środa, 20 czerwca 2018

Jest moc!

Zanudzam Was ostatnio doniesieniami z mojego miasta, bo i dziś relacja z festiwalu orkiestr dętych.
JAK ONI GRALI!
Festiwal coroczny, już po raz 46 zorganizowany, orkiestry młodzieżowe z całej Polski.
Powiem Wam tylko, że w największy upał, największych sceptyków potrafią porwać te dźwięki, a energia młodych muzyków zaraża i czy chcesz czy nie, podrygujesz do taktu granych melodii.

Wrażenia estetyczne także zadowalające różne gusty - piękne dziewczyny, przystojni młodzieńcy, charyzmatyczni dyrygenci, rozmaite utwory.
Muzyka, taniec, orkiestry w marszu. Jeden z dyrygentów zaimprowizował nawet strefę kibica i wszyscy śpiewali kawałki zagrzewające "naszych" do boju, a członkowie różnych orkiestr grali w piłkę na rynku!

Było także wspólne bębnienie werblistów, bębnistów oraz innych perkusistów, którym wtórowaliśmy oklaskami.
Powiem Wam, że nawet osoby starsze o kulach wstawały, bo rytmy i dźwięki nie dawały im usiedzieć w miejscu.


Każda z orkiestr wyjechała z jakąś nagrodą, a było ich wiele - za debiut na festiwalu, za grę, za musztrę, nagroda dla dyrygenta, dla najmłodszego uczestnika itd.
Było także wspólne wykonanie hejnału Inowrocławia przez wszystkie orkiestry pod batutą pana pułkownika.

Spędziliśmy prawie dwie godziny we wspaniałej atmosferze.

Podziwiam młodych ludzi, którym się chce uczestniczyć w takim przedsięwzięciu, bo nie jest to modna działalność i podziwiam dorosłych, którzy zarażają młodzież swoją pasją.

Jest w orkiestrach dętych jakaś siła!

niedziela, 17 czerwca 2018

Co drzemie w każdym z nas?

Pokazałam Wam fragment wystawy solnictwa, ale tego dnia obejrzeliśmy jeszcze inną wystawę, która wzbudziła mój zachwyt z dwóch co najmniej powodów.

Po pierwsze wystawę zorganizowano w zacnych wnętrzach teatru miejskiego, co podnosi status autorów prac, po drugie autorami są amatorzy, którzy brali udział w warsztatach plastycznych pod kierunkiem zawodowego artysty.

Nigdy nie miałam talentu do malarstwa, potrafię jak dziecko namalować domek, kwiatki... i to chyba wszystko, tymczasem gdy oglądam prace innych, jestem pełna podziwu, bo przecież same warsztaty nie wystarczą by tak malować, taki talent musi drzemać w autorach. Czasem trzeba go odkryć, czasem wyszlifować, czasem tylko podpowiedzieć, jak uwypuklić zalety pędzla czy dłuta.

Dziś zapraszam więc na wystawę prac artystów amatorów z mojego miasta, nic więcej nie dodam, prace mówią same za siebie...


Prawda, że piękne? Może macie tu swoich faworytów, ja mam i nie mogę wyjść z podziwu!

czwartek, 14 czerwca 2018

Dziura w ziemi...

Moje miasto nazywane jest miastem na soli, nawet w czasach zaborów jego nazwa brzmiała Hohensalza.
Warzelnictwo soli istniało tutaj od najdawniejszych czasów, o czym świadczą odkrycia archeologiczne. Wydobycie soli rozpoczęto w 1873 roku, a szyb kopalni "Solno" wydrążono w 1924 roku. Kopalnia była bardzo prężna, słynna swego czasu w całej Polsce, nie miałam okazji jej zwiedzić, ale na dole był mój mąż i opowiadał, że kolory pokładów solnych były niepowtarzalne, co potwierdzają albumy fotografii wykonanych pod ziemią.
Kopalnia zakończyła wydobycie w 1986 roku, jej wyrobiska zostały zatopione, chociaż nie brakowało zwolenników udostępniania nieczynnej kopalni zwiedzającym.
Dziś w podziemiach Teatru Miejskiego można podziwiać wystawę poświęconą historii kopalni soli w Inowrocławiu. Byliśmy tam w sobotę i nie żałujemy, zrobiłam kilka zdjęć, by przybliżyć Wam ekspozycję.
Ale kopalnie to także problemy dla mieszkańców, o czym doskonale wiedzą mieszkańcy Śląska.
Od czasu do czasu pojawiają się tzw. szkody górnicze, a nawet katastrofy. Tak bywało i u nas, jest nawet ulica ZAPADŁE, przy której mieszkał kolega mojego męża i cała rodzina musiała się wyprowadzić z małego parterowego domku, gdyż pewnej nocy ich podwórko zniknęło pod ziemią...
Na tym terenie stoi jeszcze jeden domek, cała reszta to ogródki działkowe i plac zabaw.
Zdarzały się jednak spektakularne zawaliska, o niektórych słyszałam od rodziców i dziadków.

Na zdjęciu archiwalnym widoczna zawalona kamienica, rok 1912. Zdarzały się także szkody górnicze pod torami kolejowymi, po czasie rozpuszczały się filary oporowe pozostawione między komorami kopalni, znikały warstwy soli i gipsu na różnych poziomach, co prowadziło do powstawania zapadlisk nad wyrobiskami górniczymi. Największe zapadlisko w Inowrocławiu miało 2000 m2.


To natomiast zdjęcie znajdziecie niemal we wszystkich publikacjach dotyczących historii miasta na soli.
Zawalona jedna ze ścian największego kościoła w Inowrocławiu, pw. Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny. Później oczywiście odbudowany, ale do dziś widoczna jest granica między starymi a nowszymi cegłami z okresu rekonstrukcji.

Niezłą zagwozdkę mieli budowniczowie osiedli mieszkaniowych i wszelakich inwestycji w naszym mieście, bo nie wszędzie budowa była możliwa, nie wszędzie wieżowiec można było postawić.
Mam nadzieję, że nie dojdzie więcej do podobnych katastrof.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

A miało być tak pięknie...

Młoda kobieta zakochała się.
Zakochała się w mężczyźnie i motocyklach.
Mężczyzna odwzajemnił uczucie, a nawet się oświadczył, ślub zaplanowano, wszyscy byli szczęśliwi.
Do pełni sielanki brakowało kobiecie własnego pojazdu, wymarzony motocykl jako dopełnienie wspólnego szczęścia.

Na drodze do realizacji owego marzenia stanął ojciec:
- Po moim trupie! chuchro z ciebie takie, a motocykl jak dla harleyowca w skórze ci się marzy! zabijesz się na pierwszym zakręcie...
- Ale tato, pomożesz mi wybrać, doradzisz, sam kiedyś miałeś motocykl, znasz się!
- Nie ma mowy! Nie wezmę na siebie takiej odpowiedzialności.

Młoda kobieta charakter miała po ojcu, uparta była, pieniądze składała długo, część dostała od dziadków.
Po motocykl pojechali razem z narzeczonym, on nie miał uprawnień na motor, więc ona miała wracać wymarzoną maszyną.

Zakończenie wyprawy nikomu nie mieściło się w głowie. Dlaczego nie kobieta prowadziła motocykl, tylko jechała za narzeczonym w aucie?
Czy maszyna okazała się za wielka dla drobnej dziewczyny, czy narzeczony chciał się przejechać kawałek?
Traf chciał, że w motocyklu zablokowała się podobno kierownica i mężczyzna nie mógł wyminąć przeszkody...

W wypadku
poturbował się strasznie, stracił nogę, a w lipcu miał być ślub.
Usłyszałam tę historię od znajomej ojca dziewczyny, który z jednej strony cieszy się, że córce nic się nie stało, a z drugiej...
Wyobraźcie sobie naszą dyskusję na ten temat...może gdy oboje dojdą do siebie, śledztwo wykaże, co zdarzyło się naprawdę.
Oprócz konsekwencji opisanych tutaj dojdą jeszcze prawne i długotrwała trauma powypadkowa.
Na razie wszyscy są pod opieką psychologiczną. Jedno zdarzenie na szosie zmieniło życie dwóch rodzin...

piątek, 8 czerwca 2018

Miałam nie pisać...

Miałam nie pisać o polityce, bo nie za bardzo się na niej znam, czasem śledzę ważne tematy,czasem coś u innych skomentuję, ale do eksperta mi daleko.
Jednak dwie sprawy, które mnie poruszyły nie należą właściwie do świata polityki, to raczej sfery: kultury osobistej oraz zdrowego rozsądku.
Oglądam obrady jakiejś komisji sejmowej i co słyszę?
- Zamknij się, gówniarzu! - to powiedział, a w zasadzie wykrzyczał poseł do posła.
Zaobserwowałam nawet odruch sięgania po butelkę przez rozsierdzonego polityka, czyżby chciał nią w owego "gówniarza" rzucić? Mam nadzieję, że jednak poseł chciał ugasić pragnienie.
Nie będę się rozpisywać, co było później, bo to nawet inny temat.
Jak mamy wychowywać młode pokolenie, wpajać kulturę osobistą i kulturę słowa, gdy cała Polska słyszy w mediach w jaki sposób przedstawiciel części narodu zwraca się do przedstawiciela innej części narodu.
Tak nie mówiłam nigdy do własnego syna, tym bardziej do dzieci powierzonych mojej opiece przez innych rodziców. W ten sposób nie mówili do mnie i mojego brata moi rodzice, chociaz mieli tylko średnie wykształcenie.
Nie słyszałam tego nigdy z ust moich dziadków, ani do ich dzieci, ani do wnuków.
Tymczasem dożyłam czasów, gdy poseł krzyczy na innego posła, "gówniarzem" go nazywając i każe mu się zamknąć.
Czyli teraz tak wolno bezkarnie?

Druga sprawa zdumiała mnie porównywalnie i chyba też nie ma z polityką nic wspólnego.
Władze gminy Zakopane jako jedyne w Polsce nie przyjęły do realizacji Ustawy o zapobieganiu przemocy. Samorządowi podobno wolno, tym bardziej, że pani była premier pochwaliła górali za charakter...
Mnie zbulwersowało uzasadnienie jednego z przedstawicieli tejże społeczności, który stwierdził, że " nikt im nie będzie mówił jak mają wychowywać swoje dzieci"!
W domyśle także - że wolno im "prać" swoje żony.
Wszak to taka tradycja, jak się kobity nie bije, to w niej wątroba gnije.
Wobec tego kolejnym krokiem powinno być zabranie dzieci ze szkół, bo tam, panie jacyś niedouczeni nauczyciele wychować próbują, niezgodnie z tradycją. Proponowałabym także nie brać 500+ bo to niehonorowo.
Nie godzi się także na męża pijaka i sadystę donosić, do spowiedzi iść wystarczy, a ksiądz podpowie jak męża udobruchać, bo jak rękę podniósł to na pewno żona winna była.

Chyba na tym skończę, bo i tak pewnie niektórzy przestaną mnie lubić...

wtorek, 5 czerwca 2018

Ale jaja i inne cuda!

Zapraszam na Kaszuby! Byłam z dzieciakami w Szymbarku i okolicach. Wycieczka długa, ale to ze względu na odległość, którą trzeba było pokonać autokarem, wyjazd 6.15, powrót 19.30

W Szymbarku gościło nas Centrum Edukacji i Promocji Regionu. Edukacja w tym wydaniu dotyczyła głównie historii i losów mieszkańców Kaszub, którzy walczyli o odrębność kulturową i zachowanie języka. Jak dla mnie za mało było wiedzy o tej kulturze, a za dużo...ale nie będę pisać co mi się nie podobało, może wpadniecie na to sami.
Do odwróconego domu weszłam tylko kawałek, po kilku krokach tak zakręciło mi się w głowie, że o wejściu na piętro nie było mowy, a wszyscy wychodzący z domu poruszali się krokiem marynarza w czasie sztormu.
Podobał mi się kościółek, który krył niespodziankę w postaci rozkładanych ścian, tylko nie rozumiałam, po co wmurowali tam elementy z Pałacu na wodzie w Łazienkach...może gdzieś doczytam.
Niesamowite wrażenie robi część skansenu (chyba można tak to nazwać) poświęcona Sybirakom, a szczególnie opowieści przewodniczki o latach głodu, katorżniczej pracy, ucieczkach i pociągach śmierci. Traf chciał, że spotkaliśmy turystów z zagranicy, którzy szukali śladów swoich kaszubskich przodków w Polsce i jeden z nich opowiadał, jak uciekała z Syberii jego matka i przetrwała dzięki ukrywaniu się za dnia w jeziorach, ze słomką w ustach dla czerpania powietrza.
Ile może znieść człowiek, jaka silna jest wola życia i powrotu do kraju...
Dziwne obiekty sąsiadują ze sobą w skansenie. Poznajecie niedźwiadka Wojtka, który wędrował z polskim wojskiem i nosił amunicję? Historia opisana m.in. w książce DZIADEK I NIEDŹWIADEK Łukasza Wierzbickiego - wersja dla młodego czytelnika.
Tuż obok replika bramy do hitlerowskiego obozu zagłady w Stutthofie , a kilka metrów dalej sprzedawano wodne tatuaże i biżuterię...
Na zdjęciu także wejście do bunkra, odtworzonego z pozostałości wojennych, głębokiego, z labiryntem korytarzy.
W tym bunkrze mieliśmy okazję przeżyć symulację nalotu bombowego przy zgaszonym świetle. Efekty były niesamowite i powiem Wam jedno - gdybym miała umierać pod ziemią, to chciałabym mieć kilka zapałek chociaż...
Z Szymbarku pojechaliśmy kilka kilometrów dalej, by wspiąć się na punkt widokowy Wieżyca, 323 m npm, o ile dobrze pamiętam.Dzieciaki miały tam dodatkowa atrakcję w postaci zdjęcia z kozą i panem w stroju kaszubskim, który sprzedawał chleb i sery kozie...
Obok wieży widokowej stał wielki drewniany krzyż, niczym na Giewoncie.
Wiał dość silny wiatr i wieża chwiała się nieznacznie, nie chciałabym tam wchodzić w czasie wichury.
Ostatni etap wycieczki to wizyta na fermie strusi zakończona zjedzeniem kiełbasek z ogniska.
Ferma spora, kilkaset strusi, sektory młodzieży i ptaków dorosłych. Wykluło się akurat jedno strusiątko, które wyglądało i biegało jak nakręcana zabawka.
Strusie mają wielką jadłodajnię, której nie szanują, bo wykopują w ścianach wielkie dziury, łatane co chwila przez właścicieli.
Ptaki są bardzo towarzyskie, wędrowały z nami wzdłuż ogrodzenia i trzeba uważać, bo np.sprytnie porywają okulary lub ciągną za paski od aparatów.
Odpoczywając w altanie wśród pól pod lasem wysłuchaliśmy opowieści jednej z pań o strusich jajach. Teren fermy jest bardzo duży, samice znoszą od maja do września ok. 50 jaj każda, a pozbierać te jaja to nie lada sztuka, bo strusie bywają groźne nawet dla opiekunów.
Jedno jajo waży około 1,5 kg, a zawartość odpowiada 25 jajom kurzym.
Na miękko jajo strusie gotować trzeba 45 minut, na twardo 1,5 godziny, więc w okolicach podwieczorku gotujemy jajko na kolację:-)
Do zrobienia wydmuszki potrzebna będzie wiertarka!
Prawdę powiedziawszy, taką wycieczkę chętnie powtórzyłabym indywidualnie, bo na wycieczce szkolnej...sami rozumiecie.

piątek, 1 czerwca 2018

Rozmowy małych Polaków...

Zasłyszane rozmowy, podsłuchane dialogi, z pozoru błahe, wcale takimi nie są, bo:
- zmuszają do refleksji, zwłaszcza gdy treści nie są typowe dla dziecięcych rozmów
- pozostają długo w pamięci
- powodują lawinę szczegółowych pytań, które nasuwają się po wstępnych przemyśleniach
Dzisiaj przytaczam trzy ostatnio zasłyszane i ciekawa jestem Waszych refleksji. Zapisuję tak, jak zapamiętałam.
Uczestnikami rozmów są dzieci ze szkoły podstawowej.

Dialog I
- Mój brat był w szpitalu!
- Miał operację?
- Nie, wypił 7 red bulli i dostał strasznych drgawek, o tak mu ręce latały, mama musiała zadzwonić po pogotowie! Został w szpitalu dobę!
- Dobę?
- No tak, cały dzień i noc. I płukanie żołądka mu robili!
- I po co tyle wypił?
- Założyli się z kolegą, o honor chodziło!

Dialog II
- Jak dziewczyny się całują to mi nie przeszkadza, ale chłopaki? To nienormalne!
- A u dziewczyn normalne?
- A tam, dziewczyny to nawet trzymają się za ręce, a chłopak z chłopakiem to geje!
- To co?
- Bo gej to nie Polak, ja nie popieram, dziewczyny mogą, ale chłopaki nie!

Dialog III
- Jakie ładne te konie...
- Jeden to chyba klacz
- A co to klacz?
- Koń to on, a klacz to ona, tak jak pies i suka, kogut i kura...
- To czemu dorośli tak mówią czasem na kobiety?
- Czyli jak?
- No klacz i suka...

środa, 30 maja 2018

Nosił wilka razy kilka...

Gdyby was spytano czy boicie się wilków, na pewno większość odpowie, że tak.
Strach do wilków zasiały w nas już bajki, np. Baśń o Czerwonym Kapturku, opowieści o wilkołakach, historie o watahach napadających ludzi.
Tymczasem tam, gdzie ludzie żyją obok wilków np. w Puszczy czy w Bieszczadach nikt się wilków nie boi, podobnie jak dzików czy jeleni.
Szansa, że wilk zaatakuje nas w drodze jest minimalna, prędzej zaatakują nas niedźwiedzie czy tygrysy, ale lęk przed wilkami był tak rozpowszechniony w Europie, zwłaszcza w Skandynawii, że za zabicie wilka płacono ogromne sumy.
O liczbie wilków w dawnej Polsce świadczą chociażby nazwy wielu miejscowości: Wilkowyje, Wilczki, Wilczęta, Wilczyn, Wilcza Góra, Wilcze Piętki, Wilczogęby, Wilczyce, Wilczy Las...

Oczywiście taka jestem mądra w tym temacie, bo przeczytałam książkę Adama Wajraka WILKI.
Nie na darmo na okładce zamieszczono ostrzeżenie przed opisem drastycznych scen polowań i kłusowania na wilki, momentami musiałam robić pauzy w lekturze.
Szczególnie krwawe są opisy polowań na Białorusi.
Znalezienie wilczego legowiska z młodymi nie jest łatwe, gdyż wilki, czując jakikolwiek obcy zapach w pobliżu przenoszą młode wilczki w inne miejsce.
Faktem jest, ze wilki z braku pokarmu podkradają się pod stada owiec na przykład i potrafią przy tym odciągnąć pilnującego psa, by zaatakować stado. Lepiej więc mieć kilka takich psów.

Nie owce jednak są przysmakiem wilków. Polują one najchętniej na jelenie, łosie, sarny, także na dziki i warchlaki, nie pogardzą też bobrem, ale to tylko zimą, gdy bobry wychodzą na lód.

Wilki nazywa się selekcjonerami zwierząt, gdyż ich łupem padają zwierzęta słabe, chore, w gorszej kondycji, często postrzelone przez myśliwych lub zaatakowane przez pasożyty.

Zadziwiające rewelacje na temat wilków znajdziemy także w Słowniku symboli Władysława Kopalińskiego, który podaje, że wilk symbolizuje ciemności, zniszczenie, Szatana, demony pogańskie, głód, strach, krwiożerczość, a nawet chciwość, zawiść i tchórzostwo. Sporo tego jak na jedno piękne, choć tajemnicze zwierzę...

Niezbyt pochlebnie dla wilków brzmią także przysłowia i porzekadła:
- nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka
- człowiek człowiekowi wilkiem
- patrzeć na kogoś wilkiem
- natura ciągnie wilka do lasu

Niemało jest także książek i filmów o wilkach i gdy patrzy się na nie przez pryzmat faktów, niewiele z prawdą o tych zwierzętach mają wspólnego.

Znalazłam nawet informację, że w starożytnym Rzymie prostytutki nazywano wilczycami, stąd LUPANAR czyli dom publiczny.

niedziela, 27 maja 2018

Toast bez procentów...

Byłam świadkiem irracjonalnego dialogu, bo inaczej nie mogę tego nazwać.

W dużym sklepie samoobsługowym młoda para z dzieckiem pakowała przy kasie zakupy, liczyli na jakąś promocję, w której za zakupy ponad 50 zł należał się kupon na dalsze zakupy.
Ostatnim towarem na taśmie był szampan dla dzieci, na urodziny rzecz jasna. Para była z 3-letnią dziewczynką. Kasjerka po podliczeniu zakupów zakomunikowała, że kuponu nie będzie, bo szampan dla dzieci kasa liczy jako ALKOHOL!

Przy kasie stało kilka osób, spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem. Jak to alkohol, przecież to oranżada, tylko w innym opakowaniu?
- Ale stoi na stoisku z alkoholem - taka była odpowiedź kasjerki.
Jakaś starsza pani zwraca się do dziecka:
- To jak wypijesz ten szampan, to będziesz śpiewać!
- Tak, sto lat! - odpowiedziała rezolutnie mała solenizantka.

Towarzystwo rozbawione podwójnie, bo dziecko zabawne, a oranżada okazała się alkoholem! To może na Sylwestra lepiej kupić szampan dla dzieci, w końcu tańszy?
I nie kupujcie w takim razie dzieciom i wnukom, bo rozpijacie małe dzieci:-)

czwartek, 24 maja 2018

Kapliczki i inne świątki...

Post ten dedykuję Grażynce Kowalik z Dukli, o której już pisałam, a której pasją są podróże po bliższej i dalszej okolicy i fotografowanie kapliczek oraz świątków przydrożnych.
Wyszukałam w swoich zbiorach kilka takich obiektów, żeby je Wam pokazać.
Na górnym zdjęciu figura świętego spotkana gdzieś na Słowacji przy drodze, na dolnym kapliczka w okolicach Kacwina na polskim Spiszu.


Kapliczka – niewielka budowla kultowa, wznoszona przy drogach lub rozdrożach w celach wotywnych, dziękczynnych, obrzędowych itp., w najprostszej formie drewniana skrzynka z obrazem lub rzeźbą – świątkiem Jezusa, Matki Bożej lub świętego zawieszona na drzewie lub słupie. W formie rozbudowanej niewielka forma architektoniczna drewniana lub murowana, czasami mała kaplica.
Te wszystkie kapliczki to okolice Kacwina właśnie, jest ich tam sporo, zarówno po polskiej jak i po słowackiej stronie, wystarczyło przejść spacerkiem kawałek na tamtejsze piwo.
Kapliczka na pierwszym górnym zdjęciu to Kaplica Trójcy Świętej z 1767 roku, wielokrotnie później restaurowana i zmieniana.


Od kiedy zaczęły się pojawiać kapliczki, nie wiadomo, ich geneza jest bardzo stara i niezbyt jasna. Sugerowane jest m.in. pochodzenie grecko-rzymskie
W świecie rzymskim kapliczki znajdowały się przy niemal każdych większych skrzyżowaniach, w domach. W środku umieszczano obrazki i cenne przedmioty.

Według innej z wersji, nazwa „kapliczka” wywodzi się od łacińskiego wyrazu cappa czyli płaszcz. Prawdopodobnie chodzi tu o płaszcz św. Marcina, biskupa z Tours, który przechowywany był w specjalnej celi – pomieszczeniu wewnątrz niewielkiego kultowego budynku o charakterystycznych kształtach, zwanym właśnie „kaplicą”.
Zdarzają się także miejsca pamięci, kapliczki i świątki spotykane na górskich szlakach lub w lasach. Na pierwszym zdjęciu uwieczniliśmy takie miejsce odkryte w mysłowickim lesie, w czasie odwiedzin u śląskich przyjaciół.

Istnieją też hipotezy , według których geneza kapliczek sięga czasów przedchrześcijańskich. Według nich np. rzadko spotykany na Warmii typ kapliczek słupowych (kapliczek umieszczonych na drewnianych lub murowanych wysokich słupach) jest niezwykle podobny do pogańskich słupów kultowych. Podobne praktyki były powszechne u ruskich plemion Kryniczan, Radymiczów, Siewierzan i Wiatyczów.
Wpływ tych pogańskich obiektów kultowych na chrześcijańskie kapliczki, według tych opinii, wydaje się dość istotny. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa uważano kapliczki za siedziby demonów.
Pierwsze zdjęcie to kolorowa kapliczka w okolicach Zawoi, na drugim jedna z licznych kapliczek w Krzeszowie, trzecia fotografia to typowa instalacja słupowa (park w Gołuchowie) i wreszcie kapliczka w skansenie na terenie Słowacji (Spisz).
Zadziwia rozmaitość wielkości, formy i występowania: od przydrożnych miejsc kultu, poprzez ukryte w lasach świątki, po kaplice wielkości niemal małych świątyń.


W okresie późniejszym, kapliczki ustawiano na skrzyżowaniach dróg, w miejscach objawień religijnych lub ważnych dla społeczności lokalnej wydarzeń.
Są nieodłącznym elementem krajobrazu polskiego, choć występują też w innych krajach europejskich. Tradycja budowania kapliczek jest nadal żywa, ciągle wznoszone są obiekty tego typu.
(źródło informacji - wikipedia)

poniedziałek, 21 maja 2018

Słać czy może ścielić?

Kolejna zabawa słownikowa, chyba trzecia na tym blogu, bo jak pamiętacie, w wolnych chwilach grzebię po różnych książkach i szukam ciekawostek.
Tym razem padło na słownik wyrazów trudnych i sprawiających kłopoty.

Tak to jest z niektórymi wyrazami, że wiele osób myli znaczenie podobnie brzmiących słów, zdarza się to nawet osobom odpowiedzialnym za słowo w mediach.
Bywa też, że niby znamy znaczenie, ale wolimy się upewnić, bo inne słowo brzmi niemal identycznie, ale czy na pewno zastosowałam właściwe?
Najprostszy przykład - słać czy ścielić łóżko, sobota robocza czy pracująca?

Wybrałam wyrazy, które ostatnio wpadły mi w ucho, licząc oczywiście, że w komentarzach dopiszecie swoje przykłady, za co będę bardzo wdzięczna.


bluźnić - mówić obraźliwe słowa na temat jakiejś religii lub jej wyznawców, ranić czyjeś uczucia religijne.
bluzgać - używać nagminnie wulgaryzmów w dużej ilości, np. Gość bluzgał na wszystkich i na wszystko.

felerny - czyli posiadający jakieś wady, usterki, np. Zakupiony rower okazał sie nie tylko używany, ale i felerny.
feralny - przynoszący pecha, wypełniony pechowym zbiegiem okoliczności...np. Wreszcie minął ten feralny wtorek.

Poniższy przykład zaczerpnięty z biblioteki, gdzie uczniowie pytani , co chcieliby wypożyczyć, mówią o książce byle jaka, zamiast jakakolwiek.
jakakolwiek - pierwsza z brzegu, bez wskazania autora lub tematu
byle jaka - nieciekawa, bez znaczenia - sens jak najbardziej negatywny.

osławiony - okryty sławą, ale w sensie negatywnym (zła sława)np.Odkryto wreszcie kryjówkę osławionego lidera gangu.
sławetny - sławny , zapisany w dobrej pamięci(znaczenie zdecydowanie pozytywne), np. Monety pochodziły ze zbioru sławetnego numizmatyka i filatelisty.
Szczerze powiem , że mimo tego słownikowego wyjaśnienia nadal mam wątpliwości, bo intuicja podpowiada mi raczej odwrotnie, ale cóż...

protekcjonalny - pobłażliwie wyniosły, pogardliwy, wynoszący się nad innych, np. Posłanka odpowiedziała na zarzuty protekcjonalnie, wręcz niegrzecznie.
protekcyjny - związany z protekcją, chroniący przed konkurencją, np. Zatrudnili go dzięki protekcji kogoś ważnego.

prym - wieść prym czyli mieć przewagę w jakiejś dziedzinie
prymat - to pierwszeństwo czegoś przed czymś
słać – wysyłać posłańca, wici, mgłę
ścielić – porządkować łóżko (regionalnie obie wersje dla łóżka są poprawne, o dziwo!)

sobota robocza czy pracująca? robocza to jakby o ciężkiej pracy, więc mówimy sobota pracująca ( w domyśle pracujemy jednak bardziej na luzie) – obie wersje dozwolone, jak się okazuje, ale jak dla mnie lepiej brzmi sobota robocza jednak.

status - to pozycja i ranga osoby, instytucji
statut - zbiór przepisów i zasad instytucji lub organizacji


piątek, 18 maja 2018

Ciekawość świata...

Dziś będzie krótko o obserwacji poczynionej w czasie zajęć ze starszymi dziećmi.
Poproszona o nagłe zastępstwo wzięłam najnowsze numery czasopisma ODKRYWCA - National Geographic i wyruszyłam na zmagania z szóstoklasistami.
Wyjaśniłam cel mojego przybycia i zasady pracy na lekcji, po czym jak satelita krążyłam po sali, przyglądając się zajęciom uczniów.

W jakimś programie z pogranicza psychologii i pedagogiki podano , że na podstawie obserwacji zachowań w trakcie podejścia dzieci do nowego zadania można wywnioskować, kim to dziecko zostanie w przyszłości w sensie ewentualnej kariery.

Moi uczniowie mieli do wyboru kilka różnych numerów popularnonaukowego czasopisma i mogli zająć się tymi jego aspektami, które interesują ich najbardziej. Niektórzy zwracali uwagę już na okładki, inni szukali ciekawostek, ale zniechęcały ich długie teksty, jeszcze inni skupili się na samych zdjęciach, czytali jednak podpisy pod fotografiami, nieliczni zaczęli rozwiązywać łamigłówki lub krzyżówki.

Przysiadłam obok chłopca, który bardzo widać potrzebował rozmowy i zachwycił mnie znajomością wielu informacji o przyrodzie spoza czasopisma, które miał przed sobą.

Ale tak naprawdę chcę napisać o chłopcu, którego nazwać można wolnym elektronem. Jest nadpobudliwy, ma to w papierach, więc normalne, że czasami spaceruje po klasie lub wymaga dodatkowego zajęcia bo nie wytrzymuje w ławce.
Podchodził do grup, ale nie miał wiele do zaoferowania poza rozśmieszaniem kolegów.
Pytam więc - dlaczego nie przeglądasz pisma, można w nim znaleźć wiele ciekawych rzeczy, wymienić się uwagami z kolegą?
On na to, że właściwie po co?
Chociażby po to, odpowiadam, że przyda ci się to w trakcie ewentualnych podróży... gdy będziesz w Afryce, zabłyśniesz wiedzą o żyrafach na przykład.
Nie muszę, on na to, wynajmę przewodnika, a zresztą gdy wyjeżdżamy z rodzicami, to nie wychodzimy z hotelu, wie pani ile atrakcji jest w takim hotelu?

Pytanie zostawiłam bez odpowiedzi...

A swoja drogą, nie wiedziałam, że są 4 rodzaje żyraf, które różnią się wzorem plam na skórze!

wtorek, 15 maja 2018

Beksiński w wielu wymiarach

Grafika, malarstwo, fotomontaż... to ledwie zapowiedź tego, co można było zobaczyć na wystawie, która gościła u nas 11-12 maja. Wystawę zorganizowano pod auspicjami Fundacji Beksińskiego. Miejscem ekspozycji był Teatr Miejski. Sala teatralna zamieniona została w kino, gdzie obejrzeć można było filmy dokumentalne z prywatnych archiwów artysty (3 godziny niepublikowanych dotąd materiałów, w których bardzo często narratorem jest sam artysta) przybliżające życie i drogę twórczą Beksińskiego.
W holu wyeksponowano ponad 50 prac wykonanych różnymi technikami.
"Pragnę malować tak, jakbym fotografował marzenia i sny. Jest to więc z pozoru realna rzeczywistość, która jednak zawiera ogromną ilość fantastycznych szczegółów" – tak o swojej twórczości mówił artysta.
Żył z pozoru zwyczajnie, zginął tragicznie, jego twórczość zachwycała, niepokoiła, ale nikogo nie zostawiała obojętnym.
Kto oglądał film "Ostatnia rodzina" inaczej patrzy na obrazy i zdjęcia Beksińskiego.
Jeszcze raz obejrzenie wystawy utwierdza w przekonaniu, że reprodukcje w albumach czy pismach nie oddadzą klimatu obrazów, z jakimi obcujemy na żywo.
Z twórczością Beksińskiego zetknęłam się we wczesnej młodości, mój narzeczony, potem mąż zafascynował się fantastyką literacką, a co za tym idzie także ilustracjami do tekstów. Ze swoją wyobraźnią Beksiński nadawał się do ilustrowania opowieści fantastycznych jak nikt.
W latach 90-tych zainteresował się grafiką komputerową, a to dawało jeszcze większe pole dla kreacji.
Ale tym, co mnie najbardziej zachwyciło był projekt wykorzystujący technologię Virtual Reality (wirtualnej rzeczywistości)- "pozwalający wniknąć w świat stworzony w oparciu o niezwykłą wyobraźnię Beksińskiego, niemal „wejść” do jego nieodgadnionego umysłu, spacerować po surrealistycznych sceneriach z pogranicza jawy i snu" - jak napisano w programie wystawy.
Uzbrojona w takie, jak na zdjęciu ustrojstwo, miałam możliwość obejrzenia filmu zainspirowanego obrazami malarza. Ścieżka dźwiękowa była niesamowitym dopełnieniem obrazu, a w okularach wirtualnych miałam wrażenie lewitowania gdzieś w przestworzach, wokół roztaczały się obrazy, dźwięki,widziałam i słyszałam ogień, czułam grozę i piękno Kosmosu.
Wierzcie mi, że po skończonej projekcji byłam mokra z wrażenia i niema z zachwytu...

Z tego, co wiem, wystawa podróżuje po kraju, może więc i do Was zawita?

sobota, 12 maja 2018

Warownia nad Wartą

Druga majowa wycieczka to wyprawa do miejscowości Koło nad Wartą.
Na podróż zamówiliśmy piękną pogodę, nie za gorąco, choć przez okna auta nieźle grzało.
Po dotarciu na miejsce zatrzymaliśmy samochód w cieniu drzew w rynku, obok kolskiego ratusza. Budowla ciekawa, wielokrotnie przebudowywana, jej początki sięgają XIV wieku.
Na zdjęciu poniżej dwa czołowe zabytki tej miejscowości czyli kościół farny, którego budowę datuje się na przełom XIV-XV wieku oraz kościół i klasztor bernardynów.
Kompleks zabudowań klasztornych powstał na wyspie rzecznej w połowie XV w., po sprowadzeniu do miasta zakonu bernardynów. Jego budowę ukończono w 1482 r. Kościół późnobarokowy został wybudowany w latach 1773 - 1782.
Obydwa zabytki zamknięte, czytamy napis - robienie zdjęć zabronione. Zajrzeliśmy jedynie przez kraty, wewnątrz Fary skromnie, chłodno, w kościele bernardynów bardzo zielono, a w zasadzie zielonkawo od marmurów... zainteresowanych szczegółami odsyłam do zasobów Internetu.
Po wypytaniu miejscowego bywalca ławek w pobliżu ratusza, ruszyliśmy w kierunku rzeki Warty i mostu, bo skierowano nas tam w poszukiwaniu ruin zamku. Mijali nas liczni rowerzyści, całe rodziny na niedzielnej wycieczce, nawet żałowaliśmy, że nie mamy rowerów, bo droga do ruin okazała się długa, ale jakże ciekawa!
Przed wejściem na most dostrzegliśmy pomnik na niewielkim wzniesieniu. Okazało sie, że jest to pomnik powstańców 1863 roku ustawiony nad odnogą Warty, około 100 m od mostu. Symboliczną mogiłę usypali w tym miejscu w 1905 r. weterani powstania styczniowego. W 1924 r. na kopcu ustawiono betonowy pomnik, zniszczony niestety w 1940 r. przez hitlerowców. Odbudowany w 1962 roku na 600-lecie założenia miasta. napisy na pomniku głoszą, że jest także miejsce pamięci o żołnierzach poległych w kolejnych wojnach światowych.
Drugie zdjęcie pokazuje ślad po fortyfikacjach wojskowych z okresu II wojny, których zauważyliśmy kilka.
Po obu stronach rzeki usypano wały ograniczające rozlewisko Warty, a po obu stronach wałów roztaczają się piękne widoki na odległe pola, lasy, spotkaliśmy sarnę, bażanta, zająca... i ludzi, którzy nad rzeką urządzali majowe pikniki.
Szliśmy drogą na szczycie wału, przez co widoki były jeszcze lepsze, a przed nami widniały ruiny nadwarciańskiej warowni.
Zwiedziliśmy ruiny tego zamku gotyckiego położone na lewym brzegu Warty z dala od miasta. Nawet to, co pozostało świadczy o wielkości tejże budowli, która została wzniesiona przez Kazimierza Wielkiego przed 1362 rokiem czyli jeszcze przed lokacją miasta.
Martwi jednak to, że miejscowi nie potrafią docenić atrakcji turystycznej swego miasta i bazgrzą po murach, zostawiają śmieci, wjeżdzaja motocyklami niemal na mury...
Ostatnie zdjęcia pokazują detale wspomnianego kościoła bernardynów, które zauważyliśmy w drodze powrotnej, przyglądając sie dokładniej zabytkowi.
Schody nietypowe raczej jak na kościół, rozchodzące się na dwie strony i piękna kołatka, ciekawe kto z niej korzystał by dobijać się do kościelnych drzwi?
Jak zwykle sprawdziły się nasze wycieczkowe zapasy, bo wokół ani lokalu gastronomicznego, ani sklepu, poza sklepem monopolowym oczywiście...
Była gdzieś w mieście jakaś pizzeria, ale nie mielismy siły szukać, więc zjedliśmy nasze kanapki:-)

środa, 9 maja 2018

O mały włos...

Wracałam z pracy, wybrałam inną drogę z przejściem bez świateł, bo nie lubię czekać długo na zielone...

Zbliżyłam się do przejścia dla pieszych i widzę, że z przeciwnej strony idzie matka z trójką dzieci, w tym z jedną pociechą w wózku.
Dziewczynka grzecznie idzie obok wózka, chłopiec, na oko 4 lata biega wokół wózka i siostry, nie słucha nawoływań mamy.

Gdy ja pokonałam pasy cała czwórka zbliżyła się do przejścia, z prawej strony nadjeżdżał autobus.
Zatrzymałam ręką chłopca, by nie wybiegł na jezdnię, w tym czasie kobieta powoli zbliżyła się do krawężnika, podziękowała za zatrzymanie dziecka.

Zrobiłam kilka kroków i nagle słyszę krzyk. Oglądam się i wmurowało mnie w chodnik. Chłopczyk wszedł na jezdnię, uniósł do góry rączkę i zatrzymywał autobus komunikacji miejskiej! Myślę, że na szczęście kierowca widział sytuację wcześniej i przewidział, co może się stać, bo udało mu się zatrzymać wielki pojazd tuż przed pasami.
Nawet nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby nie udało się zahamować tak ciężkiego autokaru.
Był już w naszym mieście taki wypadek, gdy zginęła nastolatka, bo myślała, że zdąży przebiec przed autobusem, a kierowca długo leczył się psychiatrycznie, bo nie zdołał w porę wyhamować auta. Nastolatka biegła z bratem, on zdążył, dziewczyna nie.

Całą drogę do domu wyrzucałam sobie, że nie przytrzymałam tego chłopca dłużej...

poniedziałek, 7 maja 2018

Jesienne wspomnienia wiosenną porą...

W środku wiosennego rozkwitu przyrody trafiła do mnie książka z jesienią w tytule, wspomnienia zaprzyjaźnionej blogerki Ewy.

Autorka nie tylko pozwoliła na subiektywną notkę o swojej książce u mnie, ale nawet poprosiła o konstruktywną krytykę.

Prawdę powiedziawszy nie wiem, co miałabym krytykować czy oceniać. Krytykiem nie jestem, jedynie skromnym bibliotekarzem i czytelnikiem, a w książkach szukam emocji i nauki.

Przede wszystkim, chylę czoła przed benedyktyńską pracą. Zgromadzenie tylu wspomnień, zdjęć, faktów i nadanie im pewnej spójności oraz cech obiektywnego spojrzenia na ówczesną rzeczywistość to nie lada sztuka.
Czasy dawne i współczesne, Sieradz, Łódź, Warszawa. Tradycje, smaki, zabawy, obrzędowość i polityka... jak to w życiu.
Lekturę zaczęłam oczywiście od przyjrzenia się fotografiom, chociaż cenne jest już słowo wstępne autorki, które często czytelnik pomija, a niesłusznie. Nie ukrywam także, że zaczęłam czytanie od końca czyli od rozdziału o bibliotekach.

Zdjęcia znajome się wydały, choć osoby na nich nieznane, ale wszak podobne mam w domu swoim i rodzinnym, a czasy bliskie sercu i w opowieściach Ewy Stanisławiak znalazłam wiele analogii z własnymi wspomnieniami.
Jakże ciepło pisze autorka o swoich bliskich, trzeźwo jednak przyglądając się ich funkcjonowaniu w zawierusze naszej historii. Tak było, tak żyło wielu Polaków i te opisy są także w tej książce cenne.

Niebywałym zbiegiem okoliczności nasi ojcowie w podobnej branży pracowali, obaj byli społecznikami i podobne perypetie w latach 80 tych były ich udziałem. To chyba jakiś znak, że zapragnęłam tę książkę przeczytać.
Przypadkowy czytelnik nie musi się obawiać, że omawiana lektura zbyt osobistą się okaże, zawiera bowiem tyle ciekawostek, faktów i zajmujących fotografii, że czyta się ją jak najlepszą powieść biograficzną.

Zaskoczeniem dla mnie była nota biograficzna autorki na okładce, z podziwem czytałam o dorobku naukowym i zainteresowaniach badawczych. Nie dziwi udział w pracy zbiorowej : „Pamięć – zjawiska zwykłe i niezwykłe”.
Książka Ewy Stanisławiak to niezwykłe dzieło, zarówno dla dziejów kilku spokrewnionych rodzin, jak i historii naszego społeczeństwa, zwykłych ludzi, którzy byli zawsze jak sól tej ziemi…

Lektury tego typu (należą też do nich pozycje STOKROTKI -Jadwigi Śmigiery ) czyta się najpierw szybko, łapczywie, a potem wolno smakuje, strona po stronie i często do nich wraca...

Czy zastanawialiście się kiedyś, ile ciekawych historii i przyczynków do obrazu naszego społeczeństwa kryją dzieje Waszych rodzin?
Sama próbowałam spisywać te okruchy pamięci, ale nie mogę sobie darować, że nie zaczęłam tego wcześniej i skrupulatniej, bo dziś świadków wielu zdarzeń już nie ma, a pamięć ulotna jest.

Aneks
Notka od autorki książki:
Książka jest w sprzedaży. Wystarczy wysłać maila z zamówieniem na mój adres: stanislawiak.ewa@gmail.com, a wszystko wyjaśnię.

sobota, 5 maja 2018

Za miastem...

Czy to na wycieczkach czy tylko na spacerze za miasto, nie sposób nie zachwycić się pięknem pól i łąk.
Pooddychać ich zapachem, zachwycić się barwą, ucieszyć jak dziecko na widok sarny, bociana czy zająca.
I tylko te ambony myśliwych, przyczajone pod lasem psują czasem sielankowy nastrój.

Wyżółcone rzepakiem
rozpostarte bezkresem
kłosem falujące-
pola nasze
zwyczajne.
W ramiona wierzb wtulone,
makiem i chabrem
w swojski wzór
haftowane.
Gdzie nie spojrzysz,
wzrok zatapiasz
aż po horyzont,
jak w strofach Wieszcza...

Powietrzem rozedrgane
skowronkiem śpiewne
po polsku gościnne-
pola nasze
zwyczajne.
Życiem tętniące,
chlebem obiecane.
Gdy raz spojrzysz-
wzrokiem tęsknisz,
obrazem wracasz
do tych pól
malowanych
jak w strofach Wieszcza...

( 3 maja 2018)
Zdjęcia - Pixabay.com, domena publiczna.

środa, 2 maja 2018

Piknik neolityczny

Dziś zapraszam do Biskupina, wybraliśmy się na piknik archeologiczny, ale nie tylko z archeologią mieliśmy do czynienia.
Bywam tam czasami z wycieczkami szkolnymi, ale mąż dawno nie był, więc niektóre wystawy były dla niego nowością.
Biskupin to i muzeum i skansen, który nazywany bywa żywym, gdyż oprócz wystaw czasowych i stałych stanowisk organizowane są tam pikniki archeologiczne z różnymi tematami przewodnimi.
Niektórzy przewodnicy i rekonstruktorzy przebywają w skansenie pół roku, od wczesnej wiosny do później jesieni.
W chatach i szałasach zrekonstruowano warsztaty tkackie, brązownicze, garncarskie itd. Można się przyglądać, a można za niewielką opłatą wziąć udział w produkcji dawnego rękodzieła, ku uciesze dzieci i dla frajdy dorosłych.
Po jeziorze śmiga stateczek, a w okresie wakacyjnym wielka łódź Wikingów. Zauważyłam także, że dzieci chętnie korzystały z przejażdżek na kucyku.
Do Biskupina możecie dojechać kolejka wąskotorową z Wenecji lub Żnina, co jest dodatkową atrakcją nie tylko dla dzieci.

Próbowałam między innymi wywiercić otwór w muszelce za pomocą prymitywnego, ale skutecznego wiertła, smakowałam podpłomyków z konfiturą, chleba ze smalcem i sernika z kawą, ale ten ostatni smakołyk to już wytwór bardzo współczesny.
Dla smakoszy nie zabrakło wojskowej grochówki, golonki z kapustą, szaszłyków itp.
Widowiskowe są walki wojowników z dawnych epok, tym bardziej że członkowie grup rekonstrukcyjnych sami wykonują ubrania i oręż do walki.
Mąż rozmawiał z jednym ze swych uczniów, który należy do takiej grupy i okazuje się, że jest to hobby bardzo pracochłonne, kosztowne i oparte o ścisłe reguły co do rodzaju materiałów, grubości ostrza, bezpieczeństwa itd. ale siniaki oraz inne kontuzje zawsze są prawdziwe...
Jedna z wystaw czasowych w pawilonie muzealnym pokazuje odkrycia archeologiczne prowadzone w podziemiach Lwowa, a trafiają się nie tylko skorupy naczyń, kafli piecowych czy stare buty, czasami są to prawdziwe skarby...
Ciekawe, co na podstawie naszych śmieci powiedzą o nas potomni za jakieś 100 lat?
Na zdjęciu poniżej zagroda Wisza, zbudowana specjalnie do filmu Stara baśń, bo część kadrów do tej produkcji filmowana była w Biskupinie właśnie.
Drugie ujęcie to widok na bramę główną z poziomu murów obronnych. Na mur od strony jeziora można wejść i podziwiać całość z góry...
W zagrodzie neolitycznej piękne dziewczyny uczyły chętnych obróbki muszli, z których wyczarowywały oryginalną biżuterię.
Próbowałam wiercenia otworów, ale obsługa tego wiertełka to wcale niełatwa sprawa, trzeba nabrać wprawy by w ogóle wprawić to ustrojstwo w ruch.
Nad torami kolejki wąskotorowej pobudowano most drewniany, aby móc pomachać nadjeżdżającej ciuchci, a przede wszystkim by skrócić dojście do zagrody neolitycznej.
Nowością od ostatniego mojego pobytu są poletka z eksperymentalną uprawą dawnych zbóż.
Ostatnie fotki to zając przyłapany na obiedzie w środku skansenu oraz amerykański krążownik szos przyłapany na zlocie przed pałacem w Lubostroniu, który odwiedziliśmy w drodze powrotnej.

To nie ostatnia wycieczka tej majówki, więc jeśli macie ochotę, to zaproszę wkrótce na kolejną...