poniedziałek, 26 czerwca 2017

Rozdanie świadectw z bonusem...

Złośliwość ludzka nie ma granic!
Wiele szkół i przedszkoli miewa problemy z parkingami dla pracowników i rodziców, zwłaszcza że pobudowane w środku osiedla konkurują o miejsca parkingowe z mieszkańcami bloków.
Na co dzień nie ma wielkich zgrzytów, bo auta zatrzymują się na chwilę, ale bywają sytuacje, gdy o awantury nietrudno.
Jedną z takich okazji jest koniec roku szkolnego. Na jedna godzinę zjeżdżają sie pracownicy szkoły, rodzice uczniów, zaproszeni goście. Nie jest łatwo zaparkować wtedy auto, ale wszyscy w zgodzie parkują ciasno, znajomi nawet na zakładkę, bo wiadomo, kto kogo zastawił i za chwilę odjedzie.
Trudno natomiast o dobrą wolę posądzać mieszkańców, którzy dzwonią po straż miejską i policję.
Rozumiem, że nikt nie lubi parkowania pod jego oknem czy garażem , sama mieszkam obok kina i w weekendy oraz w tanie wtorki dojść do domu nie mogę, ale uroczystość w szkole trwa krótko, na trzy tury, więc rotacja aut jest duża.
Ale wysiadywacze parapetów okiennych i obserwatorzy zafirankowi nie mogą odmówić sobie przyjemności podpatrywania zmagań kierowców z rozdawaczami mandatów.
Tak więc rodzice naszych uczniów, zaproszeni do szkoły, bo ich pociechy otrzymały nagrodę i świadectwo z paskiem, a rodzice podziękowania za współpracę, dostali w bonusie mandaty od strażników praworządności za chwilowe zaparkowanie w miejscu niedozwolonym.
Widziałam z okna biblioteki, jak nadgorliwy policjant pędził za matką z bliźniakami, która już miała odjechać, bo a nuż przepadłby mu kolejny mandat...
Brawo służby, brawo straż blokowych podglądaczy...

piątek, 23 czerwca 2017

Kłamstwo ma krótkie nogi :-)


Dziś dwie historyjki, które dowodzą, że nie ma zbrodni doskonałej, nawet w tak banalnej sprawie jak babskie zakupy.

Koleżanka poinformowała męża, że wróci późno z narady, która skończyła się znacznie wcześniej, niż zwykle. Nie chciało sie jej zaraz wracać do domu, gdzie pies chory i kupa domowej roboty, więc pojechała do galerii handlowej, zamienić gotówkę na jakiś fajny ciuch.
Gdy wróciła do domu, mąż pyta czy dzwoniła ich córka, studiująca w innym mieście. Koleżanka na to, ze telefon na naradzie miała wyciszony, ale sprawdzi. Niestety komórki nie było ani w torebce, ani w aucie, ani w przedpokoju - nigdzie. Mąż przytomnie zaproponował, ze zdazwoni, moze sie telefon odezwie. Niestety, ten pomysł spalił na panewce.
- No przypomnij sobie, gdzie dziś byłaś?
- No, na naradzie byłam.
Mąż w takim razie zadzwonił raz jeszcze, może ktoś z pracy znalazł...gdy połączenie zostało zrealizowane, usłyszeli :
- Tu sklep Monnari, znaleźliśmy pani telefon...
Mina koleżanki bezcenna:-)

Druga historia z mojego podwórka.
Wybrałam się na zakupy wyprzedażowe, zostałam właścicielką dwóch ładnych bluzek na lato i zadowolona wracałam do domu. Nagle zadzwonił mój telefon i mąż pyta:
- kupiłaś coś dzisiaj za sto kilka złotych?
- a skąd wiesz?
- właśnie jestem na e-koncie bankowym, bo robię przelew i wyświetliły mi się twoje zakupy...
Nie mogłam wiec użyć sprawdzonego tekstu : kochanie ta bluzka jest z ubiegłego roku :-)
Normalnie Wielki Brat czuwa!

wtorek, 20 czerwca 2017

Nie samym chlebem...


Toast

W kielichu kruchym
Jak skrzydło motyla
Blask słońca
Się w winie wykąpał.
Nim dopijemy
Słodycz ostatnią
Dzień nasz
dobiegnie końca.
Nim przegadamy
Myśli i słowa
Gwiazdami noc
się zapali.
Do szkła zimnego
Jak lód w kielichu
Przyłóż swe wargi
kochany.
A pośród nocy
W moich oczach
Ujrzysz
Jutrzejsze słońce….


Bliskość

Daj mi rękę
niech jej ciepło
do serca głęboko przenika.
Daj mi usta
niech ich smak
znów zmysły moje rozpali.
Zwróć swe oczy
na chwilową niepewność
mojego oblicza.
Daj mi siebie -
nasze ciała wszak tęsknią
za sobą z oddali.

sobota, 17 czerwca 2017

Fałszywy policjant lub jeszcze raz o wycieczkach szkolnych...

To miał być miły dzień i fajny wyjazd.
Na szkolną wycieczkę wybierały sie dwie klasy, a jedna z opiekunek nauczona doświadczeniem poprosiła o sprawdzenie autokaru przed wyjazdem, by dzieci nie musiały długo czekać na "odprawę".
Kierowca zajechał z małym opóźnieniem, wszyscy wsiedli do pojazdu i powinni pomachać rodzicom i ruszyć. Tymczasem jeden z ojców, odprowadzających dzieci zażądał kontroli autokaru przez policję.
Opiekunka wytłumaczyła grzecznie, ze autokar został już sprawdzony, na co kierowca ma stosowne zaświadczenie. Ojciec jednak ponowił żądanie, bo autokar ma być sprawdzony na oczach rodziców, kierowca ma dmuchać w balonik, a zaświadczenie pewnie jest fałszywe...
Zadzwoniono więc po policjanta z drogówki, który podpisał się na zaświadczeniu. Policjant pojawił się, nie natychmiast, bo drogówka rozmaite ma zadania, ale wytłumaczył rodzicom, kiedy odbyła się kontrola i na czym polegała, a jeśli zaświadczenie jest fałszywe, to może i on fałszywym policjantem jest...
Normalny rodzic spłonąłby rumieńcem i przeprosił, ale ów ojciec upierał się przy swoim i dokonano ponownej kontroli kierowcy i autokaru. Biedny kierowca był tak zdenerwowany, że balonikiem nie mógł trafić do ust, a argumentem za kontrolą było stwierdzenie jednej z matek, że kierowca niewyraźnie mówi.
Jeśli więc seplenicie lub macie problemy z nową protezą, to uwaga, możecie zostać wzięci za nietrzeźwych (taki żarcik).
Wszystko to odbywało się w bardzo nieprzyjemnej atmosferze i dogadywaniu swoich trzech groszy przez innych rodziców, co poskutkowało tym, że dzieci zaczęły w autokarze płakać, a niektóre nawet dzwonić do rodziców, bo były zdezorientowane i przestraszone. Najbardziej płakały bliźniaczki awanturującego się taty.
Kontrola oczywiście nie wykazała nieprawidłowości, a wierzcie mi, że niejedną taką przeszłam i nie jest to miłe, ani krótkotrwałe.
Wspomniany ojciec uspokoił swoje córki, pomachał im na pożegnanie i autokar ruszył.
Wyobraźcie sobie kierowcę i opiekunki w tej sytuacji i domyślcie się, dlaczego tak nie lubię jeździć na szkolne wycieczki, przynajmniej na niektóre.
Obserwując zachowania niektórych rodziców w takich sytuacjach obawiam się, że wycieczki szkolne umrą śmiercią naturalną...

środa, 14 czerwca 2017

Nic nie widzę, bo mi góry zasłaniają...

Obiecałam zdjęcia przyrodnicze i choć nie dorównam prawdziwym pasjonatom fotografii przyrodniczej, to chce się podzielić kilkoma naszymi fotkami, zrobionymi w ulubionych miejscach. Ktoś powiedział, że ludzie chodzą po górach, bo one po prostu są i kto raz połknął bakcyla ten wraca, by podziwiać te niesamowite widoki, oddychać górskim powietrzem, wycisnąć ostatnie poty, by stanąć na szczycie lub na górce tylko.
Nie jestem wytrawnym turysta, ani znawcą górskiej przyrody. Odwiedzam góry wakacyjnie, bo mam daleko, zachwycam się nieustannie i ciągle boję się, jak długo dane mi będzie wspinać się na skałki, bo czas płynie, a sił ubywa.
Jak tu nie zachwycać się drzewami wyrastającymi ze skał, a w dole wije się Dunajec....
Prawda, że pięknie? Ale nie myślcie, że wbiegam na górę jak kozica, klnę jak szewc, gdy jest stromo lub wieje silny wiatr, za to zdobycie celu jest nagrodą jedyną w swoim rodzaju i ta duma, że jeszcze raz dało się radę...
Góry podsycają apetyt, ale uczą też pokory, dlatego dziwię się niefrasobliwości napotykanych turystów, którzy bez przygotowania wybierają się np. na Rysy. Kiedyś schodząc z Nosala spotkaliśmy dwie panie na spacerze, które pytały którędy na szczyt. Ubrane niedzielnie, z torebkami i w butach na obcasach, prosto z kościoła zamierzały wejść na Nosal, bo słyszały, że ładne tam widoki.
Niektóre szlaki prowadzą przez las i dopiero prześwity między drzewami ujawniają widoki zapierające dech i uświadamiające wędrowcom, jak wysoko się weszło, no i oczywiście mokre plecy pod plecakiem...
Góry to nie tylko panoramy i spektakularne widoki, to także niespodzianki w postaci napotkanych zwierząt, wodospadów dużych i małych strumyczków, jaskiń i szczelin.
Bywa też tak, że przedzieramy się przez morze traw wysokich jak my sami, wokół nas owady, a nad nami krzyk kruka...
Trudno jest dziś znaleźć miejsca mało odwiedzane przez tłumy. Pewne jest, że wszędzie tam, gdzie dojeżdża kolejka linowa, dowozi dorożka, busik lub jest mnóstwo straganów z pamiątkami tam są tłumy, a my staramy się bywać sam na sam z przyrodą, ciszą i swoimi myślami...


niedziela, 11 czerwca 2017

Kwieciście lub dosadnie...


Czy zastanowiło Was kiedyś ilu określeń używamy , aby nazwać człowieka, który gada bzdury, postępuje irracjonalnie lub zwyczajnie chcemy mu dać do zrozumienia, że coś jest z nim nie tak?
Pomysł wpadł mi głowy, gdy słyszałam odzywki dzieciaków na przerwie...
Postanowiłam zebrać je razem w takiej ilości, jak pamiętam i sporo tego wyszło, nawet nie przypuszczałam, że aż tyle:
- masz nierówno pod sufitem
- brak ci piątej klepki
- chyba upadłeś na głowę
- masz nie po kolei w głowie
- chyba cie pan Bóg opuścił
- lecz się na nogi, bo na głowę już za późno
- nie masz chyba wszystkich w domu
- a tak poza tym, wszystko u ciebie dobrze?
- a w domu wszyscy zdrowi?
- taa, jasne, a świstak zawija w te sreberka...
- wysoki jak brzoza, a głupi jak koza
- weź młotek i puknij się w czoło
- chybaś się z głupim przez ścianę macał...
- jak rozum rozdawali, to stałeś w kolejce po urodę

Być może ten zbiór nie jest pełen, jeśli pamiętacie coś jeszcze, będę wdzięczna za wasze przykłady :-)
Zastanowić się też warto, ilu określeń używamy dla nazwania wybitnie zdolnych, mądrych i pomysłowych.

czwartek, 8 czerwca 2017

Podpatrzone, podsłuchane...

Chodzenie na własnych nogach w dużych dawkach obfituje w sytuacje podpatrzone i podsłuchane mimo woli. Nie powiem, że narzekam, bo koloryt jest ciekawy i dla celów blogowania przydatny. Dziś 3 przykłady zapamiętane i spisane z zastosowaniem oryginalnego słownictwa, ale niektóre słowa musiałam niestety wykropkować, sami rozumiecie dlaczego...

Wracając kiedyś z pracy szłam dłuższy czas za parą w średnim wieku. On drobny, niewysoki, zasuwał jak chodziarz na maratonie, ona biegła niemal za nim, mała, okrąglutka jak piłeczka, ledwo nadążała. Niosła dwie ciężkie torby, a on panisko kroczył z papierosem w ręku, nie troszcząc się czy nadąża i czy nie ma zbyt ciężko. Gdy ona odzywała sie do swego pana u boku, on ledwo raczył zwrócić głowę w jej stronę by coś odburknąć. Zatrzymali się przed wejściem do Biedronki, on wyciągnął rękę, ona wysupłała z torby portfel i dała pieniądze, po czym pan wszedł do sklepu, a pani czekała z tymi torbami przed wejściem. Smutny to był widok, ale może nie jest w tym związku tak źle, skoro ona wydziela jemu pieniądze...

Druga sytuacja spowodowała ból moich uszu lub raczej pogwałciła poczucie smaku za sprawą rozmowy telefonicznej. Znowu wracam z pracy, za mną idzie dziewczyna , rozmawiając z koleżanką przez telefon. I słyszę dialog, a w zasadzie odpowiedzi na pytania padające z drugiej strony:
- Jesteś w szkole? ja byłam u lekarza, jak mi wyje....a receptę to dwie stówy w aptece bym zostawiła, powiedziałam, niech spadają, nie będę tego gówna brać, ale zwolnienie się przyda.
- Pewnie, że będę na imprezie, tylko matka pierd....ca dostanie, jak zobaczy, co chce założyć, chyba w bramie się przebiorę.
- Jak to nie masz z kim iść? Dzwonił do mnie kumpel mojego i pytał czy znam fajne laski, a ja mu na to, że znam same fajne laski i chętne, więc kochana myj d..ę, bo nigdy nie wiadomo.
- Matce powiem, że idziemy do Jolki na urodziny, bo by stara zawału dostała...
Reszty nie słyszałam, bo nasze drogi, na szczęście się rozminęły.

Trzeci obrazek na pierwszy rzut oka sielski, idę przez park i widzę parę na ławce, objęci czule, ale widok może zmylić, bo zbliżając się słyszę :
- Bo ty k...a nigdy nic nie mówisz, jak je...a niemota!
- Ale przecież...
- Zamknij ryj i słuchaj! Wkur...a mnie, że nie odzywasz się, wszystko muszę sam w tym pier.....m urzędzie załatwiać.
- Ale mówiłeś...
- Zamknij ryj! Nigdy mnie nie słuchasz, co z tobą nie tak, głupia babo?
- Ale ja...
- Zamknij ryj!
Mijając ławkę przyspieszyłam kroku, bo byłam zażenowana, że słyszę coś takiego.

wtorek, 6 czerwca 2017

Niby wiemy...

Zwyczajne codzienne czynności mogą stać się przyczynkiem do napisania posta.
Wyrzucałam śmieci, a stoją u nas wiaty na pojemniki zamykane na klucz i dobrze, bo nikt tych śmieci nie rozrzuca i nikt obcy nie podrzuca swoich, nie płacąc.
Jakiś starszy pan mozolił się z segregowaniem swoich odpadów do poszczególnych pojemników i zauważyłam, ze niestety nie robi tego tak jak trzeba.
Wydawało mi się kiedyś, że wiem, gdzie co wrzucić, tym bardziej, że oprócz kolorów pojemników są jeszcze napisy: papier, szkło itd.
Kiedy jednak byłam z uczniami na warsztatach o segregacji odpadów, okazało się, że wiem niewiele, bo nie każdy papier powinno się wrzucać do "papierów", szkło należy przynajmniej wypłukać i pozbawić zakrętek/ nakrętek z innych materiałów, plastikowe opakowania zgniatamy, by zmniejszyć ich objętość, wytłoczki do jajek należy traktować jako śmieci zmieszane, bo są już tak przetworzone, że nie traktuje się ich jako surowce wtórne.
Z wizytami w osiedlowym kontenerze na śmieci wiążą się także pewne moje spostrzeżenia. Niektórzy z lokatorów część swoich odpadów zostawiają na pokrywach kontenerów, na przykład torbę z chlebem czy bułkami - czyli zapewniają sobie jakby spokojne sumienie - oni chleba nie wyrzucili, tylko co pytam ?
Podobnie z ubraniami - jeśli zostawił ktoś stare, przepocone buty na wierzchu, to przepraszam dla kogo, skoro wiata zamykana na klucz?
Plusem tych pojemników "strzeżonych" jest to, że o świcie nie budzą mnie zbieracze puszek, którzy najpierw wyrzucali je na chodnik, potem zgniatali butami, a hałas z tego był taki, że umarłego by obudził...
Nie będę już pisać o skrajnym lenistwie osób, które zostawiają śmieci, gdzie popadnie, bo KTOŚ posprząta, a czystych ławek w parku jeszcze sporo, ani o bezmyślności tych, którzy swoje odpady wyrzucają do lasu.
Kiedyś wychodząc ze sklepu zwróciłam uwagę dwóm dziewczynom, które kupiły lody, a papierki rzuciły dosłownie pod moje nogi. Zaczepione, wzruszyły ramionami i poszły dalej, chociaż kosze były w sklepie i przed. Chciałabym bardzo wiedzieć, skąd biorą się takie zachowania, może jakieś badania na ten temat?

Za takie widoki jak wyżej i głupotę typu - po nas choćby potop - waliłabym po łbie, bo kary finansowe to za mało...

sobota, 3 czerwca 2017

Brzuszek czy dupka?

Na świeżo zapisałam anegdoty w krótkich spodenkach, żeby podkręcić Wam humor na weekend.
Pani w szkole prowadzi zajęcia dodatkowe z dziećmi, mającymi problemy z pisaniem i czytaniem.
Aby dzieciaki lepiej zapamiętały pisownię liter B oraz D pani tłumaczy, że literka D wygląda jak dupka, a literka B ma brzuszki, podobnie jak u człowieka, też mamy dupkę i brzuszek.
W czasie kolejnych zajęć Bartek znów pomylił obie literki. Pani pyta chłopca:
- Bartuniu, literka D jak dupka, pamiętasz?
- Tak, proszę pani.
- A literka B jak?
- brak odpowiedzi...
- No pomyśl, co masz z przodu, z tyłu dupka, a z przodu?
- Z przodu mam siusiaka...

Jeszcze w bonusie anegdota z wczoraj.
Mieliśmy imprezę czytelniczą dla dzieci, ja organizowałam zgaduj-zgadulę, w której brali udział także rodzice. Jeden z chłopców przyprowadził młodszą siostrę lat 6 i dziewczynka trafiła pytanie: wymień zbiorniki wodne. Po długim namyśle pada odpowiedź - WIADRO Z WODĄ...
ŻYCZĘ WAM MIŁEGO WEEKENDU :-)

czwartek, 1 czerwca 2017

Powszechnie wiadomo...

Doprawdy, myśl ludzka dziwnymi chadza drogami...
Do czego taki wstęp? Ano usłyszałam rozmowę jednego z posłów (opcja pro-life, prawica Rzeczypospolitej) z lekarzem na temat słynnej pigułki dzień po... temat oczywista przewałkowany, ale nie będą się rozwodzić nad za i przeciw, chociaż nurtuje mnie pytanie: czy ta sama pigułka wydawana na receptę staje się mniej szkodliwa dla zdrowia kobiety, niż sprzedawana bez recepty, może ktoś wie?
Zadziwiająca dla mnie była argumentacja wspomnianego posła, potwierdzająca tezę, że owa pigułka jest środkiem wczesnoporonnym, chociaż nawet ja czytałam, że nie dopuszcza do połączenia jajeczka z plemnikiem, więc o żadnym poronieniu nie ma mowy.
Poseł zapytany, gdzie czytał o działaniu wczesnoporonnym, przy czym z całą stanowczością się upiera odpowiedział, że taka jest POWSZECHNA OPINIA i on czytać nie musi, nie jest lekarzem.
Poseł czytać powinien i to w różnych źródłach, by wiedzieć nad czym debatuje i za czym głosuje.
Gdyby iść za rozumowaniem pana posła, strażnika życia poczętego i kierować się w życiu tym, co powszechnie wiadomo, to musielibyśmy uwzględnić prawdy powszechne takie jak:
- gdy się żony nie bije, to w niej wątroba gnije czyli brudy rodzinne nie powinny wychodzić poza cztery ściany...
- od pierwszego razu nie zachodzi się w ciążę...
- żony ani prostytutki nie można zgwałcić...
- piwo to nie alkohol, więc uzależnić się nie można...
- wszyscy rudzi są fałszywi...
- cukier krzepi, a wódka jeszcze lepiej...
Tak przy okazji, to słyszałam jeszcze inne rewelacyjne wypowiedzi tegoż posła w mediach i gdyby nie zwyczajna ignorancja wobec niektórych tematów, to można by zrzucić ich absurdalność na karb zaawansowanego wieku parlamentarzysty.


A czy Wy znacie jakieś równie mądre prawdy powszechne?

poniedziałek, 29 maja 2017

Dzień na wsi

Jak w środku tygodnia pobyć na świeżym powietrzu w głębi lasu, bez brania urlopu? Trzeba pojechać jako opiekun dzieci na wycieczkę. Wiem, zaraz powie ktoś, że to też praca i odpowiedzialność, ale gdy dzieci grzeczne, a doświadczenie duże, to i dla siebie można znaleźć chwilę na łonie natury...
Zdarzyło się więc, że pojechaliśmy do ośrodka wypoczynkowego, którego gospodarze organizują świetne zajęcia dla dzieci "Od ziarenka do bochenka".
Nasz prelegent gadał cały czas wierszem, słowo! Dzieciaki zaklinały ciasto drożdżowe by dobrze rosło, lepiliśmy chałki drożdżowe lub bułki, które po upieczeniu zjedliśmy ze smakiem w towarzystwie twarożku z rzodkiewką i masła, wyrobionego pracowicie przez maluchy z wiejskiej śmietany.

Oczywiście, jak to na wsi mieliśmy też okazję poobserwować zwierzęta, bo był tam mini zwierzyniec, a w nim 3 kozy, kucyk, świnie z warchlakami, 2 koty, królik w klatce i papużki faliste. Jedynie krowa była sztuczna, ale naturalnej wielkości i dawała się doić. Zapoznaliśmy się także z wcale nie łatwą budową i obsługą cepa.

Dzień był ciepły, ale nie zaszkodziło posiedzieć przy ognisku i upiec kiełbaski. Dla spalenia kalorii dzieciaki mogły popróbować swych sił w chodzeniu na szczudłach, grze w piłkę, strzelaniu z łuku i w czasie szaleństw na placu zabaw.

Ale największą radochę miały dzieciaki, gdy nasz gospodarz postanowił jedną z pań ochrzcić mąką, by tradycji stało sie zadość i aby pani zbyt czysta nie była. Chyba domyślacie się na kogo padło i tylko szczęście miałam, że pan ludzki był i nie cały kilogram mąki na mnie wysypał, a jedynie symbolicznie poprószył...za to chałka udała mi się znakomicie :-)
Ale nie żałujcie mnie, bo dobrze sie bawiłam :-)

piątek, 26 maja 2017

Mamą być...

Dziś będzie krótko, okolicznościowo.
Konwalie widoczne na zdjęciu dostałam od koleżanki, stoją na moim biurku w bibliotece i pięknie pachną.
Kwiatki wyjątkowej urody, na które czekamy rok cały, podobnie jak na truskawki, zawsze kojarzą mi się w komplecie.
Przypomniały mi o Dniu Matki, bo zawsze mojej mamie kupowałam konwalie...
Teraz mogę najwyżej znicz na grobie zapalić, ale takie jest życie.

Dziwnym trafem szukałam czegoś w koszyku z drobiazgami i znalazłam kopertę zrobioną własnoręcznie przez mojego syna, chyba 18 lat temu.
W kopercie karteczka, zapisana drukowanymi literami, bo akurat nauczył się pisać, chyba w zerówce...
Gdy przeczytałam, uśmiechnęłam sie do swych wspomnień.
Gdyby ktoś z czytających miał problem z odczytaniem, to piszę tutaj:
MAMO KOCHAM CIE A CZY TY MNIE KOCHASZ I KIEDY DASZ MI CAUSKA ADAM
Dla takich chwil żyjemy, a nie dla sukcesów dzieci w konkursach....


Wszystkim mamom życzę podobnych wzruszeń, nie tylko w Dniu Matki :-)

wtorek, 23 maja 2017

Ciekawskim okiem obiektywu...

Czy zastanawialiście sie kiedyś, że gdy wędruje się z aparatem fotograficznym, to inaczej patrzymy na otaczający świat, jakby obiektyw czyli trzecie oko wymuszał większą spostrzegawczość i uważność na szczegóły.
Idąc w towarzystwie przyjaciół czy rodziny pstrykamy sobie wzajemnie pamiątkowe fotki, ale zostając o krok w tyle z aparatem w dłoni, wyostrza się instynkt myśliwego, polującego na szczegóły architektury, ptaszki na dachach, ławkę ukrytą w cieniu drzewa lub tablicę ku czci...
Czasami zapominamy nawet, że gdzieś tam takie zdjęcie zostało zrobione i dopiero w czasie przeglądania retrospektywnego odkrywamy uchwycone smaczki.
Takie właśnie szczegóły chcę dziś pokazać.


Pierwsza seria to zamek Czocha i studnia , po wrzuceniu do której sprawdzano wierność żony pana na zamku, gdy wracał z długiej eskapady. Wiadomo, jeśli utonęła, znaczy że wierna była. Dziś turyści monety tam wrzucają...
Poniżej jedna z wielu armat, które wyciągają szyję wokół murów obronnych i fosy. A po prawej łoże z baldachimem, które onegdaj zapadnię po prawej stronie miało.Dzisiaj można w tej komnacie nocleg zamówić, ale zapadnię rzecz jasna zlikwidowano, by turystów nie straszyć.


Te drewniane cuda zdobią ogrody pałacowe w Decinie w Czechach: ławka w kształcie ust, ławka słoneczna oraz urokliwy dom dla pszczół.


Na dziedzińcu Orawskiego Podzamoka narzędzia tortur, pręgierz oraz miejsce straceń, gdzie ongi kat urzędował. Za żeliwną bramą przejście w litej skale wykute i gdy przechodzisz , wystarczy zadrzeć głowę, by korzenie drzew podziwiać.



W Poznaniu urzekło mnie secesyjne (chyba) zwieńczenie wejścia do kamienicy. Niewielki posąg projektanta ratusza poznańskiego nie rzuca się w oczy o tej porze, bo liczne ogródki z parasolami go zasłaniają.
Nad wejściem do pizzerii znany już saksofonista, którego pokazałam kiedyś w jesienno-zimowej szacie, ale letnia też fajna.



Te cudeńka to ozdoby pszczyńskiego pałacu, jest ich tam tyle, że na kilka postów by starczyło, dobrze, że aparaty teraz cyfrowe, bo kiedyś rolki filmów szybko się kończyły, a u fotografa trzeba było czekać na odbitki...


Na koniec przykłady z Rogalina, a jest ich tam mnóstwo, bo nie tylko w Pałacu, ale także w galerii sztuki, która ogród zimowy przypomina, a sal tam bogatych w arcydzieła sporo, że za jednym pobytem ani oczu, ani duszy nie nasycisz...

W jednym z kolejnych postów wstawię fotki przyrodnicze, bo i w lesie, w górach, nad morzem i przy drodze można znaleźć prawdziwe perełki.

sobota, 20 maja 2017

Niedobrze być bogatym...

Kolejna rozmowa z Krzysiem, którego dawno nie było. Nowym czytelnikom podpowiem, że Krzyś chodzi do 2 klasy, odwiedza mnie w bibliotece i prowadzimy ciekawe dysputy.
Zdaje się, że wśród moich czytelników chłopiec ma swoich wielbicieli, więc jeśli jeszcze nie znudziły Wam się rozmowy z Krzysiem, to dziś kolejna z cyklu.
Tym razem chłopiec przyszedł na prośbę pani ze świetlicy by sprawdzić, jakie dzieci zapisały się na komputery. Dla bezpieczeństwa dzieciaków pilnujemy, by zawsze były pod opieką i nikt nie biegał samopas po korytarzach.

- Oj Krzysiu, dawno cię nie było.
- Bo teraz ciepło i gramy w piłkę.
- A co robiłeś w majówkę? No wiesz, w ten długi weekend...
- Nic specjalnego, nie mogliśmy wyjechać, bo wujek pracował, więc z mamą byliśmy u dziadka na działce.
- Też fajnie, byłeś na świeżym powietrzu, pies pewnie także się cieszył, nie ma to jak święta...
- A mój kolega to nie lubi świąt, żadnych!
- Jak można nie lubić świąt? Nawet majówki?
- On mi powiedział, że w każde święta, nawet na Gwiazdkę jeździ z rodzicami do hotelu Gołębiewski...
- To muszą być bogaci, bo to drogie hotele są?
- Taaak, ale on mówi, że wolałby w święta być w domu. Na przykład na Wielkanoc my malowaliśmy pisanki, poszliśmy ze święconką i zrobiliśmy dziewczynom dyngus, a oni z bratem musieli w tym hotelu chodzić na zajęcia...
- Na zajęcia? w święta?
- No też się zdziwiłem, ale on mówił, że jak przyjeżdżają do hotelu, to rodzice odpoczywają, a dla niego z bratem zamawiają różne atrakcje na cały dzień.
- A oni pewnie woleliby spędzać czas z rodzicami?
- Chyba tak... wie pani, ja myślę, że to wcale nie jest dobrze być takim bogatym...
- Dla twojego kolegi chyba nie...
- Niedługo wakacje, masz już jakieś plany?
- Plany?
- Czy wiesz już, co będziesz robił?
- Nieee, może pojadę do taty? chciałbym...

środa, 17 maja 2017

Keks czy cwibak?

Po raz pierwszy zetknęłam się z różnicami językowymi między regionami naszego kraju dawno temu. Gdy zaczynamy podróżować i stykać się z mieszkańcami innych regionów nagle uświadamiamy sobie, że czasami nazywamy te same rzeczy innymi słowami i chociaż jesteśmy obywatelami tego samego kraju,nie zawsze wiemy o czym mówi rozmówca. Już jako dziecko dziwiłam się, że ziemniaki nazywane są przez dorosłych także kartoflami i pyrami, nawet myślałam, że PYRY to jakieś brzydkie słowo. Kiedyś sąsiadka przyszła pożyczyć śrubra do umycia schodów, a gdy nie wiedziałam co jej podać, wyjaśniła, że to szczotka na długim trzonku...
Moja babcia sadziła w korytkach na balkonie macoszki, a w szkole uczyłam się, że to bratki. W piekarni sprzedawano drożdżowe bułeczki, a babcia wysyłała mnie do sklepu po młodzie i mówiła do mnie i brata - rośniecie jak na młodziach.
Gdy pojechałam na praktykę studencką do Warszawy i mieszkałam w akademiku ze studentkami z Krakowa, namawiały mnie do wyjścia na pole. Gdzie one tu pole widzą, myślałam. Ja zawsze wychodziłam na dwór.
Jeśli ktoś był gapiowaty i miał ciężki pomyślunek mówiło się, że to GUŁA, tymczasem gdzie indziej guła to po prostu indyczka.
Pomysł tego tematu przyszedł, gdy przeglądałam słownik i natrafiłam na termin PROWINCJONALIZMY JĘZYKOWE.
I tutaj słownik podaje jeszcze inne przykłady:
BARANINA to także skopowina,
BIEDRONKA to wdzięczna petronelka,
BLINY w Krakowie to inaczej racuchy,
na warszawską butelkę w Krakowie mówią FLASZKA,
w stolicy na święta piecze się keks, a w Krakowie CWIBAK,
w Poznaniu zapakują ci cukierki w TYTKĘ , a gdzie indziej w papierową torebkę,
bardzo spodobało mi się także wielkopolskie określenie zeszytu - SKRYPTURA ...

Blogerzy pochodzą z różnych części Polski i bardzo ciekawi mnie czy znacie jakieś inne przykłady typowych lub rzadkich prowincjonalizmów, które spotykacie w życiu codziennym lub spotykaliście w swoich podróżach.
Ciekawi mnie też czy są one ciągle żywe, czy też odchodzą wraz z pokoleniem naszych rodziców i dziadków?
Będę wdzięczna za wszystkie Wasze spostrzeżenia :-)

sobota, 13 maja 2017

Opinie warto czytać...

Gdy wakacje zbliżają się wielkimi krokami zaczynamy poszukiwania miejsca na urlop, a co się z tym wiąże, także miejsca na nocleg.
W naszym przypadku albo odkurzamy notatnik ze sprawdzonymi adresami, albo zaczynamy poszukiwania w sieci. Dobrze jest zajrzeć na portale poświęcone kwaterom, hotelom i domkom letniskowym, bo są tam adresy sprawdzone, działalność zarejestrowana, możliwość podejrzenia wnętrz na zdjęciach, mapki dojazdu, gotowe spisy okolicznych atrakcji, a wreszcie opinie turystów, którzy już skorzystali z usług danego pensjonatu czy hotelu. Oczywiście nie wszystkie nowe miejsca posiadają takie opinie, wtedy podejmujemy ryzyko, ale są także miejsca noclegowe ze skrajnymi opiniami i tu już sami musimy zdecydować czy zaufamy opiniom pozytywnym czy zniechęcą nas negatywne zdania.
Czasami sugeruję sie nazwą kwatery lub nazwiskiem właściciela i jakoś do tej pory się nie zawiodłam, ale może mieliśmy szczęście, bo tyle dziwnych historii się słyszy lub czyta w mediach.
Odkąd zaczęłam czytać opinie i czasem także pisać o swoich wrażeniach, zwracam uwagę na odpowiedzi właściciela obiektu pod komentarzem turysty.
Właściwie odpowiedzi właścicieli/gospodarzy obiektu rzadko się zdarzają, ale mówią wiele o podejściu do klienta. Pozwólcie, że zaprezentuję fragment jednej z odpowiedzi na komentarz turysty z Krakowa, a nie napisał niczego nagannego, w każdym razie niczego, co uzasadniałoby taką oto wypowiedź:

"Tak to bywa gdy Właściciel obiektu udowodni Gościom, że nie mają racji. Nawet nie ma Pan odwagi sam napisać tylko wyręcza się Pan małżonką lub jej danymi . Nie znając topografii Szczawnicy a jest Pan niby z Krakowa, dzień przed przyjazdem telefonicznie wykłócał się Pan ze mną o to, że nie mieszkam przy Parku dolnym tylko 2-km dalej i wprowadzam Pana w błąd , Portale też.
Jednak Ja miałam racje i nie chciał Pan nawet o tym rozmawiać . Oczerniając mnie i wypisując nieprawdę o obiekcie, z czym się nie zgadzam, pewnie poczuje się Pan lepiej, bo urażone zostało Pana męskie ego. Jak może kobieta mieć racje Pana zdaniem , ale to źle świadczy tylko o Panu.
Cieszę się, że reszta Gości była zadowolona. Zawsze jakaś czarna owca się znajdzie w stadzie a złośliwość ludzka chyba zawsze pozostanie.
"

Nie wiem jak na Was, ale na mnie odpowiedź tej pani robi negatywne wrażenie, bo cokolwiek napisał gość pensjonatu, do dobrego tonu należy odpowiedź kulturalna na zarzuty, a nie napastliwa. To my jesteśmy klientami i płacimy ciężkie pieniądze za komfortowe warunki, a nie za dbanie o dobry humor i poczucie wartości gospodarzy. A ta dyskusja to zwykła pyskówka...
Zapytałam kiedyś grzecznie czy dostaniemy ręczniki do pokoju, na co pani właścicielka odpowiedziała, że za TAKĄ cenę pokoju mam wygórowane wymagania. Odpowiedziałam, że mogę dopłacić, bo w większości miejsc są ręczniki na wyposażeniu, na to pani wzruszyła ramionami i łaskawie dała nam po 1 ręczniku na cały pobyt! Od tej pory pytam czy są ręczniki w pokojach...
Powie ktoś, to żaden problem i najlepiej zawsze wozić własne. To prawda, ale gdy jedzie się pociągiem to każdy nadbagaż ma znaczenie.
Gdy wpisuję opinie o danym obiekcie, to staram sie pisać także o dobrych stronach, w końcu szukamy informacji wszelkich, a opinie skrajnie euforyczne i skrajnie negatywne odrzucam.
Oczywiście dla sprawiedliwości muszę dodać, że bywają właściciele obiektów , którzy reagują życzliwie na wszelkie sugestie gości, nie traktując turystów jak skarbonkę do wyjmowania pieniędzy, nie strzelają focha z byle powodu. Turyści także bywają różni, ale jeśli ktoś decyduje się na prowadzenie pensjonatu powinien z takimi skrajnymi sytuacjami się liczyć, jak w wielu zawodach zresztą.

wtorek, 9 maja 2017

Zez duchowy

Tytułowe określenie znalazłam w jednej z książek i tak mi się spodobało, że sobie zapisałam, aby podzielić się swoimi refleksjami na ten temat na blogu.
Zez duchowy to taki stan, który powoduje u nas brak skupienia na jakimś zadaniu, jakie mamy do wykonania, niezależnie od tego czy robimy coś dobrowolnie i ochoczo czy pod pewnym przymusem. Mówiąc inaczej - wszystko nas rozprasza i odwodzi od wykonywania tej czynności, na której postanowiliśmy się skupić. Znajome?
Każdy z nas pewnie czegoś takiego doświadczył.
Koleżanka opowiadała mi kiedyś, że jej mąż nie mógł sie skupić w kościele na modlitwie, bo siedziały przed nimi dwie urodziwe panny, z których jedna prezentowała w klęku bardzo skąpe stringi, druga ciekawy tatuaż i módl się tu człowieku...
Sama pamiętam swoje przygotowania do matury ustnej z historii - czego ja nie robiłam, byle odwlec zakuwanie: naczynia myłam, kogel mogel kręciłam, nawet Bolka i Lolka obejrzałam.
A czy zdarzyło Wam się czytać książkę i po kilku stronach zaczynaliście od nowa, bo nie pamiętaliście o czym było? Ileż to razy spoglądałam też na zegarek by sprawdzić godzinę, by po chwili pytać siebie: to która była na zegarku?
Takie sytuacje nazwać można właśnie zezem duchowym. Niby robimy coś świadomie, niby kierujemy uwagę na daną czynność lub osobę, a tu niespodzianka, nasze drugie ja było w innym wymiarze...
W trakcie przygotowywania potraw wystarczy zboczyć myślami na inny tor i potem okazuje się, że ciasto bez proszku do pieczenia poszło do pieca lub nie pamiętamy czy wsypaliśmy sól...
Nie na darmo czasem uczniowie tłumaczą się: ale ja się całe popołudnie uczyłem...natomiast skutek opłakany, no po prostu zez duchowy.


Dopisek: oglądałam maraton Wings for Life pełna podziwu dla biegaczy na całym świecie, trzymałam kciuki za naszych biegaczy, których było kilkoro w finale. Okazuje się, że im nawet pomaga zez duchowy, bo gdy przychodzi kryzys, gdy ból nie pozwala skupić sie na celu, zaczynają zerkać w myślach na prawo i lewo, byle odwrócić uwagę mózgu od swoich słabości: recytują wiersze, nucą piosenki, rozmyślają o planach na przyszłość, o rodzinie itd.

Ciekawa jestem, czy Was także dopada czasem ZEZ DUCHOWY?

piątek, 5 maja 2017

Majówko trwaj...


Majówka była krótka, ale wykorzystana na maksa. Gościliśmy w domu Gabrysi i Bogdana na Śląsku, w domu pod dobrym Aniołem, o którym pisałam już TUTAJ
Przyjęci po królewsku, ale i po przyjacielsku cieszyliśmy się pobytem i towarzystwem, nawet pies Teodor nas polubił, a my jego. Gospodarze pokazali nam wszystko, co w okolicach jest ciekawego: atrakcje Wisły Adama Małysza, szlak na Baranią Górę i Zaporę w Wiśle Czarne, nad którą króluje rezydencja prezydentów, ulubioną cukiernię "U Janeczki", gdzie wypiliśmy pyszną kawę.

Takiej jajecznicy z grzybami, jaką robi Bogdan, nie jadłam nigdy. Mimo chłodu udało nam się zaliczyć pieczenie kiełbasek w ognisku, a nawet grilla i chociaż jedliśmy ubrani jak na kulig, skrzydełka i kaszanka smakowały bosko, no i tradycji stało się zadość!

W czasie drugiej wyprawy z naszymi gospodarzami zwiedziliśmy pałac w Pszczynie , okoliczny park i ryneczek, a w drodze powrotnej zaporę i Jezioro Goczałkowickie. Wierzcie mi, nie trzeba jechać nad morze, by zobaczyć bezkres wody i ogrom przedsięwzięcia, a i w nogach sporo kilometrów zaliczyliśmy. Trafiliśmy także do kościoła pod wezwaniem św.Klemensa, który stoi w pięknym punkcie widokowym, skąd rozciąga się panorama na Mysłowice, Tychy, a w dzień pogodny nawet Tatry widać.
Naszą tradycją stały się także wyprawy do lasu, bo terenów leśnych wokół Mysłowic mnóstwo.
Poniższa galeria pokaże Wam namiastkę tylko zdjęć, które udało nam się zrobić w ciągu kilku dni.


Szykując się do powrotu, otrzymaliśmy od naszych gospodarzy upominki przecudne, dobre słowo na drogę i uściski serdeczne, nawet pies Teodor odprowadzał nas tak żarliwie, że mało ogrodzenia nie przeskoczył.

W drodze powrotnej do domu pozwiedzaliśmy jeszcze co się dało: ciekawe kościoły, bunkry z 1939 roku, zlewisko Warty i Widawki z pięknymi punktami widokowymi.
Zasmakowaliśmy wakacyjnych klimatów, aż żal było wracać do pracy. Takie wyjazdy i spotkania budzą lenia drzemiącego w zakamarkach duszy. Chociaż leniem trudno go nazwać, bo na zwiedzanie, wędrowanie i odkrywanie zawsze ma siły i ochotę...

wtorek, 2 maja 2017

W tym kraju czyli gdzie ?

Ten wpis nie jest polityczny, może bardziej patriotyzmu dotyczy. To taki mój wkład w majowe święta, które obchodzimy, każdy po swojemu. Może naiwny, może kogoś zdenerwuje, ale trudno, w podtytule bloga napisałam - wszystko co mnie porusza, więc...
Słyszę czasami w mediach wypowiedzi różnych osób, w różnym wieku i wszelakich profesji, w których to wypowiedziach pojawia się określenie: Bo W TYM KRAJU...
Mieszkam w tym kraju od urodzenia, mieszkam w moim mieście od zawsze, ale nigdy nie używam zwrotów: w tym kraju, w tym mieście, bo to nie określa mnie w żaden sposób. Kiedyś odeszłam od stolika w restauracji i ktoś zapytał: czy TA OSOBA jeszcze tu usiądzie? Czujecie klimat?
Ta osoba czyli nikt...
Już raz pisałam o znajomej, której ptasiego mleka nie brakuje, ale stwierdziła, że W TYM KRAJU nie można się dorobić...
Smutno mi, gdy ktoś pomstuje na swój kraj, jakby ten kraj był samodzielnym bytem bez jego udziału, jakby wszędzie były krainy mlekiem i miodem płynące, a ludzie żyją tam w zupełnej beztrosce i tylko u nas kiła i mogiła.
Ten kraj, to miasto, to życie, które jest moim udziałem budowali moi dziadkowie i rodzice i mam nadzieję, że może i ja mam nikły wkład w postrzeganie mojego kraju gdzieś tam.
Czasem wstydzę się za moich rodaków za granicami kraju, ale wstyd mi za konkretnych ludzi, ich zachowanie, a nie za kraj...
Doceniamy ten nasz kraj dopiero, gdy słyszymy zachwyty obcokrajowców, a ci obcy na naszej ziemi jeśli krytykują, to zachowania, dziwne zwyczaje, nawyki, których nie rozumieją, ale nigdy nie mówią źle o KRAJU...
Jesteśmy więc bardziej krytyczni lub sceptyczni, niż nasi goście ?
Kiedyś wzorem edenu była Ameryka, ale trzeba było tam być, aby się o tym przekonać, a różnie z tym bywało. mam mieszane uczucia, gdy słyszę, że gdzieś tam w świecie, to nawet bezdomnym lepiej się żyje. Możliwe, ale w takim razie wyjedź z tego kraju, osiągnij sukces własnymi rękami, odcinając się od wszystkiego co w kraju przodków zostawiasz, zacznij od zera, bez rodziny i przyjaciół, a wtedy być może, będziesz mógł używać określenia W TYM KRAJU.
Bo jeśli tu się urodziłeś, korzystałeś z dorobku swoich przodków, zdobyłeś wykształcenie, masz co jeść i na głowę Ci nie kapie, to gdzie jest TEN KRAJ, jeśli nie tutaj? Można wybrać sobie inną ojczyznę, można być kosmopolitą, można mieszkać na Księżycu, ale to nie usprawiedliwia nas, by źle mówić o swoich korzeniach, bo wszyscy je tworzymy i jakiś wpływ na to mamy. Każdy na swój sposób.
Nigdzie niczego nie dostaniemy w prezencie, nawet jeśli użyjemy hasła TU CHCĘ ŻYĆ...
Ja też nie ze wszystkiego jestem zadowolona i wkurzają mnie politycy, ministrowie, lokalni bonzowie, ale to nie oni są solą tej ziemi i to nie oni uczyć nas powinni za co cenimy NASZ KRAJ.
Może to staromodny patriotyzm, ALE TAK CZUJĘ i nie wiem, czy gdzie indziej byłabym szczęśliwa, chociaż marzy mi się inny klimat :-)

piątek, 28 kwietnia 2017

Pewnie też ich znacie...

Każdy z nas, nawet jeśli sam nie przyjmuje gości, to bywa czasami na spotkaniach w licznym lub kameralnym gronie znajomych. W domach prywatnych czy w lokalach ludzie spotykają się służbowo lub prywatnie, a oprócz osób znajomych spotykamy też nieznane dotąd osoby, które czasami drażnią nas od pierwszego wejrzenia czy raczej gestu...innymi słowy działają na nas jak płachta na byka.
Pokusiłam się o małą systematykę w tej dziedzinie, z zaznaczeniem, że pewnie ja także zaliczam sie do jakiejś kategorii i także pewnie kogoś wkurzam, nie zdając sobie z tego sprawy.
Jeśli nie zniechęci Was dłuższy wpis, to zaczynam:

1. Dusza towarzystwa - koniecznie musi wszystkich zabawiać anegdotami, śpiewem, zadawaniem miliona pytań, jakby wynajęty przez gospodarzy do dbania o dobry humor gości, ale raczej marnie jemu/jej to wychodzi.

2. Gwiazda - lubi zrobić na zebranych wrażenie, wiec przeważnie się spóźnia, robiąc przy tym wiele zamieszania, nie bacząc na to, że rosół stygnie lub świeczki na torcie dogasają...
W czasie przyjęcia odbiera telefony i rozmawia tak, aby wszyscy słyszeli, z jaką to ważną osobą ma dobre układy i zażyłe stosunki.

3. Erotoman gawędziarz - nie zważając na wiek słuchaczy rzuca gęsto dwuznaczne dowcipy i opowieści o tematyce erotycznej, a wszyscy myślą: no tak, sam już niewiele może, więc opowiada...


4. Złota rączka
- ma rozwiązanie na każdą okoliczność i nieważne czy przebywa u przyjaciół, czy w restauracji wszędzie widzi usterki i braki, które chętnie pomoże zlikwidować lub podpowie jak to zrobić, choć gospodarze o to nie proszą.

5. Lekarz/farmaceuta amator - zna wszystkie lekarstwa i metody leczenia, wie do jakiego lekarza się udać i jak załatwić dobry termin do specjalisty, neguje wszystko, co do tej pory od ciebie usłyszał na temat twojego zdrowia i leczenia.

6. Krytyk kulinarny- wypytuje dokładnie o skład każdej potrawy, wyliczając czego nie może jeść, dziwi się twojej inwencji kulinarnej, np. podania mięsa ze słodkim lub miętowym sosem, poradzi jak powinnaś pokroić sałatkę i jak doprawić, by lepiej smakowało...

7. Celebryta - wszędzie bywa i wszystkich zna, opowie plotki o sąsiadach i współpracownikach, zamęczy cię opowieściami o osobach, których nie znasz i nie wiesz o kogo chodzi...

8. Hipochondryk - z lubością rozmawia o chorobach, dolegliwościach, głównie swoich, o branych lekach i przebytych operacjach, które przedstawi w najdrobniejszych szczegółach, wystarczy wspomnieć o własnym bólu głowy, a już wysłuchujesz listy jego dolegliwości dawnych i obecnych...

9. Intelektualista - nie rozmawia, a raczej wygłasza pogadanki, zwłaszcza gdy przeczytał ostatnio jakąś popularnonaukowa pozycję, zanudzi cie szczegółami lektury, ale wcale nie jest zainteresowany dyskusją na temat, on/ona chce po prostu mówić...

10. Projektant wnętrz - otaksuje twoje mieszkanie, stół, nakrycia, by podpowiedzieć ci co w mieszkaniu należy zmienić zgodnie z trendami i gdzie to kupić, jak przemeblować i czemu powinnaś zlikwidować zasłony...


11. Wizażystka
– przy stole lub co chwilę wychodząc do toalety ciągle poprawia make - up lub maluje usta, ciągle poprawia fryzurę, bawi się biżuterią, koniecznie chce wiedzieć, jaka farbę masz na włosach, u kogo robisz hybrydy i czy umówiłaś sie już na pedicure...

Nie wiem czy wyczerpałam wachlarz barwnych postaci, ale liczę, że podrzucicie coś ze swego doświadczenia, o czym chętnie poczytam i może sama się gdzieś znajdę? W końcu trzeba dążyć do doskonałości. Trzeba?