czwartek, 4 czerwca 2020

Nie będę leczył idiotów...

Pojawiła się kilka dni temu w sieci pewna informacja, która umknęła uwadze czytelników, a mi nie daje spokoju.

Jakiś włoski lekarz o specjalności anestezjolog miał powiedzieć, że obserwując beztroskę ludzi po zniesieniu obostrzeń pandemicznych w jego kraju i tłumy na ulicach, nie zamierza podejmować leczenia kretynów, którzy dobrowolnie narażają się na złapanie wirusa.

Z jednej strony rozumiem jego zdenerwowanie. Siedział zamknięty z chorymi w szpitalu w oku cyklonu epidemicznego, czasem pewnie musiał podejmować decyzję, kogo podłączyć do respiratora, a komu pozwolić umrzeć.

Chciał także zapewne wstrząsnąć niektórymi osobami, co to zbytnio zawierzyły rządowym ulgom od zakazów, posłuchały głosu serca, uległy tęsknocie za spotkaniami i normalnym życiem...

Z drugiej strony, żadna sytuacja nie usprawiedliwia takiego przekazu.
Taka to profesja, podobnie jak kilka podobnych, że ratuje się biednych i bogatych, rozsądnych i głupich, chorych przewlekle i okazjonalnie, ofiary wypadków i kaleki od urodzenia.

Idąc bowiem tokiem rozumowania tego lekarza nie powinno się udzielać pomocy nierozsądnym turystom , idącym o zmierzchu zimą na Zawrat; kierowcy, który z powodu zbyt szybkiej jazdy złamał kręgosłup; palaczowi, który umiera na raka płuc; dziewczynie, która chciała schudnąć i najadła się szkodliwych pigułek spalających tłuszcz; samobójcy pokonanemu przez depresję lub zawód miłosny.

Wymieniać można długo, prawda?

Sama często jestem wkurzona na ryzykowne zachowania niektórych rodaków, może niektórym z nas przemknie przez głowę myśl - ma to kalectwo na własne życzenie, nie trzeba było skakać do wody w nieoznaczonym miejscu...
Ale czy to znaczy, że my tacy rozsądni i ostrożni mamy odwracać się od tych mniej rozsądnych, słabszych, pod wpływem ?
Nawet seryjny morderca ma prawo do obrony, sprawiedliwego procesu i leczenia w więzieniu.

Nasz stosunek do chorych, kalekich i wszystkich potrzebujących pomocy odróżnia nas właśnie od istot barbarzyńskich, które za nic mają życie i cierpienie ludzkie.

Takie jest moje zdanie, a Waszego jestem ciekawa w komentarzach.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Nie tylko kosze...

Któż z nas nie ma w domu wikliny? Czegokolwiek...
Ja mam kilka koszy, koszyków do przechowywania różnych drobiazgów, w tym jeden stoi w piwnicy i czeka na wyprawę po grzyby.
Widuję wyroby z wikliny na różnych festynach w skansenach, nawet torebki damskie z wikliny w sklepach spotkacie.

Wiklina – młode pędy kilku gatunków wierzb, które po obróbce wykorzystywane są w wikliniarstwie (plecionkarstwie). Nazwa ta jest także zwyczajowym określeniem wierzby purpurowej - tyle Wikipedia...
Kiedyś była bardzo popularnym rękodziełem, królowała w Cepeliach i na bazarach, eksportowano mnóstwo wyrobów z wikliny do Niemiec, zwłaszcza mebli ogrodowych.
Później przyszła moda na plastik, zamykano sklepy i warsztaty wikliniarskie.
Teraz, mam wrażenie wraca do łask, na zdjęciach widać wyroby przeróżne.

Ostatnio widuję także wyroby z tzw. wikliny papierowej, równie pracochłonnej i podobno równie trwałej, po odpowiedniej impregnacji.
Obok zdjęcia wiklinowej ramy lustra widzicie własnie kosze z wikliny papierowej.
Ale wiklina to także surowiec dla artystów plastyków, czego dowodem prace dwojga "wikliniarzy" Beaty Borek i Tomasza Maja, które mogliśmy podziwiać w parku w Gołuchowie.
Wiklinowy parkan z wplecionymi kawałkami drewna oraz wiklinowe kwiaty.
Pamiętam, że widywałam także wiklinowe ule, kojce dla kurczaków, ale nie mogę odszukać zdjęcia.
Natomiast poniżej ciekawostka - wiklinowy zamek lub twierdza.

Zamek wiklinowy w Solcu nad Wisłą
Slawomir Duda-Klimaszewski / CC BY-SA (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)

Wikliniarstwo
może stać się nie lada pasją, sposobem na życie, środkiem wyrazu dla artystów, trzeba tylko to polubić i poznać tajniki rzemiosła.
Zapraszam także na blog Uli, która lubi nowe wyzwania, robi piękne rzeczy, którymi ozdabia swój dom, a teraz wikliniarstwo to Uli i Jej męża nowa pasja!

A jak u Was z wikliną w domu, macie choć jeden kosz?

piątek, 29 maja 2020

Islandzkie klimaty

Raczej o filmie, niż o wyspie będzie, choć klimat Islandii jeszcze bardziej surowy od skandynawskiego, wszak 11% kraju zajmują lodowce.
Za serialami nie przepadam, ale gdy zainstalowaliśmy Netflix, oglądamy to i owo, więc mini seriale także.
Nie muszę czekać na ciąg dalszy, a film włącza mi się w miejscu, gdzie skończyłam.
No i nie ma reklam!!!

Serial o tytule widocznym na plakacie obok, to świetna historia kryminalna, ale z niejednym dnem. Oprócz głównego wątku seryjnych morderstw, widz obserwuje rozwój innych elementów fabuły, które świadczą o tym, że postaci filmu nie są wydumane, ale z krwi i kości, a każdy z bohaterów ma dramatyczną przeszłość i równie bogate perypetie w teraźniejszości.

Nie chcę za bardzo zdradzać fabuły, ale myślę, że wątki filmu zainteresować mogą wielu oglądaczy:
- emocje związane z tropieniem seryjnego mordercy
- zagadki przeszłości związane z pedofilią w zakładzie wychowawczym dla chłopców
- przemoc w rodzinie i znaczenie więzi między rodzeństwem
- inwigilacja wśród wyznawców Świadków Jehowy
- problemy wychowawcze samotnej matki
- korupcja w aparacie sprawiedliwości
- homoseksualizm i wykluczenie ze społeczności

Jeśli komuś mało, to dopowiem, że akcja jest wartka, ciekawe rysy psychologiczne bohaterów, wejrzenie w arkana pracy dochodzeniowej, no i suspens na końcu.
Dodam, że film jest mocny, bardzo działa na widza, długo pozostaje w pamięci, porusza delikatne struny naszej psychiki, bo przecież na każdego inny problem działa najmocniej, czasem dotyka osobiście.

Mnie samej nasunęły się po obejrzeniu filmu następujące pytania:
1. jak rodzi się w ludziach tyle zła i przemocy?
2. jak wiele ludzie są w stanie zrobić dla kariery i pod presją przełożonych?
3. jak wiele złego musi się wydarzyć, by dostrzeżono istotę problemu, a nie tylko pozory?
4. czy własne tajemnice z przeszłości śledczych ułatwiają, czy utrudniają ściganie przestępców?
5. czy jednym dobrym pozytywnym można zmazać winy z przeszłości?
...i wiele innych.

Na szczęście serial nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości, za to pozostawia niedosyt i refleksje...
Świetne pole dla domowych dyskusji w długie wieczory.

wtorek, 26 maja 2020

Trzy listy...


Czas epidemii to czas porządków , w głowach i dokumentach lub odwrotnie, jak kto woli...
Tak oto znalazłam w papierach rozlicznych trzy listy w zniszczonej niebieskiej kopercie.
Zastanawiałam się długo czy zrobić z nich użytek na blogu, ale są bardzo poruszające, są świadectwem minionego czasu, a ich bohaterowie już nie żyją.
Wszystkie pisane przez matkę do syna w sierpniu 1945 roku, wkrótce po napisaniu ostatniego z datą 27 sierpnia ich autorka zmarła.

Listy pisała babcia mego męża, a oprócz syna czyli mojego teścia miała jeszcze 3 dorosłe córki.
Wielu spraw poruszonych w listach mąż nie potrafi wyjaśnić, zostaną więc zagadką rodzinną i tajemnicą historii.
Wiadomo tylko, że chora przebywała u córki w Inowrocławiu, a syn został w domu rodzinnym w wielkopolskim Pleszewie.

List I

Mój najdroższy jedyny synu,
Donoszę, że jestem jeszcze bardzo słaba i obolała. Teraz mam zastrzyki, za tydzień będę brać kąpiele. Już mi się ta choroba tak przykrzy. Miałeś pisać listy, nie piszesz, a czy ciocia obiady ci daje?
Jak będzie mi lepiej, to pewnie przyjedziesz.
Jakby Ci ziarnek dla kur zbrakło, to są na górze(strychu)
Żeby tylko nic złego Ci się nie stało, o mnie się nie kłopocz, opiekę mam dobrą u Zosi, tylko się biedna narobi i tak mi się dłuży leżenie, napisz co u Ciebie.
Synku, na górze jest futro i lis, włóż to we worek i schowaj pod łózko, bo na górze mole zjedzą.

List II

Mój najdroższy synu,
Leżę w łóżku i piszę do Ciebie parę słów, bo pewnie wyglądasz, a tu nie ma kto napisać.
U mnie był lekarz z Warszawy i powiedział, że w dwa miesiące będzie mi lepiej, ale ja jestem bardzo słaba, wszyscy mnie pocieszają, a te boleści jakby mniejsze, ale jakby mi się miało nie polepszyć, to przyjdzie umierać, trudno.
Bardzo mi Cię żal, nie spodziewałam się takiej choroby, że mnie Pan Bóg z tobą rozłączy.
Jakbym miała umrzeć, to przesyłam Ci moje błogosławieństwo, żeby ci się w życiu powiodło.
Bądź ostrożny na każdym kroku i słuchaj szwagrów, bo oni chcą dla ciebie dobrze.
Byli u mnie Janinka i Franek, to trochę mi raźniej było.
Pisz mi wszystko, pewnie masz wszystko podarte, bo nie masz obok siebie kochającej mamy.
Ja kochałam cię zawsze, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo.
Leki mam aż z Łodzi, ale czy pomogą? Może gdybym od razu u tego lekarza się leczyła…
Cyganka kładła Wandzi karty i powiedziała, że Janek wraca do domu… skąd ona to wiedziała?
Daj Boże do miłego zobaczenia się…

List III

Mój najukochańszy synu,
List odebrałam, za który dziękuję serdecznie.
Żal mi tego twojego kolegi, to był naprawdę dobry chłopiec, to straszna boleść dla jego matki takie dziecko stracić.
Tu ludzie bardzo chorują na tyfus i dużo umiera. Jak będą u was dawali zastrzyki, to idź, tu wszyscy musieli.
Synku, jak mi tęskno za domem, aby tak żyć, jak my dawniej żyli, ale to już nie wróci.
Synulek mój złoty, kochany. Czemu tak wcześnie musiałam cię, moja pociecho opuścić, ja nie mogę tego przeboleć, tak mi markotno – Boże, mój Boże, czemuś nas opuścił?
Synu mój jedyny, ja w tobie wszystko widziałam, byłeś moją pociechą, moim wszystkim, a teraz jestem słaba , chora i bezradna, nikt mi nie może pomóc, choć każde z was by mnie wykupić od śmierci chciało.
Gdybym wiedziała, że ta wojna się skończy, to bym nie szła do tej przeklętej roboty, ale kto to wiedział, że w taką chorobę wpadnę?
Daj Boże do miłego zobaczenia się…

No i nie zobaczyli się...syn przyjechał dopiero na pogrzeb.
Nie zachowało się w archiwum rodzinnym męża zdjęcie babci, natomiast mamy zdjęcie dziadka, który służył w armii Józefa Hallera.
Nie zginął jednak na wojnie, a na skutek wypadku w czasie naprawy dachu.

Wdowa cieszyła się zapewne, że najmłodsze dziecko, jedyny syn będzie jej podporą na stare lata, ale wszystko popsuła choroba, prawdopodobnie nowotwór.

Teść po śmierci matki został sam pod opieką ciotek i sióstr.
Dorosłe życie rozpoczął już w Inowrocławiu, dzięki pomocy rodziny znalazł pracę, uczył się dalej zaocznie, założył rodzinę...

Zamieściłam tylko wyjątki z listów, zmieniając nieco gramatykę, gdyż fragmenty były częściowo niezrozumiałe, częściowo nieczytelne, bo pisane ołówkiem.
Tajemnicza to sprawa, tym bardziej, że teść nigdy na grób matki nie chodził...

sobota, 23 maja 2020

Leczenie zdalne i szpilki...

Pani O. znudzona siedzeniem w domu w czasie kwarantanny, dała się namówić kuzynce na wypad do lasu, skoro już można było.
Pojechały autem, w lesie przebrały się w obuwie sportowe, bu pobiegać i poćwiczyć formę.

Kuzynka pani O. była bardziej wprawiona w bieganiu i po krótkiej rozgrzewce pomknęła niczym sarenka, zostawiając nasza bohaterkę daleko w tyle.
Różnica rozbiegania u obu pań była widoczna, więc umówiły się, że co kawałek pomaszerują, a więc będzie to raczej marszobieg.
Po paru kilometrach pani O. nabawiła się jednak kontuzji i wróciła na parking, by oczekiwać na powrót kuzynki.
W domu noga dokuczała coraz bardziej, zatem pani O.zadzwoniła do lekarza.
Polecono jej zrobić komórką zdjęcie nogi i widocznie nie wypadło dobrze, skoro wezwano pacjentkę na godz.12.00 do szpitala.
Przed szpitalem namiot, gdzie pani O. udzieliła obszernego wywiadu, odkażono ją dokładnie i kazano czekać na lekarza ortopedę.
Lekarz pojawił się ubrany jak kosmita, obejrzał nogę z daleka, udzielał porad, wypisał recepty.

Pani O. wróciła do domu, by podjąć leczenie przy pomocy zaordynowanych leków.
Zwolnienie nie było potrzebne, nie pracowała w czasie pandemii.
Na szczęście leki zrobiły swoje i ćwiczenie nogi w domu, ale ciągle lekko utykała.

Gdy dostała wezwanie do stawienia się w pracy, długo myślała jakie założyć buty, by JAKOŚ wyglądać , ale by noga nie ucierpiała za bardzo.
W swej próżności i zgodnie z upodobaniami pani O. założyła szpilki, nie mogła się oprzeć.
I tu stał się cud!
Noga nagle ozdrowiała, a pani O. pomknęła do pracy niczym łania, zastanawiając się, czy to nie płaskie buty biegowe tak jej zaszkodziły?

środa, 20 maja 2020

Zwiedzanie w czasach zarazy...

W czasach zarazy, na początku, trudno było wyjść z domu, nawet pójście do sklepu kojarzyło się z survivalem.
Mimo wszystko staraliśmy się chodzić na spacery, o czym pisałam.

Później pozwolono iść do parku i lasu, z czego skwapliwie skorzystaliśmy, zwłaszcza że do lasu bez maseczki.
Jedyną przeszkodą bywała pogoda, choć okazuje się, że w kwietniu lepiej dopisała, niż majowe chłody.

Wreszcie otwarto muzea.
Dla nas to jak woda na młyn!
Wypróbowaliśmy, jak wygląda zwiedzanie w tym dziwnym okresie.
W niektórych miejscach obniżono ceny, z uwagi na ograniczenie ekspozycji i komfortu zwiedzania.

Pojechaliśmy do Lubostronia, Biskupina, Gołuchowa, Rogalina.
W Biskupinie pani kasjerka powiedziała, że otworzyli na próbę, by wyczuć, policzyć czy w ogóle warto, czy goście dopiszą.
Wszystkie zabezpieczenia wdrożono, ludzi niewielu, zwiedzanie tylko na powietrzu, muzeum w budynku zamknięte, ale toalety czynne, kawę i lody można było kupić na wynos, tudzież skromny posiłek.
My jednak wszystko zabieramy ze sobą, kawę kupujemy na stacji benzynowej.
Z upływem dnia ludzi przybyło, widziałam nawet znajome twarze z mojego miasta.

W Lubostroniu
zwiedziliśmy pałac i park, turyści mogli kupić kawę i posiłek w pałacowej restauracji, ale zjeść na ławce w parku lub na kocu w formie pikniku.
W Rogalinie też nie było tłumów, zwłaszcza w pałacu, natomiast do parku ze słynnymi dębami przyjechały rowerowe i motocyklowe wycieczki po kilka osób.
Dokładniej o tych miejscach napiszę wkrótce, teraz tylko kilka rozmaitych fotek z serii: SZYBKO, PSTRYKNIJ NA BLOG, TO CIEKAWE...
Mój mąż nazywa to blogowym zboczeniem, bo wiele zdjęć robię z myślą o pokazaniu na blogu właśnie.
Ogródek restauracji hotelowej w Zawoi, można poczuć się jak nad Morzem Śródziemnym, prawda?
Mapa Polski z białych i czerwonych tulipanów w ogrodach licheńskich. Były także całe poletka hiacyntów, które pachniały z daleka.
Teraz widzę, że fotkę zrobiłam ze złej strony...
Znamię czasu. Przed zamkiem w Gołuchowie czytam instrukcję zwiedzania, w maseczce oczywiście.
Do zamku jednak nie weszliśmy, bo znamy go na pamięć, woleliśmy pozostać w parku i pójść do zagrody zwierząt.
Tak pozowały nam żubry w Gołuchowie, oprócz żubrów są tam także koniki polskie, daniele i dziki.
Taki Don Kichot stoi przed jedną ze stacji benzynowych w Wielkopolsce, reklamując miejscowy warsztat kowalstwa i metaloplastyki.
Kamienna figura bożka o czterech twarzach, a raczej jego artystyczna interpretacja, o czym dowiedzieliśmy się od eksperta w Biskupinie...
Jeden z witraży prywatnej kaplicy właścicieli pałacu w Lubostroniu.
Podziwianie widoków z wieży kościelnej w Licheniu, ale wieża nie należy do słynnej bazyliki, ale do małego kościółka na terenie sanktuarium.
Próbuję ocenić wielkość dębu w parku gołuchowskim - jak widać, tamtejsze drzewa nie ustępują rogalińskim dębom.
Takie mostki lubię wszędzie, rzucane nad strumykiem, rowem, groblą robią sielskie wrażenie i stanowią urozmaicenie parkowego krajobrazu.
Myślicie, że widzicie lustro w ciekawej oprawie. To także, ale przede wszystkim są to drzwi do ukrytego przejścia w pałacu w Lubostroniu... mieli fantazję właściciele lub architekci.
A to , jak dla mnie wisienka na torcie czyli witraż RYBY samego Tiffaniego, do obejrzenia w galerii sztuki w Rogalinie.

niedziela, 17 maja 2020

Dialogi domowe:-)

Wspólna kawa o poranku i codzienne rozmowy to jeden z uroków życia.
A tematy rozmów podsuwamy sobie wzajemnie lub inspiruje nas otoczenie.

Niektóre dialogi wydały mi się na tyle śmieszne, że warte są uwiecznienia.
Nie zrobię tego jednak tak dobrze, jak Jaga czy Frytka....dziewczyny, uśmiecham się d Was:-)

Chyba trzeba będzie wkrótce napisać coś poważniejszego, bo same lekkie tematy ostatnio u mnie, a w gospodarce i w polityce wesoło nie jest, zresztą dziś chyba wszystko jest polityką, nawet piosenki bywają groźne...dla władzy.

Dialog I

- Wiesz, chodzi za mną czekolada, ale nie mleczna, tylko taka konkretna
- to trzeba kupić, zobacz jest promocja - bierzesz 3, płacisz za dwie
- ale nie wiem co wybrać, zresztą po co mi 3?
- Starczy na dłużej...
- o nie, zbyt łakomy jestem na słodycze!
- przecież nie musisz zjeść całej czekolady na raz
- jak tak siedzę przy laptopie, to chwila moment i nie ma...
- to odłam jeden rządek, a resztę schowaj, żeby nie kusiło
- jeden rządek? to nie warto otwierać!

Dialog II

- Zobacz, wczesna pora, a facet już pijany w sztok
- ciekawe czym się tak zaprawił z rana? ledwo na nogach się trzyma!
- ale obywatel wzorowy podwójnie
- jak to?
- no, wspomaga przemysł monopolowy i obowiązkowo w maseczce!

Dialog III

- Co oglądasz?
- Reksio leci, najlepsza kreskówka, zero przemocy, zero stresu
- O, tego odcinka chyba nie widziałam...
- kukułka podrzuciła jajo wróblowi i biedny zawału niemal dostał, bo wielkie to jajo!
- no to teraz pisklę kukułki narozrabia
- A nie, zobacz, Reksio wkracza do akcji, będzie dobrze!

Obejrzeliśmy jeszcze kolejny odcinek nam nieznany, o przebieraniu się w cudze piórka...szkoda, że dzieci dziś oglądają inne bajki.




poniedziałek, 11 maja 2020

Wyszedł na ludzi...

S. nie miał łatwego życia.
Ojciec opuścił dom , gdy był chłopiec był całkiem mały, zostawiając na pastwę losu matkę z trójką dzieci i słuch o nim zaginął.
Matka robiła co w jej mocy by dzieciaki miały co jeść, dopilnowane czasami przez babcię, póki ta żyła.

Najstarszy brat odszedł na swoje, gdy tylko stał się pełnoletni, znalazł dobrą pracę z daleko od rodzinnego miasta.
Matki nigdy nie odwiedził.

Siostra S. też miała pod górkę, wcześnie została wdową, urodziła czworo dzieci dwóm różnym partnerom.
W końcu dwie dziewczynki w wieku szkolnym trafiły pod opiekę babci, bo matka nie prowadziła się wzorowo.

Pozbawiony wzorów i motywacji do pokierowania swym życiem S. ciągle popadał a jakieś tarapaty.
Pił, brał różne świństwa, hodował marihuanę w pokoju za szafą, podrabiał talony sklepowe...
Gdy trafił na odwyk, poznał odpowiedniego człowieka, który podpowiedział chłopakowi, jak zejść ze złej drogi.

Najpierw S.poszukał pracy i wyuczył się fachu piekarza.
Zrobił, z pomocą syna sąsiadów, prawo jazdy, którego niemal nie stracił, bo starzy kumple przypomnieli o sobie i zaczęli wyciągać S. na piwo.

Na jakiś czas S. zniknął z oczu sąsiadom i rodzinie - czyżby trafił do więzienia lub co gorszego?

Mijały lata.

Pewnego dnia S. pojawił się pod domem matki. Nie sam jednak, z młodą kobietą i dzieckiem u boku.
Przyjechali własnym autem.
W młodym mężczyźnie trudno było poznać cherlawego blondyna z bladą twarzą i przekrwionymi oczami.
Trudniej poznać dawnego sąsiada w maseczce i okularach na nosie...

- Witaj S. Co słychać? dawno Cię nie było!
- Dzień dobry! To prawda, musiałem wyjechać, mieszkam w Gdańsku, pracuję w zawodzie, praca ciężka, ale dobrze zarabiam, mam partnerkę i syna.
- Gratulacje! a dlaczego tak daleko los Cię wywiał od rodziny?
- Uciekłem od kumpli i starych pokus, musiałem zrozumieć, co jest w życiu naprawdę ważne. Nie było łatwo, różnie bywało, pomógł mi starszy brat, poznałem M. urodził mi się syn i nie chcę powielać błędów moich rodziców .
- To dobra wiadomość, trzymaj się i oby Wam się wiodło!
- Dziękuję, proszę pozdrowić syna, bawiliśmy się jako dzieci!
- Tak zrobię i opowiem mu o Tobie.

piątek, 8 maja 2020

Skoro sezon rozpoczęty...

...czas na sprawozdanie z kolejnej wycieczki:-)
Post będzie nieco długi, więc jeśli jesteście zajęci, zajrzyjcie później:-)
Na początku był las, nie chaos, a właśnie las.
Na razie bowiem wycieczki muszą być krótkie i blisko, nawet nie wiem, czy na postojach przy trasach szybkiego ruchu można skorzystać z toalety.
Teraz to w ogóle mało wiadomo w temacie podróże.
Działamy na razie na czuja...
Planowaliśmy ten wyjazd z powodu ścieżki dydaktycznej, bo te są dobrze oznaczone, z jakimiś tam atrakcjami dla mieszczuchów i być może niespodziankami leśnymi.
Tablice informacyjne to świetna sprawa dla przypomnienia sobie pewnych rzeczy lub poznania nowych.
Brama do lasu okazała, tuż obok leśniczówki.
Znaleźliśmy nawet tabliczkę z informacją, że pewien młodnik posadziła młodzież ze specjalnego ośrodka szkolno-wychowawczego.
Bardzo pożyteczna inicjatywa.
Na naszej drodze mostki, mosteczki, kładki, mała leśna retencja, ale wszędzie sucho, ani śladu wody, strumyka, wyschnięte bagna.
Smutny widok.
Za to spotykamy wiele pomników przyrody, młode paprocie i paczkujące konwalie. Ogrodowe bywają w pełniejszym stadium rozwoju, te leśne jeszcze mają trochę czasu.
Trochę z dala od ścieżki przyrodniczej znajdujemy ciekawe miejsce, takie dwa w jednym czyli miejsce pamięci i pomnik przyrody, gdyż na głazie narzutowym umieszczono tablicę upamiętniająca ofiarę z początku II wojny.
W tym miejscu bowiem w 1939 roku zastrzelono księdza z parafii w Markowicach (znane sanktuarium), a przed śmiercią kapłan musiał sam wykopać sobie grób.
Wiele trudu zadali sobie oprawcy, bo nie tak łatwo znaleźć w lesie to miejsce.
Bliskość leśniczówki oznacza opiekę nad zwierzętami leśnymi, do solnej lizawki przychodzi wiele zwierząt,o czym świadczą ślady na wydeptanej ziemi, a paśnik ze stryszkiem pełen jest świeżego siana.
Ostatni leśny akcent to ptasi budzik, z którego łatwo odczytamy, jaki ptak budzi nas swym śpiewem o określonej porze.
Może znajdziecie na tym plakacie winowajcę waszej bezsenności. Mnie ptaki budzą około 4.nad ranem :-)
Drugi etap wyprawy to zawsze omijane w drodze zabytki Strzelna.
Miasteczko małe i niepozorne, a kryje zabytek historii, jeden z ważniejszych w Polsce.
Leży na skrzyżowaniu 3 szlaków: piastowskiego, zabytków sztuki romańskiej oraz szlaku św.Jakuba.
Wejścia na wzgórze klasztorne, bo o nim mowa, strzegą figury rycerzy upamiętniające rocznicę 750 lat powstania miejscowości.
Zespół klasztorny sióstr norbertanek w Strzelnie złożony jest z kościoła pw. św. Prokopa, kościoła pw. Świętej Trójcy, klasztoru oraz dworu prepozytów (obecnie plebanii).

Wzgórze klasztorne z jego zabudową dominuje nad krajobrazem Strzelna i okolic.
Znajdujące się tam dwa romańskie kościoły, mimo burzliwych dziejów, zachowały autentyczność i integralność substancji zabytkowej.

Przez siedem wieków siostry norbertanki w Strzelnie kontynuowały tradycje swojego zgromadzenia i gromadziły cenne dzieła sztuki sakralnej. W tym czasie klasztor cieszył się wsparciem biskupów kujawskich, możnowładców, książąt oraz polskich królów.

Znajduje się tu nie tylko najliczniejszy, ale także najbardziej oryginalny zespół rzeźby romańskiej na terenie naszego kraju . Nigdzie indziej w Polsce nie zachowała się taka ilość romańskich rzeźbionych tympanonów związanych z jednym miejscem.
Początki wzgórza klasztornego w Strzelnie sięgają XII w. i związane są z osobą jednego z najpotężniejszych polskich możnowładców tych czasów, Piotra Włostowica, zwanego też Włastem .

W połowie XV w. spaleniu uległa rotunda pw. św. Prokopa, którą ekssekrowano, a następnie włączono do zabudowań klasztornych, gdzie pełniła rolę furty klasztornej.

Barokowa elewacja frontowa kościoła pw.św.Trójcy jest trójczłonowa, z figurami świetych Józefa i Jakuba we wnękach i sztukatorską dekoracją szczytu z wyobrażeniem Wniebowzięcia NMP i Trójcy Świętej.

Wśród
bogatego wyposażenia kościoła, pochodzącego z kilku różnych epok, na uwagę zasługują .: barokowy ołtarz relikwiarzowy św. Krzyża z czternastowiecznym krucyfiksem, barokowe ołtarze boczne, bogato rzeźbione i intarsjowane późnobarokowe stalle, rzeźbione epitafia z okresu od XVII do XX w., polichromowane konfesjonały (1741) i snycerka drzwiowa z XVIII w.

To zdjęcie przedstawia nie lada ciekawostkę, związaną z legendą o św.Wojciechu.
Ów święty, przejeżdżał podobno w okolicach Strzelna, woźnica nieopatrznie najechał wozem na wielki kamień.
Świętość Wojciecha spowodowała cud. Kamień zamienił się w plastyczną masę, po której swobodnie wóz przejechał, a na pamiątkę zdarzenia pozostały ślady koła i kopyt końskich, co próbowałam zaznaczyć na zdjęciu.
Na terenie zespołu klasztornego znajduje się także muzeum, ale dla nas było zamknięte z powodu epidemii.

Dla chętnych podam, że zwiedzać zabytki można tylko z przewodnikiem, warto więc wybrać się z grupą znajomych , bo opłata za przewodnika wynosi 50 zł, oprócz opłaty za bilety wstępu.

Brawa dla wszystkich, którzy dotrwali do końca!

Wycieczki są super!

środa, 6 maja 2020

Jak deser po obiedzie...

Liczba poważnych i poważniejszych doniesień ze wszystkich stron powoduje, że od czasu do czasu szukamy odgromnika, a na każdego co innego zadziała.
Czasami ucieszą zdjęcia na zaprzyjaźnionych blogach, nowe przepisy do wykorzystania, czasem zatrzymujemy się przy ciekawych refleksjach o sensie żywota.
Zamieszczone poniżej obrazki traktuję jak deser po obiedzie czyli niezbędny składnik zdrowia psychicznego.
Nie samym chlebem człowiek żyje.
Pogoda niżowa, więc uśmiech potrzebny, a kawa z czymś pysznym nie zawadzi:-)

(zaczerpnięte ze strony Pinterest.com)