niedziela, 19 lutego 2017

Zabawy bez zabawek

Media doniosły o wystawie zabawek w Nowym Jorku, czego tam nie było! Co roku producenci prześcigają się wymyślaniu coraz to droższych i bardziej wymyślnych zabawek, które rodzicom spędzają sen z powiek, zwłaszcza przed Gwiazdką.
I tu pojawia się refleksja - czy naszym dzieciom potrzebne są te wszystkie zabawki? Dziecko powinno także umieć zająć się samo, by dać odetchnąć rodzicom, a i kupowanie ciągle nowych wynalazków powoduje rozleniwienie naszych milusińskich i zamiast pogłówkować, jaką zabawę wykreować, suszą rodzicom głowę o kupno nowości z reklam telewizyjnych. Mój syn też dostawał zabawki, zwłaszcza od dziadków (takie ich prawo i radość), ale najwięcej frajdy sprawiało mu odkrywanie skarbów w szufladzie kuchennej, układanie guzików i innych drobiazgów z moich zbiorów
( o dziwo nigdy niczego nie połknął) czy budowanie z tatą fortec z najprostszych klocków.
Czasami budowaliśmy też szałas z koca rozciągniętego między krzesłami i w tym szałasie był piknik i czytanie bajek i rozmowy o wszystkim, co dzieci interesuje.
Zabawki są fajne, często kształcące, ale nie powinniśmy zapominać, że dobrze jest nauczyć dzieci, że można bawić się bez zabawek, nawet na ulicy, w parku, w kolejce do lekarza.
Nauczyciele czasami narzekają, że dzieci nie potrafią głoskować, nie znają kolorów, nie umieją posługiwać się nożyczkami, nie ulepią kulki z plasteliny. To nie żart...bo w domu im tego zabrakło z różnych powodów: plastelina i farby brudzą, nożyczkami jeszcze się skaleczy itd.
Wybaczcie mi odwoływanie sie do czasów mojego dzieciństwa, ale chyba sie starzeję. Gdy słyszę czasem, jak dzieci mówią, że w domu się nudzą, bo brat zajął komputer, albo mają karę, albo nie ma co robić, bo na zabawki są za starzy, a poza komputerem nic nie potrafią wymyślić, to przypominają mi się moje zabawy.
Od wczesnej wiosny do późnej jesieni ganianie na świeżym powietrzu: wrotki, rower, fikołki na trzepaku, zabawa w czterech pancernych, budowanie szałasów, zabawa w chowanego - zresztą sami wiecie...
O zimie nie wspomnę, bo teraz trudno o śnieg.
Wyszperałam w domowym albumie dwa zdjęcia, na pierwszym wakacje na wsi i zabawy przy poidle dla koni. Na wsi człowiek nigdy się nie nudził: szukanie jajek, przejażdżki wozem po siano z łąki, karmienie królików, zrywanie czereśni, obserwowanie zajęć gospodarskich.
Najbardziej lubiliśmy, gdy ciocia z wujkiem na motorze jechali do miasta po lizaki i murzynki.


Na drugim zdjęciu mój tato utrwalił równie ciekawe zajęcie czyli pomaganie dziadkowi w malowaniu pokoju, a ile ciekawych rzeczy można było się przy okazji nauczyć: jak urabiać klej do tapet, który robiło się z mąki żytniej, jak kolorować farbę do nakładania wzorów wałkiem, jak równo położyć pasek pod sufitem. To wszystko było bardzo ciekawe...
Ulubionym zajęciem mojego brata była gra w karty z dziadkiem, oczywiście dziadek dawał wnukowi fory. Ja wolałam u boku babci uczyć sie szycia, najpierw dla lalek, później tez dla siebie. Matce chrzestnej zawdzięczam naukę robótek z włóczki, siadywało sie u cioci w kuchni, na stole pachniały jabłka antonówki, a wujek opowiadał, jak walczył z bandami UPA w Bieszczadach.


Dzisiaj dorośli często zapominają, że zamiast kupować dzieciom kolejne zabawki, lepiej podarować im wspólnie spędzony czas i nauczyć wymyślania zabaw z tego, co jest akurat pod ręką czy w zasięgu wzroku.
A jakie są Wasze refleksje na ten temat?

czwartek, 16 lutego 2017

Zwierzęta na szlaku...

Wędrówki, wycieczki, wypady obfitują często w spotkania ze zwierzętami. Najwięcej spotkać ich można oczywiście w ZOO, bo jeśli nie mamy odpowiedniego sprzętu i samozaparcia, to w lesie lub innych okolicznościach przyrody trudno jest o spotkanie z przedstawicielami fauny, a i refleks często trzeba mieć niezły, by dobre zdjęcie zrobić.
Zdarza się jednak, że na szlakach spotykamy kota, który się zabłąkał, psa, pilnującego muzeum, gęsi spacerujące po pałacowym ogrodzie czy lisie szczenię na górskiej ścieżce. O dziwo, w dobie mechanizacji dość często spotykamy konie, o krowach nie wspomnę, bo to widok nader swojski.
Nie ma co zbyt dużo pisać, zobaczcie sami, co udało nam się sfotografować w trakcie wycieczek.
Wpis ten natomiast dedykuję gospodarzowi bloga: Wojciech Gotkiewicz FOTOGRAFIA PRZYRODNICZA, bo zachwyciły mnie Jego zdjęcia i opisy przyrody, którą umie podejrzeć jak mało kto...

O zwierzętach piszą także, a każda inaczej i piękne fotki zamieszczają:

Oto Ja

Ariadna

Gabunia

Jaga

Parrafraza

Gabrysia


wtorek, 14 lutego 2017

Czy tylko dla zakochanych?

Legenda o św. Walentym

Wiele,wiele lat temu, w dalekim kraju istniało stare opactwo.
Żyło tutaj i pracowało wielu mądrych i świątobliwych mężów.
Jeden z nich był zdolnym malarzem, inny grał na organach, jeszcze inny śpiewał cudowne pieśni.
Słowem - każdy z nich miał jakiś talent.
Ale wśród tych wielu mądrych mężów był jeden, który nie potrafił ani malować, ani śpiewać ,ani też grać na żadnym instrumencie.
Nie posiadał żadnego talentu. Był on jednak dobrym człowiekiem, który wszystko co robił, starał się robić jak najlepiej.
„Nie mogę zrobić nic wielkiego dla pana Boga, jestem prostym człowiekiem i nie zasługuję na to by przebywać wśród tych wszystkich wspaniałych ludzi w klasztorze”- mówił zakonnik.
Kiedy tak bił się z myślami i smucił w samotności, że nie posiada żadnego talentu, nagle usłyszał mocny i czysty głos: Zacznij od małych rzeczy Walenty.
Zakonnik rozejrzał się, ale nikogo nie było. ”To musiał być anioł”- pomyślał Walenty, zacznę właśnie od małych rzeczy – to mogę zrobić. Złapał za miotłę i posprzątał swój pokój, potem wyszedł popracować do ogrodu. Walenty uwielbiał pracę w ogrodzie, a kwiaty tam rosnące zdawały się kwitnąć tylko dla niego.
Pytano go: co ty robisz, że twoje róże są takie piękne? Kocham je, pielęgnuję - odpowiadał zakonnik.
Walenty ścinał najpiękniejsze kwiaty i rzucał przez mur klasztorny, ilekroć dzieci wracały ze szkoły drogą obok ogrodu zakonnika. Dobry Walenty radował się, gdy dzieci zdziwione wołały: Te róże spadły z nieba, przysłały je anioły.
Kiedy rodziło się dziecko we wsi, jego matka otrzymywała białą różę. Najpiękniejsze kwiaty otrzymywała panna młoda w dniu swego ślubu. Wszystkim dzieciom z okolicy Walenty posyłał jakiś upominek na urodziny: muszlę, kwiat lub słodycze.
Jeśli zobaczył płaczące dziecko tulił je w swoich ramionach, a gdy spotkał niegrzecznych chłopców pozdrawiał ich słowami: Pokój z wami, moi bracia.
Gdziekolwiek się pojawił ludzie mawiali : Oto dobry Walenty, z nim zawsze świeci słońce.
Po śmierci zakonnika wszyscy mieszkańcy wioski wspominali go ciepło. Zaproponowali, aby uczcić pamięć Walentego, by dzieci i wnuki wiedziały, jak dobrym był człowiekiem i jak wielkich rzeczy dokonał.
Dlatego w dniu imienin Walentego, ludzie z wioski obok klasztoru wysyłali sobie miłe listy i obdarowywali się podarunkami.

Od tamtych czasów do dziś Walenty jest pamiętany jako człowiek, który zwykłym rzeczom nadał rangę świętości, a dzień 14 lutego obchodzony jest jako dzień okazywania wyrazów sympatii i miłości.

Tę kartkę stworzyłam więc dla wszystkich sympatyków mojego bloga - niech ten dzień upływa Wam na radości z odrobiną słodkości, a czerwoną różę można kupić sobie samemu ( w razie braku ofiarodawcy) jako symbol pewnych wartości, które ważne są w życiu i dla poprawy nastroju po prostu...

(tłumaczenie własne tekstu z książki: Kołodziejska E. - Santa Claus and others. Warszawa 1991)

sobota, 11 lutego 2017

Dżungla za progiem...

Mieszkając w bloku na wielkim osiedlu marzymy albo o własnym ogrodzie, albo chociaż o roślinach, które są tego ogrodu namiastką, a które hodujemy w małych lub dużych doniczkach.
Szczęśliwcy posiadający własne domy mają także więcej miejsca dla roślin doniczkowych.
Miło jest także, gdy w miejscu, które jest naszym miejscem pracy zadbamy o obecność odrobiny zieleni. żywe rośliny dobrze działają na psychikę i na wzrok.
Gdy długo męczymy wzrok lub wykonujemy jakieś monotonne czynności, dobrze jest od czasu do czasu spojrzeć na nasze roślinki. A jaka frajda, gdy potrafimy wyhodować jakiś okaz z małej sadzonki.

Czasem spotykam się ze stwierdzeniem, że u kogoś żadne rośliny nie trzymają się, bo nie potrafi sie nimi zajmować. Tymczasem, większość roślin nie jest zbyt wymagająca, wystarczy trochę dobrej woli, jeszcze mniej czasu i minimum wiedzy teoretycznej.
Przecież mając w domu nawet chomika, zaczynamy od informacji: czym karmić, jak urządzić klatkę, na co zwracać uwagę, jeśli chodzi o zdrowie zwierzaka.

Podobno rośliny lubią muzykoterapię i przemawianie do nich, można także rzucać na nie urok, pod wpływem którego szybko marnieją. Miałam taki przypadek z difenbachią. Hodowałam ją wiele lat z małej sadzonki, osiągnęła ponad 1,5 m wysokości, miała duże, zdrowe liście, nie zaszkodziła jej nawet przeprowadzka. Mieliśmy kiedyś gości, delegację z pracy męża. Jedna z pań tak zachwycała sie difenbachią, głaskała liście, pomacała gruby pień i możecie nie wierzyć, ale po tej wizycie moja piękna roślina zaczęła gubić liście. Marniała w oczach...

Miałam w domu różne rośliny, wielkie i małe, teraz mamy małe i średnie, bo te wielkie są trudne do mycia, a sił z wiekiem ubywa. Wiele radości dają także rośliny kwitnące, które wprawdzie są często jednoroczne, ale za to wprowadzają wesoły nastrój i świeży powiew natury.
Czasami obserwuję, zwiedzając palmiarnie, jak rozrastają sie nasze małe roślinki w warunkach szklarniowych, nie mówiąc o takich samych okazach w środowisku naturalnym. W naszym parku przy pijalni wód mineralnych jest mała palmiarnia, do której często zaglądamy...
Jest tam także sadzawka z rybkami i klatka z małymi ptaszkami, które śpiewają jak gumowe zabawki, to chyba zeberki i mewki.
Luty to dobra pora, aby przesadzić rozrośnięte rośliny do nowych doniczek. Niektóre rośliny można przy okazji rozmnożyć na różne sposoby, a nowe doniczki, których jest teraz w sprzedaży dostatek urozmaicą każde wnętrze.
Dobierając rośliny do naszych mieszkań należy pamiętać, że soki niektórych gatunków są trujące, więc należy ich unikać tam, gdzie są małe dzieci lub zwierzęta. Nie należy też stawiać zbyt wielu roślin w sypialni, gdyż te w nocy zabierają nam tlen.
Nie przestawiajmy też naszych roślinek zbyt często, bo lubią raczej stać na ulubionym stanowisku.
A tak wyglądało u mnie weekendowe przesadzanie roślin, zdążą zaaklimatyzować się przed wiosennym wzrostem.

czwartek, 9 lutego 2017

Ale się upiekło :-)

Nic tak nie poprawia humoru, jak dobry pachnący chleb lub smaczne domowe ciasto. Mamy wszak karnawał i choć obchodzi się go mniej hucznie, niż dawniej, to zawsze miło w weekend chociażby upiec coś pysznego. Nie jest to blog kulinarny, a kucharka ze mnie marna, ale coś tam czasami popełniam, a że w dzisiejszych czasach o dobry chleb trudno, więc w wolnej chwili lub w przypływie weny idę do kuchni.
Taka na przykład pizza w wersji skromnej, z tego, co akurat było w domu. Ciasto to po prostu mąka, drożdże, woda, sól i oliwa. Z oliwą ciasto jest bardziej elastyczne. W jakimś programie widziałam prostą wersję pizzy dla tych, którzy nie mogą jeść mąki. Zamiast ciasta był placek z ziemniaków startych na grubej tarce, wymieszanych z ziołami i jajkiem, rozłożonych na blasze, jak ciasto do pizzy.
Podobno dziś obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Pizzy.
Nie będę jednak rywalizować z moim mężem w pieczeniu placka drożdżowego, który niektórzy czytelnicy bloga już znają, a wśród znajomych i rodziny stał sie wręcz legendarny. Ja drożdżówki nie piekę...
Natomiast zainspirowana blogiem Jagi upiekłam kilka razy chleb. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przepisu nie zmodyfikowała. Dodałam też mąki razowej, więc moje chleby nie są takie ładne, jak chlebki Jagi, ale zapewniam, że były smaczne:
Do pierwszego dodałam żurawinę i więcej było mąki pszennej, do drugiego dodałam różne zioła i więcej było mąki razowej. Taki chlebek to zdrowy wypiek, dający wiele satysfakcji i smakuje wybornie bez masła nawet. Naprawdę nie jest pracochłonny, to tylko kwestia motywacji.

Do napisania tego postu natchnęła mnie nieoceniona Grażynka z Dukli, o której już kiedyś pisałam, a której poleciłam blog Jagi i w rezultacie przysłała mi zdjęcie swoich wypieków, które pozwoliła zamieścić na blogu.
Jak Wam się podoba ? Prawda, że apetycznie?

Mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale to tylko częściowa prawda, bo mój syn ma niezrozumiałe dla mnie zamiłowanie do gotowania, wręcz eksperymentowania w kuchni, czyli nie po mnie, natomiast ostatnio nabrał ochoty na słodkie wypieki, więc to już bardziej po mężu.

A tak się upiekło młodzieży ze szkoły gastronomicznej w moim mieście. Cała piernikowa wioska, którą podziwiać można w pijalni wód mineralnych. Na zdjęciach tego tak bardzo nie widać, ale podziwiam za cierpliwość w składaniu elementów chat, kościołka, choinek itd.

Czy zachęciłam Was do upieczenia chleba? jeśli nie - zajrzyjcie na blog ZAPIECEK JAGI :-)