Okruchy pamięci

Podobno nasza pamięć przechowuje skrawki życiorysu od 4 roku życia. Ja odkryłam, że być może psychologowie mylą się, bo niektóre okruchy przetrwały w mojej pamięci w postaci zapachów, pojedynczych obrazów z okresu, którego tak naprawdę nie powinnam pamiętać...
Zawsze obiecywałam sobie zanotować niektóre ze wspomnień, a zwłaszcza te związane z osobami, które już odeszły, a którym wiele zawdzięczam. Iskrę wyzwoliła lektura książki Jadwigi Śmigiery "Zwariowałam" - obudziła pokłady wspomnień drzemiące gdzieś na dnie duszy i tylko mogę żałować, że ileś tam lat wstecz nie było takich narzędzi, które pozwoliłyby utrwalić opowieści moich przodków, a wiele już pewnie zapomniałam...

Od początku...
Gdy się urodziłam po moim mieście jeździły jeszcze tramwaje, ale tego już nie pamiętam. Teraz dwa fragmenty torowiska i jeden odrestaurowany wagon stanowią atrakcję turystyczną w pobliżu rynku. Od pierwszych miesięcy życia natura dbała o moją odporność. Pierwszej w moim życiu zimy panowały tęgie mrozy, a kamienica , w której mieszkaliśmy przemarzała, w niektórych miejscach lód pokrywał ściany od wewnątrz i podobno na mojej głowie pojawiły się wrzody, które smarowano jakimś kolorowym mazidłem, co przydawało mi ciekawego wyglądu. Wrzody zniknęły i legenda rodzinna głosiła, że od tego mam gęste i mocne włosy. W takich spartańskich warunkach mieszkaliśmy do ukończenia przeze mnie 4 roku życia. Przez ten czas nabrałam takiej odporności na wszelkie choroby, że naprawdę rzadko chorowałam, jak na dziecko chodzące do przedszkola. Z tego najwcześniejszego okresu zapamiętałam zapachy i mgliste obrazy, okazało się, że prawdziwe (zweryfikowali to po latach rodzice).

Nasza rodzina była trzypokoleniowa, mieszkaliśmy z dziadkami ze strony mamy, babcia nie pracowała zawodowo, dbała o dom. Ale o dziadkach i babciach przy innej okazji. Zapamiętane przeze mnie zapachy i dźwięki związane były ze zwierzętami, mieliśmy jamnika, białe myszki i jeża, gdzieś tam na pewno moja mama dokarmiała koty i ptaki. Znana była z miłości do zwierzaków, ale o tym później.

O jamniku także krążyła rodzinna legenda: pies traktował mnie jak własne szczenię, gdy odkrywałam się we śnie głośno szczekał, a w dzień nie dopuszczał nikogo do łóżeczka poza moimi rodzicami. Kiedyś zimą gdy mróz szczególnie dokuczał spałam wyjątkowo niespokojnie i zrzuciłam z siebie całą pierzynkę. Babcia próbowała mnie nakryć, ale jamnik nie chciał jej dopuścić do łóżeczka. Nie pomogła nawet wizyta drugiej babci, która także nie uzyskała pozwolenia na podejście do dziecka. Nie było rady, jedna z babć musiała pobiec do pracy po mojego ojca. Ponieważ sytuacja powtarzała się, a jamnik był nieustępliwy, po rodzinnej naradzie zapadła decyzja by oddać go w dobre ręce. Tak zwana wyższa konieczność, wprawdzie uznana przez wszystkich domowników, wzbudziła moje szczere oburzenie, gdy opowiadano mi tę historię po latach....

Ach, te rodziny...
Podobno wszyscy wywodzimy się ze wsi, co potwierdza połowa członków mojej rodziny, bo dziadkowie ze strony mamy właśnie na wsi się urodzili, a i w rodzinie mojego taty się zdarzyło, więc na wsi bywałam okazjonalnie i w wakacje.
Rodziny niegdyś bywały liczne: moja mama miała 6 rodzeństwa i była najmłodsza, a różnica wieku między nią i najstarszym bratem wynosiła 20 lat. Ale z kolei matka mojej babci czyli prababcia urodziła 19 dzieci, z czego do dorosłości dotrwały 3 siostry. Pozostałe dzieci umierały w trakcie porodu lub nękane chorobami. Przetrwały najsilniejsze.

Co ciekawe, dziadkowie przenieśli się do miasta, najstarszy syn został na wsi i tam gospodarzył, pracując jednocześnie na kolei. Jeden z synów znalazł się po wojnie aż w dalekiej Australii. Jako młodziutki chłopak, wracając z zawieruchy wojennej wsiadł na niewłaściwy statek, który wywiózł go na antypody. Tam zdobył wykształcenie i założył rodzinę. Do Polski przyjechał tylko raz w 1972 roku, ale nie zdążył zobaczyć się z ojcem czyli moim dziadkiem, który zmarł na 2 miesiące przed wizytą wujka w kraju ojców. Cóż , załatwienie spraw w komunistycznym kraju trwało długo, a dziadek umierał na raka. W pewnym stopniu historia powtórzyła się jak zły sen... 20 lat później mój wujek zaczął załatwiać wizy dla moich rodziców, aby mogli odwiedzić go w Australii. On sam nie mógł przelecieć, bo ciocia, chorująca na serce bała się zostać sama. Rodzice mieli lecieć w czerwcu, ja obiecałam zaopiekować się psem, mama kupiła upominki. Wtedy przyszła wiadomość jak grom z nieba: wujek zmarł na raka płuc i jak stwierdził jego lekarz, wzruszenie przed spotkaniem z ukochaną siostrą przyspieszyło rozwój choroby....

Mając liczne rodzeństwo, moja mama miała też dużą rodzinę,każde z rodzeństwa miało najmniej 2 dzieci, ale jak to bywa, rodzina trzyma się w kupie, gdy żyją rodzice,czyli dziadkowie. Gdy ich zabrakło, rozluźniły się też więzy rodzinne, umierali starsi członkowie familii, a ich dzieci czyli kuzynostwo widuje się rzadko lub wcale.
Mój tato ma tylko młodszego brata, bo siostra zmarła w czasie II wojny jako malutkie dziecko. Ciekawostką jest , że babcia ze strony taty miała 2 siostry, a dziadek 2 braci. Rodziny patchworkowe to wcale nie współczesny wynalazek: mój dziadek bowiem i jego bracia mieli różnych ojców i nosili różne nazwiska, wyglądem i charakterem też się różnili. Bardzo ciekawe są losy dziadków, zwłaszcza w okresie wojennym, nie wiem czy my na ich miejscu przetrwalibyśmy to, co było ich udziałem. Ale o tym później.


Przodkowie
Miałam dwóch dziadków i dwie babcie, co w dzisiejszych rodzinach nie jest takie oczywiste.
Nawet ich imiona wydają się nam dziś staromodne, chociaż moda na nadawanie dzieciom dawnych imion wraca.
Dziadkowie ze strony mamy to Tomasz i Marianna, oboje urodzeni na wsi, tam się poznali i pobrali, mieli siedmioro dzieci, 5 chłopców i 2 dziewczynki. Moja mama była najmłodsza. Najstarszy syn urodził się 17 lat wcześniej ,a babcia Marianna miała wtedy 20 lat… Dziś nie żyje już nikt z rodzeństwa mojej mamy. Z niektórymi kuzynami straciłam kontakt. Tak bywa.

Tomasz i Marianna przenieśli się do miasta, dorośli synowie poszli do pracy, po kolei zakładali rodziny. Dziadkowie zamieszkali razem z moimi rodzicami w starej kamienicy przy rynku, by po 4 latach przenieść się na bloki, bo mama zapisała się do spółdzielni mieszkaniowej.
Babcia nie pracowała zawodowo, dziadek Tomasz dojeżdżał do pracy w cukrowni kilkanaście kilometrów, a dojazdy wówczas wyglądały inaczej, niż obecnie. Wstawał o 4 rano, pracował długo, by zarobić na liczną rodzinę, wracał wieczorem, by zjeść kolację, położyć się spać i następnego dnia od nowa. Pamiętam go siedzącego przy stole z kubkiem herbaty i papierosem, w kubku obowiązkowo musiała być łyżeczka. Palił bardzo dużo śmierdzących papierosów, wysyłał mnie do kiosku po 5 lub 10 sztuk i szklaną lufkę. Zmarł na raka krtani w samą Wielkanoc 1972 roku.
Babcia Marianna była bardzo religijna, do tego stopnia, że jej nietolerancja wobec wszystkiego, co niekatolickie skutecznie zniechęciła mnie do praktyk religijnych. Dziś nie mam jej tego za złe, bo wiem, że wynikało to z jej pochodzenia i braku wykształcenia. Za to gotowała świetnie, potrafiła ugotować obiad na przysłowiowym kołku od kiełbasy… robiła świetne pierogi i zupy, typowe kujawskie potrawy. Mięsa jadało się wtedy mało, głównie w niedziele, ale zawsze był jakiś deser, a w sobotę pachniało plackiem. Nigdy nie widziałam, żeby babcia Marianna czytała cokolwiek poza książeczką do nabożeństwa i lokalną gazetą, a wychodziła z domu tylko do sklepu i do kościoła. Przeżyła dziadka o 12 lat, pod koniec życia straciła już kontakt z rzeczywistością, a moja mama powtarzała, że nie udała się panu Bogu starość.

Dziadkowie ze strony ojca to Alfons i Stefania, dziadka rodzina pochodziła z Grudziądza, babci z Inowrocławia. Dziadek już jako niemowlę podróżował koleją. Jego rodzice wyjechali bowiem na jakiś czas do Niemiec „za chlebem”. Podróż miała trwać długo, więc aby mały Alfons zbytnio nie marudził w podróży, prababcia dała mu mleka z wódką, co skutecznie uśpiło malucha na wiele godzin. Wrócili do kraju gdy dziadek miał 7 lat i wtedy chętniej mówił po niemiecku, niż po polsku, co na podwórku wśród rówieśników przysporzyło mu wielu wrogów, ale w czasie wojny bardzo się przydało. Co ciekawe, po wojnie dziadek niechętnie się przyznawał do znajomości znienawidzonego języka.
Dziadek pracował na kolei, babcia zajmowała się domem, ale dorabiała jako krawcowa, miała wiele klientek, często szyła po nocach, zwłaszcza gdy dziadek chorował i cały ciężar utrzymania rodziny spadł na babcię. A sama też nie była okazem zdrowia, miała cukrzycę, łuszczycę, a 3 porody ( każde dziecko po 6 kg) ledwo przeżyła. Ale nigdy się nie skarżyła, wręcz przeciwnie, pomagała jeszcze innym. Babci poświęcę więcej uwagi w innym miejscu, tak jak i przeżyciom wojennym dziadków.

Wakacje
Zarówno letnie jak i zimowe ferie spędzałam u babci Stefanii. Mieszkała wprawdzie w mieście, ale raczej na jego obrzeżach i blisko było do tzw.kozłówki czyli terenów porośniętych łąkami, między którymi rozciągały się stawy rybne. Tam mieszkańcy miasta łowili ryby, kąpali się, plażowali...
Blisko też było do lasu, na pola, do ogrodników, gdzie razem z babcią kupowałyśmy pomidory, truskawki, kwiaty na cmentarz. Tam też miałam koleżanki, z którymi bawiłyśmy się robiąc szałasy, szyjąc sukienki dla lalek. Gdy byłam starsza lubiłam podglądać jak babcia szyje na swojej starej maszynie SINGER, lubiłam bawić się guzikami i nićmi, których babcia miała całe sterty. Aby guzików nie trzeba było szukać godzinami, nawlekało się je seriami lub kolorami na cienkie druciki. W kuchni stał wielki dębowy stół, na którym babcia wykrawała elementy ubrań, potem fastrygowała. Różne panie przychodziły do przymiarki, ciągle coś się działo.

Babcia gotowała moje ulubione potrawy, razem chodziłyśmy do sklepiku w stylu składu Wokulskiego, gdzie stały wielkie słoje z tradycyjnymi słodyczami, a w gablotach uśmiechały się murzynki i drożdżówki. Bardzo lubiłam czerwone lizaki w kształcie kogucika.
W ferie zimowe lubiłam patrzeć jak babcia lub dziadek palą w wielkim piecu kaflowym w pokoju. Nie wstawałam z łóżka zanim piec nie rozgrzał pokoju, bo było bardzo zimno. Dziadkowie mieli tylko pokój z kuchnią, pokój był jednocześnie salonem i sypialnią, ale i tak całe życie toczyło się w kuchni. Woda bieżąca, oczywiście zimna była tylko w korytarzu. Jedyne czego nie lubiłam, to wychodek daleko za domem, zamykany na wielki klucz, bałam się, że wpadnę do tej dziury w ziemi, a wokół wszędzie były pajęczyny...

Czasami latem wyjeżdżałam na wieś do rodziny, jako najstarsza z kuzynostwa mogłam przypilnować młodsze dzieci, gdy dorośli zajęci byli w polu lub w gospodarstwie. Lubiłam wyjazdy na wieś, wszystko tam było atrakcyjne dla dziecka z miasta. Owoce zrywane prosto z drzewa lub krzewów, spędzanie całych dni na dworze, odkrywanie nowych zakątków (chociażby dorożki w starej szopie), poszukiwanie jajek w różnych dziwnych miejscach,bo oczywiście kury znosiły je wszędzie, tylko nie w kurniku.
Lubiłam wyjazdy wozem na łąki na sianokosy, a wracało się na szczycie wielkiej kopy siana i na wyboistych drogach trzeba było uważać, aby nie spaść. Nie lubiłam chodzić po rżysku, bo strasznie kłuło w stopy.
W upały wujek napuszczał wody ze studni do poidła dla koni, żeby słońce ją ogrzało i po południu mogliśmy kąpać się jak w basenie, bo poidło było duże. Lubiłam tez podglądać jak gospodyni robi masło z mleka prosto od krowy. Potem piliśmy pyszną maślankę, a gdy chleb smarowało się masłem, wychodziły na wierzch kropelki wody. Taki wiejski chleb ze świeżym masłem - cóż chcieć więcej?
Na koloniach jako dziecko byłam dwa razy: pierwszy i ostatni. Wcale nie z tęsknoty za domem, nie lubiłam spania na gwizdek, mycia się na gwizdek, posiłków w wielkiej stołówce, wieloosobowej sypialni i wielu innych rzeczy. No taka dziwna byłam, więc gdy syn odmówił wysłania go na kolonie, nie nalegałam...

Jako nastolatka jeździłam z rodzicami w Bory Tucholskie oraz wiele razy z chłopakiem, a późniejszym mężem do Warszawy, do jego ciotki Róży.Bardzo lubiłam te wyjazdy, ileż myśmy zwiedzali, czasem zamiast obiadu jedliśmy lody w Hortexie, a jeśli obiad to w barze mlecznym lub w słynnym barze Praha. Warunki mieszkaniowe, gdy ciotka mieszkała na Siekierkach były siermiężne, ale potem przeprowadziła się na Czerniakowską i tam już była łazienka i lepsze połączenia z resztą miasta.

Szkoła.
Lubiłam chodzić do szkoły na każdym etapie nauki. Lubiłam się uczyć, brać udział w konkursach i wielu zajęciach dodatkowych. Jak to mówią, może osiągnęłabym nawet więcej, ale zawsze byłam nieśmiałą aktorką drugiego planu, a zresztą co znaczy wątpliwy sukces w obliczu bycia szczęśliwym? Nauczycieli miewałam różnych, takich co potrafili zapalić młody umysł do poznawania świata i takich, co powinni zmienić zawód, niestety. Prawda jest taka, że jeśli ma się oparcie w rodzicach i samemu jest się ciekawym świata, to można to osiągnąć w każdej szkole, a doświadczenia zebrane w całym toku nauki utwierdziły mnie w przekonaniu, jakim nauczycielem i bibliotekarzem na pewno nie będę...
Moim największym rozczarowaniem były studia. Myślałam, że studia wyższe to coś magicznego, że zaczerpnę z tego źródła wiedzy i intelektualnych rozkoszy, dostępnego tylko nielicznym, a okazało się, że chwilami nie różni się to wszystko wiele od szkoły średniej...ośmielę się nawet stwierdzić, że liceum rozwinęło mnie bardziej, niż studia uniwersyteckie. Nie wiem jak jest dzisiaj, ale słysząc z różnych ust jak jest na wielu uczelniach, to też nie lepiej. Oczywiście zależy to pewnie od uczelni i kierunku, ale ego niektórych nauczycieli akademickich jest nadal rozdęte do granic wytrzymałości...

Dzisiaj uczniowie lub ich rodzice narzekają na przeładowane programy, na nadmiar zajęć. Gdy przypominam sobie, w ilu zajęciach pozaszkolnych brałam udział, to się dziwię, kiedy miałam na to czas i siły...ale komputerów nie było, a telewizji raptem 2 programy i to po południu. Oprócz lekcji w szkole, biegało się do kościoła na religię i próby chóru przy kościele, chodziłam też na próby chóru szkolnego. Biblioteka osiedlowa organizowała stałe zajęcia dla dzieci, bywałam też dyżurną w bibliotecznej czytelni. Tato zapisał mnie na zajęcia klubu osiedlowego, gdzie malarki ze mnie nie zrobili, ale pokonywałam swoją nieśmiałość na klubowych imprezach dla dzieci.
W czasach szkolnych dużo pisało się wypracowań, ja pisywałam też wypracowania dla mniej zdolnych koleżanek, bo nie sprawiało mi to trudności i nie potrafiłam odmówić. czytaliśmy też dużo lektur, chyba co miesiąc jakaś lektura była omawiana, a dziś pewnie ze dwie na rok bywają i jeszcze uczniom krzywda się dzieje.
Typem sportowca nigdy nie byłam, ale lubiłam jeździć na rowerze i na wrotkach, lubiłam wycieczki i każdą formę ruchu na świeżym powietrzu.
Moja przygoda z chórem trwała także w liceum, kiedy to śpiewałam w Zespole Kujawy, tańczyli uczniowie z bardziej reprezentacyjnym wyglądem. Czasy liceum wspominam bardzo dobrze, tyle ciekawych rzeczy się działo, tyle możliwości do wykorzystania, nawet udział w konkursach wiązał się z atrakcyjnymi dla mnie wówczas wyjazdami.
Studniówki odbywały się wtedy w szkołach, sami dekorowaliśmy sale, robiliśmy kanapki przy pomocy rodziców, stroje były skromne, w kolorach galowych czyli: czerń, granat, biel. Szaleństwo studniówkowego przepychu zaczęło się chyba w momencie wyjścia uroczystości ze szkół.

Praca
Jak mawiała kobieta pracująca w Czterdziestolatku, żadnej pracy się nie bałam i próbowałam sobie coś tam zarobić jeszcze w czasach szkolnych. Pierwszy pomysł wiązał się z łatwością pisania, napisałam kiedyś "książkę" w kilku egzemplarzach, okładki zszyłam wstążeczką i sprzedawałam koleżankom po 50 groszy (tyle kosztowała wtedy duża bułka lub lizak). Niestety nie zachował się żaden egzemplarz...
Potem była praca w restauracji w Ciechocinku, którą moja mama prowadziła z koleżanką, pomagałam w różnych pracach, a zarabiałam jako babcia klozetowa lub raczej jako wnuczka klozetowa. Kolejne etapy to praca przy obieraniu truskawek, praca wakacyjna w warsztatach szkolnych u przyszłego teścia, praca w drukarni jako pomoc do wszystkiego, a ludzie pracowali tam na akord, więc trzeba było zwijać się jak w ukropie. Obiecywali nie wiadomo jakie kokosy, a zapłacili marnie, ale dla studentki każda kwota była super!

W czasie studiów po każdym roku mieliśmy praktyki studenckie, można było wybrać miasto i miejsce praktyk. Była to praca bez wynagrodzenie, ale umożliwiała poznanie ciekawych bibliotek i dawała przydatne doświadczenie zawodowe. Po pierwszym roku pracowałam w bibliotece miejskiej w swoim mieście w dziale katalogowania. Po drugim roku wybrałyśmy z koleżanką Politechnikę Częstochowską, a raczej tamtejszą bibliotekę, gdzie nabywałyśmy wiedzy i doświadczenia w dziale opracowania nabytków, a głównie uczyłyśmy się nadawania zakupionym książkom symboli UKD czyli Uniwersalnej Klasyfikacji Dziesiętnej, co dla wielu adeptów bibliotekoznawstwa stanowiło niemały zgryz. Ja polubiłam to jak łamigłówkę.
Przez miesiąc pobytu w Częstochowie miałyśmy okazję często bywać na Jasnej Górze, a dzięki specjalnej przepustce mogłam zobaczyć przepiękną i cenną bibliotekę klasztorną.

Kolejna praktyka studencka odbywała się w Warszawie w bibliotece UW, ale miałyśmy też okazję zapoznać się z pracą Biblioteki Narodowej, zwiedziłyśmy pachnący jeszcze farbą Zamek Królewski. W Warszawie poznałam dwie fajne studentki z Krakowa, o których potem słyszałam, ze zostały misjonarkami. Przedtem oczywiście wstąpiły do zakonu. Nie dziwiło mnie to, gdyż już w czasach studenckich, będąc w stolicy zwiedziły wszystkie kościoły i raczej nie udzielały się towarzysko.
Praktykę w bibliotece UW wspominam bardzo dobrze, co tydzień pracowałyśmy w innym dziale, ucząc się wielu rzeczy, najbardziej podobały mi się dyżury w dziale informacji i realizowanie kwerend czytelników, często przez telefon, bo Internetu nie było, więc musiałam błyskawicznie odszukać informacje i podać rozmówcy przez telefon lub pokierować do odpowiedniego działu.
Był także czas, gdy musiałam popracować na roli, na szczęście krótko, bo to bardzo ciężka praca i każdy powinien jej spróbować, żeby nabrać szacunku dla pracy rolników. Moja mama pracowała jako księgowa w rolniczej spółdzielni (taki odpowiednik PGRów)i miała możliwość dzierżawienia pola. Wymyśliła ziemniaki. Trzeba było pielić, doglądać, zebrać, a wszystko siłami rodziny. Dla mnie koszmar! Robota od świtu, bo od 8 rano muszki nie dawały żyć, pole jak ocean i robota bez końca. A gdy opłaciło się wynajem worków, traktora z przyczepą itd. to wyszło na to, że lepiej pole komuś odstąpić i kartofle kupić w sklepie.

Po studiach zaczęłam pracę w szkolnej bibliotece i dziś uzmysławiam sobie, jak przez te wszystkie lata zmieniała sie szkoła i jak bardzo zmieniła się rola biblioteki w szkole.
Nie ograniczałam sie tylko do zajęć czysto bibliotekarskich. Aby nie popaść w rutynę próbowałam tego i owego, zresztą to taki zawód, który wymaga ciągłego rozwoju. Zainteresowałam sie profilaktyką uzależnień i prowadziłam zajęcia z uczniami najstarszych klas szkoły podstawowej oraz pierwszych klas gimnazjum. Bardzo ciekawe doświadczenie, trwające kilkanaście lat. Skończyłam 2-letnie studia podyplomowe w zakresie nauczania języka angielskiego w młodszych klasach, ale po kilku latach okazało się, że wymagania ministerstwa w tym względzie są wyższe od moich kwalifikacji i zaświadczenie potwierdzające moje uprawnienia do nauczania stało sie nieaktualne. Dwa lata nauki i wyrzeczeń poszły na marne, prawie, bo została znajomość języka i satysfakcja.

Jednym z moich doświadczeń, które także sobie cenię była praca w małym kasynie gry na etacie...sprzątaczki. Trudne do uwierzenia, ale tak było. Pracowałam tam około pół roku, do momentu zajścia w ciążę, pracując jednocześnie w szkole. Pewnego dnia dowiedziałyśmy sie z koleżanką, że znajomy kolegi otwiera kasyno i szuka zaufanych osób do sprzątania. Praca w godzinach rannych, bo kasyno czynne niemal całą dobę i w krótkim czasie trzeba było doprowadzić lokal do porządku 7 dni w tygodniu. Roboty nie było dużo, płacili świetnie, a nasłuchałyśmy sie takich historii o bywalcach kasyna, że głowa mała...

Muszę przyznać, że dorabiałam jak mogłam do skromnej bibliotekarskiej pensji, czekaliśmy z mężem na mieszkanie, więc pieniądze były potrzebne. Najmowałam się do prowadzenia imprez dla dzieci, na półkolonie, roznosiłam listy, szyłam znajomym ubrania, robiłam swetry na drutach.
Próbowałam nawet swych sił w założeniu spółki w zakresie rękodzieła , ale nic z tego nie wyszło, bo czasy były ciężkie, o surowiec trudno, a rękodzieło wtedy nie było w cenie. Poza tym przysłowie głosi - mówiły jaskółki, że niedobre są spółki...

cdn...

17 komentarzy:

  1. Asiu czy dobrze rozumiem ,że doczekamy się tu Twoich mniejszych i większych "okruchów pamięci"? U mnie z pamięcią kiepsko ,albo ten dawny czas był mało "ciekawy".Pamiętam wydarzenie z czasu gdy miałam około 5 lat.....myślę ,że dlatego,że było to coś "traumatycznego" dla 5-letniej dziewczynki.....

    OdpowiedzUsuń
  2. Grażynko, jak najbardziej, na razie robię notatki "na brudno" i w czasie notowania myśli tłoczą się lawiną...jeśli będzie to dla czytelnika ciekawe, to będę uradowana :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaczyna się frapująca historia....tylko pozazdrościć takiego "opiekuna",który tak Cię pilnował ,no właśnie jakbyś była jego dzieckiem.Niektóre legendy,opowieści pewnie usłyszałaś od seniorów w rodzinie. Mnie odkąd pamiętam wytłumaczono dlaczego od urodzenia miałam kręcone włosy.Wszystko przez to ,że jak urodziłam się ( w domu) to dziadek owinął mnie w kożuch.....i stąd to ,na co czasami utyskiwałam.Bo wiesz jak to jest -chce się to czego się nie ma więc ja chciałam proste włosy ,a nie takie co niekiedy doprowadzały mnie do szewskiej pasji.....
    Z przyjemnością będę czekała ....na cdn....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grażynko znam to, Ty marzyłaś o prostych, a ja zawsze chciałam kręcone, och życie!

      Usuń
  4. Cudne te wspomnienia - może to jest pomysł na książkę? Będę Cię dopingowała w pisaniu, podobnie jak Grażynka. Czytam teraz " Pod Wędrownym Aniołem" pani Chmielewskiej i ona ram pisze, że zdanie wypowiedziane przez kogoś ~" masz lekkie pióro" zadecydowało o tym że zaczęła pisać. Masz lekkie i bardzo ciekawe pióro - dodam I czekamy na ciąg dalszy. A włosy ... podobnie jak Grażynka, nawet czasami miałam ochotę je żelazkiem potraktować...

    OdpowiedzUsuń
  5. No ja aż do takich metod się nie zabierałam Gabrysiu.Ale to tak jest ,że zawsze a przynajmniej często chce się mieć inne niż się ma.Cierpiałam mając długie ,kręcone włosy od czesania przez mojego Ojca.Więc pierwsze co zrobiłam jako bunt to po zakończeniu szkoły podstawowej to poszłam do fryzjera i obcięłam włosy..na króciutko.Jakbym nie wiedziała ,ze one jeszcze bardziej będą skręcone.Ale byłam zadowolona z mojego "buntu" mimo tego co się działo później w domu...Lepiej nawet nie wspominać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj, dziewczyny i jak tu Was nie kochać? Nie da się! a tego pisania może być sporo, bo jak już zacznę...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawe te ..dalsze okruchy pamięci.Żałuję, że tak mało znam faktów z życia moich dziadków,babć> Tak mi się pomyślało o tych dawnych licznych rodzinach.Właściwie życie niektórych kobiet...to było:ciąża ,urodzenie ,króciutki "oddech" i znów.....Nie pochwalam dzisiejszego planowania ...bo czasami argumenty popadają w skrajności. Ale znów...rodzenie na ilość? I czy tylko można wytłumaczyć,że takie były czasy..?No ,ale już się nie wymądrzam. Czekam Asiu na dalsze....frapujące szczegóły...wspomnień.

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak mi się Asiu nasunęło.Kiedyś to kobietki rodziły takie 6 kilogramowe "maluszki",a teraz przeważnie takie "chucherka".Mój Mietek także przyszedł na świat jako "chłop jak dąb" jak opowiadała jego mama ,może nie całe 6 kg,ale 5 z kawałkiem miał.Cieszę się,bo na końcu..jest ...cdn czyli jeszcze będzie.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest naukowo udowodnione, że kobiety, które rodziły dzieci o wadze ponad 4 kg są narażone na ryzyko cukrzycy, moja babcia miała cukrzycę...

      Usuń
  9. Wakacje, o których piszesz ( w latach Twojego dzieciństwa).Podepnę się o tyle ,że pamiętam i też jeździłam na furze pełnej siana.Czasami także z rodzeństwem w stogu siana,ale odkąd przestraszyły mnie myszy ( a może to była jedna?).Taka mała myszka ale za bardzo ruchliwa jak na mnie. Parę lat temu w pracy mieli ze mnie ubaw,bo usłyszeli mój pisk,wszyscy się zlecieli ,bo grażynce dzieje się krzywda ,a ja wskoczyłam na krzesło i darłam się jak opętana,bo wśród papierów zobaczyłam myszkę....Jeszcze jak odchodziłam na emeryturę..wspominano moją przygodę. A takie lizaki w kształcie kogucika pamiętam ,też lubiłam je.Pamiętam także żniwa,robienie snopków,później młócenie.....spowodowałaś Asiu to ,że jednak przypominam sobie sporo ...z tamtych lat....Jedynie nie wiem dlaczego do tej pory nie przekonałam się do mleka ,a jeszcze cieplutkie ,prosto od krowy....dla mnie okropność.

    OdpowiedzUsuń
  10. Fajnie,że do odsłony "szkoła"..jest dalszy ciąg.Mam wiele podobnych odczuć,ot choćby odnośnie studniówek,strojów na nich.Teraz te studniówki to jak bale karnawałowe,a kreacje....Ten czas ,który nadszedł ,nie w każdym "szczególe" mi się podoba ,ale wszystko się zmienia,myślenie ,działanie.....Moim skromnym zdaniem "świat" podąża.....czasami widzę to w szarościach...ale za chwilę optymizmu troszkę ....i pokazuje się jakaś tęcza?
    Nie mam doświadczenia jeżeli chodzi o studia,gdyż co prawda dostałam się na nie,ale oczekując dziecka przestraszyłam się,że nie dam rady....wybrałam rodzinkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grażynko, każdemu co innego pisane, ja tez parę razy w życiu stchórzyłam, ale czy żałuję? Chyba nie.

      Usuń
  11. Właśnie poczytałam o Twoich różnych zajęciach więc pani Kwiatkowska przy Tobie to "pikuś" (taki żarcik).

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja również czekam na ciąg dalszy wspomnień. Bardzo ciekawe i dzięki nim wiem, że nie tylko zawód i patchworki nas łączą. Uwielbiałam koguciki na patyku i myszki z żelatyny, które gdy się ścisnęło zębami rozciągały się jak guma do żucia, której wtedy jeszcze w PRL-u nie można było kupić. Studniówkę(na której nie zamierzałam być)też pamiętam w czerni, bieli, granacie i niebieskim-jedyne dopuszczalne kolory strojów. Swoje pobyty na wsi wspominam podobnie, ja masło robiłam z babcią. Co do studiów zgadzam się z Tobą, że dużo(niepotrzebnej moim zdaniem)wiedzy teoretycznej, którą można zdobyć sięgając po książkę w chwili, gdy jest nam ona potrzebna, bez obciążania pamięci(np. jak się robi bibliografię albo jakie wydano bibliografie bibliografii). Ja na praktyce poza Warszawą byłam tylko raz w Toruniu(bo tam mieszkał chłopak, w którym się zadłużyłam, ale ponieważ mnie olał i na spotkanie nie przyszedł, to następne wszystkie odbywałam już na miejscu, jako pretekst wykorzystując po raz pierwszy i jedyny swoje kalectwo. Koniecznie spisuj nadal wspomnienia. Skarbnicą wiedzy o rodzinie była moja matka, ja nie słuchałam kiedy opowiadała, a teraz żałuję, chociaż nikt z rodziny nie pochwala moich ciągot do przeszłości.Do tej pory Joanna kojarzyła mi się z D'Arc, Chmielewską i moją synową. Od dziś wchodzisz to mniej lub bardziej zacne grono:bądź prawie święta jak ta pierwsza, pisz równie dobrze jak ta druga i miej synową mniej skrytą i zakompleksioną niż moja. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa i opowiedzenie także o sobie, stawiasz mnie w bardzo zaszczytnym towarzystwie, partnerka mojego syna jest fantastyczną osobą, więc chyba i na tym polu mam szczęście:-)

      Usuń