Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 sierpnia 2026

Ręce opadają...

 Mały przerywnik w pokazywaniu zdjęć, bo podzielić się muszę obserwacją z hotelowych restauracji.

Planując podróże wakacyjne, wybieramy różne hotele , pensjonaty, kwatery. Wygodną opcją jest hotel/pensjonat ze śniadaniem, bo nie w każdym pokoju jest lodówka, nie zawsze blisko do sklepu, a do śniadania jest także kawa i coś do kawy.

Zdarza się, że wykupimy obiadokolację, jeśli cena za całość nie powala, a w okolicy nie ma jakichś lokalnych smakołyków. Ta opcja, to także świeże owoce i warzywa, surówki, sałatki, soki  oraz przepyszne desery. 

Niekiedy czytam opinie gości o hotelowych restauracjach. Opinie bywają rózne, wiadomo, każdy lubi co innego. Jeśli znam oceniany lokal, mam możliwość zweryfikowania opinii w Internecie z tym, co widziałam na własne oczy.

 Co mnie dziwi?

Słyszałam na własne uszy w hotelowej stołówce, jak niektórzy marudzili - nie ma nic dla mnie! No naprawdę? wśród takiej obfitości jedzenia na każdy apetyt i żołądek? wśród takiej obfitości napojów, płatków, musli, naleśników, bułek, wędlin, serów, owoców i drożdżówek nie ma nic do jedzenia?

Jajka na 10 sposobów, sałatki, mleko zimne i ciepłe, kawa z expresu i rozpuszczalna, herbaty czarne i owocowe, owsianka, dżemy , orzechy i migdały... 

Zastanawia mnie, co tacy wybredni goście jadają w domu, jaki wybór potraw i produktów miewają w lodówkach lub domowej spiżarni?

Podziwiam kucharzy za kreatywność, by niczego nie zmarnować, podać estetycznie i odpowiednio doprawić. Dobrze, że taki kucharz, który od świtu jest na nogach by przygotować śniadanie na 7.30 nie widzi min niektórych gości. 

A może w tej całej obfitości smaków i obrazów niektórzy dostają małpiego rozumu? 

Oburza mnie także, nakładanie na talerze porcji wedle oczu, a nie żołądka, by potem zostawiać połowę do wyrzucenia. Naprawdę, niektórzy nie zaznali głodu i nie szanują pracy innych.

czwartek, 18 lipca 2024

Nie ma jak w domu!

 Nie ma to jak powrót do ulubionego fotela i własnego łózka! Podziwiam osoby, które przez większość roku żyją na walizkach... jednak miło wraca się do własnego domu.

Mimo dwóch tygodni naszej nieobecności w mieszkaniu przetrwały wszystkie moje rośliny doniczkowe. Podlałam je obficie przed wyjazdem, usunęłam z parapetów, zaciągnęłam rolety i to wszystko. Mniejsza cyrkulacja powietrza, to mniejsze parowanie i to zapewniło roślinkom przetrwanie. 

Nawet gdy jedziemy w całkiem zwyczajne miejsce, to już sama podróż staje się przygodą, urozmaiceniem codzienności!

 W trakcie podróży mogę podziwiać  przez okna samochodu krajobrazy, drewniane kościółki, zadbane małe miejscowości, na przystankach można spotkać kogoś interesującego lub poczynić ciekawe obserwacje. Nie rozumiem tylko dlaczego nawigacja prowadzi nas inną drogą do celu i inną do domu...ale to podobno sprawa algorytmów, które przeliczają drogę, uwzględniając korki, natężenie ruchu i te sprawy.


Uwielbiam te wszystkie mosty, kładki, czy znaki drogowe typu: uwaga na płazy!
Na jednej z dróg zauważyłam parę młodych ludzi na motocyklu, którego rejestracja wyglądała tak - MY LOVE 2
Zastanawiałam się, kto lub co jest miłością nr 1 motocyklisty ?


Pomachaliśmy z daleka klasztorowi kamedułów na krakowskich Bielanach. Wygląda jak żaglowiec na morzu zieleni!
Poprawiłam podpis pod zdjęciem, bo myślałam, że to Tyniec, tak pokazywały drogowskazy, ale faktycznie opactwo wygląda inaczej. KasiaZ w komentarzu wyłapała pomyłkę.
Jechaliśmy, klucząc  między burzami, koleżanka donosiła mi, gdzie akurat komórki burzowe powstają, a jej syn musiał przeczekać nawałnice na jakimś MOPie w podróży służbowej.

Tu przypomniała mi się zabawna scena z ostatniej nocy w naszym pensjonacie. Późny wieczór, zaczęła się burza, wyskoczyłam z łóżka, by zabrać z balkonu ręczniki. Wystawiłam głowę, a tu na sąsiednim balkonie jakaś para, i to już niemłoda stoi na golasa i podziwia błyskawice!
Schowałam się szybko, bo głupio mi się zrobiło, a potem długo nie mogliśmy z mężem zasnąć, bo zza ściany dobiegały odgłosy upojnej nocy w świetle błyskawic...


Mąż pieczołowicie zabezpieczył w bagażniku szklane pamiątki z gór, czyli lokalne piwo o trzech smakach. Kupiliśmy też kubek z parzenicą i koszulkę z góralem dla wnuka.


Podsumowanie krokomierza za okres naszego pobytu w Krynicy i Szczawnicy bardzo mnie ucieszyło, bo liczba kroków i spalonych  kalorii oznacza, że wszystkie lody jadłam bezkarnie! A przecież krokomierz nie podlicza trudów wspinaczki i wylanego potu! Najważniejsze jest, że jeszcze daliśmy radę:-)


Gdy wróciliśmy do domu i rozpakowałam walizki, zaczęło się powyjazdowe pranie, wieszanie i prasowanie. Wszystko schło błyskawicznie, bo upał nadal straszny.
Gdy wieszałam pranie na balkonie poczułam, że ktoś mnie śledzi. Okazało się, że to kot i pies sąsiadów, wyglądało to tak zabawnie, że musiałam zrobić zdjęcie!

Zanim wrócę do opisów szlaków pienińskich, muszę uporządkować zdjęcia i przemyśleć sposób ich prezentacji, bo chyba za dużo fotek zrobiłam...

piątek, 15 marca 2024

Migracje, migracje...

 

Zaglądam na różne blogi i czasami dziwię się, ile krajów odwiedzam za pośrednictwem ich autorów.
Wymienić wypada takie kraje jak Australia, USA, Norwegia, Belgia, Niemcy, Japonia, Irlandia, Holandia.

W dodatku autorzy zagranicznych blogów także podróżują i piszą o swych eskapadach, więc zakres wirtualnych podróży po  świecie ciągle się rozszerza.

Ta refleksja spowodowała, że zaczęłam rozważania o tym, jak wielu naszych rodaków mieszka w rozmaitych zakątkach świata. Te migracje nie ustały nawet obecnie. Gdy przyjrzymy się naszym sąsiadom, bliższej i dalszej rodzinie, znajomym to w każdym niemal domu znajdziemy członków rodzin lub całe rodziny, które wyemigrowały poza miejsce urodzenia. 

Możliwość podróżowania, pracy zdalnej, powszechna znajomość języków obcych, otwartość na świat u ludzi w różnym wieku spowodowały, że nasze dzieci, rodzeństwo, przyjaciele wybierają na miejsce do życia inne miasta w Polsce lub  inne kraje. A gdy mieszkamy w małym mieście, to zjawisko jest jeszcze bardziej powszechne.

W moim bloku, na 20 rodzin może tylko w dwóch przypadkach dzieci sąsiadów mieszkają w tym samym mieście, co rodzice, większość daleko od domu, także poza granicami kraju.
Pod nami stoi puste mieszkanie , bo cała rodzina wyjechała do Anglii i pojawiają się ze dwa razy do roku. 

Wśród znajomych znam przypadki, gdzie dzieci wyemigrowały, każde do innego kraju, co nie jest takie złe, gdy chcemy sami podróżować i mamy darmowe noclegi. Gorzej, gdy są to spore odległości. Znajoma wybiera się do syna do Nowej Zelandii, ale nie zazdroszczę podróży, która z przesiadkami trwa 36 godzin. Trochę bliżej jest do Francji czy Szwajcarii, ale nie są to tanie podróże, więc jak często można własne dziecko odwiedzić?

Córka znajomych mieszka w Norwegii, ale rodzice byli u niej tylko raz, ona przylatuje częściej, czasami korzystając z usług medycznych czy innych, bo są podobno tańsze w Polsce.

Czasami wyjazdy z dala od rodziny bywają czasowe, bo albo stypendium naukowe czy wymiana studentów, praca w jakimś projekcie międzynarodowym lub po prostu podróż życia w poszukiwaniu jego sensu.

Niekiedy miłość jest inspiracją do zmiany miejsca zamieszkania, gorzej, gdy polska wybranka trafia do nieznanej strefy kulturowej, do której nie potrafi się finalnie przystosować i wynikają z tego często niemałe dramaty. Ale widuje się także przedstawicieli obcych państw, którzy za pięknymi Polkami przyjechali właśnie do naszego kraju.

A ile powstało lub powstanie par polsko-ukraińskich czy polsko-białoruskich? Nie poznamy pewnie tej liczby, bo nie wszystkie związki są sformalizowane.

Z historii rodzinnych pamiętam, że jeden z dziadków wyemigrował z rodzicami czasowo do Niemiec za chlebem; brat drugiego dziadka pracował we francuskich kopalniach węgla; brat mojej mamy wyemigrował po wojnie do Australii; wnuki jednej z kuzynek mieszkają w Irlandii, a córka innej mieszkała kilka lat w Stanach, mamy też rodzinę w Szwajcarii.

Migracje były, trwają i będą, bo różne mamy potrzeby i z różnych pobudek zmieniamy miejsce zamieszkania. Niektórzy szczęśliwcy mają i domy w Polsce i w ciepłych krajach, mogą więc zimę przetrwać w znośniejszym klimacie...

piątek, 14 lipca 2023

Kilka refleksji...

....o podróżowaniu

Myślę, że postów o wyprawach wakacyjnych wystarczy mi na długo, więc żeby przerwać ciąg wyjazdowy, dziś kilka refleksji  jakie naszły mnie w trasie.

Po pierwsze -  wielkie tablice reklamowe przy drogach. Ja jestem pasażerem, ale wyobrażam sobie, jak to musi rozpraszać kierowców, zwłaszcza gdy skąpo odziana panienka w kasku reklamuje skład materiałów budowlanych. 
Mnie rozbawił napis Multibrandowy sklep sportowy (co Wy na to?)

Po drugie - wszechobecne śmieci, gdy obok puste kosze i worki na odpady, a już do szału doprowadzają mnie pampersy i puste puszki czy butelki po piwie na szlakach górskich. Nic to, że wszędzie prośby - turysto, zabierz śmieci ze sobą!

Po trzecie - jadąc bocznymi drogami, warto pomyśleć o zapasie paliwa i prowiantu, bo czasami kilometrami nie uświadczysz stacji benzynowej czy zajazdu, najwyżej wiejski sklepik spożywczy.

Po czwarte - ograniczone zaufanie do nawigacji, bo nawet najlepsza doprowadzi Was do stanu rozpaczy, gdy uparcie kieruje auto na boczne drogi, kręte i dziurawe, gdy po kilka kilometrach i tak wracamy na drogę główną...

Po piąte - ceny w lokalach  - ile trzeba się naszukać restauracji, gdzie podają naprawdę dobre posiłki w umiarkowanych cenach, gdy w innych jakbyś płacił za złote drobinki w kawie lub trufle w gulaszu... 
Skrajny przykład , jak dla mnie, to 15 zł za wodę mineralną lub 30 zł za parking! Spotkaliśmy także płatności za WC kartą i blikiem, nowoczesność nawet tam, gdzie król piechotą chodzi:-)

Po szóste - multimedia w muzeach. Rozumiem podpieranie się organizatorów audioprzewodnikami, to nawet dla zwiedzających jest lepsze, bo chodzisz we własnym tempie, przewijasz materiał, który cię nie interesuje. Natomiast filmy wyświetlane grupom  zamiast prelekcji przewodnika, to czasami przesada, zwłaszcza, gdy zwiedza się muzea na sąsiednim terenie i po raz trzeci wysłuchujesz tych samych informacji o budowie umocnień niemieckich w czasie II wojny czy polityce eksterminacyjnej III Rzeszy.

Po siódme - oferta turystyczna w Internecie, a realia  jakie spotykamy na miejscu. Nam w sporym procencie się udało. Dlaczego nie w 100% ? Pewne drobiazgi organizacyjne czy uciążliwi turyści nieco zepsuli idealny obraz wypoczynku, ale pewnie za ideał trzeba też więcej zapłacić. W tym miejscu należą się podziękowania dla pań z obsługi hotelowej, za ich życzliwość i uczynność :-)

Po ósme - dzieci w podróży. Nie mam nic przeciw dzieciom, sama mam małego jeszcze wnuka i rozumiem, że dzieci bywają żywe i głodne wrażeń, ale nie można robić sobie wakacji od kindersztuby. Zauważyłam także prawidłowość taką, że polskie dzieci są o wiele głośniejsze i bardziej rozbrykane od  dzieci "zagranicznych". Czy to dlatego, że są u siebie?

Po dziewiąte - kiedyś w Czechach można było płacić za bilety czy parkingi nawet w złotówkach, teraz tylko kartą z przewalutowaniem lub koronami.

Po dziesiąte - ubolewam nad tym, że gdziekolwiek nie pojadę, znika dzikość natury, a pojawiają się inwestycje deweloperów, niektórzy zaś chcieliby podjechać autem najlepiej na szczyt  lub na plażę wprost pod leżak...

Podsumowanie:

Uśmiech i wzajemna życzliwość na wakacjach ułatwiają życie. pamiętać także warto, że nie jesteśmy sami na tej planecie i inni też chcą wypoczywać w ciszy i czystym otoczeniu...

Do restauratorów i sprzedawców mały apel - turysta często oszczędza cały rok na krótkie wakacje, więc jeśli oskubiecie go niemiłosiernie i bez skrupułów, prędko nie wróci...