Papierologia i testomania to dwa zjawiska, które ze szkoły czynią miejsce odczłowieczone. Na wielu stronach i blogach poświęconych nauczaniu znalazłam rozważania zatroskanych belfrów, którzy woleliby pracować z uczniem zamiast z dokumentami, procedurami, średnimi z egzaminów.... Pani minister uruchomiła skrzynkę donosów dla zatroskanych rodziców, może to i dobrze, jeśli znajdą się szkoły oporne na sugestie rodziców. Problem jednak w tym, że kontrolujących nie interesują faktyczne problemy placówki, nauczycieli czy najważniejszych tutaj uczniów, interesują ich natomiast papiery: dzienniki, spisane procedury, zaświadczenia, oświadczenie, zgody itp.
Szkoła liczy się w środowisku jeśli osiąga odpowiednią średnią ze sprawdzianów zewnętrznych, jeśli dostanie odpowiednio wysokie oceny z ewaluacji, jeśli może pochwalić się dużą liczbą olimpijczyków. A co z atmosferą w szkole, czy pyta ktoś, jak dziecko czuje się w swojej klasie, czy chodzi chętnie, czy jeździ na wycieczki, jada posiłki, otrzymuje pomoc psychologiczną, logopedyczną, czy świetlica jest przytulna a biblioteka kupuje nowe książki? Wszyscy wiemy, z jakimi trudnościami borykają się placówki budżetowe i nie dziwi, że lepiej sytuowani rodzice zapisują dzieci do prywatnych szkół czy przedszkoli...często słyszy się od rodziców, że w tych prywatnych placówkach poziom wcale nie tak wysoki, ale dziecko czuje się jak w domu. Nic dziwnego, w szkole publicznej też by się tak czuło, gdyby klasy liczyły po 10 uczniów.
Kolejne szkolenia uczą nas, jak stosować nowe formy oceniania z przedmiotów, jak formułować cele lekcji, jak pisać wzorcowe scenariusze, jaki nacisk kłaść na rozwiązywanie testów, po których uczniowie zdolni, ale nie kujony osiągają często kiepskie wyniki. Co z tego, że na sprawdzianie nie wyszło, skoro dziecko piękne wiersze pisze, maluje konie, gra na skrzypcach, dużo czyta... Einstein w szkole nie był prymusem.
W tym wyścigu na średnie, słupki, konkursy i olimpiady zapominamy często, jak ważny jest proces motywowania do samokształcenia, podsycania w uczniach ciekawości świata, rozwijania zainteresowań, odkrywania przyjemności z czytania lub malowania, wreszcie budowania zaufania do dorosłych, którzy potrafią pomóc, uważnie wysłuchają, nie zlekceważą, podzielą się zwyczajnie bułką lub poczęstują cukierkiem.
Chcę wierzyć, że jeśli mniejszą wagę przywiązywać będziemy do wspomnianych średnich, a większą do psychiki uczniów, tym mniej będzie agresji i niechęci do szkoły jako takiej.
Praca z dziećmi daje wiele radości, ale przeradza się w zasmucającą rutynę, jeśli ważniejsze stają się dokumenty i nadążanie za statystyką, jeśli od fajnych pomysłów na ciekawe lekcje i zajęcia pozaszkolne bardziej liczy się, jak szkoła wypada na tle województwa czy kraju. Nie będę już wspominać o przekształcaniu bibliotek w magazyny podręczników, bo to już było...
Jak na ironię wybiera się co roku Nauczyciela Roku i często zwycięzcami są nauczyciele, którzy poświęcają swym podopiecznym wiele czasu i serca, często do późnych godzin wieczornych. Super i jestem za, tylko pytam: dlaczego oficjalnie wygląda to zupełnie inaczej i dlaczego ciągle bardziej liczy się dobry scenariusz niż dobre serce?


