Okazuje się, że pierwszy kontakt z alkoholem dzieci mają w domu rodzinnym. W większości domów nie ma imprezy bez toastów, drinków, piwa przy każdej okazji. Czy to Sylwester i toast noworoczny, chrzciny, przyjęcia komunijne, imieniny wujka - alkohol wydaje się wszechobecny. A spróbujcie powiedzieć komuś, że byliście na weselu bezalkoholowym, to zrobi odpowiednią minę...bo przecież jak można bawić się bez alkoholu. Nie chcę tu powiedzieć, że alkohol, zwłaszcza niskoprocentowy jest złem sam w sobie, to przecież od nas zależy, jak oraz ile się go pije. A wiemy, że niektórzy nie powinni pić wcale, bo albo dostają małpiego rozumu, albo rozstawiają rodzinę po ścianach, stają się innymi osobami.
Nie dziwmy się więc, że nasze dzieci uważają za normę to, że zawsze i wszędzie musi być alkohol, że w piciu nie ma nic złego, skoro rodzice piją, a tata w lodówce zawsze ma zapas piwa. W sklepach kuszą liczne promocje, kiedyś sprzedawano góra po 4 sztuki w zgrzewce, dziś takie zgrzewki liczą już 8-10 sztuk, a zauważcie w weekendy (grilluj z rodziną) ile osób wychodzi ze sklepu z takimi zgrzewkami.
Udało mi się wielokrotnie "podsłuchać" jak młodzież przechwala się, kto więcej alkoholu wypił na imprezie, kto miał kompletny odlot, kto puścił pawia itd. Nie wspomnę już o łączeniu alkoholu z dopalaczami czy tzw. energetykami.
Prowadziłam przez kilkanaście lat zajęcia z profilaktyki uzależnień w szkole podstawowej i gimnazjum, gdzie większość treści obejmowała własnie doświadczenia młodzieży z alkoholem. Uczestnicy wypełniali anonimową ankietę na temat swojej wiedzy o substancjach uzależniających i za każdym razem dziwiłam się tym samym odpowiedziom, mimo obecności różnych akcji profilaktycznych w mediach.
Fałszywą "wiedzę" młodych ludzi na temat alkoholu i innych substancji uzależniających można wypunktować następująco:
1. Alkohol w piwie i winie jest inny , niż w mocnej wódce.
2. Drinków nie zalicza się do alkoholi.
3. Człowiek jest uważany za pijanego dopiero, gdy nie może iść o własnych siłach.
4. Alkohol poprawia nastrój i zapewnia dobrą zabawę.
5. Alkoholikiem jest człowiek, który często pije.
6. O zażywaniu leków można decydować bez wiedzy rodziców lub lekarza.
7. Od jednorazowego spróbowania narkotyku nie można się uzależnić.
8. Energetyki poprawiają pamięć ale nie są groźne dla zdrowia (przecież są w każdym sklepie i rodzice często kupują je dzieciom zamiast pepsi)
W społeczeństwie, gdzie duże jest przyzwolenie na nietrzeźwość co 10 osoba populacji popada w uzależnienie, wiele dzieci cierpi z powodu pijaństwa rodziców, pijani kierowcy zabijają pieszych i rowerzystów.
Piszę o tym też dlatego, że obserwowałam jak dwóch moich starszych kuzynów popada w uzależnienie, w końcu zapili się na śmierć, a zaczęło się niewinnie: ściąganie wina z ojcem z domowej butli, piwko z kolegami po pracy, butelka wódki na wkupne na nowej posadzie, oblewanie mieszkania, oblewanie nowego motocykla itd. itp.
Niejeden z ojców katujących rodzinę po pijaku być może pierwszy kieliszek alkoholu wypił własnie w domu rodzinnym pod okiem rodziców lub dziadków, bo to przecież nasza polska tradycja...
Sama obserwowałam, jak u sąsiadów na równi z dorosłymi piły ich dzieci, bo przecież była rocznica ślubu, ale skoro młody człowiek dopiero co skończył 18 lat to ma zaraz prawo upić się na imprezie we własnym domu?
Jeśli ktoś uważa, że może przesadzam, to powiem, że z moich rozmów z dziećmi wynika, że na przykład dziadek pozwala wnukowi spijać piankę z piwa, ciocia pozwala wylizać kieliszek po adwokacie lub cherry, dzieci znają doskonale skład niektórych drinków np. krwawej Mary czy wściekłego psa, a nieupilnowane podpijają resztki po imprezach dorosłych. Jeśli chowamy leki przed naszymi pociechami, chowajmy też alkohol, bo inicjacja alkoholowa zdarza się już u 7-latków!
Wiele jest w naszym kraju absurdów związanych z piciem alkoholu: niby oburzamy się na pijanych kierowców lub pijane kobiety w ciąży, ale z drugiej strony niemal wszystkim okazjom towarzyszy alkohol, co często pokazywane jest w mediach, a wódkę, piwo, wino można kupić w każdym sklepie, na stacjach benzynowych itd.
Osoby protestujące przeciw zakazowi legalnej sprzedaży marihuany przedstawiają argument powszechnej dostępności alkoholu, który często czyni gorsze spustoszenie w społeczeństwie, ale państwo ma z tego korzyści...a ile nas kosztują skutki leczenia chorób odalkoholowych?
Słyszałam, że w niektórych europejskich krajach sprzedaż wysokoprocentowego alkoholu jest ograniczona do jakiejś tam ilości na osobę w pewnym przedziale czasowym - wyczerpałeś limit, nie kupisz więcej!
Już słyszę głosy oburzonych, że to zamach na wolność obywatelską...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 13 października 2015
niedziela, 24 maja 2015
Pawie pióra i inne przesądy
Wczoraj miałam okazję zrobić zdjęcie z bliska pięknemu ptakowi, pojawił się nagle obok ławki, na której siedziałam, potem nadszedł drugi, miałam wiec czas by wyjąć komórkę i uwiecznić go na zdjęciu. Oglądając pawia, jak dumnie przechadza się alejką, przypomniały mi się przesądy, jakie powstawały na przestrzeni lat, w tym także z pawiem w roli głównej. Pawia, jego piór i wizerunku wystrzegali się aktorzy, wierzyli, że pawie pióra w garderobie teatralnej przynoszą scenicznego pecha, w wielu krajach wierzono, ze krzyk pawia zwiastuje śmierć. Dawno temu słyszałam, że nie powinno się nosić broszki w kształcie sowy, ale dlaczego , tego rozmówca nie sprecyzował.
Kiedyś oglądałam program wyjaśniający pochodzenie niektórych przesądów i zwyczajów. Na przykład dowiedziałam się, skąd wziął się zwyczaj stukania się szkłem z alkoholem: podobno ma to chronić przed trucizną, która może się w piwie lub winie znajdować. Siarczyste stuknięcie się kuflami lub kielichami powoduje przelanie się płynu do naczynia osoby, z która pijemy, więc jeśli miała zamiar nas podtruć, sama też się podtruje.
Inny przesąd to łapanie się za guzik na widok kominiarza. Kominiarza uważamy za przynoszącego szczęście, gdyż jako czyściciel pieców i kominów, pozwalał chronić nasze domy przed pożarem.
Pamiętam różne przesądy związane ze ślubem, ciążą itp. Nasłuchałam się tyle tego przed własnym zamążpójściem, że zastosowanie się do wszystkich raczej potęgowało szansę na pecha, niż odwrotnie, nie mówiąc o stresie.
Mam wrażenie, że na co dzień, podświadomie przestrzegamy wielu irracjonalnych zwyczajów, jak np. siadanie przed podróżą, zwłaszcza gdy wróciło się po coś zapomnianego, wystrzeganie się czarnego kota, który przebiega drogę, unikanie stawiania butów na stół. A ile krzyku się podnosi w towarzystwie, gdy rozsypie ktoś sól na obrus...
Drugie tyle przesądów związanych jest z liczbami i czynnościami domowymi: pechowa 13, zwłaszcza w piątek, unikanie szycia w niedzielę (zawsze złamałam igłę w maszynie!) lub zaszywania dziury w ubraniu na kimś (moja babcia mawiała, że zaszywa się komuś rozum), zakaz witania się przez próg.
Nasiąkamy tym jak gąbka, często bezwiednie i chociaż racjonalnie w większość nie wierzymy, to jednak wolimy nie prowokować losu...
Kiedyś oglądałam program wyjaśniający pochodzenie niektórych przesądów i zwyczajów. Na przykład dowiedziałam się, skąd wziął się zwyczaj stukania się szkłem z alkoholem: podobno ma to chronić przed trucizną, która może się w piwie lub winie znajdować. Siarczyste stuknięcie się kuflami lub kielichami powoduje przelanie się płynu do naczynia osoby, z która pijemy, więc jeśli miała zamiar nas podtruć, sama też się podtruje.
Inny przesąd to łapanie się za guzik na widok kominiarza. Kominiarza uważamy za przynoszącego szczęście, gdyż jako czyściciel pieców i kominów, pozwalał chronić nasze domy przed pożarem.
Pamiętam różne przesądy związane ze ślubem, ciążą itp. Nasłuchałam się tyle tego przed własnym zamążpójściem, że zastosowanie się do wszystkich raczej potęgowało szansę na pecha, niż odwrotnie, nie mówiąc o stresie.
Mam wrażenie, że na co dzień, podświadomie przestrzegamy wielu irracjonalnych zwyczajów, jak np. siadanie przed podróżą, zwłaszcza gdy wróciło się po coś zapomnianego, wystrzeganie się czarnego kota, który przebiega drogę, unikanie stawiania butów na stół. A ile krzyku się podnosi w towarzystwie, gdy rozsypie ktoś sól na obrus...
Drugie tyle przesądów związanych jest z liczbami i czynnościami domowymi: pechowa 13, zwłaszcza w piątek, unikanie szycia w niedzielę (zawsze złamałam igłę w maszynie!) lub zaszywania dziury w ubraniu na kimś (moja babcia mawiała, że zaszywa się komuś rozum), zakaz witania się przez próg.
Nasiąkamy tym jak gąbka, często bezwiednie i chociaż racjonalnie w większość nie wierzymy, to jednak wolimy nie prowokować losu...
wtorek, 28 kwietnia 2015
Chleb nasz powszedni
Uwielbiam chleb, ale nie każdy. Mogłabym zrezygnować w diecie z wielu rzeczy, ale nie z chleba. Nie ma nic lepszego, jak dobry pachnący chlebek z masłem i serkiem lub dżemem. Nie rozumiem diet wykluczających pieczywo z jadłospisu, co może być złego w chlebie?
Oczywiście chleb musi być odpowiedni (tak jak makaron), bez polepszaczy smaku, zapachu i nie wiem czego jeszcze. Dobry chleb poznaję po kolorze, ciężarze, dodatkach (zawsze czytam skład na metce, a jeśli metki nie ma proszę o przekrojenie).
Ciągle poszukuję nowych rodzajów, nowych piekarni, wszędzie gdzie bywam, staram się próbować lokalnych wypieków. Najlepsze są małe piekarnie, przechodzące z pokolenia na pokolenie, ale i w tych większych można znaleźć chleb tradycyjny, bogaty w dobre składniki, ale bardzo drogi.
Dziś w piekarni, którą mijam codziennie i gdzie kupuję chleb "Cztery pory roku" pani poleciła chleb "Chia".
Nazwa egzotyczna, bo nasiona chia to nasiona meksykańskiej szałwii, będącej niegdyś podstawą diety Azteków, jako źródło witalności. Ulotka zapewnia, że w owych nasionach mnóstwo jest kwasów omega-3. Oprócz tego w chlebie sa też nasiona słonecznika, siemię lniane, pestki dyni, otręby, sezam.Jest pyszny, pięknie pachnie.
Chleb nasz powszedni był podstawą diety ludzi od zawsze, dla chleba nasi przodkowie mieli szacunek wielki, bo kto miał chleb i mleko ten głodu nie cierpiał. Moja babcia zanim rozkroiła chleb, robiła na jego spodzie nożem znak krzyża, a wszystkie okruszki pieczołowicie zbierała na dłoń i zjadała. Wszystkie resztki były w naszym domu zagospodarowane. Dlatego nie rozumiem braku szacunku dla chleba, na śmietnik trafiają całe jego bochenki, bułki, ciasta, zwłaszcza po świętach, gdy kupuje się zwykle za dużo. Pracuję w szkole, mijam dwie szkoły w drodze do pracy i widuję mnóstwo wyrzuconych kanapek. Boli mnie, gdy dzieci wrzucają do muszli klozetowych chleb z szynką, jabłka, bułki. A nieraz rodzice oszczędzają na sobie, żeby dzieciom dogodzić.
Oby nam nigdy tego chleba nie zabrakło...
Oczywiście chleb musi być odpowiedni (tak jak makaron), bez polepszaczy smaku, zapachu i nie wiem czego jeszcze. Dobry chleb poznaję po kolorze, ciężarze, dodatkach (zawsze czytam skład na metce, a jeśli metki nie ma proszę o przekrojenie).
Ciągle poszukuję nowych rodzajów, nowych piekarni, wszędzie gdzie bywam, staram się próbować lokalnych wypieków. Najlepsze są małe piekarnie, przechodzące z pokolenia na pokolenie, ale i w tych większych można znaleźć chleb tradycyjny, bogaty w dobre składniki, ale bardzo drogi.
Dziś w piekarni, którą mijam codziennie i gdzie kupuję chleb "Cztery pory roku" pani poleciła chleb "Chia".
Nazwa egzotyczna, bo nasiona chia to nasiona meksykańskiej szałwii, będącej niegdyś podstawą diety Azteków, jako źródło witalności. Ulotka zapewnia, że w owych nasionach mnóstwo jest kwasów omega-3. Oprócz tego w chlebie sa też nasiona słonecznika, siemię lniane, pestki dyni, otręby, sezam.Jest pyszny, pięknie pachnie.
Chleb nasz powszedni był podstawą diety ludzi od zawsze, dla chleba nasi przodkowie mieli szacunek wielki, bo kto miał chleb i mleko ten głodu nie cierpiał. Moja babcia zanim rozkroiła chleb, robiła na jego spodzie nożem znak krzyża, a wszystkie okruszki pieczołowicie zbierała na dłoń i zjadała. Wszystkie resztki były w naszym domu zagospodarowane. Dlatego nie rozumiem braku szacunku dla chleba, na śmietnik trafiają całe jego bochenki, bułki, ciasta, zwłaszcza po świętach, gdy kupuje się zwykle za dużo. Pracuję w szkole, mijam dwie szkoły w drodze do pracy i widuję mnóstwo wyrzuconych kanapek. Boli mnie, gdy dzieci wrzucają do muszli klozetowych chleb z szynką, jabłka, bułki. A nieraz rodzice oszczędzają na sobie, żeby dzieciom dogodzić.
Oby nam nigdy tego chleba nie zabrakło...
piątek, 17 kwietnia 2015
Higiena naszych przodków
Właśnie wróciłam z wycieczki do Muzeum mydła i historii brudu. Też zdziwiłam się, że takie istnieje. Przy wejściu wita nas sklepik pachnący mydełkami, a każde mydełko wygląda apetycznie: jak babeczka, lizak, tartinka, makowiec itp. Mydełka można kupić wszelakie: marsylskie, syryjskie, ręcznie robione, z płatkami róży, z lawendą, z kawą, co kto lubi. Szatnia w formie chatki z bratkami w oknach. Zdjąwszy okrycie wierzchnie przekraczamy progi muzeum, a tam aranżacje: manufaktury mydła, sklepu kolonialnego, magla, łazienki z czasów PRL-u, prymitywnej łaźni. Jest tez stanowisko do samodzielnego wykonania mydełka swojego pomysłu. Pan przewodnik oprowadza, opowiada ciekawostki, prezentuje pracę niektórych urządzeń. Niektóre pamiętam z dzieciństwa, używano ich w domach babć, a teraz oglądamy je w muzeach i skansenach.
Zainteresowały mnie ciekawostki o higienie naszych przodków i hasła wymalowane na ścianach lub wydrukowane na plakatach.
"Ten kto z Franią robi pranie, ma czas na całowanie"
"Po skończonej robocie załóż majtki"
"Tam gdzie wszyscy śmierdzą - nie czuć smrodu"
"Ręce myj często, stopy rzadko, głowę wcale"
Niektóre z ciekawostek pana przewodnika były mi znane, chociażby te, że mieszkańcy Wersalu nie grzeszyli czystością, a damy dworu w swoich torebkach nosiły srebrne młoteczki do zabijania wszy w ogromnych perukach lub pod nimi, we włosach. Wielu ascetów świata chrześcijańskiego za jedyne godne mycie ciała uważało chrzest i obmywanie ciała po śmierci. Medycy odradzali zabiegi higieniczne, jako przyczynę wielu chorób, a picie wody miało sprzyjać epidemiom. Zanim ludzie zaczęli do mycia używać wody, oczyszczali skórę przy użyciu mieszanki tłuszczu i popiołu, którą zeskrobywano specjalnymi narzędziami.
Oglądanie zgromadzonych eksponatów wywoływało czasem uśmiech, czasem zdziwienie, czasem wspomnienie(mydło Jacek i Agatka, perfumy "Być może", żyletki Polsilver).
Śmiejemy się z higieny bardzo dawnych przodków, ale przecież pamiętam z opowiadań dziadków i rodziców, że w nie tak dawnej przeszłości tradycyjne kąpiele całej rodziny odbywały się przed świętami typu Wielkanoc i Gwiazdka, w najlepszym wypadku raz w tygodniu, przeważnie w sobotę.
Pranie rodzinne stanowiło nie lada wyzwanie, zwłaszcza tam, gdzie nie było ciepłej wody, a wysuszone pranie nosiło się do magla, firany krochmaliło się i naprężało na specjalnych stelażach. W wielu przypadkach częste pranie oznaczało niszczenie ubrań czy pościeli, więc prano rzadko.
Jednak ostatnio, szczególnie w dni ciepłe mam wrażenie, że niektórzy raczej wietrzą, a nie piorą, a w kwestii higieny cofnęli się do epoki przodków...
Zainteresowały mnie ciekawostki o higienie naszych przodków i hasła wymalowane na ścianach lub wydrukowane na plakatach.
"Ten kto z Franią robi pranie, ma czas na całowanie"
"Po skończonej robocie załóż majtki"
"Tam gdzie wszyscy śmierdzą - nie czuć smrodu"
"Ręce myj często, stopy rzadko, głowę wcale"
Niektóre z ciekawostek pana przewodnika były mi znane, chociażby te, że mieszkańcy Wersalu nie grzeszyli czystością, a damy dworu w swoich torebkach nosiły srebrne młoteczki do zabijania wszy w ogromnych perukach lub pod nimi, we włosach. Wielu ascetów świata chrześcijańskiego za jedyne godne mycie ciała uważało chrzest i obmywanie ciała po śmierci. Medycy odradzali zabiegi higieniczne, jako przyczynę wielu chorób, a picie wody miało sprzyjać epidemiom. Zanim ludzie zaczęli do mycia używać wody, oczyszczali skórę przy użyciu mieszanki tłuszczu i popiołu, którą zeskrobywano specjalnymi narzędziami.
Oglądanie zgromadzonych eksponatów wywoływało czasem uśmiech, czasem zdziwienie, czasem wspomnienie(mydło Jacek i Agatka, perfumy "Być może", żyletki Polsilver).
Śmiejemy się z higieny bardzo dawnych przodków, ale przecież pamiętam z opowiadań dziadków i rodziców, że w nie tak dawnej przeszłości tradycyjne kąpiele całej rodziny odbywały się przed świętami typu Wielkanoc i Gwiazdka, w najlepszym wypadku raz w tygodniu, przeważnie w sobotę.
Pranie rodzinne stanowiło nie lada wyzwanie, zwłaszcza tam, gdzie nie było ciepłej wody, a wysuszone pranie nosiło się do magla, firany krochmaliło się i naprężało na specjalnych stelażach. W wielu przypadkach częste pranie oznaczało niszczenie ubrań czy pościeli, więc prano rzadko.
Jednak ostatnio, szczególnie w dni ciepłe mam wrażenie, że niektórzy raczej wietrzą, a nie piorą, a w kwestii higieny cofnęli się do epoki przodków...
czwartek, 26 marca 2015
Wstrzemięźliwość przed ślubem.
Oglądałam kilka odcinków przedziwnego filmu dokumentalnego o amerykańskiej rodzinie, wychowującej 19 dzieci.
Wszystkie te dzieci urodzone z jednej matki, najstarsza latorośl 20 kilka lat, najmłodsza 3 latka. Dlaczego przedziwny film? Bo zwyczaje tej rodziny cofnęły mnie niejako do ubiegłej epoki. Dziewczęta w tej rodzinie szykowały się do zamążpójścia, ale swoich oblubieńców spotykały zawsze w obecności tzw. przyzwoitki, nawet przez skypa rozmawiały w obecności rodziców. Zakazem przedślubnym objęte było nie tylko współżycie młodych, ale nawet pocałunki i trzymanie się za rękę. Przed zaręczynami obowiązywały zaloty. Mogę zrozumieć zachowywanie dziewictwa dla przyszłego męża, jeśli religia tego wymaga (ciekawe czy oblubieniec robi podobnie?), ale cóż jest złego w pocałunkach czy dotyku?
Dlaczego kobieta musi udowodnić, że jest dobrą kucharką,gospodynią itd., a chłopak musi umieć zarobić na byt, skoro nie mogą sprawdzić czy do siebie pasują pod innymi, równie ważnymi względami?
Poza tym, jeśli kobieta składa dziewictwo na ołtarzu małżeństwa, to pewnikiem zakłada, że jej związek przetrwa na wieki, bo cóż złoży w ofierze swemu kolejnemu mężowi, jeśli los tak sprawi?
Oglądając ten film i zwyczaje tej rodziny miałam jednocześnie wrażenie, ze niektórzy jej członkowie nigdy nie dorośli i raczej bawią się w dorosłych, a głównym ich celem życiowym jest prokreacja. Najstarszy syn, już żonaty, choć do trzydziestki było mu daleko, miał już trójkę dzieci. Wyglądało to tak, jakby rodzice chcieli uchronić swoje córki przed niechcianą ciążą wydając je wcześnie za mąż ( oczywiście po urodzeniu pierwszego dziecka przerywały pracę zawodową). W utrzymaniu żony i wszystkich dzieci pomagał głowie rodziny udział w cyklicznym programie telewizyjnym, bo gość nie był milionerem, a tyle czasu spędzał w domu z rodziną, że nie wiem kiedy na całe towarzystwo zarabiał. Dziwne też było to, że rodzice nie pozwalali młodym żyć się do siebie sam na sam, ale urządzali liczne zbiegowiska rodzinne, gdzie wystawiali córki na pokaz, jak na targu. Jeśli to lepsze, niż spacery przy księżycu lub wspólne wypady za miasto na piknik z dzięciołem, to ja się nie znam na miłości.
Wszystkie te dzieci urodzone z jednej matki, najstarsza latorośl 20 kilka lat, najmłodsza 3 latka. Dlaczego przedziwny film? Bo zwyczaje tej rodziny cofnęły mnie niejako do ubiegłej epoki. Dziewczęta w tej rodzinie szykowały się do zamążpójścia, ale swoich oblubieńców spotykały zawsze w obecności tzw. przyzwoitki, nawet przez skypa rozmawiały w obecności rodziców. Zakazem przedślubnym objęte było nie tylko współżycie młodych, ale nawet pocałunki i trzymanie się za rękę. Przed zaręczynami obowiązywały zaloty. Mogę zrozumieć zachowywanie dziewictwa dla przyszłego męża, jeśli religia tego wymaga (ciekawe czy oblubieniec robi podobnie?), ale cóż jest złego w pocałunkach czy dotyku?
Dlaczego kobieta musi udowodnić, że jest dobrą kucharką,gospodynią itd., a chłopak musi umieć zarobić na byt, skoro nie mogą sprawdzić czy do siebie pasują pod innymi, równie ważnymi względami?
Poza tym, jeśli kobieta składa dziewictwo na ołtarzu małżeństwa, to pewnikiem zakłada, że jej związek przetrwa na wieki, bo cóż złoży w ofierze swemu kolejnemu mężowi, jeśli los tak sprawi?
Oglądając ten film i zwyczaje tej rodziny miałam jednocześnie wrażenie, ze niektórzy jej członkowie nigdy nie dorośli i raczej bawią się w dorosłych, a głównym ich celem życiowym jest prokreacja. Najstarszy syn, już żonaty, choć do trzydziestki było mu daleko, miał już trójkę dzieci. Wyglądało to tak, jakby rodzice chcieli uchronić swoje córki przed niechcianą ciążą wydając je wcześnie za mąż ( oczywiście po urodzeniu pierwszego dziecka przerywały pracę zawodową). W utrzymaniu żony i wszystkich dzieci pomagał głowie rodziny udział w cyklicznym programie telewizyjnym, bo gość nie był milionerem, a tyle czasu spędzał w domu z rodziną, że nie wiem kiedy na całe towarzystwo zarabiał. Dziwne też było to, że rodzice nie pozwalali młodym żyć się do siebie sam na sam, ale urządzali liczne zbiegowiska rodzinne, gdzie wystawiali córki na pokaz, jak na targu. Jeśli to lepsze, niż spacery przy księżycu lub wspólne wypady za miasto na piknik z dzięciołem, to ja się nie znam na miłości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)










