środa, 17 lipca 2019

Podróż ze smakiem...

Lubimy być w ruchu cały rok, ale zimą oczywiście bywamy mniej mobilni.
W czasie podróży ważne są nie tylko nowe miejsca, widoki, ludzie, ale także kulinaria.
Nie oszukujmy się, nawet człek mocno zachwycony widokami jeść musi.
Zabieramy jakiś prowiant, termos z herbatą zawsze, ale niekiedy lubimy zjeść coś ciepłego, często zatrzymujemy się na kawę, bo tej z termosu nie lubię.
Istotną częścią podróżowania poza tym, jest poznawanie nowych smaków i regionalnych przysmaków.
Nie mniejszą wagę przywiązujemy do wystroju wnętrz i zapachów.
Nie wypiję kawy i nie zjem niczego w lokalu, gdzie śmierdzi brudną ścierą, nie i już.
Miło, gdy restauracja, bar, karczma czy kawiarnia mają swojski klimat, czyste wnętrze i życzliwą obsługę. Nie zawsze w wypasionych na pierwszy rzut oka restauracjach bywa drogo i odwrotnie. Zdarza się, że knajpa pozostawia wiele do życzenia, ale cenami właściciele rekompensują sobie chyba kiepski status lokalu...
Osobnym tematem są toalety, ale dziś nie o tym...

Przed powrotem do domu poczyniliśmy zakupy, by zabrać ze sobą trochę smaków i zapachów z wakacji.
Na zdjęciu ćwiartka wielkiego bochna chleba na zakwasie z lokalnej piekarni, reszta wylądowała w zamrażarce na później. Ocet z czosnku niedźwiedziego zakupiony ze straganu na rynku w Lanckoronie, ilość różnych rodzajów octu przyprawiła mnie o zawrót głowy, najchętniej wzięłabym wszystkie...
Oscypki zakupione na targowisku w Zawoi, a miód spadziowy trafiliśmy przypadkiem na szlaku, nabyliśmy dwa słoje od miejscowego pszczelarza i mąż nosił je z poświęceniem na całej trasie w plecaku, ale warto!
Takie patio w stylu włoskim trafiliśmy przy hotelowej restauracji, nie usiedliśmy tam jednak, gdyż był to czas między deszczami i wszędzie było mokro, ale widok piękny.
To z kolei przytulny kominek w w miejscu Orawski Dwór, w okolicy Zubrzycy Górnej. Jeśli tam dotrzecie, polecam szczerze, tym bardziej, że na przeciwko umiejscowiono raj dla dzieci o nazwie Wypasiona dolina:-)
Hotel z restauracją i SPA, ale ceny umiarkowane i pyszne jedzenie, można tam też kupić miody i nalewki oraz wyroby rzemiosła.
To jeden z pysznych deserów w zawojskiej cukierni, fajnie próbować różnych ciast, z reguły dzielimy się na pół, by spróbować jak najwiecej, a nie przytyć za bardzo.
W jednej z karczm zamówiliśmy placki ziemniaczane z boczkiem dla męża , a pierogi ze szpinakiem dla mnie. Placki podobno były pyszne, moje pierogi natomiast średnie...
A to znana już szarlotka ze schroniska na Markowych Szczawinach, pyszna, wielka porcja i dobra kawa.
Pamiętam czasy, gdy w schroniskach dostępny był tylko kiepski bigos, herbata słodzona z wiadra, a toalety? Przemilczmy...
Kolejne dwa dania jedliśmy w hotelu Jawor, ceny do przyjęcia, miła obsługa, świeże i pyszne jedzenie.
Na pierwszym zdjęciu makaron ze szpinakiem, grillowanym łososiem i parmezanem, na drugim kociołek zbójnicki.
Ten kociołek to pikantna zupa gulaszowa, świetna na chłodne dni, olbrzymia porcja i atrakcyjne podanie.
Te obłędne pierogi jedliśmy bliżej domu, bo w Toruniu, w starej pierogarni, polecam wszystkim odwiedzającym Toruń, ale nie zamawiajcie większej porcji, bo nie dacie rady, słowo!
Kolejne danie na męski gust, kotlet gruby i chrupiący i fajnie podane frytki - frytek tak w ogóle najedliśmy się na rok z góry, nie spojrzę na ten przysmak dłuuugo!
Najlepszy na świecie sernik z malinowym sosem - kawiarnia w Lanckoronie.
Chociaż nie, równie dobry był w malutkiej miejscowości Żarki, w drodze do Bobolic, w kawiarni o wdzięcznej nazwie Ice love and Caffe

Powiem szczerze, że pierwsze, co zrobiłam po powrocie do domu , to zważyłam się, ale o dziwo, nie przytyłam... mam szczęście!

niedziela, 14 lipca 2019

Za chlebem...

Dziś mały przerywnik w relacjach wyjazdowych, choć nie do końca.
Podróże bowiem obfitują także w spotkania z różnymi ludźmi oraz przynoszą historie podsłuchane czy zasłyszane przy okazji.

Historia I
Jedziemy busem do Krakowa, gość przed nami rozmawia przez telefon:
- tak, już siedzę w busie, tak pójdę na zupę, to tylko parę złotych, obiad zrobię sobie w domu
- panie kierowco, o której będziemy na miejscu?
- tak, zdążę, nie martw się, że co?
- no tak, to prawda, Paweł nie żyje, wyjechał do Włoch do pracy w winnicy i tam zmarł
- podobno na wylew lub udar, no wiesz, tam taki upał, on już niemłody, 53 lata i nie wytrzymał
- no skąd mogę wiedzieć, brat jedzie po zwłoki do Włoch, straszna tragedia, pojechał za chlebem, a wróci w trumnie...
- nie wiem kiedy pogrzeb, to trochę potrwa pewnie, że o kosztach nie wspomnę!
- tak, dam znać, jak dojadę

Historia II
Ulewa zatrzymała nas w sklepie, pogawędziliśmy z sympatyczną ekspedientką:
- a często tu tak leje?
- ale gdzie tam, chyba pierwszy raz w tym roku! a deszcz potrzebny
- niech pani spojrzy jaki grad pada
- o matko, moje ogórki, nici ze zbiorów
- może nie będzie tak źle, w naszych stronach susza
- słyszałam, a najbardziej w Wielkopolsce
- tutaj bardzo nam się podoba, chcielibyśmy tu kiedyś zamieszkać, ale daleko od dzieci
- domów na sprzedaż pełno, ino się rozejrzeć, a że daleko? moje dzieciaki w świat poszły i tak, za chlebem, można powiedzieć, bo tu roboty nie ma, dorywczo to może, ale dla młodych nie...

Historia III
Wracamy ze szlaku, idzie nam naprzeciw mężczyzna w kapeluszu:
- a witojcie, wy z Hali Barankowej wracacie?
- z barankowej, a pan z roboty?
- jaka tam robota, robi się tu i tam, przy podmurówce abo inszych budowlanych, a moja chałupa tam za barankową, solidna, z bali
- i tak co dzień pan pod tę górę tak wchodzi?
- a jak! jo nawykły, a jak chcecie to wom historie o babiej opowiem
- chętnie posłuchamy
- a jużci, jeno parę złotówek dejcie na piwo, bo w gardle zaschnie
- na piwo czyli ile?
- na piwo i na chleb przecie, bo w brzuchu burcy...
Daliśmy 5 złotych, bo historie ciekawe były, a paradoks jest taki, że te 5 zł znalazłam na ulicy tuż przed wejściem na szlak.
Znak jaki czy co?

Wracam do domu i zostawiam Was z tymi opowieściami, odezwę się po rozpakowaniu walizek:-)

czwartek, 11 lipca 2019

Zielono mi i radośnie....

Nawet jeśli nie czuje się ktoś na siłach by chodzić na szlaki, zawsze znajdzie ciekawe plenery blisko miejsc noclegowych.
Ja też nie zawsze byłam miłośniczką górskiego wędrowania. Jeździłam wprawdzie od dziecka na różne wycieczki, głównie z moim tatą, który był ich organizatorem, ale w górach zakochałam się dość późno. Kto jednak raz zacznie, łapie tego bakcyla i zaraża się na całe życie.
Ogrody zmysłów to sympatyczny zakątek w pobliżu wejścia na teren Babiogórskiego Parku Narodowego. Pomysłodawcy tego zakątka pokazali jak można zaprojektować w swoim ogródku skalniak, jakie rośliny spotkać możemy na szlakach i podobne ciekawostki dla miłośników ogrodów i przyrody górskiej.
Zbaczając z głównych dróg na polne ścieżki natykamy się na takie własnie obrazki, na szałasy lub domki pustelnika, na stada owiec...
Wędrowanie przez lasy także obfituje w różne atrakcje, a to karmnik dla zwierząt, a to dzięcioł czy leśna wiewiórka, zapach świeżo ściętych drzew, ślady saren...
Bardzo przyjemny spacer do wodospadu na Mosornym Potoku, szum wody uspokaja, działa kojąco na nerwy mieszczucha.
Od wodospadu trochę bardziej meczący szlak na Mosorny Groń - trochę ponad 1000 m npm, ale za to na górze nagroda w postaci kąpieli słonecznych i pysznej kawy w karczmie obok wyciągu. Bo jest i wyciąg, można wjechać na górę i ruszyć na dalsze szlaki.
A gdy już wejdziecie lub wjedziecie na jakąś górkę - takie oto widoki cieszą Wasze serca... trzeba chciwie nasycić oczy, by te obrazy starczyły do następnego roku.

poniedziałek, 8 lipca 2019

Stare i nowe...

Dziś krótka relacja z odwiedzin w królewskim mieście Krakowie.
Są w Polsce miasta, do których chętnie się wraca, są takie, które odwiedzić trzeba.
O Krakowie i naszym pobycie tam już pisałam w ubiegłe wakacje.
Nie udało nam się wtedy zwiedzić całego Starego Miasta, bo czasu i sił brakło, a upał był taki, że chęci nawet odbierał.

W tym roku odwiedziliśmy Kraków dwa razy, ale podzielę materiał, starczy mi na dłużej :-)
Obiecaliśmy sobie, że tym razem zaczniemy od Muzeum Jana Matejki.
Piękny to budynek, z uroczym dziedzińcem, aż chce się przysiąść na ławce i snuć wyobrażenia o malarzu, który w tej kamienicy tworzył swoje obrazy i gromadził z miłością dzieła sztuki z różnych epok i różnych stron świata.
Zachwycił mnie parawan, którego części wyhaftowane były pieczołowicie z użyciem złotych nici, niektóre z "okien" były replikami obrazów Matejki.
Krakowskie dorożki jak zwykle budzą nasz zachwyt, ale ceny za przejażdżkę nie na naszą kieszeń, podziwiamy więc z daleka...
O dziwo, nie zastaliśmy wielkich kolejek na Wawelu, dzięki czemu udało się zwiedzić Katedrę, zakłócić nieco spokój grobów królewskich, podziwialiśmy wielkość dzwonów wawelskich i oczywiście dotknęliśmy na szczęście dzwonu Zygmunta.
Zabrakło wprawdzie biletów do apartamentów prywatnych na zamku, ale obejrzeliśmy apartamenty reprezentacyjne.

W czasie zwiedzania katedry taki obrazek:

pani z plakietką przewodnika oprowadza dwoje znajomych po podziemiach, opowiadając różne ciekawostki i nawiązując w rozmowie do wspólnych znajomych. Jestem świadkiem niemiłej sceny. Podziemia zwiedza także para ze słuchawkami na uszach, pewnie to audioprzewodnik, ubrani swobodnie, jak to latem w upalny dzień, ale raczej mnie nie zgorszyli. Nagle pani przewodnik odzywa się bardzo głośno do swych znajomych - no spójrzcie, jak to się ubrało, babsko jedno, kompletny brak kultury...
Taaak, kompletny brak kultury, tylko u kogo?

Zwiedzanie nadszarpnęło nasze siły i należało odbudować zasoby energii.
Po smacznym obiedzie w barze mlecznym (tu także turyści różnych nacji posilali się z apetytem) zrobiliśmy rundkę po rynku, zaliczając oczywiście Sukiennice i szukając najlepszych lodów w mieście.
Kupiłam czekoladowe - pyszne, esencjonalne, z kawałkami czekolady, a nie kakaowe nazwane czekoladowymi.
Szukając ciekawostek dla uwiecznienia obiektywem aparatu, natknęłam się na takiego oto pana, który zapraszał do odwiedzenia muzeum figur woskowych, ale nie mieliśmy ochoty na takie atrakcje...
Mieliśmy natomiast ochotę na spacer po Plantach i kolejną porcję pysznych lodów.
A tu jeszcze jeden Matejko - widać polubił Planty i dobrze mu w tej zieleni...

Pozostał zakup tradycyjnych krakowskich precli i powrót na kolację do Zawoi.

To był udany dzień, mnóstwo wrażeń estetycznych i smakowych, nasłuchaliśmy się języków z całego świata, ale chętnie wracaliśmy do lasu...

piątek, 5 lipca 2019

Kapryśna góra

Najważniejsze - dziękuję wszystkim za dobre słowa, na pewno szczere, bo pogoda nam sprzyja, a i kondycja niezła.
Chyba odstąpię komuś skierowanie do kardiologa, bo skoro wdrapałam się na szczyt Babiej Góry także w tym roku i to bez większego wysiłku, to po co mi kardiolog?
W zasadzie nie ma co pisać, wybraliśmy szlak żółty, tylko do wchodzenia, były łańcuchy i klamry, ale przecież po prostym jest nudno...
Trasa all inclusive, można powiedzieć, bo po drodze szałas, by schronić się przed upałem lub deszczem, a i strumień, by umyć ręce lub schłodzić ciało... można i piwo, ale to dłużej trwa.
Zasłużyłam chyba na kawę i szarlotkę w schronisku? W końcu to dopiero połowa drogi, więc trzeba wzmocnić się przed dalszym marszem...
Prawda, że ciekawie? lepsze niż siłownia.
Przepraszam za zdjęcia od tyłu, ale fotograf szedł za mną i taki oto widok uwiecznił...
Wreszcie dotarliśmy na szczyt, jeszcze tylko droga powrotna, oczywiście innym już szlakiem i zasłużony odpoczynek.
Dlaczego kapryśna góra?
Bo na szczycie zawsze mocno wieje i warto mieć polar lub kurtkę, zwłaszcza że plecy mokre.
Poza tym, pogoda potrafi zmienić się na Babiej Górze ekspresowo, a różnica w temperaturze na dole i na Diablaku to zwykle kilkanaście stopni, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę i idą na szczyt w kusych bluzkach i trampkach...
Na szlakach pieszych przygotowano wiele tablic edukacyjnych na temat przyrody Babiogórskiego Parku Narodowego.
Cóż chcieć więcej - ćwiczymy kondycję, oglądamy piękne widoki, dokształcamy się i smakujemy miejscowe przysmaki:-)