Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieniądze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 czerwca 2025

Gotówka czy karta?

Na wstępie dziękuję wszystkim , którzy próbowali odgadnąć zagadkę. Roślinka w doniczce, to deser tiramisu zwieńczony listkami melisy. Zdjęcie nadesłane i wiem tylko, że podano takowy w jakiejś kawiarni w Jeleniej Górze.

A teraz do sedna. Wybrałam się kiedyś na pocztę po znaczki, bo oczywiście monopol, a dawniej znaczek kupiło się tam, gdzie widokówki.

Już na schodach widziałam kolejkę jak po mięso w PRLu, myślę o co chodzi? Może pójdzie szybko?

Ale skąd, na poczcie sami emeryci, każdy pobierał emeruturę/rentę w gotówce. No rozumiem, że ma ktoś fobię by korzystać z bankomatu, sama nie lubię. Choć teraz odkryłam bankomaty bez konieczności wkładania karty do dziury, wystarczy przyłożyć kartę, jak w sklepie, no i kod pin wklepać oczywiście.

Po kiego czorta wypłacać całą gotówkę, gdy teraz wszędzie, nawet na ryneczku, jest możliwość płacenia kartą. Parę groszy zawsze warto mieć, bo technologie bywają złośliwe, terminale nieczynne, ale cała emerytura czy wypłata?

Żeby nie było, to nie tylko przypadłość staruszków. Miałam w pracy młodszą koleżankę, która pierwszego każdego miesiąca leciała do banku wypłacić pensję. Zapytana dlaczego tak robi, odpowiadała, że nie ufa bankom.

Podobnie z płatnościami za czynsz, media itp. Płatność online jest szybka, bez dodatkowych opłat itd. Można ustawić płatność z góry, gdy chcemy wyjechać. Tymczasem ciągle widuję kolejki do punków opłat, a stawki za te operacje są nieraz wysokie, w skali roku to niezła suma wyjdzie.

Czy przywiązanie do gotówki nie wynika z dawnych czasów, gdy pieniądze kładło się na stół i dzieliło na kupki lub wkładało do kopert? Niektórzy twierdzą także, że płacąc kartą,  tracą kontrolę nad wydatkami...

A jak jest u Was, gotówka czy karta?



środa, 15 listopada 2023

Gdybym był bogaty...

 

Ileż to razy słyszeliście lub mówiliście: gdybym był/a bogaty/a, gdyby tak wygrać milion, niechby choć spadek odziedziczyć!

Milion milionowi nierówny, dziś to pewnie musiałoby być  z 10 milionów, a spadek najlepiej w gotówce.

Z drugiej strony, wiele osób twierdzi, że wielkie pieniądze szczęścia nie dają i jeśli sam nie zarobisz, to wygrana może przynieść pecha.

Nie wiem, jak to jest, bo nie wygrałam, ale znam rymowankę: gdybym wygrał milion, to bym nie oniemiał , tylko szybko go wydał i znowu nic nie miał. Jest także inna strona medalu - gdy jesteś biedny, przyjaciół masz niewielu, ale gdy wzbogacisz się, wszyscy chcą być twoimi przyjaciółmi. 

Wygrana to wielkie marzenie wielu osób, bo bez wysiłku, czasem przy  mizernym nakładzie finansowym komuś udaje się wygrać fortunę. Co innego to potrafić z niej sensownie skorzystać. Nie każdy zna się na zarzadzaniu finansami, ale można zatrudnić fachowca.

Czy macie też tak, że gdy czekacie na przypływ większej gotówki, to marzycie o niebieskich migdałach, a finalnie realizujecie całkiem przyziemne życzenia? Może owoc zbyt długo wyczekiwany nie smakuje już tak dobrze lub nie potrafimy zaszaleć?

Niektórzy grają dla samego sportu, wypełniając kupony, kupując zdrapki, wysyłając rozwiązania krzyżówek i rebusów, choć te ostatnie to marna wygrana, raczej upominki czy sumy na pocieszenie.

Mój tato mawiał, że za wszystkie znaczki, i karty pocztowe, które moja mama wysłała na różne konkursy, już dawno kupiłby mercedesa...ale czy tylko o wygraną tu chodzi?

Kiedyś wysłaliśmy kody kreskowe z czekolad Wedla i wygraliśmy 200zł, co po równo podzieliliśmy na naszą trójkę ( w tym syn). Dawne dzieje...a poza tym innych wygranych nie pamiętam.

Gdyby zapytano Was, co zrobiłbyś/zrobiłabyś z wielką wygraną lub odziedziczoną kwotą pieniędzy, jaka byłaby Wasza odpowiedź?

poniedziałek, 13 września 2021

Opowiem Wam...

 

... o marnowaniu publicznych pieniędzy na darmowe podręczniki i ćwiczenia dla uczniów.

Te kartony na zdjęciu to tylko czubek góry lodowej, zależy zresztą, jak duża jest szkoła.

O podręcznikach pisałam kilka razy, więc pewnych rzeczy nie będę powtarzać, skoro raz wprowadzono darmowe dla wszystkich uczniów podstawówki, to pewnie tak zostanie, jak i zasiłek 500plus czy inne dodatki.

Nie o to nawet chodzi, jest to ulga finansowa i logistyczna dla rodziców, sama pamiętam bieganie po księgarniach, gdy syn chodził do szkoły, ale jednak koszty tego przedsięwzięcia są potężne.

Podręczniki obecnie wymieniane są co 3 lata, w tym roku na makulaturę trafiły w całości podręczniki dla klasy drugiej , piątej i ósmej. We wszystkich szkołach, w całej Polsce. Ćwiczenia co roku są nowe.

Niektóre podręczniki bywają mocno zniszczone, to fakt, zwłaszcza do j.polskiego i matematyki, bo te lekcje są niemal codziennie. W czasie nauki zdalnej wiele książek uniknęło zniszczenia, bo leżały w domach na półce.

Wiele z tych książek można by wykorzystać w kolejnym cyklu, bo nie są w ogóle zniszczone, byłoby więcej takich, gdyby uczniowie używali owijaczy, ale wyprawka 300 plus nie obliguje do tego...

Nie można  podręczników z poprzedniej dotacji wykorzystać dla kolejnego rocznika, bo  nowa dotacja MUSI być zrealizowana, poza tym nowe podręczniki nieco różnią się od poprzednich. W tym NIECO tkwi sedno, bo najczęściej jest to brak mapki lub jakiegoś ćwiczenia, albo wiersz do omówienia znalazł się na innej stronie.

Podobnie z ćwiczeniami do poszczególnych przedmiotów. Miałam w szafie zapasowe ćwiczenia i podręczniki w dobrym stanie z lat ubiegłych, ale nie mogę ich rozdać dzieciom, bo różnią się od nowych w szczegółach.

A najważniejsze jest to, że nauczyciel nie realizuje podręcznika, tylko program, do którego wybiera podręcznik według własnych preferencji. Podręcznik jako taki jest więc mniej ważny, pełni funkcję pomocniczą.

Gdyby pieniądze wydawane co roku na papierowe podręczniki przeznaczyć na ich cyfrowe odpowiedniki, dzieci miałyby lżejsze plecaki, a ewentualne zmiany można by ściągać jak aplikacje ze strony wydawnictwa.

Gdy wyrzucam co roku tysiące starych podręczników, czasami mało otwieranych nawet, to serce boli , w dodatku od jakiegoś czasu szkoła musi sama płacić za utylizację tej makulatury, bo nie można ich zwyczajnie wywieźć do skupu...

Zapomniałabym wspomnieć, że od kiedy wprowadzono darmowe podręczniki, wydawnictwa wyceniły je nadzwyczaj nisko, nawet te do języków obcych, można?

niedziela, 1 grudnia 2019

Patrzcie pod nogi...

Mówią, że pieniądze nie leżą na ulicy.
Otóż leżą, sama sprawdziłam, wielokrotnie.
Ostatnio, o zmierzchu znalazłam na parkingu 100 zł, było mglisto i bezwietrznie i chyba tylko dlatego banknot leżał na asfalcie.

Nie był to pierwszy raz, może kwoty mniejsze...10 zł, 5 zł
W sumie zastanawiam się, jak nieporządni bywają ludzie, jak nie szanują zarobionych ciężko pieniędzy.
Po wejściu do sklepu przyglądałam się, gdzie klienci noszą swoje portfele lub nie noszą ich wcale.
Panowie i młodzież przeważnie po kieszeniach upychają bilon, banknoty, klucze, telefony.
Nie dziw, że ciągle coś gubią.

Kiedyś znaleźliśmy z mężem cały portfel. Leżał w śniegu, prawdopodobnie wypadł kierowcy auta, które odjechało.
W środku dokumenty, jakieś banknoty. Znaleźliśmy adres, poszliśmy na drugi koniec miasta, by oddać właścicielowi.
Pod adresem z portfela zastaliśmy jakiegoś starszego pana, poprosiliśmy o oddanie zguby synowi lub wnukowi. Zapewnił, że odda, mam nadzieję, że właściciel portfela się ucieszył.

Starsze osoby noszą co najmniej dwa portfele, w jednym banknoty, w drugim bilon, mało który staruszek płaci kartą.

W szkole po każdej przerwie, jakby tak przejść korytarzami - uzbierasz na bułkę lub drożdżówkę.
Wielokrotnie , chodząc na zastępstwa zwracam uczniom uwagę, by chowali pieniądze leżące na ławkach do piórników lub do kieszeni na zamek.
Podobnie jest na wycieczkach szkolnych, wieczne szukanie portfeli, pilnowanie by dzieci odbierały wydawaną resztę.

Ten przykład ze znalezionym banknotem to tylko pretekst do przedstawienia historyjki, którą znalazłam w sieci.

poniedziałek, 28 października 2019

Pani Krysia...

Czytanie blogów bywa inspirujące dla naszej pamięci.
Na blogu Klarki Mrozek przeczytałam hotelowe wspominki z pracy i przypomniała mi się wycieczka lata temu do Berlina Zachodniego.
Jechałam w zastępstwie za moja mamę, która zachorowała.

Nie wszyscy pamiętają może, że jeździło się kiedyś do Austrii, Szwecji, NRD i Berlina Zachodniego w celach handlowych, to znaczy nasi rodacy sprzedawali to, co w danym kraju najlepiej szło za dewizy , a przywozili te towary, na których w kraju można było zarobić lub zostawiali sobie zarobione dewizy.

Na tej "wycieczce" towarzyszyła mi koleżanka mamy, pani Krysia, osoba obeznana z turystyką handlową, bywała w świecie, prywatna inicjatywa (zawsze pracowała na swoim). Bogata, ale oszczędna do bólu, może ktoś nazwałby ją nawet skąpiradłem...

Pech chciał, że nabawiłam się niestrawności jeszcze w autokarze, przez co ominęła mnie kolacja w hotelu, jeszcze w Polsce, bodaj w Zielonej Górze.
Wypiłam tylko herbatę, za to pani Krysia zjadła z apetytem dwie porcje. Na zdrowie. W czasie tej kolacji pojawił sie jednak pilot wycieczki, oznajmiając, że niektórzy uczestnicy zjedli nie swoje porcje kiełbasek na ciepło i dla innych zabrakło, ale wiadomo, szwedzki bufet, Polak głodny to bierze , nie patrzy na innych, kto pierwszy ten lepszy.

Drugą noc nocowaliśmy w hotelu niemieckim, luksusowym jak na wycieczkę, ja byłam w takim pierwszy raz...
Pokoje należało opuścić do 10 rano po śniadaniu. Poszłyśmy więc na posiłek spakowawszy się przedtem.
Zanim zniesiono bagaże do autokaru musiałam skorzysta jeszcze z toalety. Wchodzę do wielkiej łazienki (jak całe mieszkanie moich rodziców), a tu ani papieru toaletowego, ani mydła, ani ręczników...zgłupiałam, czyżby ktoś już sprzątał?
Wołam panią Krysię, bo pilnowała bagaży na korytarzu hotelowym i pytam czy ktoś posprzątał łazienkę, bo nie mogę skorzystać z toalety?
Na to moja współlokatorka otworzyła podręczną torbę, a tam były papier toaletowy, mydła, pasta do butów, ręczniki i nie wiem co jeszcze, o dziwo wieszaki zostały w szafie...
Jako dorastająca nastolatka byłam w szoku, a co, jeśli ktoś mnie posądzi o zabranie tych rzeczy?

Wielokrotnie widziałam, jak pani Krysia maluje usta, wydłubując pomadkę z etui zapałką. Zapytałam, dlaczego nie kupi nowej?
Podobno czekała na wyjazd do Szwecji, by dokonać zakupu w strefie wolnocłowej.
Na tej wycieczce do Szwecji była już moja mama po wyzdrowieniu, więc zapytałam czy pani Krysia kupiła sobie nową pomadkę.
A gdzież tam, nadal wydłubywała resztki zapałką...


Ostatnio widziałam panią Krysię latem,ledwo ją poznałam, zasuszona staruszka, skromnie ubrana, pod opieką chyba siostry z PCK.
Nie wiem czy zgromadziła wielki majątek i czy trzyma go pod poduszką, bo wolała inwestować w złoto, niż trzymać w banku, a dzieci nie miała...


piątek, 25 stycznia 2019

Co ma smog do Piątka?

Chyba powinnam odgryźć sobie język zawsze, gdy mówię, że nic mnie już nie zdziwi...
Oglądam wiadomości w mediach, a tam w kółko o procesie w sprawie smogu oraz o transferze naszego piłkarza Piątka do włoskiego klubu piłkarskiego.
Dlaczego się dziwię?
Grażyna Wolszczak wytoczyła proces Skarbowi Państwa o zatruwanie środowiska. Proces wygrała, pieniądze z zadośćuczynienia przekazano na szczytny cel.
Wszelkie szczytne akcje popieram, ale w tej sprawie moje zdziwienie bierze się stąd, że to nie Skarb Państwa, ale my to odszkodowanie zapłacimy, a ja nawet autem rzadko jeżdżę, w piecu nie palę...
Może powinnam domagać się od władz miasta odszkodowania za to, że niektórzy w moim mieście palą śmieciami lub rzucają śmieci gdzie popadnie, nie mówiąc o podrzucaniu takowych tym, którzy za wywóz odpadów płacą i to niemało.
Rozumiem intencje, chęć zwrócenia uwagi na problem, ale jeśli do tego pozwu dołączą pozwy zbiorowe, to jak się to przełoży na czystość powietrza?
Czy po zapłaceniu kar przez państwo czyli przez nas wszystkich świadomość obywateli wzrośnie?
Niedawno jakiś starszy pan wygrażał pięścią do znajomej:
- Pani, ten smog to przez prezydenta miasta...
- A czy to prezydent oponami w piecu pali?

Drugie zdziwienie dotyczy nie tyle zjawiska, ile sposobu mówienia o nim.
Mamy oto gwiazdę piłki nożnej, którą "sprzedano" do Włoch by tam piłkę kopała za niebagatelne wynagrodzenie.
No super, powiedzą kibice, że to sukces. Z sukcesów Polaków powinniśmy się cieszyć.

Trochę bulwersują mnie te wszystkie pieniądze, ale świat piłki rządzi się innymi prawami.
Słyszę natomiast, że ów piłkarz jako uczeń do nauki nie miał smykałki, miał za to pasję sportową i dobrze.
Ale mówienie, że teraz to on dopiero swoim nauczycielom pokazał, bo zarabia w miesiąc tyle, ile nauczyciel przez rok nie zarobi, to chyba nie ta droga do edukowania młodzieży w sprawie dokonywania wyborów na przyszłość, że o dniu dzisiejszym nie wspomnę.

Może nie mam racji, może się czepiam, ale nie dziwmy się później, że to kasa niektórym przesłania wszystko...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

I odleciały...


Był piątek, znajoma szykowała się na wyjazd do domku nad jeziorem, by zrobić porządki po zimie, wszak robi się coraz cieplej i wkrótce zacznie tam bywać regularnie i całe wakacje.
Pakowała środki czystości i karmę dla pupili na dwa dni. Partner znajomej robił ostatnie przelewy ze służbowego konta, bo prowadzi małą firmę ze wspólnikiem.

Złościł się strasznie, gdyż nie mógł zalogować się na firmowe konto. Postanowił zadzwonić do osoby, prowadzącej to konto w banku. W trakcie rozmowy telefon niemal wypadł mu z ręki, gdyż na ekranie laptopa widział, jak pieniądze znikają z jego konta. Krzyczy więc do doradcy by szybko zadziałał.
Ten zapewnia, że wszystko jest pod kontrolą i znikanie z konta - nie znaczy z banku, ale po pół godzinie doradca oddzwonił, że jednak nie udało się zablokować operacji i bagatela...odleciały klientowi z konta 22.000 zł

Znajoma omal nie zemdlała, odechciało się jej wyjazdu, ale partner uspokajał, że załatwi szybko na policji i oczywiście pojadą.
Na policji spędzili oboje kilka godzin, dostarczyć musieli skan ekranu z przeprowadzanej operacji i udowodnić, że laptop posiada wszelkie zabezpieczenia antywirusowe i antyhakerskie.

Sprzęt nie został zarekwirowany, funkcjonariusze zapewnili o szybkim prześwietleniu sprawy. Poszkodowani wyjechali na daczę, będąc z policją w kontakcie. Na szczęście partner znajomej ma prywatne konto, a jego wspólnik drugie firmowe...

Ostatnia informacja o stanie dochodzenia jest taka, że na 90% uda się odzyskać wyprowadzone z konta pieniądze. Co oznacza pozostałe 10% tego nie wiem...

Rozmawiałyśmy w pracy o tej sytuacji, a przy okazji o innych podobnych i o nie zawsze uczciwym postępowaniu banków i zaczęłyśmy się zastanawiać czy nie lepiej trzymać oszczędności w skarpecie lub bieliźnie?


środa, 4 stycznia 2017

Kasa w śmietniku oraz inne atrakcje...

W domu wesoło było, bo syn z ukochaną przyjechali na święta i przed Sylwestrem wybraliśmy się do Torunia, aby gościowi pokazać zabytkowe miasto. Zimno było strasznie, więc po obejrzeniu starówki, kilku kościołów i innych ciekawostek postanowiliśmy ogrzać się w jakimś przybytku, a do obiadu było jeszcze sporo czasu. Przedtem jednak znaleźliśmy pączkarnię, w której serwowano cieplutkie pączki oraz pączkoburgery ! czyli wielkie pączki nadziewane kremem czekoladowym i owocami. Nabyliśmy jednego wielkiego pączka z pysznym nadzieniem, który zaspokoił apetyt 4 osób.
W naszej wędrówce dotarliśmy do Planetarium.
W repertuarze były głównie spektakle dla najmłodszych (jak to w ferie), więc zdecydowaliśmy się zwiedzić Orbitarium czyli wystawę interaktywną poświęconą zagadkom Kosmosu.
Jeśli będziecie w mieście Kopernika, warto tam zajrzeć, można jeszcze zaliczyć Geodium, czyli wystawę poświęconą budowie Ziemi.
W orbitarium zapoznaliśmy się z działaniem sondy kosmicznej, poznaliśmy zasady powstawania zorzy polarnej, oceanu chmur, tornada, zważyliśmy się na Marsie, Słońcu i innych ciałach niebieskich (moja waga wynosiła od 4,6 kg do kilku milionów kg) i zaliczyliśmy kilka innych atrakcji.
Za kilka złotych od osoby ciekawie spędziliśmy prawie godzinę.

Po wyjściu z Planetarium nasz gość zaniepokoił sie zawartością swojej torebki, w której brakowało koperty z pieniędzmi. Pieniądze były prezentem od dziadka pod choinkę.
Nie pamiętaliśmy, aby torebka była otwierana na ulicy, poza sytuacją kupowania magnesu w kształcie piernika na lodówkę.
Wszyscy solidarnie orzekliśmy, że koperta na pewno została w domu. Pewność ta została zachwiana tym, że nasz gość przed wycieczką robił porządki w tzw. papierach i wyraził obawę czy owa koperta nie została wyrzucona do śmieci. A kontener stoi przed domem.
Na szczęście nie był to dzień opróżniania kontenerów na osiedlu.
Nie dziwi więc, że ani pyszny obiad we włoskiej restauracji ani zwiedzanie nie poprawiły zbytnio humoru właścicielki koperty z gotówką...a znaleźliśmy kilka turystycznych ciekawostek, które możecie zobaczyć poniżej.

Gdy wróciliśmy do domu rozpoczęły się poszukiwania koperty z pieniędzmi, jak w wierszu o panu Hilarym. Zguby nigdzie nie było, więc młodzi ruszyli do kontenera pod domem, chociaż od naszego wyjazdu minęło kilka godzin, a jak wiadomo kontenery są ciągle przeszukiwane przez złomiarzy, puszkarzy, szmaciarzy itd. Szansa była nikła...
Po pierwszym przeszukaniu wrócili z niczym i zaczęło sie ponowne przeszukiwanie mieszkania. Podsunęłam pomysł poproszenia o wstawiennictwo św.Antoniego, który jest uważany za patrona rzeczy zagubionych i spraw beznadziejnych. Nie było fajerwerków na temat tego pomysłu, ale ja świętego wezwałam na pomoc i młodzi poszli z kijem od miotły szukać raz jeszcze. I co?
I ZNALEŹLI!!! Koperta wprawdzie wilgotna była i brudna, ale gotówka w całości, a na twarzy właścicielki uśmiech zakwitał od ucha do ucha.
Po takim dniu pozostało tylko napić się...herbatki i obejrzeć fotki z wycieczki, a następnego dnia młodzi poszli szybko wydać kasę, żeby drugi raz losu nie kusić...

środa, 30 listopada 2016

Bo w tym kraju...

Niektórzy ludzie nie doceniają tego, co mają.
Gdyby chodziło o nieustanną potrzebę rozwoju, bo ciekawość świata, ludzi i praw rządzących naturą jest jak najbardziej pozytywna, to wypadałoby tylko przyklasnąć. Nie mówię też o potrzebie otaczania się przedmiotami czy gromadzenia majątku, bo to jeszcze można zrozumieć.
Dziwne dla mnie są osoby, które mimo niezłej sytuacji życiowej i zaspokajaniu kolejnych potrzeb czy zachcianek wciąż okazują niezadowolenie ze swojego życia, nic ich nie cieszy lub we wszystkim widzą jakieś wady.
Na czym to polega postaram się przedstawić na przykładzie dialogu z pewną znajomą. Jest to osoba energiczna, wesołego usposobienia (w pierwszym kontakcie), ale wprowadza jakiś element niepokoju, a każda z nią rozmowa toczy się wokół pieniędzy lub polityki. O polityce ludzie rozmawiają często, ale jaki cel ma taka rozmowa w przypadku osoby, która powtarza, że nie interesuje ją polityka, niech rządzi kto chce, byle jej było dobrze. Z drugiej strony narzeka na każdą opcję polityczną i na tych u władzy, ktokolwiek by to był.
Jej samej ptasiego mleka tylko brakuje, ale temat do narzekania znajdzie zawsze, nawet gdy chwali się nowy strój czy fryzurę tej pani, to zaraz dodaje, że strasznie utyła...

A oto przykład dialogu:

- Oj zima idzie, musiałabym jakiś płaszcz sobie kupić...
- No to leć, wyprzedaże teraz duże, coś na pewno znajdziesz.
- Kasy nie mam...nie wiem kiedy następna gotówka wpadnie, to co miałam wpłaciłam na lokatę. W tym naszym kraju to nigdy nie wiadomo.
- Czyli kasę masz, nie narzekaj.
- A ty wiesz, jakie mam kredyty?
- Jak każdy, ale masz dom z ogrodem, dwa samochody, ostatnio motocykl kupiliście...
- E, taki tam grat, bo mąż miał kaprys, młode lata mu się przypomniały.
- To chyba dobrze, że ma jakąś pasję?
- A ty wiesz, ile taka pasja kosztuje? A tu dziecku trzeba pomagać.
- Dziecko masz wykształcone, pracuje, mieszkanie mu kupiliście w dużym mieście.
- Ale babcią chciałabym zostać!
- Nic na siłę, sama mówiłaś, że to typ naukowca i samotnika, nie wiadomo czy rodzinę założy...
- To fakt, ale tak w ciepłe kraje by się chciało...
- Przecież jeździsz co roku...
- A co to za ciepłe kraje, Chorwacja, Hiszpania - tak Kanary albo Hawaje...
- To zlikwiduj lokaty, będziesz miała na Kanary.
- No coś ty, czy ja wiem, co w tym kraju jeszcze mnie czeka? Tu nikt się nie dorobi...

wtorek, 17 maja 2016

Żadna praca nie hańbi...

Z pracą związanych jest wiele przysłów i porzekadeł , nie będę ich tu przytaczać, bo nie taki mam cel. W moim domu rodzinnym mówiło się, że żadna praca nie hańbi, wstydem jest tylko kraść. Są także rożne style pracy, różne umowy o pracę i wreszcie różne pobudki podejmowania pracy.
Gdy zaczęłam spisywać okruchy pamięci, uświadomiłam sobie w ilu różnych miejscach miałam okazję pracować, oczywiście była to praca najczęściej dodatkowa, sezonowa lub wakacyjna,studencka, czasami społeczna, ale zawsze przynosząca ciekawe obserwacje i nowe doświadczenia.
Praca tak różna od mojego wyuczonego i wykonywanego zawodu.
Na temat zmiany miejsca i rodzaju pracy są różne teorie: niektórzy twierdzą, że aby uniknąć wypalenia zawodowego trzeba zmieniać pracę co 5 lat; inni rekomendują trwanie w jednej firmie do emerytury, bo to najlepsze dla pracownika i firmy (tak bywa w Japonii, gdzie stanowiska są nawet dziedziczone); jeszcze inni proponują spróbowania pracy na swoim, bo to pozwala sprawdzić swoją zaradność i kreatywność. Bywają osoby, które wręcz brzydzą się etatem, bo wolą być dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. Zawody tzw. artystyczne w ogóle z etatem się nie kojarzą, choć bywają wyjątki.
Myślę, że spróbowanie różnych stylów i rodzajów pracy jest przydatne dla pisarzy, autorów scenariuszy czy innych twórców, ale może być pożyteczne dla zwykłego śmiertelnika, aby pochopnie nie oceniać i nie lekceważyć pracy innych ludzi. Doświadczyłam tego na własnym przykładzie i najczęściej takie opinie o pracy, której charakteru się nie zna, są niesprawiedliwe.
Jakie mogą być jeszcze plusy z takiego doświadczenia?
Dla mnie takie, że :
• na przestrzeni życia miałam okazję przekonać się chociażby, jakiej pracy na pewno nie chciałabym wykonywać za żadne pieniądze,
• różny, najczęściej niewłaściwy bywa stosunek szefów do swoich podwładnych, jakby zapominali, że szefem sie tylko bywa
• praca nie hańbi, raczej wynagrodzenie za nią
• domaganie się poprawy warunków pracy uważane jest za brak szacunku dla firmy lub szefa
• w wielu firmach pracownicy kradną na potęgę, jakby nie rozumieli, że tak naprawdę podcinają gałąź, na której siedzą
• praca umysłowa lub w wolnych zawodach przez niektórych nie jest uważana za pracę na poważnie, jakby tylko ciężka fizyczna robota była pracą


Jeszcze kilka refleksji na temat pracy zawodowej i pracy w domu. Tutaj panowie zakrzykną, że tylko o paniach piszę, bo nie wypowiadam się za płeć przeciwną, oni mają trochę inaczej…
Nasze babcie z reguły nie pracowały zawodowo, ale inny był wzorzec przekazywany kobietom, rodziny bywały liczne i zajęcia domowe zajmowały kobietom wiele czasu.
Jak powiedział ktoś złośliwie o feministkach: walczyły o prawo do pracy, wywalczyły obowiązek pracy. Znam kobiety, które spełniają się bez pracy zawodowej, będąc tzw. gospodyniami domowymi, znam takie, które po odchowaniu dzieci wróciły do pracy zawodowej, znam takie, które nigdy nie pracowały lub krótko, a po rozwodzie żyją z alimentów od męża. Znam też takie kobiety, które deklarowały chęć pracy zarobkowej, kończyły kolejne kursy, ale żadnej pracy nie podjęły.
Trudno tutaj oceniać wybory, bo jakie mamy do tego prawo?
Z moich obserwacji wynika jednak, że kobiety, które nigdy nie pracowały zawodowo często bywają wycofane i odczuwają lęk przed podjęciem jakiejkolwiek pracy, uzależnione są od „opieki” męża i jego chorobę lub śmierć traktują jak katastrofę życiową.
Rzadko, nie pracując zawodowo, kobiety włączają się w jakąś działalność dodatkową i są, mam wrażenie gorzej zorganizowane, zapominają o swoich marzeniach i samorozwoju. Oczywiście krzyczę głośno, że bywają WYJĄTKI! Bo takie też znam!
Myślę, że dużo zależy od partnera, od sytuacji finansowej rodziny, od miejsca zamieszkania , no i od osobowości samej kobiety.
Innym jeszcze przypadkiem są kobiety, którym choroba lub wypadek przerywają studia lub pracę zawodową, a co za tym idzie wiele zamierzeń na przyszłość. Miałam koleżankę, która przeszła na wcześniejszą emeryturę, bo chciała zostać pilotem wycieczek, zaczęła dokształcanie w tej materii i niestety zachorowała, zmarła w wieku 52 lat.
Wiele z nas nie wyobraża sobie pracować i podrzucać komuś obcemu dzieci czy zatrudniać nianie. Ja cieszyłam się, że wracam po urlopie macierzyńskim do pracy, nawet mój mąż stwierdził wtedy, że najwyższy czas…. teraz wielokrotnie marzę o emeryturze, ale jak mawiamy z koleżankami w pracy: nie wiadomo, czy nie tęsknimy za tym akurat czego nie mamy, a gdy już staniemy się emerytkami, może zmienimy zdanie, po roku powiedzmy?
Jeszcze innym tematem jest wynagrodzenie za pracę i w wielu środowiskach ludzie pracujący z pasją, ale niekoniecznie za duże pieniądze uważani są za nieudaczników lub frajerów, a więc na koniec małe podsumowanie na temat tego, co dla kogo jest naprawdę ważne w temacie zarabiania pieniędzy:
Wyszło długo, ale chyba nie umiem krótko...