem przedstawicielem firmy szkoleniowej...
- dzwonię z biblioteki publicznej, chciałabym zaprosić...
- dzień dobry, mieszkam niedaleko, czy przyjmiecie stare książki do biblioteki?

Na własną odpowiedzialność zainteresowane osoby mogą:
- zabrać bibliotekarza na wycieczkę do opieki nad dziećmi
- zlecić wykonanie zdjęć na imprezie do wstawienia na stronę internetową szkoły
- poprosić o zredagowanie pisma urzędowego
- zlecić napisanie wiersza dla odchodzącego emeryta
- poprosić o zamówienie nekrologu w gazecie lokalnej

Wady ukryte lub wynikające z wieku urządzenia nie podlegają reklamacji!








poniedziałek, 16 kwietnia 2018

I odleciały...


Był piątek, znajoma szykowała się na wyjazd do domku nad jeziorem, by zrobić porządki po zimie, wszak robi się coraz cieplej i wkrótce zacznie tam bywać regularnie i całe wakacje.
Pakowała środki czystości i karmę dla pupili na dwa dni. Partner znajomej robił ostatnie przelewy ze służbowego konta, bo prowadzi małą firmę ze wspólnikiem.

Złościł się strasznie, gdyż nie mógł zalogować się na firmowe konto. Postanowił zadzwonić do osoby, prowadzącej to konto w banku. W trakcie rozmowy telefon niemal wypadł mu z ręki, gdyż na ekranie laptopa widział, jak pieniądze znikają z jego konta. Krzyczy więc do doradcy by szybko zadziałał.
Ten zapewnia, że wszystko jest pod kontrolą i znikanie z konta - nie znaczy z banku, ale po pół godzinie doradca oddzwonił, że jednak nie udało się zablokować operacji i bagatela...odleciały klientowi z konta 22.000 zł

Znajoma omal nie zemdlała, odechciało się jej wyjazdu, ale partner uspokajał, że załatwi szybko na policji i oczywiście pojadą.
Na policji spędzili oboje kilka godzin, dostarczyć musieli skan ekranu z przeprowadzanej operacji i udowodnić, że laptop posiada wszelkie zabezpieczenia antywirusowe i antyhakerskie.

Sprzęt nie został zarekwirowany, funkcjonariusze zapewnili o szybkim prześwietleniu sprawy. Poszkodowani wyjechali na daczę, będąc z policją w kontakcie. Na szczęście partner znajomej ma prywatne konto, a jego wspólnik drugie firmowe...

Ostatnia informacja o stanie dochodzenia jest taka, że na 90% uda się odzyskać wyprowadzone z konta pieniądze. Co oznacza pozostałe 10% tego nie wiem...

Rozmawiałyśmy w pracy o tej sytuacji, a przy okazji o innych podobnych i o nie zawsze uczciwym postępowaniu banków i zaczęłyśmy się zastanawiać czy nie lepiej trzymać oszczędności w skarpecie lub bieliźnie?


piątek, 13 kwietnia 2018

W poczekalni...

Siedzę sobie w poczekalni do dentysty, przeglądam jakieś czasopisma. W tej samej poczekalni czekają też pacjenci do pediatry, ortopeda i ginekolog przyjmują w inne dni.

Kolejka do pediatry szybko się kurczy, ja siedzę nadal, bo wizyta poprzedniego pacjenta przedłuża się.
Telewizor na ścianie wyświetla jakąś sieczkę, nie wiem jak to można oglądać, takie talk-show o niczym.
Do poczekalni wchodzi młoda mama z chłopcem, tak na oko 4 lata. Malec ma wyraźne problemy z mówieniem, trudno go zrozumieć, ale to nie najgorszy problem.
Chłopiec wpada jak burza i od razu dokonuje zniszczenia na stoliku z gazetami, dziewczynka czekająca w kolejce otwiera usta ze zdumienia.

Mama łapie chłopca w locie, by go rozebrać, ale zdołała tylko chwycić czapkę, a on już jest przy stojącej reklamie żelu na ból dziąseł. Biedna kobieta zdołała zapobiec wywróceniu ustrojstwa, ale dziecko jest już przy kaloryferach i wali pięścią w liczniki ciepła.
Goniąc za dzieckiem kobieta rzuca zdania:
- zachowuj się, bo powiem tacie,
- przestań, bo będziesz czekał w samochodzie,
- chodź, obejrzymy zdjęcia w telefonie,
- zobacz, pani zaraz cię wyrzuci - i pokazuje na mnie, chowam się za gazetą.

Na chwilę chłopiec daje się skusić na oglądanie zdjęć w telefonie, ale kątem oka rozgląda się po poczekalni i zastanawia pewnie, gdzie by tu uderzyć ze swoją nieposkromioną energią.
Nagle zrywa się i puka do kolejnych drzwi gabinetów, na szczęście obecni lekarze nie reagują, domyślając się hałaśliwego pacjenta, bo malec głośny jest ogólnie.
Żal mi było trochę tej młodej mamy, bo widać było, że nie radzi sobie z sytuacją.
W pewnej chwili chłopiec chciał do toalety i trochę obawiałam się o stan wyposażenia po ich wyjściu, ale byli krótko i zaraz weszli do gabinetu.
Po wyjściu od pediatry chłopiec dał się ubrać, bo zajęty był lizakiem i naklejką, które dostał.

Tydzień później znów spotykam chłopca z mamą, tym razem ja przyszłam później. Chłopiec pogodny, nikogo nie zaczepia, niczego nie psuje. Mama wymyśliła dla niego zabawę w rzucanie i łapanie piłeczki, towarzyszyła im inna młoda kobieta, być może mama chłopca wzięła siostrę lub koleżankę do pomocy. Malec wprawdzie głośno reagował na wszystko (zabawa to emocje), ale był o wiele sympatyczniejszy, nawet inni pacjenci kibicowali jego zręczności, wszedł także sam do gabinetu, nie trzeba było go łapać....

Jaki stąd morał? - spytacie
Taki, że na najbardziej nadpobudliwe dziecko można znaleźć metodę i drugi taki, że jak najwcześniej powinni zacząć to robić rodzice, bo w przedszkolu lub szkole, gdy w klasie jest więcej takich nadpobudliwych dzieci bywa o wiele trudniej...

wtorek, 10 kwietnia 2018

Jak smok strzegący skarbu...

Wycieczki lubimy nie tylko dla widoków i zabytków, także dla spotkań z ludźmi. Tym razem jednak spotkała nas przykra niespodzianka.
Zatrzymaliśmy się w małej miejscowości, nawet nazwy dobrze nie pamiętam, by przyjrzeć się ładnemu kościółkowi. Była sobota, więc wyraziłam wątpliwość czy będzie otwarty, bo w większości kościoły pozamykane, niestety. Okazało się, że drzwi są otwarte, mąż zatrzymał więc auto, ja wysiadłam pierwsza i pognałam do furtki.
Koło kościółka przechadzał się jakiś pan ubrany na czarno, pomyślałam, że może pogrzeb będzie, dlatego świątynia otwarta...
Postanowiłam zajrzeć tylko, skoro pogrzeb, to nie będę się pchać. Nagle słyszę za plecami głos:
- A pani tak bez dzień dobry do księdza...
- Słucham? a skąd wiadomo, że ksiądz, nie znam pana.
- Bo tu włamanie było, o - kamery są - spojrzałam w górę, spojrzałam przez kratę zamkniętą na kłódkę i odeszłam. Pewnie pomyślał, że niewychowana, bo bez pożegnania, ale tak mnie zbił z pantałyku, że riposta z głowy mi uleciała.
Wróciłam zła do auta by zjeść kanapkę, a mąż poszedł z aparatem fotki robić. Myślę sobie - oj, czeka cię niespodzianka...

Faktycznie, słyszę taki oto dialog:
- Halo, proszę pana, proszę podejść!
- O co chodzi?
- Ja tu proboszczem jestem, a pan tak bez pytania zdjęcia robi.
- No i ?
- A gdybym ja pański dom fotografował?
- A to pan w kościele mieszka?
- W kościele mieszka bóg!
- To chyba jednak różnica, fotografuję zabytki, a nie domy prywatne.
- U nas włamanie było i narkoman się ukrywał,p policje musiałem dzwonić, powinienem pana wylegitymować!
- Chyba pan żartuje, jeśli już to w obecności policji, proszę, niech pan dzwoni...
- Oj, po co zaraz się denerwować, to z ostrożności, w razie czego mamy pana na kamerze...tylko proszę nie fotografować domu parafialnego.
- To mnie nie interesuje, ale skoro kraty i kamery, to po co jeszcze pan pilnuje?
- Tylu się tu kręci...
- Nie można w każdym widzieć złodzieja.
- Nawet pan nie wie, jak ciężko być w Polsce księdzem...

Dalej na szczęście było przyjemniej. Odwiedziliśmy nasz ulubiony zamek w Gołuchowie , spacerowaliśmy po pięknym parku i robiliśmy zdjęcia nie tylko przyrodnicze...

O Gołuchowie już kiedyś pisałam, więc dziś tylko autoportret w zabytkowej ramie:-)

W drodze powrotnej oboje wybuchnęliśmy śmiechem, bo jakiś turysta fotografował znajomy już kościół, a z plebanii już biegł do niego znajomy już proboszcz.

Miłych wycieczek Wam życzę:-)

piątek, 6 kwietnia 2018

Wyrodna matka?

Skończyłam niedawno książkę Eleny Ferrante CÓRKA i choć jest to pozycja bardzo zachwalana, jakoś nie wzbudziła we mnie zachwytu na tyle, by chcieć sięgnąć po inne książki tej autorki.
Dlaczego więc o niej wspominam?
Z powodu problemu poruszanego w tej książce.

Bohaterka, mając dorosłe już córki wspomina epizod ze swego życia, kiedy to "porzuciła" na trzy lata swoje dzieci, zostawiając je z ojcem i zniknęła, by realizować się jako kobieta, naukowiec, człowiek po prostu. By przekonać się czy oprócz bycia matką i żoną potrafi w życiu jeszcze czegoś dokonać.
Córki miały wtedy kilka lat, a mąż wpadł w panikę, bo dziewczynki były bardzo małe i sam także robił karierę.

Ciekawe, że gdy w podobny sposób postąpi mężczyzna nikt się temu nie dziwi, bo taka jest kolej rzeczy, to kobieta poświęca wszystko dla ratowania ogniska domowego i wspierania męża.
Gdy ojciec zostaje sam z dziećmi to wychwalany jest pod niebiosa, że tak sobie świetnie poradził, a przecież sami nazywamy siebie RODZICAMI, więc udział w rodzicielstwie i odpowiedzialność powinny być jednakowe lub przynajmniej podzielone za porozumieniem stron.

Czy nie zdarzyło się Wam nigdy, moje drogie panie, że chciałyście rzucić wszystko, wsiąść do pociągu byle jakiego i posmakować wolności przynajmniej od macierzyństwa?
Nie chodzi tu o depresję poporodową, ale o zwyczajne zmęczenie materiału, gdy jest się zawsze do dyspozycji o każdej porze i na każdą okoliczność?

Macierzyństwo to piękna sprawa, sama tego nie wiedziałam, póki nie zostałam matką, ale być może nie miałam piątki dzieci tylko dlatego, że nie chciałam być TYLKO matką, a oddanie siebie bez reszty gromadce dzieci wykraczało poza moje możliwości. To wiedziałam już po urodzeniu jedynaka.
I nie o ciąże czy porody tu chodzi. Moja koleżanka, której mama urodziła piątkę dzieci mawiała, że dla jej mamy najtrudniej było wysłuchać i zaspokoić potrzeby całej gromadki, ubrać i nakarmić to nie wszystko.

Podziwiam rodziny wielodzietne, które emanują ciepłem , a rodzice potrafią pogodzić pracę z wychowaniem, wpajają określone wartości i zawsze są pogodni...ale czy naprawdę ZAWSZE i czy kosztem sprawiedliwego podziału ról?

Obserwuję kobiety, które w pielęgnowaniu ogniska domowego znalazły cel życia ,ale zastanawiam się, czy nigdy nie chciały wakacji od macierzyństwa...