poniedziałek, 15 lipca 2024

A to opowieść!

 

Swoją relację ze Szczawnicy rozpoczęłam już wcześniej  od spotkania z Anią. Później  wróciłam na chwilę do krynickich opowieści.

 Teraz z kolei zaczynam od końca, od ostatniego dnia pobytu w sercu Pienin, póki mam świeżo w pamięci ciekawa opowieść naszego przewodnika po maleńkim ośrodku historii turystyki górskiej przy schronisku na Orlicy.

Niezwykle sympatyczny gawędziarz, pan Ryszard Remiszewski, autor wielu publikacji o Pieninach, opowiedział nam historię o wielkiej powodzi w Pieninach i na Podhalu w 1934 roku, właśnie w lipcu. 

Trafiliśmy więc w rocznicę tych wydarzeń. Powódź tę nazwano powodzią stulecia!

A zaczęło się od pytania o piękny most na Dunajcu, który zobaczyłam na jednym ze zdjęć wystawy.

Most istniał do 1934 roku, a zniszczyła go powódź właśnie i nie tyle sama woda, co dom płynący wezbranym Dunajcem, który uderzył w ten most.

Dom ów był willą na półwyspie, niedaleko dzisiejszego schroniska Orlica. W willi tej bywali znani ówczesnego świata, m.in. żona marszałka Józefa Piłsudskiego.

W 1934 roku w lipcu deszcze padały obficie, ale nikt nie spodziewał się, że dojdzie do sytuacji, kiedy "domy rzekami płyną", a fala powodziowa wzrośnie do 7m wysokości.

(grafika - https://krakow.wyborcza.pl/krakow/56,44425,21690542,gdy-domy-plynely-powodz-stulecia-1934-w-malopolsce-zdjecia.html)

W willi na półwyspie bawiono się świetnie, grając namiętnie w brydża, kuchnia przygotowywała kotlety schabowe na obiad dla gości. Dom posiadał, jako jedyny w okolicy łączność telefoniczną ze światem, ale nikt nie wierzył, że gościom ośrodka może cokolwiek zagrażać. Oddział ratunkowy nie mógł przybyć na czas, bo drogi od Nowego Targu już były zalane, więc gdy przyszło do ewakuacji, mieszkańcy willi weszli do łodzi tak, jak stali, a dom porwała woda i poniosła Dunajcem.

Legenda głosi, że pewien kajakarz, szukający powodzian na rzece, wpłynął do willi i znalazł w kuchni smażące się jeszcze kotlety! 


Wystawa w mini muzeum pienińskim bardzo ciekawa. moją uwagę zwróciły mapy Pienin, wykonane własnoręcznie przez Edwarda Moskalę w 1956 roku. A nie było wówczas dronów czy zaawansowanej technologii topograficznej. Autor sam spenetrował szlaki turystyczne, naniósł je na mapę , a w dalszej kolejności wykonał tez mapkę skałkową Szczawnicy i okolic.


Poprosiłam o zdjęcie na pamiątkę naszego spotkania, dostaliśmy także jeden z numerów periodyku Prace Pienińskie, którego nasz przewodnik jest redaktorem naczelnym i w którym publikowane są artykuły, wiersze i zdjęcia o Pieninach współczesnych i dawnych.
Niewykluczone, że coś o tym jeszcze napiszę...


A na tym półwyspie sobie siadłam i o powodzi rozmyślałam...

piątek, 12 lipca 2024

Krynickie ostatki :-)

 Czas spędzony w Krynicy upłynął szybko. Przed wyjazdem do Szczawnicy wybraliśmy się na ostatni spacer, by nasycić oczy widokami charakterystycznymi dla tego uzdrowiska i poznać jeszcze to, czego nie udało się zwiedzić w czasie poprzedniego pobytu.


Kościółek drewniany Przemienienia Pańskiego, zaprojektowany przez Feliksa Księżarskiego i ukończony w 1963 roku, wzorowany na architekturze wschodnio chrześcijańskiej.


Obok muszli koncertowej na krynickim deptaku, popiersie naszego wieszcza Adama Mickiewicza.


Atrakcja dla dzieci małych i dużych - ciuchcia elektryczna, z której w czasie przejazdu lecą bańki mydlane...
My załapaliśmy się na niedzielny koncert orkiestry uzdrowiskowej, miło było posłuchać popularnych walców i marszów znanych kompozytorów , a wokół bujna zieleń i kwiaty na sukniach oraz kapeluszach pań!


Wreszcie cel naszego spaceru - muzeum Nikifora. Czekaliśmy nieco na otwarcie, podziwiając charakterystyczny błękitny budynek i urodę krynickiego deptaku.


Na wejściu wita gości sam gospodarz czyli Nikifor, jak sam siebie nazywał, łemkowski twórca samouk, analfabeta. Jego prawdziwe nazwisko, to Epifaniusz Drewniak, a pseudonim Nikifor oznacza "niosący zwycięstwo".


Wystawa muzealna obejmuje liczne portrety artysty, zrobione aparatami fotograficznymi przez innych twórców i dziennikarzy oraz namalowane autoportrety.
Są tam także zachowane przedmioty codziennego użytku, narzędzia malarskie oraz pieczątki zrobione przez Nikifora, którymi sygnował swoje prace sprzedawane w Krynicy kuracjuszom.


Powiększyłam zdjęcie bardzo cennego przedmiotu - modlitewnika Nikifora.
Jest to dzieło unikalne, stworzone przez młodego artystę, który nie posiadał własnego modlitewnika, a pragnął uczestniczyć we mszach cerkiewnych jak wszyscy. Jego modlitewnik, to 86 stron z obrazami scen biblijnych.


Druga wystawa w muzeum Nikifora opowiada o życiu i twórczości Jerzego Harasymowicza, literackiej grupie Muszyna oraz związkach poety z łemkowskim artystą. 


Pożegnanie z naszą ulubioną pijalnią czekolady, gdzie na ekranach starych telewizorów wyświetlany jest film o produkcji czekoladek, dookoła sal jeździ elektryczna ciuchcia, a lody są najlepsze na świecie!


Po raz drugi trafiliśmy do starej drewnianej cerkwi w Krynicy Słotwinach, tym razem przywitała nas pani przewodniczka, która opowiedziała nie tylko historię świątyni, ale też niezwykle smutne dzieje społeczności łemkowskiej tych okolic.
Refleksja pani przewodnik bezcenna - tylu turystów zmierza w kierunku wieży widokowej na Słotwinach, ale tylko pojedyncze osoby zaglądają do cerkwi, a jeszcze mniej zechce wysłuchać łemkowskich  opowieści.
Faktycznie, oprócz nas zajrzały może ze 3 osoby, ale tylko my zostaliśmy do końca prelekcji...
Nawet zapomniałam zrobić fotki w środku!

Następna opowieść będzie o Szczawnicy!

środa, 10 lipca 2024

Spotkanie w Szczawnicy

 Zostało mi podsumowanie pobytu w Krynicy, ale nie mogę dłużej czekać , by pochwalić się spotkaniem w realu z blogerką i pisarką - Anią z bloga Anna Pisze.

Wiedziałam, że wpada czasami do Szczawnicy, więc zaproponowałam wspólne wypicie kawy, jeśli los rzuci nas w to samo miejsce, w tym samym czasie.

Gdy zakwaterowaliśmy się na miejscu w Pieninach, w sympatycznej willi Szarotka, wysłałam wici i ustaliłyśmy szczegóły.

Dzień deszczowy, lekka trema, ale niepotrzebnie, bo Ania i jej mąż to nadzwyczaj sympatyczni ludzie, rozmawialiśmy o życiu i wędrowaniu, jakbyśmy znali się od lat.

Przy kawie i lokalnym piwku czas leciał szybko, ale nadchodziły czarne chmury i trzeba było wracać na nocleg. Na szczęście obyło się bez strasznej burzy, jedynie lało do końca dnia...

Cieszę się bardzo, że dane nam było spotkać się w realu i że kolejny raz przekonałam się, że jeśli na blogach nadajemy z kimś na tych samych falach, to w realu jest podobnie!

Dzięki takim spotkaniom poznałam osobiście Stokrotkę z Warszawy, Hanię z Wielkopolski, Gabrysię z Mysłowic, Olgę z Inowrocławia, Grażynkę z Dukli (telefonicznie) ... chyba nikogo nie ominęłam.

A jak tam Wasze spotkania w realu?