niedziela, 19 maja 2019

Z Krzysiem o kocie...

Krzyś wpada na dużej przerwie, jak zwykle zadyszany.
Staje koło biurka i jak zwykle ucinamy pogawędkę:

- Dzień dobry, oj przydałaby się winda!
- żartujesz, ja wchodzę kilka razy na dzień, mieszkam na trzecim piętrze i nie miewam zadyszki
- ale wie pani, ja mam pecha, deszcz pada i akurat na dużej przerwie, a chciałem iść na boisko
- na pogodę nic nie poradzimy, a co tam u Ciebie, dawno nie zajrzałeś
- byłem w kinie z mamą i wujem, z okazji urodzin, w dodatku były tańsze bilety
- a na jakim filmie?
- a takim dla dzieci, ale trochę dziecinny
- nie podobał ci się?
- tak sobie, ale przynajmniej sala pusta była, razem z nami 6 osób
- to szału nie było...

- A wie pani, namawiam mamę na drugiego psa, bo mój jest samotny, a mógłby mieć siostrę albo brata
- a co mama na to?
- nie chce słyszeć, bo niedługo urodzi drugie dziecko
- to będziesz miał siostrę lub brata, nie dziwi mnie więc, że mama nie myśli o drugim psie...
- ale to ja wyprowadzam psa!
- a jak zachorujesz lub będziesz w szkole, to mama będzie wychodzić z wózkiem i dwoma psami?
- no to może być kot, koty załatwiają się do kuwety
- a co twój pies powie na kota? zgodzą się w jednym pokoju?
- pies z kotem nie zawsze się kłócą, koleżanka ma psa i kota i żyją w zgodzie, nawet jedzą razem, ale nie z jednej miski, wiadomo
- a mama lubi koty?
- nie wiem, ale boi się, że kot zarazi małe dziecko jakąś chorobą...
- nie słyszałam o takim przypadku...

- Czy był już dzwonek na lekcję? bo mam sprawdzian, nie chcę sie spóźnić
- jeszcze nie było, wprawdzie hałas straszny na korytarzu, ale dzwonek raczej słychać, z czego sprawdzian?
- z historii, właściwie mam aż trzy sprawdziany
- trzy? niemożliwe, może być jeden tylko
- no tak , bo z anglika jest kartkówka, a z matmy poprawa sprawdzianu i muszę poprawić ocenę
- musisz czy chcesz?
- chcę, mówiłem pani, że z matmy mam plany, ale coś mi nie poszło...
- może plany masz zbyt ambitne?
- a co to znaczy?
- to znaczy, że planujesz więcej, niż jesteś w stanie wykonać...

I poleciał, bo dzwonek zadzwonił, oby sprawdzian dobrze mu poszedł.

czwartek, 16 maja 2019

Narzędzia i procedury...

O pedofilii powiedziano już wiele i równie liczne słowa jeszcze padną. Wypowiedziałam się wielokrotnie w komentarzach na innych blogach.
Dziś chcę nawiązać do bezpieczeństwa dzieci, bo sprawa nastolatka, który zabił nożem kolegę przeszła prawie bez echa.
Zapowiedziano natomiast kontrole bezpieczeństwa w szkołach przez odpowiednie organa.

Tak się zastanawiam właśnie, na czym te kontrole będą polegać?
Każda szkoła i placówka zajmujące się dziećmi i młodzieżą mają opracowane narzędzia i procedury postępowania w różnych sytuacjach, są regulaminy, statuty, kontrakty, monitoring, w niektórych szkołach nawet bramki elektroniczne i ochrona.
Problem w tym , że nie można sprawdzić ani przewidzieć intencji uczniów czy osób dorosłych.

Wielu rodziców
jest przeciwnych nawet monitoringowi czy zamykaniu drzwi szkół dla postronnych osób. Przecież rodzic ma prawo…
Rodzice mają wiele praw w szkole i słusznie, w końcu chodzi o ich własne dzieci, ale ich egzekwowanie nie może zaburzać pracy szkoły czy zagrażać bezpieczeństwu innych dzieci. Nauczyciel nie może rozmawiać z rodzicem na osobności, zostawiając jednocześnie klasę samą, bo rodzic nie mógł być na zebraniu.
Rodzice chodzący po szkole – przecież szukam tylko córki, bo zapomniała śniadania - ale bywało, że rodzic, wujek, babcia dokonywali samosądów na kolegach swojego podopiecznego, ojciec porywał dziecko, pijany wujek awanturował się z woźnym, jakaś mama krzyczy na wychowawcę przy uczniach - na to dzieci patrzą i nie czują się z tym dobrze, nie jest to też dobry przykład dla budowania wzajemnego szacunku.

Nauczyciele mają ograniczone uprawnienia – nie wiemy, co uczniowie wnoszą do szkoły w plecakach, jego zawartość uczeń może jedynie sam opróżnić, a jeśli nie zechce? Bywa, że mają noże, scyzoryki, zapalniczki, w gimnazjach zdarzały się petardy, piwo… przepisy nie pozwalają odebrać uczniowi telefonu, ani go wyłączyć , a uczeń może zrobić ukryte zdjęcia czy filmiki i zamieścić w Internecie.
Coraz więcej dzieci ma problemy emocjonalne, potrzebuje pomocy psychiatry, psychologa, leków, a tymczasem w szkołach często jeden pedagog szkolny musi wystarczyć na kilkaset dzieci.

W czasie przerw
nauczyciele pełnią dyżury, ale trzeba także pamiętać, że jest nas coraz mniej, były zwolnienia nauczycieli lub pedagodzy pracują w kilku szkołach, uzupełniając etaty, więc w czasie przerw przemieszczają się do innych placówek. Kto pracował kiedykolwiek z tak dużą liczbą dzieci na raz ten wie, jak trudno zapewnić bezpieczeństwo uczniom w każdym miejscu i w każdym momencie.
Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co uczniowie mają w głowach, w jakim stanie przyszli z domu
( ojciec pijany, mama wyjechała, starszy brat narkoman) czy biorą leki, czego się boją, do czego są namawiani przez rówieśników.

Presja jest ogromna, a pomocy znikąd, ileż to lat alarmujemy o dodatkową pomoc, władze jakby głuche na problemy, łatwiej wezwać dyrektora z nauczycielem do kuratorium i zbesztać.
W ośrodku specjalistycznym lekarz, wychowawca mają sanitariuszy do pomocy w razie ataku szału u pensjonariusza. Kogo ma do pomocy nauczyciel? Najwyżej swego kolegę, koleżankę.

Nawet nie spróbuję rozdzielić dwóch agresywnych ósmoklasistów, którzy są o głowę wyżsi ode mnie , że o sile nie wspomnę. Mogę jedynie prosić, przemawiać do rozsądku, nie wolno mi ucznia dotknąć, zrewidować, uczeń może wszystko, ze szkoły wyrzucą, gdy ma 18 lat czyli najwyżej w liceum.
Gdy nauczyciel zajrzy do szatni, toalety – może być oskarżony o wiele rzeczy, gdy nie zajrzy, a przemoc wydarzy się na jego dyżurze – zostanie oskarżony o brak reakcji.

Za chwilę podwójny rocznik uczniów w szkołach - ciekawe czy pani minister pomyślała jak w takim tłoku zapewnić uczniom bezpieczeństwo, ale to nie jej problem, to problem dyrektorów i nauczycieli.
Ile złego musi się stać, by ktoś dostrzegł wreszcie problem?

Jedna z nauczycielek próbowała opanować agresję młodszego ucznia, przyciskając go do ściany, obtarła dłonie do krwi, została pokopana i opluta… ale uchroniła drugiego ucznia, może przed najgorszym. Zyskała kilka siwych włosów.

Gdy zaatakowany zostaje lekarz, ratownik, pielęgniarka podpada to pod paragraf.
Uczniowie nie są przestępcami, trzeba brać pod rozwagę ich emocji, trudną sytuację rodzinną,presje rówieśników, choroby itp.
Nauczyciel jest w pracy, sam z całą klasą, bez realnej pomocy w danej sytuacji.

Gdy media donoszą o jakimś wydarzeniu na terenie szkoły – najbardziej denerwują mnie pytania: gdzie był nauczyciel, co zrobiła szkoła, czy dzieci są bezpieczne…

Między innymi w proteście przeciwko zrzucaniu całej odpowiedzialności na nauczycieli był kwietniowy strajk

poniedziałek, 13 maja 2019

Uczta dla zmysłów:-)

Na wstępie dziękuję za wszystkie miłe słowa!
Mieliście wszyscy rację - wyjazd na koncert to najlepszy pomysł ostatnich lat i najmilszy prezent, a emocje, które mi towarzyszą do teraz będą ze mną długo.
Koncert zaczynał się o 20.30, ale na stadion udaliśmy się dużo wcześniej, by znaleźć miejsca, co wcale nie było łatwe, bo na stadion waliły tłumy, nawet policja kierowała ruchem.
To był koncert dla 25.000 widzów!
Wyobrażacie sobie?
Tubylcy obeznani z imprezami stadionowymi wiedzieli, że lepiej przyjechać tramwajem, taksówką lub zostawić auto na ulicach odległych od najbliższego sąsiedztwa stadionu.
My od syna mieliśmy blisko, mały spacer.
Zabraliśmy tylko bilety, telefony i chusteczki. Zrobiliśmy dobrze, bo przy wejściach odbierano parasole, butelki z wodą itp.
Na miejscu można było kupić napoje w kubkach i ciepłe przekąski, ale to z koncertem tej rangi mi się nie komponowało.
Dotarliśmy do naszego wejścia nr 19. Kolejka najkrótsza z dotychczas mijanych, dobra nasza!
Podejrzałam, jak należy skanować bilety by wejść przez bramkę i zaczął się długi marsz po schodach.
Dla mnie to nie problem, całe życie chodzę po różnych schodach :-)
Z emocji nie zauważyłam, że weszliśmy niemal pod sam dach, widok na płytę stadionu zapierał dech, choć niektórzy mieli problem z wysokością.
Kilka osób pomyliło miejsca, przejścia wąskie, więc manewr między rzędami wymagał nieco odwagi...
Miejsca powoli zapełniały się, pod kopułą stadionu szybowały ptaki, jeszcze powietrze było ciepłe, grzały nas emocje.
Widownia w różnym wieku, zauważyłam nawet dzieci, słyszałam różne języki.
Osoby z trudnościami w chodzeniu miały nieco problemu z dotarciem na miejsca na trybunach, lepiej było na murawie, ale tam bilety dużo droższe...
Tak napisano o koncercie na portalu Głos Wielkopolski:

"25 tys. widzów oklaskiwało sobotniego wieczoru na Stadionie Miejskim w Poznaniu światowej sławy włoskiego tenora Andrea Bocelliego. Jego koncert uświetnił obchody setnej rocznicy powstanie Uniwersytetu Poznańskiego, ale zarazem był też finałowym akcentem trwającego w Poznaniu Międzynarodowego Festiwalu Universitas Cantat. Wybitny śpiewak z towarzyszącymi mu osobami przyleciał do Poznania prywatnym samolotem."

Przed występem Bocellego i jego gości poświęcono kilkanaście minut skromnej uroczystości.
Ponieważ koncert wpisywał się w obchody stulecia Uniwersytetu Poznańskiego, rozpoczęło go wykonanie pieśni „Gaudeamus Igitur” przez 120-osobową reprezentację chórzystów, biorących udział we wspomnianym festiwalu i poszerzoną orkiestrę Teatru Muzycznego w Poznaniu pod batutą Carlo Berniniego. Wersja, której dotychczas nie słyszałam, ciekawa aranżacja, śpiewy chóralne zawsze mnie zachwycają.

Na czas tego utworu wszyscy wstali, było bardzo uroczyście. Krótkie ( na szczęście) przemówienia wygłosili czterej rektorzy uczelni wyrosłych z Uniwersytetu Poznańskiego, a także prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

Głównemu wykonawcy towarzyszyli:
soprany Maria Aleida Rodriguez, Illaria Della Bidia, solo na flecie Andrea Griminelli, wspomniani chórzyści oraz para taneczna Maria Pawelec i Federico Zeno Bassanese.

Koncert podzielono na dwie, a właściwie trzy części. W pierwszej wysłuchaliśmy arii i pieśni ze znanych dzieł operowych, w drugiej można było zachwycać się muzycznymi tematami skomponowanym do filmów amerykańskich przez Ennio Morricone, wreszcie wzruszył nas wielki przebój Louisa Armstronga „What a Wonderful World” .
Ale prawdziwy aplauz i wzruszenie nastąpiły, gdy okazało się, że wysłuchamy duetu Andrei Boccellego z jego synem Matteo.
Jak oni śpiewali, po prostu rozkosz. Uważam, że syn , jeśli będzie wytrwały, zrobi większą karierę, niż ojciec, niesamowicie hipnotyzujący głos.

Nigdy nie myślałam, że będę płakać ze wzruszenia na koncercie i to niejeden raz!
Koncert zakończył sie około 22.30, ale owacje na stojąco i długie zachęty publiczności spowodowały, że artyści odwzajemnili się bisami, wśród których były utwory „Time To Say Goodbye” oraz „Nessun Dorma” Pucciniego.

Wiele osób ocierało łzy wzruszenia.
Znałam i słyszałam wiele razy prezentowane utwory, ale mówię Wam, usłyszeć i przeżyć tę muzykę na koncercie , a słyszeć z płyty, to dwie różne sytuacje.
Zachwycały nie tylko głosy solistów, zachwycało wszystko:
śpiew chóru, wirtuozeria flecisty, tancerze, orkiestra...

Szczerze powiem, że brak słów, by opisać wszystkie emocje tego wieczoru.
Wracaliśmy do domu syna powoli, bo powrót dotyczył jednocześnie 25 tysięcy ludzi, ale logistycznie organizatorzy zdali test na piątkę.
Spać poszliśmy bardzo późno, bo muzyka w głowie nie dawała zasnąć.
Powrót do Inowrocławia zaplanowaliśmy następnego dnia, a w drodze powrotnej wstąpiliśmy do klimatycznej karczmy na swojskie jedzonko i herbatę z cytryną, bo ziąb był straszny.
W pewnym momencie do karczmy zaczęli wchodzić uczestnicy wycieczki, same starsze osoby, niektóre miały problem z chodzeniem.
Zamawiali obiad, kawę, rozmawiali, pomagali sobie w różnych czynnościach. Nie wiem czy zwiedzali czy byli tylko przejazdem, ale fajnie, że korzystają z takich form, nie zamykają się w domu, szukają towarzystwa.

Na drodze lało jak z cebra, jechaliśmy ostrożnie, czego nie można powiedzieć o innych kierowcach, którzy nie zważali na ulewę, kałuże wody, koleiny...im droższy i większy samochód, tym bardziej brawurowa jazda.

Jeśli dobrnęliście do końca tej opowieści, to dziękuję raz jeszcze i przepraszam za nie najlepsze fotki, ale aparatu nie miałam, a moja komórka starszawa...

sobota, 11 maja 2019

Jadę...

Bilety dostaliśmy na gwiazdkę, pięknie zapakowane.
Koncert odbywa się w Poznaniu na stadionie Lecha.
Kto by pomyślał, że to już. Jak ten czas goni...
Emocje sięgają zenitu!

Pierwszy raz będę na tak dużym koncercie, do tej pory bywałam na średnich i całkiem kameralnych.
Mój mąż był kiedyś w poznańskiej Arenie na koncercie zespołu Marillion z Fishem jako solistą i wspomina do dziś.

Teraz wspólnie będziemy na koncercie Andrei Bocellego.
Koncert podzielony na dwie części, w pierwszej znane arie operowe i operetkowe, w drugiej lżejszy repertuar.
Zdjęć pewnie nie zrobimy, bo nie wolno wnosić nawet własnej wody, ale relacja będzie.
Wracam w niedzielę wieczorem.
Do poczytania:-)

(grafika - Flickr, na licencji CC BY-SA 2.0)

środa, 8 maja 2019

Oczko do oczka...

Dobrze jest umieć to i owo z robótek ręcznych, bo jest czym zająć ręce w długie zimowe wieczory (lub inne deszczowe).
Nabrawszy wprawy, można jednocześnie film obejrzeć lub muzyki posłuchać, dorobić do domowego budżetu lub naprodukować podarków na wszelkie okazje.

Swego czasu babcia nauczyła mnie szyć, matka chrzestna wprowadziła w tajniki robót na drutach, mama szydełkowania, a haftu uczyłam się sama.
Różnie z tymi robótkami bywało, czasem tak intensywnie uprawiałam rękodzieło, że porzuciłam je na długo, na rzecz innych życiowych atrakcji.

Najbardziej wszelkie samodzielne rękoczyny sprawdziły się w tzw. siermiężnych czasach PRL-u, gdy ani tkanin, ani włóczki, ani towaru gotowego w sklepach nie było. Ale od czego robótki i pomysłowość Polek.

Farbowanie tetry (tkanina na pieluchy), owczej wełny, szycie spódnic z tkanin do tego nieprzeznaczonych. Kto miał możliwość, kupował surowiec za walutę wymienialną w PKO. Na pisma o modzie i katalogi z wykrojami polowało się w antykwariatach.

Trochę żałuję, że niektórych dzieł nie uwieczniłam na zdjęciach, to znaczy kilka tak, ale zdjęcia są słabej jakości i nawet nie wiem już gdzie je trzymam...

Ostatnio wróciłam do robótek na drutach, co możecie zobaczyć na fotkach.
Takie rękodzieło uczy cierpliwości, zaprząta głowę sprawami odmiennymi od szarej codzienności i polityki, pomaga nie zardzewieć stawom, bywa pretekstem do rozmów z osobami o podobnych zainteresowaniach, a najważniejsze - cieszy mnie to zajęcie i w dodatku nikt nie ma podobnego swetra czy innej części garderoby.

Ostatnia robótka to moherowy sweter z cieniowanej włóczki. Takie włóczki zawsze łączę ze zwykłymi nićmi do szycia, by robota nie rozciągała się w praniu.
Gdy odwiedziłam sklep z tkaninami i działem pasmanteryjnym, to zdziwiłam się z bogactwem tkanin i dodatków do szycia, a mnogość rodzajów włóczki przyprawia o zawrót głowy!
Z pewnością więc na jednym swetrze się nie skończy.
Wiem, że wiele moich czytelniczek ma także sprawne ręce, a pracowitością im nie dorównam.
Robótki na drutach to nie tylko domena pań, wielu panów także uprawia ten proceder, kobiety z kolei nie zawsze lubią i umieją gotować.