Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Opłakiwacz...

 Chyba to za sprawą tej deszczowej pogody, jakoś trafiają się niezbyt wesołe tematy. Tym razem,  temat jest   jednocześnie ciekawy kulturowo. Oglądam cykl programów francuskiego podróżnika, który zwiedza świat pociągami i dociera do najróżniejszych zakątków i ludzi.

Tym razem zwiedzał Litwę i na jednym z cmentarzy spotkał człowieka, który za opłatą opłakuje zmarłych, których nawet nie zna. Jest to usługa, za którą płaci rodzina zmarłego, można to opłacić na kilka lat z góry.


Pan OPŁAKIWACZ, bo tak go nazwałam, wprowadza się jakby w trans żalu, płyną prawdziwe łzy, czasami cicho coś śpiewa, zaciska dłonie, pogrąża się w głębokim smutku.


Czasami opłakuje zmarłych na dwóch lub więcej grobach. Na cmentarzu towarzyszy mu żona, która pomaga po seansie wyjść Opłakiwaczowi z tego żałobnego transu.
Jak to określiła żona bohatera reportażu, mąż był zawsze bardzo wrażliwy, szybko się wzruszał, a zajmuje się zawodowo opłakiwaniem zmarłych od 1986 roku.
Na co dzień jest podobno pogodnym człowiekiem, choć w trakcie filmu trudno to stwierdzić.


Sam cmentarz bardzo skromny, dużo starych nagrobków.
Zdjęcia zrobiłam z ekranu telewizora, stąd kiepska jakość.
Opłakiwanie musi być bardzo wyczerpującym zajęciem, bo pan Opłakiwacz miał tego dnia drugie zlecenie, ale nie potrafił znaleźć grobu, stwierdził, że jest zbyt zmęczony...

Co kraj to obyczaj, a myślałam, z płaczki żałobne już nie istnieją.

Z tego, co wiem, u nas można opłacić opiekę nad grobem, ale opłakiwanie zmarłych za pieniądze?


poniedziałek, 3 marca 2025

Na własnych warunkach...

Inspiracją do tego wpisu było doniesienie o tajemniczej śmierci aktora Gene'a Hackmana i jego żony w ich posiadłości. Martwego znaleziono także ich psa. 
Od razu przyszło skojarzenie z książką, którą kilka dni temu skończyłam czytać.
"Mamy jeszcze czas" M.Zadooriana, to powieść drogi, historia podróży dwojga osiemdziesięciolatków przez USA słynną drogą 66. Napisana z humorem, ale i pełna refleksji o życiu i przemijaniu.

Ona chora na raka, on dotknięty chorobą Alzheimera, postanawiają odbyć podróż wspomnieniową w miejsca niegdyś odwiedzane, swoim starym kamperem i wbrew woli swoich dzieci, zatroskanych o zdrowie rodziców. Nie zamierzam opowiadać całej książki, skupię się jedynie na zakończeniu. Jest to o tyle niefortunne, że popsuje odbiór ewentualnym przyszłym czytelnikom, ale jest niezbędne, by nawiązać do tego, co napisałam na początku.

W czasie podróży małżonkowie wspominają swoje życie, przydarzają im się różne niespodzianki, ale na finiszu zdrowie obojga znacznie się pogarsza. Ostatecznie, to żona podejmuje decyzję o zakończeniu ich podróży życia, dosłownie i w przenośni. Przygotowuje wszystko starannie, by wszystkim postronnym sprawić jak najmniej kłopotu. Ponieważ sama nie chciała poddawać się uporczywemu leczeniu, a mężowi obiecała, że nie do odda go do domu opieki, zadbała o równoczesne i spokojne zejście z tego świata na własnych warunkach. 

"Wspólnie ułożyliśmy sobie życie i zadowoleni przejdziemy przez to, co ma nastąpić. Skoro miłość łączy nas za życia, to dlaczego nie może nadal łączyć nas po śmierci?
Mieliśmy udane wakacje. Świetnie się bawiłam. Gdybyśmy zostali w domu, wszystko pogorszyłoby się dużo wcześniej, cierpiałabym dużo, dużo bardziej. Musiałabym znosić poniżające zabiegi, jakie ma do zaoferowania współczesna medycyna... w końcu odesłaliby mnie do domu, żebym tam umarła.
A potem, wbrew swojemu życzeniu John trafiłby do domu opieki, tam przeżył rok, dwa, trzy...do ostatecznego kresu.
Taki koniec byłby smutny. Jedno z nas zostałoby samo. Do tego by doszło, gdybym nie zakończyła tej historii inaczej. Może trudno wam się z tym pogodzić, ale to jest szczęśliwe zakończenie. Takie,  jakiego pragniemy, ale nigdy nie jest nam dane.
Miłość nie zawsze oznacza coś takiego, lecz właśnie to oznacza dla nas dzisiaj.
Nie wam wypowiadać sądy! "

O eutanazji na życzenie wiele było dyskusji , wielu wybitnych medyków, filozofów, duchownych i polityków zabierało w tej sprawie głos. 
Rozstrzygnięcia nie ma i pewnie nie będzie, bo różne są poglądy, przepisy prawa, religie i pojemność ludzkiego sumienia. 
Jestem jednak zdania, że każdy ma prawo do decydowania o swoim życiu w obliczu niewyobrażalnego cierpienia i niewiadomego końca. 

Co innego jednak zamysł, a co innego odwaga zrealizowania takiego czynu. Jeszcze  czym innym jest udział osób trzecich w przeprowadzeniu eutanazji, bo tu dopiero zakrada się mnóstwo wątpliwości i zawirowań prawnych.

Zostawiając jednak poza dyskusją prawne i etyczne aspekty - nie nam wydawać sądy o decyzjach, gdy iskra życia przygasa na tyle, że nie widać światła w tunelu, a jedynym wyjściem wydaje się przekroczenie granicy snu,  ku światu bez bólu i cierpienia... choć wielu twierdzi, że to nadzieja umiera ostatnia.

wtorek, 14 stycznia 2025

Pożegnanie...

 

Składamy sobie życzenia przy różnych okazjach, zwłaszcza z końcem lub początkiem roku, a tu taki szok...

Pożegnaliśmy naszego bliskiego znajomego, który zmarł nagle i w wielkim smutku pozostawił rodzinę i przyjaciół. 

Pogrzeb był bardzo uroczysty, z wojskowymi honorami. Kościół garnizonowy i cmentarz ledwie pomieściły żałobników. 

Wspominamy niezwykle życzliwego i pogodnego człowieka, wielkiego patriotę i społecznika, oczytanego i kulturalnego, z niesamowitym poczuciem humoru, niezrównanego gawędziarza , znakomitego organizatora.

Dziś jedynie świeczkę mogę Mu zapalić i skromny wiersz zamieścić:

Dla Janusza

Przywitałeś Nowy Rok
na chwilę tylko
lecz gdy serce stanęło
a światło w oczach zgasło, 
zostawiłeś nas w żalu
bezdennym, by samemu 
na zawsze zasnąć.
Szok i smutek
naszym udziałem
lecz i wdzięczność
za lat wspólnych wiele.
Kiedyś może znów się spotkamy - 
Twoi przyjaciele.

I jeszcze niesamowita historia, która mnie spotkała, w czasie między otrzymaniem smutnej wiadomości, a pogrzebem.

Jesteśmy z mężem na długim spacerze, rozmawiamy o nagłej śmierci przyjaciela, zbliżamy się do cmentarza. Jest zimno, ale słonecznie, mąż szuka toalety, ja zatrzymuję się koło kwiaciarni.
Słońce świeci prosto w oczy, bo zimą nisko przebiega po niebie.
Ktoś krzyczy: Dzień dobry!
Rozglądam się, ale pod słońce niewiele widzę.
- Tu jestem, dzień dobry, pod słońce nic nie widać - znowu ten głos.
Faktycznie, po drugiej stronie ulicy stoi jakiś pan, na tle niebieskiego malucha (Fiata 126 p), ale nie rozpoznaję człowieka, może mnie z kimś pomylił?
Odpowiadam na powitanie, pan odjeżdża, gdy spojrzałam na tył auta, zobaczyłam na szybie wielki napis : JANUSZ.
Pierwsza moja myśl - Janusz przyjechał się pożegnać, ale dlaczego maluchem?

czwartek, 17 stycznia 2019

Jak grom z nieba...

Wiadomość trafiła znajomych jak przysłowiowy grom z nieba.
Nikt się tego nie spodziewał...

Mężczyzna nie był młody, ale aktywny zawodowo i towarzysko.
Przez długi czas przebywał za granicą, wreszcie wrócił do kraju, kupił mały dom, który postanowił wyremontować.
Ci, co go bliżej znali wiedzieli, że nie był łatwy w kontaktach.
Z synami nie widywał się od lat, z jednym bodajże od 12, czasem spotykał się z wnukiem - swoim imiennikiem.
Miał kilkoro rodzeństwa i tylko on nie utrzymywał z nikim kontaktu, rozżalony na wszystkich, nie wiadomo za co.
Druga kobieta w jego życiu także odeszła.

Na spotkaniach bardziej lub mniej oficjalnych zanudzał towarzystwo rozmowami o swoich interesach, nie zapytał nigdy co słychać u rozmówcy, jak mu się żyje, jak rodzina, zdrowie...
Jedyny przyjaciel z lat młodości także zauważył niedobre zmiany w jego osobowości, nie dało się z S. normalnie porozmawiać, winił wszystkich za wszystko, za swoje porażki obwiniał cały świat.

Pewnego poranka znalazł go współpracownik, który nie mógł nawiązać kontaktu telefonicznego i przyjechał do domu S. by sprawdzić, co się dzieje.
Mężczyzna leżał u podstawy schodów, nie żył. Śmierć nagła, prokurator, sekcja zwłok.
Znajomi i najbliżsi zastanawiali się, czy śmierć nastąpiła na skutek upadku czy może zasłabł na górze i dlatego spadł...

Okazało się, że nieszczęśliwie spadł ze schodów i rozbił czaszkę o kamienną posadzkę na parterze.
Nieuregulowane sprawy, niedokończony remont, niepogodzony z rodziną.

Osoba dość znana, więc na pogrzebie tłumy.
Dzieci, a zwłaszcza córka zorganizowały mu piękny pogrzeb.
Szkoda, że nowego życia po powrocie do kraju nie zaczął od pojednania się z bliskimi...

poniedziałek, 6 lutego 2017

Ku pamięci i ku przestrodze...

Urodził się jako bliźniak. Wraz z siostrą szybko ochrzczeni po narodzinach, bo lekarze obawiali się czy dni kilka przeżyją. Przeżyli wbrew prognozom i wyrośli na schwał, bardzo zżyci ze sobą, jak to bliźnięta.
Jerzyk chował się zdrowo, mały rozrabiaka, w przeciwieństwie do siostry, która wydawała się cicha i spokojna. Skończył dobre technikum, na studia nie poszedł, bo wolał pogrzebać przy motorze czy pójść z kolegami na piwo, niż nad książkami ślęczeć.
Dziewczyny miewał, a jakże, ale żadna jakoś rodzicom do gustu nie przypadła, więc kawalerem był , podczas gdy siostra za mąż wyszła i po kolei 3 córki urodziła.
Jerzy żył życiem siostrzenic, smykałkę miał do wszystkiego, biurko zrobić, huśtawkę, pokój pomalować, to dla niego była pestka. Dla kolegów zawsze jednak czas znalazł, bo przy piwie gadało się dobrze o tym i owym. Mocniejsze trunki mu nie smakowały, może jedynie wino, które ojciec sam pędził z owoców hodowanych na działce.
Na wszystkich uroczystościach rodzinnych wino domowe lało się strumieniem obfitym, dla smakoszy mocniejsze trunki były, dla pań likiery.
Gdy Jerzy zaczął pracę w PGRze, nie obyło się bez wkupnego – flaszka na głowę to przyjęta norma. Właściwie tam zaczął Jerzy popijać także mocniejsze trunki i coraz częściej wracał do domu wstawiony. Kryzys młodego człowieka pogłębiły problemy finansowe. Podżyrował koledze pożyczkę, którą potem spłacał przez kilka lat, bo tamtego wylali za pijaństwo w pracy.
Gdy pożyczka była niemal spłacona zlikwidowano jego etat w spółdzielni, więc wrócił na garnuszek rodziców, którzy suszyli mu ciągle głowę: a o to, że się nie ożenił, a to, że roboty nie szuka, a to, że na działce nie pomaga. Wyniósł się w końcu od rodziców i zamieszkał z babcią. Póki staruszka żyła, to i Jerzy jakby się ustatkował, miała na niego dobry wpływ. Gdy zmarła, mieszkał nadal w mieszkaniu po babci i zaczął go odwiedzać kuzyn, który też miał alkoholowe ciągoty, a znalazł sobie u Jerzego metę, bo żona nie pozwalała mu pić w domu.
Działo się to w czasach, gdy o alkoholizmie jako chorobie nikt nie słyszał, mówiło się najwyżej, że ktoś za kołnierz nie wylewa lub lubi wypić.
Widywało się dwóch kuzynów w pielgrzymce od baru do baru. Za co pili? A to najęli się do wykopania rowu, a to pomocy na budowie ktoś potrzebował, a to złom znaleźli i sprzedali. Potem już i na te prace sił nie było.
Jerzy zmarł w jednym z barów, gdzie pił po raz ostatni. Nawet pięćdziesiątki nie dożył. Jego kuzyna widuję czasami, jak z niewidzącym wzrokiem błądzi po ulicach, zasuszony, ale w miarę czysty, widocznie żona nie wyrzuciła go z domu i widocznie ma silniejszy organizm, skoro tyle lat przeżył swego kompana od kielicha…

Dlaczego o tym piszę? Bo to nadal aktualny problem, bo nadal widuję ludzi w różnym wieku i w stanie upojenia alkoholowego, a zaczyna się niewinnie i najbliżsi nie dostrzegają z początku problemu.
Badania naukowe dowodzą, że jedna na 10 osób pijących uzależnia się od picia alkoholu.

piątek, 18 listopada 2016

Truciciele...

Zbulwersowała mnie wiadomość najpierw z lokalnego radia, potem doczytałam w Internecie, że w naszym parku znaleziono ponad 500 martwych ptaków, głównie gawronów i kawek. Zamknięto natychmiast tę część parku, gdzie martwych ptaków było najwięcej, a jest to tzw. ptasia sypialnia, bo rosną tam stare, wysokie drzewa.
Na szczęście wykluczono ptasią grypę, której epidemia mogłaby być groźna dla ludzi. Podejrzewa się zatrucie pokarmowe. Zachodzi więc pytanie, z czym ową truciznę ptaki spożyły? Czy była to woda, czy karmę zatrutą ktoś podrzucił, czy próbował utylizować na terenie parku jakieś chemikalia? Każdy sposób jest karygodny, tym bardziej, że mógł byc groźny także dla psów, kotów, być może dla ludzi...
Faktem jest, że gawrony i kawki rozmnożyły się w mieście monstrualnie i bywają ulice czy części parku, gdzie trudno uniknąć upstrzenia przez ptaki siedzące na drzewach, ale żeby masowo truć?

Przy tej okazji przypomniały mi się doniesienia o próbach skrzywdzenia psów wyprowadzanych przez właścicieli. Jacyś okrutni, bezmyślni ludzie rzucają na trawniki kawałki kiełbasy z pinezkami, gwoździami, które połknięte mogą doprowadzić do śmierci czworonoga. Równie okrutne jest przywiązywanie psów do drzew w lesie, topienie kociąt i szczeniaków. Gdy szukałam ilustracji do tego posta i wpisałam w wyszukiwarkę słowa okrucieństwo wobec zwierząt, przeraziły mnie zdjęcia, które zobaczyłam. Dlatego oszczędzę ich moim czytelnikom.

Jakim trzeba byc człowiekiem, aby w ten sposób traktować zwierzęta? Mój mąż rzucił uwagę, że gdy ktoś robi takie rzeczy zwierzakom, niewiele mu brakuje, aby zrobił coś podobnego ludziom. Skąd tyle okrucieństwa ? Nawet zwierzęta nie traktują tak swoich ofiar...

wtorek, 11 października 2016

Bardzo krótki wpis...


Zgniła jesień to także pora umierania.
Poproszono mnie o zebranie pieniędzy na wyrazy współczucia dla koleżanki na okoliczność śmierci jej krewnego.
W domu mówię mężowi , że byłam w redakcji lokalnej gazety i zamówiłam nekrolog.
- Dla Andrzeja Wajdy?
Tego samego dnia przy porannej kawie usłyszeliśmy informację o śmierci polskiego reżysera. Zamówiłam anons dla teścia koleżanki, więc niechaj ta wirtualna świeca będzie symbolem pamięci o Andrzeju Wajdzie.
Z przyjemnością obejrzałam w telewizji film Pan Tadeusz i wysłuchałam wspomnień przyjaciół i współpracowników wielkiego reżysera. Wszyscy byli zgodni, że skończyła sie w polskim kinie pewna epoka, a na horyzoncie następców nie widać...

czwartek, 1 września 2016

Śmierć za ścianą...

Co jakiś czas media donoszą o śmierci samotnej osoby, której zwłoki odnaleziono przypadkowo w różnym stanie rozkładu.
Najbardziej utkwił mi w pamięci opis przedziwnego zbiegu okoliczności - mężczyzna w średnim wieku opiekował się chorą, leżącą matką. Traf chciał, że wybrał sie na zakupy, uległ poważnemu wypadkowi, zapadł w śpiączkę, a gdy go z niej wybudzono, okazało się, że w domu została chora kobieta, która w czasie jego pobytu w szpitalu zmarła z głodu i wycieńczenia. Nikt z sąsiadów nie interesował się losem staruszki , bo kobieta przecież była pod opieką syna...

W różnych relacjach powtarza się oburzenie dziennikarzy na temat znieczulicy sąsiadów. Historie opowiadające o samotnej śmierci za ścianą zmusiły mnie do przyjrzenia się sytuacji w najbliższym otoczeniu i zastanowienia, czy zawsze problem tkwi w znieczulicy?
Ludzie żyją w wiecznym pędzie, niektórzy mieszkają samotnie i nie wszystkich sąsiadów, zwłaszcza w podeszłym wieku widujemy codziennie. Mam na przykład sąsiadkę, która co jakiś czas wyjeżdża do jednego z dorosłych już dzieci, czasem na kilka dni, na weekend lub na wakacje. Gdybym nagle przestała ją widywać, pewnie pomyślałabym, że znowu przyjechał po nią wnuk i jest na wsi u rodziny. Tutaj jednak istnieje szansa, że gdyby tak jednak nie było, ktoś próbowałby się z nią skontaktować telefonicznie.

Niektóre starsze osoby korzystają z opieki sióstr PCK, ale nie mam wiedzy na temat czy taka opieka funkcjonuje także w weekendy, święta itp.
Jest także grupa osób celowo izolujących się od sąsiadów z różnych powodów. Gdy odwiedzałam moich rodziców, zauważyłam nowego lokatora w bloku, ale gdy zapytałam mamę kto to taki i czy mieszka sam, odpowiedziała, że to dziwny pan, raczej odludek. Obecnie nawet na umieszczenie nazwiska w spisie lokatorów spółdzielnia mieszkaniowa musi mieć zgodę lokatora. Czy my jako sąsiedzi mamy obowiązek ingerowania w prawo tego człowieka do anonimowości, skoro to jego wybór?
Spotyka sie także osoby, między innymi bezdomne, które odmawiają jakiejkolwiek pomocy, także medycznej i może sie zdarzyć, że są znajdowane martwe gdzieś w piwnicach, na działkach, w parkach.
Pamiętam też doniesienia o wyniszczeniu lub śmierci osób, które bliscy wyrzucili z domu, zamieszkały w jakiejś komórce i niemal na oczach całej wsi przymierały głodem i cierpiały od ran. Nikt nie reagował w obawie przed zemstą konfliktowego sąsiada. Z drugiej strony bywało, że cała wieś brała sprawy w swoje ręce, by ukarać osobnika maltretującego fizycznie i psychicznie mieszkańców. Taki lincz w obronie koniecznej, ale prawo ma ten temat odmienne zdanie.

Zadziwiające, ilu wśród nas jest samotnych ludzi - z wyboru lub na skutek zdarzeń losowych. Myślę, że nie należy być nachalnym w szukaniu kontaktu z takimi osobami, ale naszą powinnością jest zorientowanie się, czy taka osoba nie potrzebuje pomocy, niekoniecznie materialnej.
Cieszą doniesienia o akcjach włączania starszych, samotnych osób w życie osiedla, miasta, organizowanie dla nich wycieczek i spotkań towarzyskich i co cieszy jeszcze bardziej, to udział bardzo młodych osób w takich przedsięwzięciach.

wtorek, 22 marca 2016

Przesłanie z tamtej strony...

Opowiem dziś dwie historie, które potwierdzają teorię, że istnieją rzeczy niezbadane mędrca szkiełkiem i okiem, ale pewnie osoby bardziej pragmatyczne powiedzą, że to nadinterpretacja. Sami wybierzcie, która wersja bardziej do Was przemawia.
Obie historie otrzymałam mailowo i postanowiłam podzielić się nimi na blogu, bo są niesamowite.
Pierwsza opowieść:
Koleżanka z pracy dostała maila od znajomej z prezentacją, jakie często wysyła się łańcuszkowo na kolejne adresy. Prezentacje takie zawierają piękne zdjęcia, zbiory cytatów i tym podobne treści. Zapisała prezentację na dysku, obiecując sobie obejrzeć ją w wolnej chwili. To było kilka lat temu. Zagoniona, po kilku też problemach ze zdrowiem, znalazła niedawno ową prezentację, obejrzała i łzy stanęły jej w oczach. Prezentację otrzymała bowiem od znajomej, która przegrała walkę z rakiem, a treść prezentacji przypomina jakby z zaświatów, co jest w życiu najważniejsze.
Skopiowałam ostatni slajd, który zawiera najważniejsze punkty.


Druga opowieść:
Grażynka z Dukli podzieliła się ze mną historią kwitnącej rośliny, której zdjęcie mi przysłała. Parę dni temu roślinka zakwitła, a dostała ją od syna koleżanki - Krysi jako "pamiątkę " po Niej, bo niestety po półrocznej walce z rakiem Krystyna przegrała. Odeszła w zeszłym roku - 27 marca właśnie minie rok. A teraz zakwitł pierwszy raz, dosłownie dwa dni przed imieninami Krystyny - tak jakby dla Niej w prezencie, bo przecież corocznie Grażynka chodziła do Krysi na imieniny. Może solenizantka chciała przyjaciołom o sobie przypomnieć...
A tak wygląda kwiatek z "wiadomością" od Krysi.