Kraina domów w kratkę, tak się mówi o tym regionie. Domy tylko tutaj spotykane, z dachami krytymi strzechą, małymi okienkami, chłodne w upalne lata, przytulne w najsroższe zimy. Coraz mniej tych zachowanych po Słowińcach, powstają nowe, ale klimat już mają inny...
wtorek, 7 lipca 2026
Nie tylko skansen
wtorek, 21 marca 2023
W kapeluszu i na golasa...
Pojechaliśmy w niedzielne przedpołudnie szukać wiosny. Nie zawiedliśmy się. Najpierw na polu żurawie, w górze klucze gęsi, ciepełko i słoneczko...
Krokusy w kilku barwach , a w krokusach owady, ale tylko w tych białych, fioletowych nie tykały. Hiacynty i tulipany dopiero wyłażą z ziemi. Na krzewach małe listeczki. Czego nie widziałam, to kwitnących forsycji, za to były pierwsze motyle i biedronki!
czwartek, 5 stycznia 2023
Narodziny wiersza
nad jeziora brzeg
gdzie wiatr z wodą
bój toczy zawzięcie,
a na piasku niczym
wzór tkany misternie
natura magiczne
wypisuje zaklęcia.
wtorek, 29 września 2020
Wrześniowe wycieczki
Nie zawsze wrzesień bywa pogodowo łaskawy, ale w tym roku lato postanowiło rozgościć się na dłużej i rozpieszczało nas temperaturą oraz pogodnym niebem.
Lubimy weekendy spędzać aktywnie, choćby po to, by odreagować trudy tygodnia i popatrzeć na cokolwiek innego, niż znana droga do pracy.
Jeśli macie ochotę, zapraszam na przegląd miejsc, gdzie udało nam się być, nie licząc opisanej już wyprawy na lotnisko za Koninem, gdzie syn skakał ze spadochronem.
piątek, 9 marca 2018
W ptasim raju :-)
Woda w jeziorach zamarznięta, lód dość gruby, ale spękany, na tyle jednak mocny, aby utrzymać dość ciężkie łabędzie...
Co chwila w powietrze wzbijały się jakieś ptaki, ruch jak na ptasiej autostradzie.
Gdy tylko zbliżyliśmy się do pomostu przypłynęła cała łabędzia rodzinka. Jedno z rodziców trzymało sie jednak z daleka, obserwując czy nie dzieje się coś złego. Widać było, ze ptaki obcują z ludźmi, bo podpływały śmiało, nie tylko zresztą łabędzie.
Mieliśmy z sobą dwie bułki na wypadek nagłego głodu, ale jedną zjadły nam ptaki...
Gdy skończyły się okruszki łabędzia rodzinka oddaliła się w równym szyku, po czym podpłynął tata łabędź, dosłownie ułożył skrzydła w serce, jakby chciał podziękować za poczęstunek...
Bywaliśmy na tym brzegu często, łabędzie i kaczki to tutaj swojski widok, ale tym razem ruszyliśmy dróżką wokół jeziora, bo słońce mocno przygrzewało. Dokonaliśmy pewnego odkrycia, mianowicie doszliśmy do urokliwej zatoczki, gdzie nie tylko było ciepło i bezwietrznie, ale to był ten właściwy ptasi raj. Na jeziorze zero lodu, cisza bez oznak jakiejkolwiek cywilizacji, słychać było tylko ptaki, głosy i szelest skrzydeł - kaczki, gęsi, łabędzie, łyski - reszty nie rozpoznałam, nie jestem ornitologiem, więc wybaczcie. Nie mogliśmy nasycić się tym widokiem.
Ruszyliśmy z powrotem dopiero gdy porządnie zmarzliśmy , a żołądki domagały się paliwa.
W drodze powrotnej na innym jeziorze widzieliśmy wędkarzy, łowiących ryby pod lodem. Siedzieli tam kilka godzin, że też im nogi do lodu nie przymarzły. Kawałek dalej dostrzegłam także spacerowiczów z dziećmi, wychodzących na środek jeziora i dwie dziewczyny na łyżwach.
Jak mówiłam, lód był spękany, choć gruby, a tyle się mówi, by nie wchodzić na lód, gdy przygrzewa słońce i mróz słabnie...
































