sobota, 13 października 2018

Warto być celebrytą...

... przynajmniej czasami.
Skąd taka refleksja?
Ano stąd, że będąc celebrytą możesz napisać, zaśpiewać, namalować wszystko, a zawsze znajdzie sie wydawnictwo, wytwórnia, galeria, które wydadzą i rozpromują twoje dzieło.

Nie przeczę, że wśród rzeszy celebrytów są i tacy, którzy mają jakiś talent literacki, plastyczny, muzyczny i łudzę się, że nie mając szans na wypromowanie swej twórczości postanowili najpierw zaistnieć na ściance, a później zaskoczyć świat swymi zdolnościami czy wiedzą lub jednym i drugim.

Jednak gdy przechadzam się na przykład po księgarniach, mam dziwne wrażenie, że gdyby nie znane z telewizji nazwisko, nikt nie wydałby książki o seksie Anji Rubik, chyba że istotnie ma wiedzę z tego zakresu, to zwracam honor.

Pamiętam zalewające rynek poradniki różnych celebrytek: jak być seksowną mamą, jak się zdrowo odżywiać z pudełek, jakie piec ciasta by nie przytyć, jak posprzątać dom...itp.itd. Wielu z nas to wszystko potrafi, ale spróbujcie wydać książkę, która pojawi sie na półkach w Empiku.

Lubię czasami poczytać biografie, ale na niebiosa - co może napisać 17 letni Justin Bieber w swojej autobiografii, a może jednak się mylę?

Czytam na blogach bardzo wartościowe teksty, a ich autorzy marzą o wydaniu ich drukiem. Myślicie , że to możliwe? A jakże, jeśli autorzy tych tekstów wyłożą kasę z własnych oszczędności i sami zajmą się sprzedażą, bo przecież nieznane nazwiska ciężko się sprzedają...

Próbowałam zorganizować znajomej poetce spotkania autorskie w bibliotekach publicznych na terenie miasta - jakoś dziwnym trafem pani od promocji gubiła maile, odkładała rozmowy w czasie, odsyłała do pani dyrektor... trudno, zorganizowałam u siebie w szkole i w szkole zaprzyjaźnionej.
Bo wiecie - poezji nikt nie czyta, lepiej zaprosić aktora, znanego himalaistę, autorkę kryminałów itp.

A przecież nawet sympatycy sztuk i talentów niszowych powinni mieć swoje 5 minut. Tylu wokół utalentowanych ludzi, którymi jako Polacy możemy się chwalić, nawet lokalnie ich doceniajmy, przecież stolica i sławy medialne to nie całe życie kulturalne naszego kraju.

Gdy czytam na stronach lokalnych portali kto komu co wydał lub zorganizował, to uświadczam się w przekonaniu, że nawet w dziedzinie kultury i sztuki trzeba być znajomym odpowiedniego króliczka...

Post ten dedykuję autorowi bloga LUSTRO oraz wszystkim piszącym, a niedocenianym...


środa, 10 października 2018

Dla zdrowia...

Jest taka akcja w szkołach, a w zasadzie dwie:
Szklanka mleka oraz Owoce i warzywa w szkole.

Bardzo cenna inicjatywa, nie każde dziecko w domu pije mleko , nie każde dostaje owoce, a warzywa nie przez wszystkich są lubiane.
Jak to z różnymi inicjatywami bywa, akcje są nie do końca przemyślane i z tego, co obserwuję marnuje się wiele naszych wspólnych pieniędzy, bo i mleko i warzywa są oczywiście dla uczniów darmowe, owoce także.

Z dystrybucją już sobie szkoły poradziły, bo musiały, nikt nie pytał i pewnie nie ostatnia to akcja wymyślona dla dobra dzieci ( tak jak darmowe podręczniki), z której zorganizowaniem jak zwykle KTOŚ MUSI SOBIE PORADZIĆ.

W czym problem? Mleko dzieciaki dostają w kartonikach ze słomką, policzcie, ile takich kartoników zostaje na śmietniku po 5 dniach szkoły, gdy uczniów jest ok. 600, a większość mleko pije. Słomki walają się po całej szkole, nie mówiąc o rozlanym mleku, zalanych podręcznikach w plecaku itd.
Trudno jest dopilnować by uczeń wypił swoje mleko na przerwie śniadaniowej i kartonik wyrzucił, nie zawsze w danym momencie dziecko ma na to ochotę, a połączenie zimnego mleka i śliwek, wyobraźcie sobie te dziecięce brzuszki....

Część tych kartoników po mleku zaśmieca ulice, gdy idę do pracy i mijam kolejne szkoły, to szlak znaczony jest kartonikami po mleku, wyrzuconymi kanapkami i owocami.
Czasami są także soki, oczywiście w kartonikach ze słomką, a tyle sie ostatnio mówi o ograniczeniu plastikowych śmieci...

Owoce i warzywa to kolejny problem, kiedyś przyjeżdżały od dystrybutora w zgrabnych pojemniczkach ( niestety plastikowych) - rzodkiewki, winogrona, ogórki, papryka, pomidorki, jabłka w całości...
Teraz pojemniki zastąpiono folią zgrzewaną, więc wyobraźcie sobie, jak wyglądają śliwki czy krojona papryka po kilku godzinach w takiej folii bez tacek...próbowałam, niejadalne. Wszystko zaparzone, zgniecione na miazgę.

Jabłka i gruszki dostarczane do szkoły są chyba najgorszego sortu, po jednym ugryzieniu dzieciaki wyrzucają do kosza. Gruszki nie lepsze, wzięłam do domu kilka, by zmiękły, bo może to późna odmiana, ale nic z tego, nawet po tygodniu były niejadalne.
A może tylko u nas tak jest?

Ktoś za to płaci i to słono pewnie, bo koszt owoców, mycia, porcjowania, pakowania, transportu...

Dlaczego tak marudzę? Bo mnie krew zalewa na takie marnotrawstwo, bo ktoś na górze wymyśla akcje i hasła, a realizację zrzuca na szkoły, nie dokładając do tego etatów.

Te wszystkie zmarnowane owoce i warzywa oraz mleko nie są prezentem od rządu, my wszyscy za to płacimy i nie mamy prawa głosu...

I na koniec pytanie do Was - czy nie zdziwiłby Was w markecie kosz z napisem WYPRAWKA DLA KAŻDEGO UCZNIA i oczywiście zbiórka na ten cel?

sobota, 6 października 2018

Nie tylko słowo...

Jestem świeżo po lekturze książki POCZĄTEK Dana Browna.
Nie piszę tu recenzji, o książkach tego autora każdy chyba słyszał, więc i ta nikogo nie zaskoczy, bo i mnie niczym nie zaskoczyła.
Znalazłam jednak w niej to, co lubię najbardziej, czyli odrobinę nowej wiedzy, odrobinę zachwytu nad geniuszem człowieka oraz inspirację, by niektórymi aspektami książki zainteresować się bliżej.
Bo książka to nie tylko słowo, gdy zagłębimy się w podteksty i połączymy różne media, powstanie odbiór multimedialny dzieła.
Tak sie dzieje z wieloma wydawnictwami, do których dołączone są płyty z nagraniami, reprodukcje, mapy itp. Co Wam będę tłumaczyć, znacie to.
POCZĄTEK Browna sam w sobie takich kryteriów nie spełnia, ale mobilizuje do poszukiwań.
Wszak bogate opisy zmuszają by odnaleźć dany obiekt na fotografii, by posłuchać tego, co urzekło bohaterów książki lub doczytać z innych źródeł dodatkowe informacje o zasygnalizowanych w książce problemach.
I to jest dopiero lektura! W poprzednich książkach tego autora także znajdujemy nawiązania do autentycznych miejsc i wydarzeń, ale chyba Hiszpania urzekła pisarza najbardziej, bo to się czuje w trakcie czytania.
Fabuła jak fabuła, trochę sensacji, trochę rozważań pseudonaukowych, wreszcie kilka ciekawostek na temat różnych religii.
Zakończenie też nie zaskakuje specjalnie, wszak wynika z naszych obserwacji. Nie napiszę dokładniej, bo jeśli ktoś chciałby przeczytać, to ujawnienie zbyt wielu szczegółów nie zachęci do lektury...

Wszystkich niecierpliwych ostrzegam, że wpis jest długi, ale bogaty w zdjęcia, więc zapraszam!

(grafika - wikimedia commons, domena publiczna)
Sanktuarium Montserrat
Zbudowany na zboczu potężny klasztor zdawał się wisieć w powietrzu, jakby cudem zespolony z pionowymi skałami urwiska. To katalońskie sanktuarium przez ponad 400 lat opierało się niepowstrzymanej sile grawitacji…
Tu zaczyna się akcja książki, tutaj zawiązuje się intryga. Przy okazji dowiadujemy się o czym debatują przedstawiciele najważniejszych religii współczesnego świata i dlaczego autor zawiódł swego bohatera właśnie tutaj...
(grafika - CC BY-SA 3.0)
Synagoga w Budapeszcie – zbudowana w stylu mauretańskim, z dwiema masywnymi wieżami bożnica mieści ponad 3 tysiące wiernych – dół przeznaczony dla mężczyzn, a balkony dla kobiet. Na świątynnym dziedzińcu w zbiorowej mogile pochowano setki węgierskich Żydów, którzy zginęli podczas okupacji nazistowskiej.
Wprawdzie jest to odejście od hiszpańskich klimatów, ale miejsce równie ważne dla fabuły książki.

(grafika - CC BY-SA 3.0)
Muzeum Guggenheima w Bilbao
Gmach muzeum jest sam w sobie wspaniałym dziełem sztuki. Bryła muzeum wygląda jak gigantyczna rzeźba o ogromnych płaszczyznach wykonanych z wypolerowanego tytanu.
W kształcie bryły muzeum można doszukać się odniesień do spiętrzonych białych żagli dawnych okrętów, inni widzą w srebrzystej, lśniącej powłoce "wielką rybę". Powierzchnia muzeum ma 32 500 metrów kw. Na trzech poziomach ulokowane są sale wystawowe o łącznej powierzchni 11 tysięcy metrów kw.
Muzeum stało się sceną głównych wydarzeń , a pisarz zamieścił tyle ciekawych opisów sztuki i architektury, że czasami czytelnik ma wrażenie, że akcja książki to tylko drugi, mniej istotny plan.
(grafika CC BY-SA 2.5)
Iglesia Catolica Palmariana - okazała bazylika… miała osiem strzelistych wież z trójpoziomową dzwonnicą na każdej. Trzon konstrukcji stanowiły 3 kopuły przykrywające ściany z ciemnobrązowego i białego kamienia, który nadawał świątyni zaskakująco nowoczesny wygląd.
Według Wikipedii Kościół Palmariański to wspólnota wyznaniowa, powstała w Hiszpanii w latach siedemdziesiątych XX wieku, uważana przez Kościół rzymskokatolicki za sektę chrześcijańską.
Powstanie Kościoła Palmariańskiego związane było z objawieniami, których miał doznawać od 30 marca 1968 roku w El Palmar de Troya w Hiszpanii agent ubezpieczeniowy Clemente Domínguez y Gómez.
Wedle Domíngueza większość kardynałów, biskupów i księży popadła w apostazję, sam zaś papież Paweł VI stał się niewinną ofiarą masonerii i komunizmu, które faktycznie rządzą Kościołem. Papież miał być, zdaniem Domíngueza, poddawany wpływowi środków narkotycznych i przetrzymywany wbrew swojej woli w granicach Watykanu. Kościół rzymskokatolicki odrzucił prawdziwość tych objawień.

O istnieniu tegoż kościoła dowiedziałam się po raz pierwszy, a jego związek z bohaterami książki jest taki, że zwerbowano tu wykonawcę wyroku śmierci na głównej postaci opisanej historii.

(grafika - CC BY-SA 3.0)
Casa Mila – pochodzące z 1906 roku świadectwo geniuszu Gaudiego…. jest w połowie kamienicą, a w połowie ponadczasowym dziełem sztuki.
Wygiete balkony i nierówne płaszczyzny sprawiają, że bryła budynku wydaje się organiczna, jakby gwałtowne porywy wiatru przez tysiąclecia wyżłobiły w niej otwory i krzywizny, niczym w pustynnym wąwozie.
Na ostatnim piętrze tejże kamienicy autor umieścił mieszkanie sprawcy największego zamieszania w naukowych i religijnych teoriach dotyczących powstania wszechświata.
(grafika designed by Bearfotos - Freepik.com)
Katedra Almudena- siedziba rzymskokatolickiej archidiecezji Madrytu jest potężną neoklasycystyczną świątynią położoną obok pałacu królewskiego. Wzniesiono ją na miejscu antycznego meczetu, a jej nazwa pochodzi od arabskiego al – mudayna czyli cytadela.
(grafika CC BY-SA 3.0 by Carlos Delgado)
Madrycki Palacio Real jest największym pałacem królewskim w Europie i chyba najbardziej zaskakującą fuzją stylów barokowego i neoklasycystycznego:
- labirynt 3418 pokoi
- salony, sypialnie i sale balowe pełne bezcennej sztuki dworskiej i religijnej
- dzieła Velazqueza, Goi, Rubensa…
Przez długie lata był prywatną rezydencją królów Hiszpanii, teraz używany do celów reprezentacyjnych.
Zarówno katedra Almudena, jak i pałac królewski pełnią istotną rolę w książce, gdyż król Hiszpanii oraz jego przyboczny biskup odegrali ważną rolę w rozwijaniu fabuły książki.
(grafika - CC BY-SA 4.0)
Sagrada Familia – mimo potężnych rozmiarów kościół zdaje się nieważko unosić w powietrzu i trudno odeprzeć wrażenie, że zwiewne wieże strzelają w niebo bez wysiłku.
Główną nawę osłaniają 3 potężne fasady:
od wschodu kolorowa Fasada Narodzenia Pańskiego,
od zachodu Fasada Męki Pańskiej,
po południowej stronie Fasada Chwały.
Oprócz tradycyjnej ikonografii religijnej wykorzystał Gaudi niezliczone i często zaskakujące elementy, wyrażające jego podziw dla natury: żółwie, drzewa wyrastające z fasady, gigantyczne ślimaki i żaby…
Na kartach dzieła Browna co rusz zauważamy podziw nie tylko dla architektury hiszpańskiej, ale także dla geniuszu Antonio Gaudiego...
(grafika - wikimedia, domena publiczna)
Dolina Poległych – miejsce ostatniego spoczynku ponad 40 tysiecy ofiar obydwu stron krwawej hiszpańskiej wojny domowej… wymyślona przez Franco, miała być narodowym aktem pokuty…. mauzoleum od początku budziło kontrowersje, gdyż wzniesiono je rękami skazańców, w tym więźniów politycznych, a wielu zmarło wskutek głodu i udarów słonecznych.
( portret - wikimedia, domena publiczna)
Antonio Gaudi – autor budynków, kościołów i parków był wielkim wizjonerem, uważnie studiował naturę i szukał w niej inspiracji dla swoich architektonicznych form…. Tworzył płynne, biomorficzne struktury, które często wyglądają, jakby wyrastały prosto z ziemi.
Gaudi stosował pionierskie techniki stolarskie, kowalskie, szklarskie i ceramiczne, aby przyoblec swoje budynki w olśniewająco kolorową skórę…

środa, 3 października 2018

Z życia wzięte...


Kolejna porcja zasłyszanych i podsłuchanych dialogów, często gotowych skeczy dla kabareciarzy.
Tematyka różna, rozmaite sytuacje.
Wszystkie prawdziwe, z życia wzięte, zapisane lub zapamiętane...
Dorzucałam je po trochu, by razem opublikować.



W sklepie rozmowa przez telefon:
- No tak, dostałam robotę, ale nie mów nic mamie, że będę pracować i studiować, bo mi kasy nie wyśle...

Rozmowa między kolegami w pracy:
- No i co ci się w tym PiS-ie tak podoba?
- Nic, ale kasa wpływa na konto, a reszta mnie g...o obchodzi.

Na przystanku
autobusowym:
- A co pani myśli o tej dzisiejszej polityce, kochana?
- Nie wypowiadam się na tematy polityczne.
- No jak to, trzeba się interesować polityką!
- Ależ ja się interesuję, ale się nie wypowiadam publicznie...

Na imieninach:
- Cały ten szum wokół Polski w UE to wina Tuska!
- Dlaczego Tuska?
- No widzisz, znowu chcesz się kłócić!

W bibliotece:
- Na pewno nie ma pani tej lektury, która nam zadali?
- A tytuł lektury?
- Quo vadis...
- A właśnie, że jest!
- No nie, ale mam pecha!

W szkole:
- Matka kupiła mi wszystkie potrzebne lektury, wyobrażasz sobie?
- A nie możesz wypożyczać?
- Chciała żebym miał własne, ale to tyle kasy, a mogła mi kupić fajne buty!

W Licheniu:
- Pani kochana, ile przez tą politykę kłótni w rodzinie...
- Co prawda, to prawda, nie mogą się dogadać, bo jeden z PiSu, drugi z PO...
- Ale tak nie powinno być, rodzina to rodzina, to co, że każdy z innej partii?
- Nic pani nie poradzisz, katolik z bezbożnikiem się nie dogada...

niedziela, 30 września 2018

Kilka zdań o...

...blogowaniu
Powiecie, co jeszcze można powiedzieć o blogowaniu?
Pewnie niczego odkrywczego nie napiszę, ale muszę wyrzucić z głowy myśli, które same domagają się zaistnienia czarno na białym.
Po pierwsze, dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają, a bez Was moje pisanie nie było takie fajne.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ze zaczynam piaty rok pisania. Dla niektórych , bardziej doświadczonych to niewiele, dla mnie bardzo dużo.
Czego się nauczyłam?
Cały czas sie uczę! Przede wszystkim pokory. Myślałam na starcie, że potrafię pisać, bo lubiłam to robić od zawsze, ale gdy zaczęłam czytać innych, to pomyślałam - z czym do ludzi? Ty się zastanów, żeby wstydu nie było...
Odkryłam tyle świetnie piszących osób, że poczułam się malutka jak mrówka przed Pałacem Kultury i Nauki.

Pasji, talentów wszelkich i energii zazdroszczę wielu blogerom, a jednocześnie wdzięczna im jestem, że dzielą się efektami swojej kreatywności i zarażają pozytywnymi wibracjami:-)

Przekonałam się także, że w blogosferze nie ma nic stałego. Jedni odchodzą, innych znajdujemy lub oni znajdują nas. O pustce nie ma mowy.
Szkoda tylko, że niektóre blogi znikają bez uprzedzenia. Tym bardziej cenię tych, którzy informują, że kończą, przerywają, zabierają się za coś innego. Tu pozdrawiam Lenę B.(może to przeczyta), która miała tyle planów życiowych i blogowych, a nagła śmierć brata spowodowała decyzję o zniknięciu dla świata, ale poinformowała o tym czytelników.

Nie wspominam o trollach i hejterach, to podobno element zrośnięty z blogowaniem i trzeba mieć szczęście, by tego nie doświadczyć.

Zauważyłam, że różne bywają style komentowania i odpowiadania na komentarze - nie rozumiem tych, którzy zadają czytelnikom pod postem pytanie i znikają na kilka miesięcy - po co więc zadawali pytanie? Miała być dyskusja czy zagajenie na odczepnego?

Są osoby, które piszą codziennie i takie, które pisują rzadko. Takie, które tylko czytają oraz czytający i komentujący.

Wszyscy pewnie poszukujemy nowych blogów, nowych tematów, nie wszędzie zostajemy na dłużej i nawet nie potrafimy powiedzieć dlaczego - jakaś chemia słowa, klimat, styl rozmowy...

Istnieją blogerzy, których poznałam osobiście, z niektórymi wymieniłam korespondencję tradycyjną i powiem Wam, że to świetna sprawa:-)

Czasami w dyskusjach odmienne zdanie komentującego odbierane jest nie jako głos w dyskusji, ale bardzo osobiście, jako głos przeciw autorowi, a nie zawsze tak musi być.

Najbardziej lubię, gdy czytelnicy rozmawiają ze sobą na moim blogu i rozkręca się ciekawa dyskusja. Zauważyłam jednak, że nie wszyscy to lubią, więc przepraszam tych autorów i ich czytelników, którzy poczuli się moimi wtrąceniami urażeni.

Wszystkim, którzy znajdują w pisaniu postów radość i lubią wymianę myśli, życzę nieustającej weny i wielu czytelników.

czwartek, 27 września 2018

Nie uroniła łzy...

Łzy pojawiają się z wielu powodów, nie tylko smutek czy rozpacz je wywołują. Nie chodzi o łzawienie oczu z powodu wiatru czy paprocha w oku.
Płaczemy ze wzruszenia, ze złości, z bezsilności. Łzy pojawiają się przy pożegnaniach i powrotach, wywołać je potrafi tęsknota lub żal, ale mogą też być znakomitą bronią wykorzystywaną przez dzieci wobec rodziców lub przez kobiety w stosunkach z mężczyznami.
Płacz pojawia się samoistnie u kobiet w czasie przemian hormonalnych, w stanach depresyjnych oraz w okresie przeżywania żałoby.

Na pewno ludzie płaczą na pogrzebach.
Często bliscy zmarłych osób oceniani są przez pryzmat ilości łez wylanych na pogrzebie lub długość noszenia głębokiej żałoby.
Ciekawe, że to kobiety ubierają się na czarno od stóp do głowy, rzadko widuje się mężczyzn w żałobie, nawet chyba czarne tasiemki przyczepione do klapy marynarki odeszły do lamusa...

Ale czy wolno nam wyrażać opinie typu:
- ona go chyba nie kochała, bo na pogrzebie nie uroniła łzy...
- co to za rodzina, nikt nie płakał jak trumnę do grobu spuszczali...
- szybko się pocieszył, już się drugi raz ożenił...

Bywa, że wszystkie łzy wylaliśmy już dawno i nie ma na nie miejsca publicznie, bo nasza rozpacz to nie przedstawienie dla postronnych.

Bywa, że nie ma już miejsca na głęboką żałobę, bo tyle w nas smutku, że czerń ubioru może tylko doprowadzić na dno rozpaczy...

I kto powiedział, że żałobę mamy nosić 365 dni, a dzień po tym terminie wolno już wskoczyć w różową suknię i złote buty?

Niektórzy potrzebują na przeżycie żałoby więcej czasu, inni stroju żałobnego nie zdejmują wcale i takie ich prawo.
Niektórzy lepiej czują się wśród ludzi, inni odgradzają się od świata i znajomych, zaszywając w domu lub jadąc w nieznane...

Bywa, że tworzymy miejsca pamięci po zmarłych , niczym ołtarze, a bywa, że pozbywamy się wszystkich pamiątek, bo tak naprawdę pamięć dotkliwie bolesną nosimy w sercu.

Każdy ma prawo do swojej żałoby, rozpaczy, łez i należy to uszanować i tylko żywić nadzieję, że czas pozwoli pogodzić się z utratą ....

poniedziałek, 24 września 2018

Odwrócone role...

Opiekowali się nami, wyprowadzili na ludzi, teraz sami potrzebują opieki, a często realnej i konkretnej pomocy.
Nasi rodzice.
Bywa, że przejmujemy całkowicie rolę przypisywaną kiedyś rodzicom - prowadzimy do lekarza, pilnujemy przyjmowania leków, przywozimy obiad, robimy zakupy, wynajmujemy panią do sprzątania.
Możliwości jest wiele, w zależności od zasobności portfela, raczej naszego, chyba że rodzic ma godną emeryturę, ale to raczej rzadkość.
Pół biedy, jeśli rodzic współpracuje lub nie wymaga opieki całodobowej, bo wówczas NASZE życie biegnie swoim torem. Jeżeli jednak pojawiają się problemy z demencją lub przewlekła choroba przykuje bliską nam osobę do łóżka, a nie stać nas na zatrudnienie kogoś do czasowej opieki, wtedy musimy przebudować nasze życie pod kątem opieki nad rodzicem.
Kogo stać bowiem na Dom Opieki, gdzie pobyt kosztuje miesięcznie od 3 tysięcy wzwyż?

Nawet posiadanie rodzeństwa nie gwarantuje , że brat czy siostra odciążą nas w sprawowaniu opieki choćby na czas naszego wyjazdu do sanatorium.
Bywa nawet, że spośród kilkorga rodzeństwa tylko jedno z dzieci poczuwa sie do pomocy, reszta cierpliwie czeka na spadek, odwiedzając chorego rodzica raz na jakiś czas i jeszcze spodziewając się ugoszczenia...wszak przyszli z wizytą.

Wszyscy starzy ludzie, których znam, a jeszcze trzeźwo myślą powtarzają, że nie chcieliby dożyć momentu całkowitej zależności od dzieci i że starość się panu Bogu nie udała.

Nie jestem jeszcze zgrzybiałą staruszką i zdrowie jakoś nie najgorsze, ale kto wie, co szykuje mi los i chyba nie chciałabym , aby mój syn musiał mi zmieniać pampersy...

Jakoś ten jesienny klimat nastroił mnie na refleksje o jesieni życia... no i wpis Szarabajki na blogu Wrzosy, polecam blog i notkę :-)

piątek, 21 września 2018

Krzyś czwartoklasista...

Krzyś powraca - to nie tytuł kolejnej części horroru, tylko relacja ze spotkania z ulubieńcem niektórych czytelników.
Wpadł po wakacjach przywitać się, choć z list uczniów na podręczniki wiedziałam już, że nie przeniósł się do innej szkoły.

Jak ten czas leci, zaczęłam o nim pisać gdy był ledwo w drugiej klasie, a teraz to już czwartoklasista.
Nadal jest wesoły, uśmiechnięty, w sumie nie wiem, skąd u niego ciągle ten dobry humor.

Zauważyłam jednak, że robi się bardziej dyskretny, nie wpada z opowieścią na ustach, tylko najpierw zagląda, czy nie jestem zajęta, szuka niby książki, ale tylko czeka na sygnał:
- O Krzyś, co słychać po wakacjach?
- Dobrze, ale w szkole za gorąco...
- To prawda, na szczęście w bibliotece trochę chłodniej.
- Widziałem jaki bałagan miała pani z tymi książkami dla uczniów!
- A, mówisz o podręcznikach? Na szczęście prawie koniec.
- My też byliśmy, stałem w kolejce z innymi...
- Widziałam, ale nie było czasu na rozmowę.
- No nie...ale muszę lecieć, bo teraz polski!

Wrócił niebawem.

- Jak tam Twoja nowa klasa?
- Mam dużo nowych kolegów, bo nas pomieszali, ale trudno powiedzieć czy fajni, bo za krótko chodzimy do szkoły.
- To prawda, a jak się czujesz w czwartej klasie?
- Dziwnie, tyle tych przedmiotów, ciągle się przenosimy, ale możemy wreszcie sami iść na przerwę i jeździmy na basen...
- A wybraliście już przewodniczącego klasy?
- No niby tak, ale to właściwie dziewczyna, taka mała Zuzia.
- A mała nie może być?
- Małej i cichej nie będą słuchać...
- Ale wasza pani też jest mała i delikatna
- Hmm, ale pani jest dorosła, a dorosłych trzeba słuchać!
- A ty masz jakąś funkcje w klasie?
- Chciałem być skarbnikiem, ale został Marcel, nazwiska nie pamiętam.
- Tak bardzo Ci zależało?
- Właściwie tak, ale nie żałuję, bo pani powiedziała, że na razie sama będzie zbierać na kino i takie rzeczy.
- Skarbnik to odpowiedzialna funkcja, nie bałbyś się, że zgubisz pieniądze?
- Przecież pani też może zgubić!
- No w zasadzie masz rację.
- Oni się na mnie nie poznali, ale zobaczy pani, ja jeszcze przewodniczącym zostanę...

wtorek, 18 września 2018

Dla gadżeciarzy...i nie tylko:-)

Dziś mniej gadania, więcej oglądania. Przynajmniej tak zakładam, jeśli nie wyjdzie, wybaczcie.
Każdy z nas ma swoje ulubione gadżety lub coś zbiera. Moja mama kolekcjonowała gadżety z kotami (kubki, kartki, zakładki, podpórki do książek, ramki do zdjęć), znajoma kolekcjonuje kubki do kawy, ktoś inny magnesy na lodówkę...
Ja na tablicy PINTEREST zapisuję różności związane z książką - grafikę, plakaty, demotywatory itp.
W dzisiejszym wpisie prezentuję kilka obrazków, które na pewno Wam się spodobają, a moze któryś gadżet stanie sie waszym ulubionym?
Prawda, że zmyślna bransoletka? Do oglądania, czytania, a i ściągę można napisać...
Taką zastawę chętnie kupiłabym, ale niczego podobnego w sklepach nie widziałam...
Opakowanie na chusteczki jednorazowe, równie estetyczne, co praktyczne...
Sweter dla elegantki, może kolor nieco niepraktyczny, gdy ja zakładam biel w mojej pracy, to wierzcie mi, niebawem staje się ta biel szarością...
Ktoś lubiący biżuterię srebrną, ale uczulony na ten metal, może zrekompensować sobie niedostatek w postaci srebrnej okładki...
Taśma lub plaster, nie jestem pewna, ważne że wzór znajomy...
Równie pomysłowe, co niepraktyczne są książkowe meble, ale to oceńcie sami...
Takie zaskoczenia na ulicach uwielbiam, o podobnych pisała Frau Be na swoim blogu, polecam TUTAJ
Podobną akcję robiły nasze biblioteki - wypożycz sobie niespodziankę lub randka w ciemno - na wystawce książki zawinięte w szary papier, często bez opisu nawet i wypożyczasz w ciemno, jak wam się to podoba?
Na koniec taki żarcik, mam nadzieję, że panowie nie strzelą focha z tego powodu...

piątek, 14 września 2018

Uciekinier...

Wracam z pracy i widzę z daleka, że na chodniku leży człowiek, trudno powiedzieć w jakim wieku, włosy w każdym razie siwe.
Samochody przejeżdżają, żaden się nie zatrzymał, z przeciwka chodnikiem zbliża się chłopak na rowerze.
Zatrzymuje się przy leżącym, coś do niego mówi. Podchodzę i ja, pytam co się dzieje, ale widzę, że człowiek przytomny,ale nie reaguje, tylko szuka lewą ręką czegoś na chodniku.
Ruchy ma bezładne, nie odpowiada na pytania, nie może wstać...
Na szczęście przy nas zatrzymuje się jakiś pan w małej furgonetce i w stroju roboczym wyskakuje z auta, które zostawił na światłach awaryjnych.

Droga prowadzi do galerii handlowej, więc niezadowoleni kierowcy trąbią na zawalidrogę.

Kierowca próbuje podnieść mężczyznę z chodnika, ten nadal nie rozumie lub nie może odpowiadać...

Wyciągam komórkę i dzwonię na 112.
Zgłasza się operator. Opowiadam co się dzieje, łączy mnie z pogotowiem. Trochę to trwa.
W międzyczasie kierowca próbuje posadzić delikwenta na ławce, ten zaczyna się rozbierać, z kieszeni polówki wypadają jakieś kartki.

Pogotowie zgłasza się, więc udzielam wyczerpujących informacji o zdarzeniu, gdy tymczasem mężczyzna wyrywa się kierowcy i oddala . Informuję więc operatora z pogotowia, że pacjent zbiegł.

Otrzymuję odpowiedź, że na siłę nikogo nie ma obowiązku ratować, więc pożegnałam się i rozłączyłam.

Na jednej z kartek, które wypadły uciekinierowi z kieszeni znajdujemy numer telefonu i nazwisko.
Tym razem dzwoni kierowca, krótko rozmawia i rozłącza się.

Pytam, co powiedzieli - odpowiada, że osoba po drugiej stronie słuchawki kazała dzwonić na policję...

Oczywiści nikt z nas nie zadzwonił, bo co mielibyśmy powiedzieć?

wtorek, 11 września 2018

Sielsko i swojsko

Co roku w drugą niedzielę września odbywa się w skansenie w Dziekanowicach festyn na pożegnanie lata. W innych porach roku też okolicznościowe imprezy traficie.
Staramy się tam być, chyba że pogoda fatalna, w tym roku dopisała jak nigdy.
Pisałam już o tym skansenie i o festynie, ale co roku jest coś nowego, coś innego, co warto zobaczyć i co roku przybywa odwiedzających.
Warto wcześnie wyjechać z domu, by zdobyć miejsce na parkingu.
Kolejek po bilety nie ma, bo wszystko dobrze zorganizowano, a dla tych, co długo jechali od razu obok kas jest karczma, gdzie można się posilić, a toalety nie sławojki, tylko pełnia cywilizacji.
Obejrzeć można chaty z różnych epok i z różnych miejscowości oraz pokaz rękodzieła w ginących zawodach. Każde stoisko oferuje jakieś ciekawostki do kupienia, od ozdób ze słomy, poprzez kosze wiklinowe, zabawki drewniane, suszone bukiety aż do smakołyków wykonanych przez gospodynie wiejskie z okolicznych miejscowości.
Obejrzeliśmy także pokazy kiszenia kapusty, smażenia powideł, obróbki lnu, gotowania kawy zbożowej i zupy z dyni oraz prac gospodarskich maszynami, które pamiętam z dzieciństwa z wyjazdów do rodziny na wieś.
W centralnym punkcie skansenu, obok kościoła powstała scena, na której prezentowały sie zespoły ludowe. Pośpiewałam sobie z zespołem LISOWIACY, co przypomniało mi czasy, gdy śpiewałam w chórze zespołu KUJAWY.
Dawne dzieje...
Po skansenie można było przejechać się bryczką, mnie zachwyciła wierzbowa aleja i wiatraki, jeden murowany i dwa drewniane, udostępniane do zwiedzania i na chodzie...
W drodze do dworu zwiedziliśmy szkołę, w takich ławkach uczyłam się jeszcze w klasach 1-3, tylko zamiast atramentu używaliśmy już długopisów.
Na małym wzgórzu, gdzie pasły się kozy znaleźliśmy figurę Jezusa dźwigającego krzyż, ale oprócz daty 1988 nie było żadnego napisu.
W sumie figura wyglądała na starszą...
Niewątpliwą ozdobą skansenu jest dwór w pełni wyposażony, z zabudowaniami gospodarskimi, małym parkiem i sadem, a na przeciwko dworu drewniana kaplica ze starym cmentarzem. Wszystko stanowi piękną całość.
W centrum wsi stoi piękny drewniany kościół, przeniesiony do skansenu w całości. Odbywają się w nim msze niedzielne i uroczystości kościelne. Kościół posiada organy na chórze. W tym roku była także mała wystawa "Szaty liturgiczne".

A oto mój nabytek z festynu czyli ocet z kwiatów czarnego bzu, przysmak chrzanowy (tarty chrzan, ocet jabłkowy, kurkuma, miód), malina na ostro czyli owoce malin, chilli, cukier.
Oczywiście na miejscu popróbowaliśmy wszystkiego, co się dało: sernika, placka czekoladowego, cielaka, placka drożdżowego (mój mąż robi lepszy), chleba ze smalcem i gzikiem, krzyżackich przysmaków do mięs, dżemu z dyni itd.
Zawsze z festynu wracamy obżarci jak mopsy...

piątek, 7 września 2018

Jeszcze o wróblach :-)

Mogłabym je obserwować bez końca.
Pisząc post siedzę w fotelu koła okna, a one spacerują po parapecie okiennym, wycierają dziobki o rant i czasem kłócą się niemiłosiernie.
Rankiem znaczą swoje ślady na parapetowej powierzchni, wilgotnej od nocnej rosy, a na kaflach balkonu zostawiają resztki kolacji lub śniadania.

Wróble nasze pospolite. Obserwuję ich zachowania w różnych miejscach. Zadomowiły się na dobre i to dosłownie. W ocieplinie budynku wydziobały małe otwory, z których wystają elementy ich gniazd - trawa, nitki, piórka...
Potrafią też zbudować dom w rynnie, w szczelinie między cegłami, wszędzie gdzie czuja sie bezpieczne.

Materiał do budowy dostępny łatwo - kiedyś sąsiadka wywiesiła na balkonie pościel do wietrzenia i zauważyłam, że wróble siadały na poduszce i wyciągały piórka z poszwy.
Dokarmiane zimą naśladują czasem sikory lub kolibry nawet, posilając się w pozycji pionowej lub zawisając nad jakimś smakołykiem niczym helikopter.
Nie krepują się korzystać z ludzkich jadłodajni. Widywałam jak siadały na stołach w ogródku Mac Donalda i porywały klientom frytki lub w parkowej kawiarni zebrały od spacerowiczów okruszki ciastek lub kawałki lodowych wafelków.

W dużym markecie - to dopiero raj dla wróbli. Wlatują zapewne drzwiami, co jak bramy stoją otworem i zwabione zapachem, dobierają się do pieczywa, a zmęczone lub spłoszone siadają na belkach pod wysokim sufitem.
Gdy pada deszcz chowają się pod zaparkowanymi autami lub pod dachem wiaty śmietnikowej. Uwielbiają gęste krzewy, niekiedy z cierniami, w których siedzą ukryte przed kotem lub sroką. Blisko mojego bloku rosną krzewy, na których wróble przesiadują stadami i gdy nastroszą piórka, wyglądają jak żywe bombki na choinkę.

Czasami znikają po burzy, jakby przestraszone nawałnicą, ale mam nadzieję, że ich świergot nigdy nie umilknie, bo raźniej z nimi witać dzień:-)

wtorek, 4 września 2018

Znajomi z widzenia.

Drogę do pracy i z powrotem pokonuję pieszo o każdej porze roku, więc spotykam czasami te same osoby, te same pary, te same samochody.
Można powiedzieć, że z niektórymi osobami znamy się z widzenia, z kilkoma to nawet się kłaniamy, nie pamiętam od kiedy.

Czy zauważyliście, ile można powiedzieć o mijanych codziennie osobach? Zmieniają się na naszych oczach...
Pewnie to samo każda z nich zauważa w naszej postaci.

Dlaczego o tym piszę ? Bo zauważyłam niedawno, że takie przyzwyczajenie powoduje, iż zaczynam traktować mijane osoby jak dobrych znajomych i zastanawiam się, skąd nagle zmiana w wyglądzie lub składzie osobowym...
1. Para z dzieckiem - ona niepełnosprawna, on skromny w gestach i ubiorze, dziewczynka w wieku szkolnym. Rano widuję tylko jego, wraca z zakupami, innym razem widuję całą trójkę, wydają się szczęśliwą rodziną.
Od pewnego czasu nie widziałam mamy ani córki, jedynie ojciec mija mnie na tej samej drodze i jakby szybciej chodzi z głowa bardziej spuszczoną...

2. Starsza pani z kijkami - kiedyś pytała mnie o przystanek PKS, bo chciała jechać do wnuczki. Widać, że ma problemy z chodzeniem, ale nie daje się, maszeruje codziennie, ostatnio przygruchała sobie koleżankę - razem zawsze raźniej.

3. Miłośnik piwa o poranku - codziennie we wczesnych godzinach wypija flaszkę piwa pod sklepem, albo jak wraca z nocnej zmiany, albo gdy idzie po bułki... ma zdrowie, ale brzuch mu rośnie, a wąs siwieje!

4. Młoda kobieta na wózku - rano wozi ją matka, po południu ojciec, a wtedy matka ma czas wolny lub robi zakupy. Ojca znam, czasami zamienimy dwa zdania na temat córki, która jest głęboko upośledzona fizycznie i psychicznie, a rodzice coraz starsi...

5. Bezdomny - widuję go w różnych miejscach, zdarza się, że prosi ludzi o drobne, potem kupuje jakiś tani alkohol. Pierwszy raz zaczepił mnie kilka lat temu, jeszcze nie był bezdomny. Pytał czy kupię od niego owoce z działki, bo widuje mnie, jak chodzę do pracy. Odpowiedziałam, że chętnie kupię, więc jutro może być w tym samy miejscu. Zapytał czy mogę dać mu teraz parę złotych, a gdy odrzekłam, że nie mam przy sobie gotówki, odszedł bez słowa, nie zaczepił mnie więcej, ale widywałam, jak coraz bardziej się staczał i przestał golić...

6. Pani z pieskami - codziennie prowadzi na spacer 3 miniaturowe pieski, rasy nie znam, wyprowadza je daleko na pola, czasami puszcza ze smyczy, rzuca im zabawki. Niekiedy te same pieski wyprowadza taki duży facet i chyba się śpieszy lub wstydzi, bo spacer trwa krótko i odbywa się na trawniku pod blokiem...

7. Widuję także byłych wojskowych, którzy wcześnie przeszli na emeryturę i teraz każdego ranka wożą swoje żony do pracy, potem idą na zakupy lub spotykają się na psiej polance i rozprawiają zapewne o różnych sprawach...często zmieniają auta na coraz droższe, na szczęście żony mają te same, przynajmniej tak mi się wydaje :-)

8. Kobieta z warkoczem - drobna, sympatyczna pielęgniarka środowiskowa, która także do mnie przychodziła robić zastrzyki, zawsze uśmiechnięta i zawsze w biegu. Ostatnio widuję ją w peruce, brwi namalowane kredką, smutne oczy... nie miałam odwagi zapytać, gdzie podział sie warkocz.