piątek, 26 sierpnia 2016

Slow life ...


Wreszcie ciepły dzień, postanowiliśmy wykorzystać go na ruch na świeżym powietrzu. Pojechaliśmy na wycieczkę rowerową. Przejeżdżając przez park zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć na ławce pod drzewem, w pobliżu lodziarni. Lody są tam pyszne i niedrogie. Zostawiłam rower pod opieką męża i idę kupić deser. Kolejki nie widać, bo pora nie tak wczesna, dzień powszedni, więc tłumów w parku nie ma. Przede mną podchodzi do okienka starsza pani (mocno starsza, bo ja już też młódką nie jestem) z kijkami i plecaczkiem. Zamówiła lody.

Młody sprzedawca nałożył porcję truskawkowych pyszności i zaczął się maraton:
- pani zdjęła plecaczek, mocowała sie z zamkiem
- z plecaczka wyjęła czarną saszetkę, mocowała sie z zamkiem
- z czarnej saszetki wyjęła różowa kosmetyczkę, mocowała sie z zamkiem
- z różowej kosmetyczki wyjęła woreczek ze strunowym zamknięciem, mocowała sie z nim
- ze strunowego woreczka wysypała garść żółtych monet i zaczęła odliczać kwotę
- w końcu z pomocą sprzedawcy zapłaciła

I tu myślicie, że wzięła swoje lody i odeszła? Tutaj zaczęła się ta sama procedura, tylko w odwrotnej kolejności czyli...
- pani schowała resztę monet do woreczka z zamknięciem strunowym
- woreczek strunowy schowała do różowej kosmetyczki
- różową kosmetyczkę do czarnej saszetki
- czarną saszetkę do plecaczka
- plecaczek pieczołowicie zamknęła i założyła na plecy

Ja czekałam cierpliwie, uśmiechając się w duchu, za mną ustawiło się już kilka osób, nie rozumiejących pewnie, co może trwać tak długo i czemu nikt nie odchodzi z lodami...
Pani przeprosiła , wzięła swoje lody i odeszła.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Oszczędni do bólu.

Starszy pan zawsze elegancki, zawsze w koszuli i krawacie. Jako wdowiec stanowił niezłą partię dla niejednej wdowy, ale gdyby panie wiedziały, z jakim skąpcem mają do czynienia pewnie ostudziłyby swe zapędy. Starszy pan nie uważał się za skąpca, co nieraz zarzucała mu rodzina, raczej za oszczędnego. Nie lubił wydawać niepotrzebnie pieniędzy. Z żoną mieli oddzielne rachunki i Inne wydatki. Ona prowadziła dom, chociaż sama też pracowała, on płacił tylko za konieczne sprawy typu: czynsz, buty na zimę, paliwo do auta. Nie żałował tylko na swoja pasję czyli numizmaty. Nazbierał ich całe albumy, majątek prawdziwy, chwalił się tym zbiorem od czasu do czasu, poczym zamykał w szafie na klucz. Podobnie traktował oszczędności na koncie, cieszyły go rosnące kwoty. Żona cerowała pończochy, przerabiała stare palta, umiała ugotować pyszny obiad z niczego, wszyscy chwalili jej gospodarność i dbałość o rodzinę. Z zaoszczędzonych pieniędzy kupowała coś dzieciom i prezenty na wyjścia, bo bywać starszy pan lubił, ale kupowanie prezentów czy kwiatów uważał za zbędny wydatek.
Gdy żona zmarła, starszy pan oszczędzał jeszcze bardziej. Do lekarza nie chodził, bo leki i tak drogie, przestał czytać , bo oczy dotknięte miażdżycą wymagały specjalistycznego leczenia, a zamiast sprawić sobie nowe okulary siadał bliżej telewizora lub słuchał radia.
Auta nie użyczył nikomu, choć sam nie mógł już jeździć, stało w garażu na kołkach, bo opon szkoda. Jadł byle co i marniał w oczach. Zmuszony przez rodzinę poddał się leczeniu w szpitalu, ale po wyjściu przestał brać leki, a że charakter miał konfliktowy, więc nie pozwalał nikomu sobą dyrygować.
Wkrótce zmarł w nocy, cicho i niezauważalnie. Spoczął na cmentarzu obok żony. Rodzina podzieliła się majątkiem, auto (stare już i zardzewiałe) kupił za bezcen ktoś obcy. I tyle zostało z oszczędności życia starszego pana.
Inna historia opowiada o wzorowej gospodyni, która jak nikt potrafiła zaplanować życie swoje i swojego męża. Każdy tydzień zaczynała od sporządzenia planu wydatków, który to plan obejmował także menu na cały tydzień. Jeśli do zaplanowanej na środę zupy pomidorowej nie wpisała śmietany, to jej we wtorek lub środę rano nie kupiła.
Mąż gospodyni jeździł na działkę autobusem, miał wyliczone bilety w obie strony. Jeśli zdarzyło się, że musiał odbyć dodatkowy kurs na działkę lub podjechać do centrum coś załatwić, musiał to zrobić na piechotę lub skorzystać z okazji. Wzorowa gospodyni oszczędzała też na rachunkach za wodę i energię. Wodę ze zmywania naczyń zbierała do wiadra i tą zaoszczędzoną spłukiwała muszlę klozetową. Prąd także potrafiła zaoszczędzić, po prostu we wszystkich żyrandolach w domu była tylko jedna żarówka, jeśli mąż chciał poczytać, to albo w dzień albo na schodach , tam wszak prąd dla wszystkich.
O swój wygląd bardzo dbała, zawsze elegancko ubrana i uczesana, z koralami na szyi, męża strzygła sama, bo umiała, tak przynajmniej twierdziła.
Na co tak oszczędzała? Tego nie wiedział nikt, może po prostu lubiła rosnące kwoty na koncie… nie mieli dzieci, nie kupili samochodu, nie wyjeżdżali za granicę. Czy mieli kosztowne hobby, nie wiem.

Obie historie są prawdziwe, a przypomniały mi się po przeczytaniu wpisu Stokrotki o ludziach jak pszczółki...

sobota, 20 sierpnia 2016

Taki zwyczajny spacer...


Jeśli ktoś twierdzi, że spacery są nudne, niech przeczyta, ile ciekawych sytuacji może nas spotkać w trakcie jednego popołudniowego spaceru przez miasto w świąteczny, pogodny dzień.
Idziemy sobie z mężem przez osiedle, rozmawiając o tym i owym, na przeciw nas podąża mężczyzna, rozmawiający przez telefon. Nagle zatrzymuje się i mówi do męża: - wie pan, dzwonię do mojej kobiety, ale ona nie chce mnie znać...
- Nich sie pan nie martwi, trzeba być cierpliwym, może zmieni zdanie?
- Tak pan myśli? Dziękuję! - uścisnęli sobie dłonie i pan poszedł dalej, jakby raźniej.
Kawałek dalej widzimy na przystanku syna sąsiadów z bagażami. Pytamy dokąd droga prowadzi? Odpowiada, że wraca tam, gdzie pracuje, wynajął mieszkanie. Czy jest zadowolony? Bardzo, czekał dwa lata na etat, ale teraz czuje, że znalazł swoje miejsce na ziemi. Mówię, że w takim razie cieszymy się razem z nim.
Pożegnawszy młodego człowieka idziemy wzdłuż ruchliwej drogi, głównej arterii na Poznań. Ludzie po długim weekendzie wracają do domów. Nagle bardzo wolno zatrzymuje sie przy nas czarna limuzyna, myślę : może ktoś zapyta o drogę, bo boczne okno otwarte. Z auta wysiada policjant, zakłada czapkę i kieruje sie na tył limuzyny, a tam widać zatrzymany do kontroli samochód. Obejrzałam się, a w środku dwóch młodych ludzi z tatuażami, czerwonych na twarzy, ze zdenerwowania lub od wypitych oktanów. Nasza refleksja? Być może zatrzymano potencjalnych sprawców wypadku drogowego, bo na tej drodze kierowcy często szarżują z prędkością, a wokół ogródki działkowe i piesi...
Wchodząc na powrót w osiedlowe uliczki mijamy sklepy, zakłady usługowe i ogródki piwne. W witrynach rzucają się w oczy ogłoszenia o pracy dla: piekarza, sprzedawcy, krawcowej, przedstawiciela handlowego, fryzjerki, magazyniera.
Obok placu zabaw dla dzieci zainstalowano siłownię na powietrzu, z której korzysta wiele starszych osób. Na przyrządach starsza pani ćwiczy biodra, obok pan w podobnym wieku sekunduje ćwiczeniom znajomej. Słyszę taki oto dialog:
- Rozpanoszyło się u nas to żydostwo, a w tej Wyborczej i TVN to mózgi mają przeorane.
- Pani kochana, całą Polskę Niemcy rozkradli, kolonię sobie z nas zrobili.
- Panie, co tam Niemcy, na całym świecie żydostwo rządzi...
- A na tą Kopacz to patrzeć nie mogę!
- Ale Kopacz już dawno nie ma.
- Nie szkodzi, ona i Tusk, to wszystko ich sprawka.
Dalej już nie słyszałam i nie takiej rozmowy spodziewałam sie między sympatycznymi na oko staruszkami...
W ogródku piwnym towarzystwo przyjaciół złotego napoju wspomina swoją służbę w wojsku, może udzieliła im się atmosfera święta wojskowego. Panowie licytują się, kto miał cięższą służbę, czy pobyt w sekcji zaopatrzenia można porównać ze służbą w marynarce, kto nadaje sie na szeregowego, a kto na komandosa...po paru piwach dyskusje bywają ciekawe.
Po osiedlowych alejkach spacerują także młode mamy z dziećmi (mój mąż twierdzi,że jakby ostatnio widzi więcej dzieci ) a ich rozmowy nie tylko o dzieciach słyszę, o znajomych z FB, o paznokciach, o mężach, o wakacjach...
Taki oto zwyczajny spacer, a scenki jak z filmu obyczajowego, a do tego mijaliśmy mnóstwo rowerzystów, biegaczy, rolkarzy, kijkarzy - usportowiło nam się społeczeństwo, aż miło popatrzeć.
Jeden z rowerzystów prawie mnie rozjechał, bo wraz z kolegą polowali na Pokemony :-)
Życzę wszystkim udanych spacerów, póki pogoda dopisuje, a podobno każda aura dobra jest na spacer, wspomagamy swoją odporność, a w brzydką pogodę milej wraca się do domu...

czwartek, 18 sierpnia 2016

Sierpniowa solenizantka



Dzisiaj urodziny Gabrysi Kotas z Mysłowic, autorki bloga POGODNA DOJRZAŁOŚĆ.
Cieszę się, że tą droga mogę złożyć jej życzenia, ale nie będę życzyć WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO bo takie życzenia bywają bezosobowe i właściwie znaczą wszystko i ni zarazem.







Z myślą o urodzinach Gabrysi powstał wiersz:

Na urodziny
darów nie trzeba,
nie trzeba tortów
toastów i gości.
Wystarczy obok
jedna bratnia dusza,
ciepło jej dłoni,
urok codzienności.

Na urodziny –
kwiatów dywany
i łąk kobierce
i ptasie trele.
Niechaj rozśpiewa
się Twa dusza,
niech w sercu
wieczne trwa wesele.

Na urodziny
promyk słońca,
światło księżyca -
tylko dla Ciebie,
byś drzew słuchając,
szumu strumyka
mogła się poczuć
jak anioł w niebie.

Niech w dzień urodzin
Marzeń tysiące
Do okien Twych
stukają głośno,
a Ty strzepując
sen z powiek
rankiem
pokaż wyzwaniom
twarz swą radosną…

Gabrysiu, życzę jeszcze, aby długo równie wielką jak dziś radość dawało Ci pisanie wierszy i spotkania z czytelnikami, aby życie nie kładło Ci kłód pod nogi w postaci braku funduszy na wydawanie tomików poezji lub książeczek dla dzieci.
Najbardziej jednak życzę Ci, aby odmieniły sie serca tych, za którymi tęsknisz i dla których zawsze jest miejsce przy Twoim stole.

Przy okazji pozdrawiam równie gorąco wszystkich czytelników, którzy także są sierpniowymi solenizantami. Życzmy sobie siły i wytrwałości w zmaganiach z prozą życia, bo coraz częściej na wiele spraw i ludzi nie mamy wpływu.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Za mundurem...

Wracam ja sobie z pracy do domu przez park, a tu niespodzianka - na placu przed muszlą koncertową odbywa się uroczystość tuż przed Świętem Wojska Polskiego. Miejscowy Garnizon Wojska Polskiego w letniej scenerii parkowej obchodził swoje święto: wręczono awanse i odznaczenia.
Nie byłam od początku, ale załapałam sie na część atrakcyjną dla obserwatora czyli defiladę z towarzyszeniem orkiestry wojskowej.
Wierzcie mi, że gdy tak maszerowali w mundurach galowych w takt wojskowych pieśni, aż miło się robiło na sercu. Nie bez przyczyny mówi się, że za mundurem panny sznurem. W tłumie przystojnych i wysportowanych żołnierzy dojrzałam jednak kilku spędzających chyba dużo czasu za biurkiem, bo z wielkim trudem udawało im sie dorównać kolegom kroku marszowego...
Po defiladzie obejrzałam wystawę, na której zgromadzono wozy bojowe oraz inne wojskowe ciekawostki.
Ten na pierwszy rzut oka kombinezon płetwonurka, okazał się kombinezonem przeciwwybuchowym - dla saperów likwidujących różne znajdowane w ziemi powojenne niespodzianki czyli niewybuchy. Sporo było też chętnych do przymierzenia oprzyrządowania, jakiego używają nasi żołnierze na misjach.
Mnie zauroczyła piękna żołnierka z bukietem biało-czerwonych róż i pozwoliła na zrobienie pamiątkowego zdjęcia. To może teraz trzeba dodać - za mundurem chłopcy sznurem?

Wpis ten dedykuję pułkownikowi w stanie spoczynku, którego od lat znam osobiście. Jest mężem mojej bliskiej koleżanki. Niezwykle oczytany, historię Polski zna jak mało kto, z wnukami śpiewa pieśni patriotyczne w najważniejsze święta państwowe, pomocny i szarmancki, z sercem na dłoni.
Z wielkim oddaniem opiekuje sie matką, łączniczką z Powstania Warszawskiego.
Nie znam większego patrioty.