czwartek, 19 kwietnia 2018

Robot wielofunkcyjny...

Bibliotekarz szkolny (definicja niesłownikowa) - robot wielofunkcyjny lub multizadaniowy, napędzany siłą mięśni, z twardym dyskiem o dużej pojemności, czasami wymagającym restartu i autouzupełniania, zasilany hektolitrami kawy i ciastek, czasami wrzucić trzeba weń tzw. drugie śniadanie, by mu energia nie spadła.

Zalety: nie skarży się, pracuje niemal bezawaryjnie, zajmuje mało miejsca, można dokładać mu coraz to nowych zadań, nie przegrzewa się, najwyżej niektóre czynności wykona po godzinach lub dokona przewartościowania hierarchii zadań. W razie wątpliwości czy podoła, można mu zasugerować, że to wszystko z powodu wyższej konieczności, która pojawia się średnio co drugi dzień.
Przerzuci bez problemów tony książek, zaspokoi ciekawość setek czytelników, posługuje się dwoma obcymi językami, łaciński natomiast wymaga unowocześnienia oprogramowania, bo sporadycznie używany.
Nadaje się znakomicie do kontaktów zarówno z dziećmi, jak i z dorosłymi, obsługuje komputer, drukarkę, kserokopiarkę oraz wiele programów potrzebnych i kompletnie nieprzydatnych.
Wykazuje czasem cechy psychoterapeutyczne, nie każdy jednak model, bywa dobrym logistykiem i animatorem kultury.

Wady: nie posiada, chyba że zainwestowaliście w niewłaściwy model, bo i takie bywają.

Inne cechy- oprócz książek i czasopism gromadzi różne przedziwne przedmioty, których chętnie użycza tzw. czytelnikom, a są to: gumki do włosów, chusteczki jednorazowe, papier toaletowy, ekierki, zapasowe logo szkoły (dawniej tarcza), nożyczki, taśma klejąca, igła z nitką, podpaski, zapasowe rajstopy, herbata w torebkach, kawa na łyżeczki, cukier w saszetkach, tabletki przeciwbólowe, reklamówki...

Zamienia banknoty na monety lub odwrotnie, wyszuka adres lub numer telefonu, udziela uczniom pomocy w postaci zimnego okładu na głowę, zaparzenia herbatki, podzielenia się kanapką lub cukierkiem, bo blady jakiś...

Możliwa do zastosowania opcja - życzenia i polecenia:
- wejdź, proszę na chwilę do mojej klasy, bo muszę ucznia do pielęgniarki odprowadzić
- przygotuj, proszę słowniki ortograficzne, przyślę uczniów
- zadzwoń, proszę do sekretariatu, że spłuczka w toalecie chłopców zepsuta i łazienki zalewa
- czy możesz zastąpić mnie na dyżurze , bo mam pilną rozmowę z rodzicem?
- pani ze świetlicy prosi o bajki Andersena...
- pani od niemieckiego prosi o 10 słowników
- nasza pani pyta, czy możemy oddać trzecią część Elementarza?
- czy wiesz pani gdzie jest pedagog?
- pani od plastyki prosi o wyszukanie albumów malarstwa polskiego

Oprogramowanie dodatkowe w gratisie -potrafi odbierać telefony i nawet załatwiać sprawy z klientami szkoły:
- jesteśmy firmą wysyłkową, mamy dla państwa świetną ofertę...
- jestem przedstawicielem firmy szkoleniowej...
- dzwonię z biblioteki publicznej, chciałabym zaprosić...
- dzień dobry, mieszkam niedaleko, czy przyjmiecie stare książki do biblioteki?

Na własną odpowiedzialność zainteresowane osoby mogą:
- zabrać bibliotekarza na wycieczkę do opieki nad dziećmi
- zlecić wykonanie zdjęć na imprezie do wstawienia na stronę internetową szkoły
- poprosić o zredagowanie pisma urzędowego
- zlecić napisanie wiersza dla odchodzącego emeryta
- poprosić o zamówienie nekrologu w gazecie lokalnej

Wady ukryte lub wynikające z wieku urządzenia nie podlegają reklamacji!








poniedziałek, 16 kwietnia 2018

I odleciały...


Był piątek, znajoma szykowała się na wyjazd do domku nad jeziorem, by zrobić porządki po zimie, wszak robi się coraz cieplej i wkrótce zacznie tam bywać regularnie i całe wakacje.
Pakowała środki czystości i karmę dla pupili na dwa dni. Partner znajomej robił ostatnie przelewy ze służbowego konta, bo prowadzi małą firmę ze wspólnikiem.

Złościł się strasznie, gdyż nie mógł zalogować się na firmowe konto. Postanowił zadzwonić do osoby, prowadzącej to konto w banku. W trakcie rozmowy telefon niemal wypadł mu z ręki, gdyż na ekranie laptopa widział, jak pieniądze znikają z jego konta. Krzyczy więc do doradcy by szybko zadziałał.
Ten zapewnia, że wszystko jest pod kontrolą i znikanie z konta - nie znaczy z banku, ale po pół godzinie doradca oddzwonił, że jednak nie udało się zablokować operacji i bagatela...odleciały klientowi z konta 22.000 zł

Znajoma omal nie zemdlała, odechciało się jej wyjazdu, ale partner uspokajał, że załatwi szybko na policji i oczywiście pojadą.
Na policji spędzili oboje kilka godzin, dostarczyć musieli skan ekranu z przeprowadzanej operacji i udowodnić, że laptop posiada wszelkie zabezpieczenia antywirusowe i antyhakerskie.

Sprzęt nie został zarekwirowany, funkcjonariusze zapewnili o szybkim prześwietleniu sprawy. Poszkodowani wyjechali na daczę, będąc z policją w kontakcie. Na szczęście partner znajomej ma prywatne konto, a jego wspólnik drugie firmowe...

Ostatnia informacja o stanie dochodzenia jest taka, że na 90% uda się odzyskać wyprowadzone z konta pieniądze. Co oznacza pozostałe 10% tego nie wiem...

Rozmawiałyśmy w pracy o tej sytuacji, a przy okazji o innych podobnych i o nie zawsze uczciwym postępowaniu banków i zaczęłyśmy się zastanawiać czy nie lepiej trzymać oszczędności w skarpecie lub bieliźnie?


piątek, 13 kwietnia 2018

W poczekalni...

Siedzę sobie w poczekalni do dentysty, przeglądam jakieś czasopisma. W tej samej poczekalni czekają też pacjenci do pediatry, ortopeda i ginekolog przyjmują w inne dni.

Kolejka do pediatry szybko się kurczy, ja siedzę nadal, bo wizyta poprzedniego pacjenta przedłuża się.
Telewizor na ścianie wyświetla jakąś sieczkę, nie wiem jak to można oglądać, takie talk-show o niczym.
Do poczekalni wchodzi młoda mama z chłopcem, tak na oko 4 lata. Malec ma wyraźne problemy z mówieniem, trudno go zrozumieć, ale to nie najgorszy problem.
Chłopiec wpada jak burza i od razu dokonuje zniszczenia na stoliku z gazetami, dziewczynka czekająca w kolejce otwiera usta ze zdumienia.

Mama łapie chłopca w locie, by go rozebrać, ale zdołała tylko chwycić czapkę, a on już jest przy stojącej reklamie żelu na ból dziąseł. Biedna kobieta zdołała zapobiec wywróceniu ustrojstwa, ale dziecko jest już przy kaloryferach i wali pięścią w liczniki ciepła.
Goniąc za dzieckiem kobieta rzuca zdania:
- zachowuj się, bo powiem tacie,
- przestań, bo będziesz czekał w samochodzie,
- chodź, obejrzymy zdjęcia w telefonie,
- zobacz, pani zaraz cię wyrzuci - i pokazuje na mnie, chowam się za gazetą.

Na chwilę chłopiec daje się skusić na oglądanie zdjęć w telefonie, ale kątem oka rozgląda się po poczekalni i zastanawia pewnie, gdzie by tu uderzyć ze swoją nieposkromioną energią.
Nagle zrywa się i puka do kolejnych drzwi gabinetów, na szczęście obecni lekarze nie reagują, domyślając się hałaśliwego pacjenta, bo malec głośny jest ogólnie.
Żal mi było trochę tej młodej mamy, bo widać było, że nie radzi sobie z sytuacją.
W pewnej chwili chłopiec chciał do toalety i trochę obawiałam się o stan wyposażenia po ich wyjściu, ale byli krótko i zaraz weszli do gabinetu.
Po wyjściu od pediatry chłopiec dał się ubrać, bo zajęty był lizakiem i naklejką, które dostał.

Tydzień później znów spotykam chłopca z mamą, tym razem ja przyszłam później. Chłopiec pogodny, nikogo nie zaczepia, niczego nie psuje. Mama wymyśliła dla niego zabawę w rzucanie i łapanie piłeczki, towarzyszyła im inna młoda kobieta, być może mama chłopca wzięła siostrę lub koleżankę do pomocy. Malec wprawdzie głośno reagował na wszystko (zabawa to emocje), ale był o wiele sympatyczniejszy, nawet inni pacjenci kibicowali jego zręczności, wszedł także sam do gabinetu, nie trzeba było go łapać....

Jaki stąd morał? - spytacie
Taki, że na najbardziej nadpobudliwe dziecko można znaleźć metodę i drugi taki, że jak najwcześniej powinni zacząć to robić rodzice, bo w przedszkolu lub szkole, gdy w klasie jest więcej takich nadpobudliwych dzieci bywa o wiele trudniej...

wtorek, 10 kwietnia 2018

Jak smok strzegący skarbu...

Wycieczki lubimy nie tylko dla widoków i zabytków, także dla spotkań z ludźmi. Tym razem jednak spotkała nas przykra niespodzianka.
Zatrzymaliśmy się w małej miejscowości, nawet nazwy dobrze nie pamiętam, by przyjrzeć się ładnemu kościółkowi. Była sobota, więc wyraziłam wątpliwość czy będzie otwarty, bo w większości kościoły pozamykane, niestety. Okazało się, że drzwi są otwarte, mąż zatrzymał więc auto, ja wysiadłam pierwsza i pognałam do furtki.
Koło kościółka przechadzał się jakiś pan ubrany na czarno, pomyślałam, że może pogrzeb będzie, dlatego świątynia otwarta...
Postanowiłam zajrzeć tylko, skoro pogrzeb, to nie będę się pchać. Nagle słyszę za plecami głos:
- A pani tak bez dzień dobry do księdza...
- Słucham? a skąd wiadomo, że ksiądz, nie znam pana.
- Bo tu włamanie było, o - kamery są - spojrzałam w górę, spojrzałam przez kratę zamkniętą na kłódkę i odeszłam. Pewnie pomyślał, że niewychowana, bo bez pożegnania, ale tak mnie zbił z pantałyku, że riposta z głowy mi uleciała.
Wróciłam zła do auta by zjeść kanapkę, a mąż poszedł z aparatem fotki robić. Myślę sobie - oj, czeka cię niespodzianka...

Faktycznie, słyszę taki oto dialog:
- Halo, proszę pana, proszę podejść!
- O co chodzi?
- Ja tu proboszczem jestem, a pan tak bez pytania zdjęcia robi.
- No i ?
- A gdybym ja pański dom fotografował?
- A to pan w kościele mieszka?
- W kościele mieszka bóg!
- To chyba jednak różnica, fotografuję zabytki, a nie domy prywatne.
- U nas włamanie było i narkoman się ukrywał,p policje musiałem dzwonić, powinienem pana wylegitymować!
- Chyba pan żartuje, jeśli już to w obecności policji, proszę, niech pan dzwoni...
- Oj, po co zaraz się denerwować, to z ostrożności, w razie czego mamy pana na kamerze...tylko proszę nie fotografować domu parafialnego.
- To mnie nie interesuje, ale skoro kraty i kamery, to po co jeszcze pan pilnuje?
- Tylu się tu kręci...
- Nie można w każdym widzieć złodzieja.
- Nawet pan nie wie, jak ciężko być w Polsce księdzem...

Dalej na szczęście było przyjemniej. Odwiedziliśmy nasz ulubiony zamek w Gołuchowie , spacerowaliśmy po pięknym parku i robiliśmy zdjęcia nie tylko przyrodnicze...

O Gołuchowie już kiedyś pisałam, więc dziś tylko autoportret w zabytkowej ramie:-)

W drodze powrotnej oboje wybuchnęliśmy śmiechem, bo jakiś turysta fotografował znajomy już kościół, a z plebanii już biegł do niego znajomy już proboszcz.

Miłych wycieczek Wam życzę:-)

piątek, 6 kwietnia 2018

Wyrodna matka?

Skończyłam niedawno książkę Eleny Ferrante CÓRKA i choć jest to pozycja bardzo zachwalana, jakoś nie wzbudziła we mnie zachwytu na tyle, by chcieć sięgnąć po inne książki tej autorki.
Dlaczego więc o niej wspominam?
Z powodu problemu poruszanego w tej książce.

Bohaterka, mając dorosłe już córki wspomina epizod ze swego życia, kiedy to "porzuciła" na trzy lata swoje dzieci, zostawiając je z ojcem i zniknęła, by realizować się jako kobieta, naukowiec, człowiek po prostu. By przekonać się czy oprócz bycia matką i żoną potrafi w życiu jeszcze czegoś dokonać.
Córki miały wtedy kilka lat, a mąż wpadł w panikę, bo dziewczynki były bardzo małe i sam także robił karierę.

Ciekawe, że gdy w podobny sposób postąpi mężczyzna nikt się temu nie dziwi, bo taka jest kolej rzeczy, to kobieta poświęca wszystko dla ratowania ogniska domowego i wspierania męża.
Gdy ojciec zostaje sam z dziećmi to wychwalany jest pod niebiosa, że tak sobie świetnie poradził, a przecież sami nazywamy siebie RODZICAMI, więc udział w rodzicielstwie i odpowiedzialność powinny być jednakowe lub przynajmniej podzielone za porozumieniem stron.

Czy nie zdarzyło się Wam nigdy, moje drogie panie, że chciałyście rzucić wszystko, wsiąść do pociągu byle jakiego i posmakować wolności przynajmniej od macierzyństwa?
Nie chodzi tu o depresję poporodową, ale o zwyczajne zmęczenie materiału, gdy jest się zawsze do dyspozycji o każdej porze i na każdą okoliczność?

Macierzyństwo to piękna sprawa, sama tego nie wiedziałam, póki nie zostałam matką, ale być może nie miałam piątki dzieci tylko dlatego, że nie chciałam być TYLKO matką, a oddanie siebie bez reszty gromadce dzieci wykraczało poza moje możliwości. To wiedziałam już po urodzeniu jedynaka.
I nie o ciąże czy porody tu chodzi. Moja koleżanka, której mama urodziła piątkę dzieci mawiała, że dla jej mamy najtrudniej było wysłuchać i zaspokoić potrzeby całej gromadki, ubrać i nakarmić to nie wszystko.

Podziwiam rodziny wielodzietne, które emanują ciepłem , a rodzice potrafią pogodzić pracę z wychowaniem, wpajają określone wartości i zawsze są pogodni...ale czy naprawdę ZAWSZE i czy kosztem sprawiedliwego podziału ról?

Obserwuję kobiety, które w pielęgnowaniu ogniska domowego znalazły cel życia ,ale zastanawiam się, czy nigdy nie chciały wakacji od macierzyństwa...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Jedna wycieczka, trzy miejsca...

Takie wycieczki lubię najbardziej, odwiedzić coś znanego, odkryć coś nowego, pooddychać pełna piersią, porozmyślać na łonie natury.
Dawno nie odwiedzany pałac w Lubostroniu, siedziba rodu Skórzewskich, o którym już kiedyś pisałam, więc rozpisywać się nie będę.
Odwiedziliśmy znajome miejsce ciekawi zmian po zeszłorocznych wichurach, bo media donosiły o znacznych stratach w parkowym drzewostanie.
Udało się porozmawiać z ochroniarzem, który pełnił wówczas dyżur. Od niego też dowiedzieliśmy się, że prace renowacyjne przy samym pałacu uległy spowolnieniu, gdyż odnalazł się spadkobierca, mieszkający w Australii. Pałac na przestrzeni lat powojennych był sukcesywnie remontowany przy udziale różnych funduszy, ostatnio unijnych.
Pozostały okna do wymiany, bagatela - suma ok.2 mln zł, ciekawe czy spadkobierca zamierza te okna wymienić na własny koszt?
Tym razem nie wchodziliśmy do pałacu, gdyż wnętrza przygotowano na koncert, a takowe często odbywają się w pałacowych wnętrzach.
Na zdjęciu widoczne są także ruiny elektrowni pałacowej, która stoi z dala od siedziby Skórzewskich, w pobliżu stawów rybnych.
Na górnym zdjęciu dawne stajnie, w których teraz znajduje się urocza restauracja i pyszne posiłki, próbowaliśmy, polecamy:-)
Na dolnym część hotelu pałacowego, ta bardziej współczesna, bo wewnątrz pałacu można wynająć pokój bardziej stylowy... w stylowej cenie.
Zdjęcia nie oddadzą ogromu zniszczeń w drzewostanie po ubiegłorocznych wichurach, gdy zagłębiliśmy się w alejki parkowe widok powalił nas niemal na kolana. Jak po upadku meteoru tunguskiego w tajdze, masakra, aż żal serce ściska. Zniszczone zostało także ogrodzenie parku, postawione dwa lata temu...
Pracownik ochrony stwierdził, że w ów feralny dzień hałas był taki, jak na froncie, drzewa kładły sie jak zapałki. Trzy dni trwało oczyszczanie drogi, a ze trzy lata potrwa usuwanie powalonych drzew w parku, brak sprzętu i ludzi. Spacerowaliśmy na własną odpowiedzialność, bo wszędzie tablice ostrzegawcze - uwaga, spadające gałęzie.
Z Lubostronia, po pysznym obiedzie, skierowaliśmy się do Pakości, gdzie zwiedzić można słynną kalwarię, której kaplice odnowiono dzięki dotacjom unijnym. Na wzgórze Kalwarii pielgrzymki ciągnęły z całej Polski, jako dziecko jeździłam z babcią na odpusty, dziś miejsce nieco zapomniane, gdyż sławę i dawny prestiż odebrała Pakości świątynia w Licheniu.
Zabytkowe kaplice stoją nie tylko na wzgórzu, rozmieszczone są na terenie całej miejscowości, a całością opiekują sie ojcowie franciszkanie.
Jak przystało na stare świątynie, w pobliżu stary cmentarz z podupadłymi nagrobkami i grobowcami znamienitych rodów, w tym familii Wolańskich, dziedziców na Pakości.
Dla wierzących - miejsce świetne do odwiedzenia przed Wielkanocą i odbycia drogi krzyżowej, gdyż każda kaplica to jedna stacja.
Ostatni punkt naszej marcowej wycieczki to Kruszwica, jeszcze zimno, ale słonecznie i punkt z lodami otwarty, samochodów i motocykli mnóstwo, widać tęsknotę za wiosennymi wypadami w plenery.
Obiecują ocieplenie, więc takich wycieczek Wam życzę:-)

piątek, 30 marca 2018

W poszukiwaniu...

... świątecznego nastroju wybraliśmy się do syna, do Poznania, a tam zajęcy bez liku, do wyboru, do koloru:
Spędziliśmy miło czas z synem i jego ukochaną, a ja nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła jakiegoś zwiedzania. Poszliśmy więc obejrzeć zbiory Muzeum Sztuki Użytkowej na Zamku Przemysła.
A tam same cuda. Zamek, dzięki funduszom unijnym oferuje nowoczesne powierzchnie wystawowe, jest winda, która zawiezie Was na szóste piętro by podziwiać widoki z wieży zamkowej, są elementy interaktywne, by zwiedzający w każdym wieku wynieśli coś dla siebie i dobrze się bawili...

A teraz życzenia:

Kochani, pozwolę sobie życzyć wszystkim, niezależnie od wyznawanej religii i poglądów, ciepła słonecznego, radości w sercach, łaskawości aury i obfitości w przyrodzie, a zdrowia nade wszystko!
Trzymajmy się, nie dajmy się, fortuna nich nam sprzyja. Alleluja!


I jeszcze jedna ważna okazja i to nie jest prima aprilis, 1 kwietnia imieniny Grażyny :-)


wtorek, 27 marca 2018

Z Krzysiem o przeprowadzce...

Kolejna odsłona rozmów z Krzysiem, stałym bywalcem tego bloga:
- A wie pani, że parę osób z mojej klasy zapisuje się do klasy sportowej?
- to chyba dobrze, lubią sport w takim razie
- to świetnie, przynajmniej nie będą już w mojej klasie, bo czwarty rok z nimi nie wytrzymam!
- aż tak ci zaleźli za skórę?
- no, zwłaszcza niektórzy… pani nasza mówi, że do nich trzeba mieć anielską cierpliwość
- za to w sporcie są dobrzy
- a gdzie tam, oni myślą, że będą mieli mniej przedmiotów, bo tyle tego sportu i uczyć się nie trzeba…
- te czasy, gdy sportowcy nie musieli się uczyć to już minęły
- nie wiem jeszcze czy mnie mama nie przepisze do innej szkoły
- no coś ty, nie zrobisz mi tego!
- bo przeprowadzamy się
- a z powodu?
- mama mówi, że właściciel tamtego mieszkania nam każe i teraz mama znalazła mieszkanie w tej odmalowanej kamienicy na rynku
- a, wiem w jakiej, piękny dom
- a widziała pani jak oni malowali? Tylko przód, a z tyłu byle co, ale może w środku będzie dobrze
- a będziesz miał swój pokój?
- nawet większy, dziadek zawiesi mi wreszcie obrazy
- lubisz obrazy w pokoju?
- mam ulubione plakaty z filmu Harry Potter
- a ja widziałam plakat, zapraszający na wystawę kotów rasowych
- ja na pewno tam nie pójdę, bo jakby mój pies poczuł na moich nogach te wszystkie koty, to dopiero bym miał… a pani pójdzie?
- raczej nie, bo wyjeżdżam tego dnia
- to może pani popatrzeć na koty koło szkoły, łażą tu takie dwa, jeden czarny, a drugi szaro-biały, dzisiaj goniły się koło huśtawki , a jeden to chyba czaił się na ptaki
- to takie chyba dzikie koty?
- pewnie tak, a wie pani, tak się zastanawiam, na jakie kolory dziadek pomaluje ściany
- podobno modny jest popiel
- kolor nie ma być modny, tylko ma się podobać, ciekawe czy spodoba się mojemu psu, bo przecież on też z nami będzie mieszkał…

sobota, 24 marca 2018

Patrzeć na kogoś wilkiem...

Myślałam, że znam wszystkie frazeologizmy lub ich większość, ale zgodnie z porzekadłem, że człowiek uczy się przez całe życie (i głupi umiera) studiowałam ostatnio słownik frazeologiczny.
Już dawno odkryłam, że studiowanie słowników może być bardzo zajmującym zajęciem.
Okazało się, że niektóre wyrażenia uległy zapomnieniu lub nie znam wcale, może byłam na wagarach, gdy omawiano je w szkole?
A swoja drogą, zauważyłam, jak mało frazeologizmów znają dzieciaki, czyżby w domach nie posługiwano się takimi wyrażeniami? Moje babcie co rusz ich używały, na każdą okoliczność miały odpowiednie zdanie. Ileż to razy słyszałam, że diabeł coś nakrył ogonem, że wujek ma węża w kieszeni, że dziadkowi słoń nadepnął na ucho.
Gdy oglądałam kolejne odcinki turnieju Jeden z dziesięciu zauważyłam, że młodzi ludzie, tak do 30-ki mało znają przysłów i porzekadeł, może dlatego właśnie, że niewiele się ich w domach używa? Tradycje ludowe odchodzą do lamusa?

Jeśli macie ochotę, zapisałam kilka przykładów raczej nieczęsto używanych:
1. oprzeć sprawę o bufet - załatwiać interesy przy kielichu
2. odwiedzić podkasaną muzę - obejrzeć lekki spektakl teatralny, rewiowy
3. wziąć dupę w troki- ulotnić się niespodziewanie, niech inni się martwią
4. choroba dyplomatyczna - symulowanie choroby w celu uniknięcia pracy
5. na fidiaszowa miarę - mówimy tak o kimś niepospolitym, wyrastającym ponad przeciętność
6. przedstawić szeleszczący argument - po prostu wręczyć łapówkę
7. mieć argusowe oczy - wzrok czujny, przed którym nic się nie ukryje...
8. martwa litera - ustawa, zarządzenie przez nikogo nie respektowane
9. jak wisieć to za obie nogi - robić coś z pełnym zaangażowaniem
10. być jak ciepłe kluchy - być mało zaradnym, powolnym, niezorganizowanym.

Będę wdzięczna za Wasze przykłady, może pamiętacie coś ciekawego, czego próżno szukać w słownikach?
Czasem w różnych regionach kraju bywają inne wersje tego samego znaczeniowo wyrażenia.

środa, 21 marca 2018

Uciekła mi pamięć...

Spotkałam Ją w drodze z pracy.
Dzień był zimny, wietrzny, a Ona bez czapki, szalika i rękawic, prowadziła psa na smyczy, a właściwie to pies ciągnął swoją panią.
- Witaj Mireczko!
Chwyciła mnie za ręce, nawet przez rękawiczki czułam, jakie ma skostniałe dłonie.
- Jak ładnie wyglądasz!
Patrzyła na mnie, chyba mnie poznała, ale nie mogła przypomnieć sobie imienia i te smutne oczy…
- Ładnie wyglądasz i nic się nie zmieniasz, a ja – widzisz, stara baba jestem!
- Mireczko, wszyscy się starzejemy, ale grunt, to mieć dobry humor i kondycję!
Pies szarpnął się zniecierpliwiony…
- A ty jak zwykle z psem na spacerze, dużo chodzisz, jak zawsze.
Spojrzała na mnie smutnymi oczami, skurczona, zziębnięta, ale jakby nie zauważając tego zimna odpowiedziała:
- Pamięć mi uciekła, nawet imienia psa nie pamiętam, chodzę tymi samymi ścieżkami, by trafić do domu, przez ponad rok tak się posunęłam, że sama siebie nie poznaję…
Skurczyła się, włosy w strąkach, zniknęła energia i wieczny uśmiech na twarzy, oczy uparcie patrzą w chodnik.
- Tak mi przykro, a nie zimno Ci? taka paskudna pogoda.
- Zimno?
Spojrzała na swoje zgrabiałe dłonie…
- Zimno, ale zapomniałam, gdzie leżą rękawiczki… to mój czwarty pies, młodziutki, musi się wybiegać.
- Uważaj na siebie!
I poleciała za psem, który rwał się do biegu za kawkami.

Była wychowawczynią mojego brata, moją koleżanką z pracy. Nauczycielem z powołania, który wszystkie siły i każdą wolną chwilę oddawał pracy. Niepocieszona, gdy musiała odejść na emeryturę, bo taki nastał czas, bo zabrakło etatu, bo nie miała nic innego poza pracą, może tylko synów, ale i oni poszli swoimi drogami, gdy dorośli.
Teraz opiekują się matką, każdy na swój sposób, ale pamięci jej wrócić nie mogą, a Ona resztkami świadomości trzyma się tego świata i nie może pogodzić się z diagnozą – Alzheimer.

niedziela, 18 marca 2018

Na tapczanie siedzi leń...

...ale czy można robić NIC?
Przecież nawet jak leżę,to coś robię, jest na to dowód naukowy, bo spalam jakieś kalorie.
W sumie nicnierobienie stanowi dla wielu osób straszny problem, nie potrafią zrelaksować się na tyle, by siedząc w fotelu lub leżąc na leżaku nie myśleć o tym, co powinni zrobić. A właśnie, dlaczego powinni?
Nie mówię tu o pracy zawodowej, bo tu szef wymusza na nas robienie czegokolwiek.
Mam na myśli raczej odrzucenie tego przymusu zrobienia zwykłych rzeczy, bez których według wielu osób świat się zawali. A nasze prawo do chwili wytchnienia? Czasowe zatracenie się we własnych myślach, tęsknotach , w tańcu, zanurzenie się w dźwiękach muzyki, zaczytanie się bez pamięci o realnym świecie.
Kto z Was, z ręką na sercu może powiedzieć, że potrafi bez wyrzutów sumienia wykraść dla siebie kilka godzin bez myślenia o obowiązkach?
Ileż to razy, siedząc w kawiarni z przyjaciółką kończymy słowami: muszę lecieć i zrobić obiad, muszę nastawić pranie, mam kupę ubrań do prasowania, muszę zrobić zakupy, muszę....
Nawet nasi przodkowie stworzyli porzekadło - co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, a co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro. Pewna znajoma mawiała natomiast - kurz jest po to żeby leżał, a rolety po to by je opuszczać, gdy brudne okna.
Ten ciągły przymus pozbawia nas spontaniczności, radości życia, powoduje ciągłe wyrzuty sumienia... a przecież wystarczy słowo MUSZĘ zamienić na MOGĘ, a wtedy perspektywa jest zupełnie inna. Wówczas otwierają się przed nami okazje i możliwości i to MY decydujemy, co najpierw zostanie zrobione.
Ja zapożyczyłam od koleżanki bardzo przydatne powiedzenie, że od pewnego wieku, to już niczego nie muszę, co najwyżej mogę.
Tak więc wśród rozlicznych obowiązków nie zapominajmy także o przyjemnościach i chwilach lenistwa, nie czekajmy, aż nasz organizm zbuntuje się i zastrajkuje niedomaganiami i pamiętajmy, że w pracy zawodowej nie ma ludzi niezastąpionych, a zgorzkniałych i wypalonych wszyscy unikają.
Rozpieszczajmy się póki czas, by nie zapomnieć, jak miłe są chwile lenistwa :-)

czwartek, 15 marca 2018

Jak Polak z Polakiem...

W ramach strajku pogodowego zamieszczam coś na wesoło i jem same smakołyki.
Będę grubsza, ale wesoła :-)
Pośmiejcie się razem ze mną!

1. W sklepie mięsnym:
- czy jest mięso mielone?
- mielim
- to ja poczekam
- mielim wczoraj...

2. Spotkanie w urzędzie:
– pan Hieronim zapytany o nazwisko odpowiada, że Sraczka
- oj, rzadkie nazwisko, bardzo rzadkie...

3. Rozmowa wychowawcza:
– zmartwiony Jaś przychodzi do domu z informacją, że wybił szybę w oknie u sąsiadów
- i co sąsiad na to powiedział?
- a brzydkie słowa powtórzyć?
- Nie!
- to właściwie nic nie powiedział...


4. Syn krzyczy do ojca:
- tato, barometr spadł
- o ile?
- jakieś dwa metry...

5. Rozmowa w barze:
- kolego, postaw piwo
- a co, przewróciło się?

6. W sklepie spożywczym:
- czy jest denaturat?
- nie ma
- to poproszę inne wino...


7. Drogówka zatrzymuje kobietę jadącą maluchem:
- i co, przekroczyło się sześćdziesiątkę?
- ależ panie władzo, to ten kapelusz tak mnie postarza...

8. Jedzie pijany facet tramwajem, nagle ocknął się i pyta:
- gdzie ja jestem
- w Łodzi
- to wiem, ale dokąd płyniemy?

9. Na przystanku spotykają się dawne znajome, jedna pyta:
- Masz ty, kochana dom?
- Nie mam
- A chłopa masz?
- Nie mam
- To na co czekasz?
- Na autobus...

10. Ksiądz spowiada gaździnę:
- a nie spaliście to z obcym chłopem?
- proszę księdza,a bo to obcy chłop da pospać?

poniedziałek, 12 marca 2018

Czy widział ktoś pucybuta?

Otwieram drzwi - przystojny kominiarz, ale nie z kalendarzem, jak zwykle, tylko z kartką wielkanocną i życzeniami. Należało się dwa złote, to znaczy, co łaska, ale tylko taka moneta była w portfelu męża.
Kominiarz jak się patrzy, elegancki, z identyfikatorem, więc zawód nie wymiera, kominiarze potrzebni.

W pracy podarłam rajstopy i pojawiła się refleksja - kiedyś zaniosłabym pewno do punktu repasacji. Czy pamięta ktoś takie panie, które najczęściej w sklepach z pasmanterią miały swój kącik repasacji pończoch?
Moja mama zbierała po kilka sztuk i zanosiłam do takiego punktu rajstopy i pończochy do cerowania, bo był to towar deficytowy, o który trzeba było dbać. Dziś wyrzucamy, bo najpewniej po niewprawnym zaszyciu i tak oczka lecą dalej, a i towar przestał być deficytowy.

Z czasem wyginął także fach prężenia firan i koronkowych serwet. Pamiętam, jak z babcią zanosiłyśmy niciane firany ukrochmalone po praniu do pewnej pani, która rozciągała je na specjalnych stelażach do wyschnięcia, a praca to była żmudna.
Ale kto dziś ma ręcznie robione koronkowe firanki?

Podobnie z profesją pucybuta.
Chociaż, gdy szukałam ilustracji do tej notki, znalazłam całkiem nowe, to jest współczesne zdjęcia, świadczące o tym, że gdzieś jeszcze pucybuta można spotkać lub przynajmniej maszyny do oczyszczenia obuwia przed wejściem do różnych instytucji...
sama chętnie zapłaciłabym, bo nie lubię czyścić butów z pastowaniem itd.
Są przecież myjnie dla aut, a dla butów?

Do lamusa odeszła także profesja telefonistki. Kiedyś takie panie łączyły międzymiastowe lub zagraniczne rozmowy telefoniczne, przyjmowały nadawanie telegramów lub łączyły rozmowy klientów z pracownikami różnych firm. Nawet w przychodniach i szpitalach łączeniem rozmów zajmują się automaty. Gdy dzwonię do rejestracji odzywa się automat, informujący do kogo mogę się dodzwonić i wreszcie informacja: jesteś czwarty w kolejce, jesteś trzeci w kolejce...

(Telefonistki - fot. Tekniska Museet/flickr (CC-BY 2.0)

A kto dziś pamięta takie profesje jak :KaOwiec; wodzirej; sekserka; ostrzyciel noży i nożyczek, wędrujący po podwórkach i oferujący swoje usługi.
Wiele zawodów rzemieślniczych odchodzi w niepamięć, bo nie ma kogo wyszkolić na miejsce starego już mistrza.

piątek, 9 marca 2018

W ptasim raju :-)

Wybraliśmy się w jeden z ostatnich mroźnych dni na poszukiwanie wiosny. Jeziora wielkopolskie są ogromne i pełne ptactwa, lubimy jeździć na obserwacje przyrodnicze wtedy, kiedy ludzi jak najmniej, a obcowanie z przyrodą daje tyle radości i dobrze robi na psychikę.
Woda w jeziorach zamarznięta, lód dość gruby, ale spękany, na tyle jednak mocny, aby utrzymać dość ciężkie łabędzie...
Co chwila w powietrze wzbijały się jakieś ptaki, ruch jak na ptasiej autostradzie.

Gdy tylko zbliżyliśmy się do pomostu przypłynęła cała łabędzia rodzinka. Jedno z rodziców trzymało sie jednak z daleka, obserwując czy nie dzieje się coś złego. Widać było, ze ptaki obcują z ludźmi, bo podpływały śmiało, nie tylko zresztą łabędzie.
Mieliśmy z sobą dwie bułki na wypadek nagłego głodu, ale jedną zjadły nam ptaki...


Gdy skończyły się okruszki łabędzia rodzinka oddaliła się w równym szyku, po czym podpłynął tata łabędź, dosłownie ułożył skrzydła w serce, jakby chciał podziękować za poczęstunek...
Bywaliśmy na tym brzegu często, łabędzie i kaczki to tutaj swojski widok, ale tym razem ruszyliśmy dróżką wokół jeziora, bo słońce mocno przygrzewało. Dokonaliśmy pewnego odkrycia, mianowicie doszliśmy do urokliwej zatoczki, gdzie nie tylko było ciepło i bezwietrznie, ale to był ten właściwy ptasi raj. Na jeziorze zero lodu, cisza bez oznak jakiejkolwiek cywilizacji, słychać było tylko ptaki, głosy i szelest skrzydeł - kaczki, gęsi, łabędzie, łyski - reszty nie rozpoznałam, nie jestem ornitologiem, więc wybaczcie. Nie mogliśmy nasycić się tym widokiem.
Ruszyliśmy z powrotem dopiero gdy porządnie zmarzliśmy , a żołądki domagały się paliwa.


W drodze powrotnej na innym jeziorze widzieliśmy wędkarzy, łowiących ryby pod lodem. Siedzieli tam kilka godzin, że też im nogi do lodu nie przymarzły. Kawałek dalej dostrzegłam także spacerowiczów z dziećmi, wychodzących na środek jeziora i dwie dziewczyny na łyżwach.
Jak mówiłam, lód był spękany, choć gruby, a tyle się mówi, by nie wchodzić na lód, gdy przygrzewa słońce i mróz słabnie...

wtorek, 6 marca 2018

Ciekawostki o książkach cz.2

Badanie przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Kingston w Londynie dowodzi, że osoby, które lubią czytać książki, są milsze dla drugich niż ci, którzy wolą oglądać telewizję.
W ramach badania poproszono 123 osoby o udzielenie informacji na temat ulubionych form rozrywki. Następnie testowano umiejętności interpersonalne badanych. Opierając się na uzyskanych odpowiedziach, naukowcy odkryli interesującą zależność.

Otóż ci, którzy czytali więcej, zwłaszcza beletrystyki, wykazywali bardziej pozytywne zachowania społeczne, natomiast ankietowani preferujący oglądanie telewizji mogli być uznani za mniej życzliwych, ponieważ częściej przejawiali zachowania antyspołeczne i nie potrafili równie dobrze wczuwać się w położenie drugich.
Co ciekawe, umiejętności i zachowania interpersonalne miały związek z odmianą fikcji, którą badani preferowali. Wielbiciele romansów i dramatów okazywali drugim więcej empatii i rozumieli ich punkt widzenia, z kolei miłośnicy komedii najlepiej nawiązywali z drugimi kontakt.
Naukowcy zaznaczają, że ich badanie nie wyjaśnia związku przyczynowo-skutkowego. Nie wiadomo więc, czy czytanie czyni nas milszymi i bardziej empatycznymi, czy też osoby życzliwe i okazujące empatię mają większą skłonność do sięgania po fikcję literacką.
Warto jednak w kontekście tego przypomnieć inne badanie, przeprowadzone w 2013 roku przez naukowców z Uniwersytetu Stanowego Ohio, którzy stwierdzili, że telewizja ma wpływ na teorię umysłu u dzieci, a konkretnie osłabia ich zdolność do rozpoznawania przekonań, intencji, pragnień i wiedzy drugich osób.

O wartości książek powinna decydować przede wszystkim zawartość.
W świecie kolekcjonerów treść odgrywa jednak nieco mniej znaczącą rolę.
Bardziej istotna jest rzadkość danego tytułu lub historyczny kontekst – okoliczności powstania albo losy dzieła na przestrzeni lat.
Ważna jest także unikalna szata graficzna, osoba ilustratora czy użyte materiały…
Te najbardziej wyjątkowe z wyjątkowych pozycji potrafią osiągać zawrotne sumy.

Miejsce 1. Leonardo da Vinci „Kodeks Leicester” – 30,8 miliona dolarów
Miejsce 2. Zakon Świętego Benedykta „Ewangeliarz Henryka Lwa” – 11,7 miliona dolarów
Miejsce 3. James Audubon „Birds of America” – 11,5 miliona dolarów
Miejsce 4. Geoffrey Chaucer „Opowieści kanterberyjskie” – 7,5 miliona dolarów
Miejsce 5. William Szekspir „Pierwsze folio” – 6,166 miliona dolarów
Miejsce 6. Biblia Gutenberga – 4,9 miliona dolarów
Miejsce 7. Henri Louis Duhamel du Monceau “Traité des arbres fruitiers” (z ilustracjami Pierre Antoine Poiteau i Pierre Jean François Turbina) – 4,5 miliona dolarów
Miejsce 8. Klaudiusz Ptolemeusz „Cosmographia” – 4 miliony dolarów
Miejsce 9. J. K. Rowling „Baśnie barda Beedle’a” – 3,98 miliona dolarów
Miejsce 10. William Blake „Pierwsza księga Urizena” – 2,5 miliona dolarów

Czy przywiązujecie wagę do estetyki naczyń?
Jeśli tak to ucieszy Was wiadomość, że dwóch włoskich projektantów wyrobów przemysłowych, Sebastiano Ercoli i Alessandro Garlandini, stworzyło książkę, której kartki mogą również pełnić rolę talerzy do spożywania posiłków.

Książkę zaprojektowano z myślą o wystawie światowej EXPO w Mediolanie w 2015 roku, która poświęcona była żywności i zrównoważonemu rozwojowi.
W książce znalazły się przepisy kulinarne z całego świata, wszystkie strony uformowane są w kształcie talerza i pokryte nadającą się do recyklingu wodoodporną folią biopolimerową. Dzięki temu można je wykorzystać do smakowania potraw, na które przepisy znalazły się wewnątrz dzieła. Gdy kartka się zabrudzi, możemy ją oderwać i skorzystać z następnej.

Rzeźby z książką w roli głównej stoją w miastach całego świata, wszędzie nie uda się być, ale można podejrzeć na blogu…

I na koniec coś dla smakoszy, mianowicie torty inspirowane literaturą, na pewno poznacie o jakie książki chodzi...