Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lutego 2021

Przegadane, przemyślane...

 

Mówiono już wielokrotnie, że zmieniło znaczenie wiele nazw i symboli. 

Nawet najbardziej oczywiste, zdawałoby się sytuacje urastają do rangi absurdalnych i zadajemy sobie pytania o prawdziwy sens niektórych działań.

Ludzie rozmawiają ze sobą, obserwują, komentują,  może nawet intensywniej, niż to kiedyś bywało, bo brak nam  rozmów i spotkań, choćby przez telefon czy kamerkę. A z tych dyskusji wiele ciekawych refleksji wyłapać można.

Taka chociażby czerwona błyskawica używana na protestach kobiet, bo tęcza to już symbol dawno zdegradowany. Błyskawice pojawiły się niedawno, widuję za to coraz częściej te symbole w oknach domów, na szybach samochodów, bo choć w taki sposób niektórzy chcą pokazać swoje poglądy - czerwona błyskawica na czarnym tle i wszystko wiadomo.

Jestem jeszcze w stanie zrozumieć niechęć niektórych środowisk do owych protestów i czerwonych błyskawic, ale doprawdy nie potrafię i nie zrozumiem niechęci do czerwonego serduszka WOŚP.

Wymazywanie go ze zdjęć, zwalnianie ludzi za manifestowanie sympatii, przeganianie wolontariuszy, oskarżenia o różne machlojki... zawiść doprawdy krętymi drogami chadza.

Gdy tak spojrzeć na całe dobro, które czyni ekipa Jurka Owsiaka, to zachodzi pytanie, gdzie trafiają fundusze Ministerstwa Zdrowia czy NFZ? Zadłużone szpitale, niezakontraktowane zabiegi, kilkuletnie oczekiwanie na operacje...

Sprzęt szpitalny, karetki, sprzęt antycovidowy, szkolenia pierwszej pomocy i wiele innych - wszystko ze zbiórek Orkiestry. Czym leczyliby nas lekarze w szpitalach, gdyby nie sprzęt orkiestry?

Fundacje i osoby prywatne zbierają na budowę szpitali, specjalistycznych ośrodków i leczenie za oceanem lub zakup drogich leków w Polsce.

Jaki jest w tym udział naszego państwa?

Dla dzieci z rzadkimi chorobami zabrakło 20 mln złotych, gdy wielokrotnie więcej dostaje niejaki rydzyk na swoje fanaberie. 

Gdy znajoma znajomej zapytała swoją mamę, dlaczego wysyła 600 zł dla rydzyka, zamiast na chore dzieci, starsza pani odparła, że chore dzieci mają rodziców, a ojciec dyrektor to ostoja polskości i tradycji!

O matko i córko! Czyż jest bardziej szlachetny cel, z którego efektów wszyscy korzystamy, bo i na seniorów zbierano, a i nasze wnuki mogą kiedyś potrzebować.

 Wdowy , seniorki, emerytki w obronie rydzykowych wartości i wątpliwego patriotyzmu, kosztem nowych butów na zimę czy cieplejszego palta.

 O jakie walczą wartości i  w czym ów patriotyzm i tradycja się przejawiają?

Tradycja czego? Rozpasania dla wybranych i krzewienia nienawiści? Tej Polski dla Polaków tylko i tylko dla męża z żoną i gromadką dzieci na utrzymaniu państwa?

Wczoraj w rozmowie z koleżanką usłyszałam : wiesz, ja już nie potrafię być patriotką i chyba nie chcę, gdy widzę tych rydzyków, kaczyńskich, kurskich, lichockie i godek to mam ochotę wyjechać daleko, ale za stara jestem, by gdzieś tam w świecie zaczynać od nowa.

Ilu z nas ma czasem podobne myśli?

Na szczęście, obok tych, co wolontariuszy przeganiali, znaleźli się proboszczowie, którzy cały urobek z tacy kościelnej na WOŚP przekazali lub przynajmniej dzieciakom zbiórki pod kościołem nie utrudniali.

I cała armia tych, bez których wielkie dzieło pomocy nie mogłoby się odbyć. Mam nadzieję, że na 30 granie orkiestry Wielkich Serc Jerzy Owsiak dostanie Nobla.


I dlatego nie dołują mnie doniesienia o niektórych absurdach i postępkach na szczytach władz kościoła czy władzy cywilnej, bo jednak dobra w narodzie jest więcej, o czym można się przekonać, gdy opuści się swój bezpieczny zaścianek i z rodakami pogada...

Najlepszym przykładem covidowa rzeczywistość. Ile pomocy i życzliwości odczuło wielu z nas w podbramkowej sytuacji, nawet telefon z propozycją pomocy może podnieść na duchu. Gdy nie ma ktoś krewnych, a zdarzy się kwarantanna, nic tak nie cieszy jak świadomość, że zawsze możemy na kogoś liczyć, bo nie wszędzie wolontariusze z pomocą docierają...

Moja bratowa zapytała mnie kiedyś w imieniu swojej siostry, czy w razie zachorowania rodziny na covid, zajmę się psem przygarniętym ze schroniska, bo już raz przeżył traumę i nie chcieliby go znowu oddawać do psiego przytułku. Gest normalny dla mnie, nie wyobrażam sobie odmowy, ale dla kogoś wielka ulga i poczucie bezpieczeństwa.

Rozmawiajmy, wspierajmy choćby słowem, róbmy niespodzianki i drobne przysługi, które często nie kosztują wiele, a innym zmieniają szarą rzeczywistość w przyjazny i bardziej kolorowy świat.

czwartek, 3 grudnia 2020

Optymistycznie :-)

 

Takie historie czyta się z łezką w oku.

Na działkach pod miastem mieszkał w altanie bezdomny ze swoim psem. Obaj już niemłodzi, ale związani ze sobą i swoim miejscem.

Traf chciał, że właściciel psa trafił do szpitala i to na dłużej, pies zostałby więc sam, bez opieki, co zwłaszcza zimą mogłoby się skończyć źle.

Ale od czego dobrzy ludzie? Wszak działkowcy i zimą na działki zaglądają. Gospodarz ogrodów zaopiekował się psem, a gdy życzliwi nagłośnili historię, pomogła też Straż Miejska , kupując psią karmę i potrzebne rzeczy.  

 Miejscowa lecznica weterynaryjna zaoferowała opiekę dla staruszka na czterech łapach, który odwdzięcza się merdaniem ogona.

Pies jest wesoły, w dobrej kondycji i tęskni za swoim towarzyszem.

Stał się ulubieńcem miejskich strażników, którzy obiecali pomoc także po wyjściu ze szpitala bezdomnego właściciela psa.

A przeczytałam o tym na lokalnym portalu miejskim i postanowiłam podzielić się z Wami tą historią.

Budujące jest to, że w tak trudnym dla wszystkich czasie dzieją się tak optymistyczne rzeczy.

środa, 5 grudnia 2018

Serca z papieru ?


Akcja za akcją , do kosza kosz,
Zbieranie darów, do grosza grosz.
W oku kamery, gdy błyska flesz
To jakże hojny każdy z nas jest.

Tymczasem obok , pewnie pod czwartym
Czeka staruszka, serce otwarte,
Lecz oczy smutne, w dłoniach różaniec,
Czeka na próżno czy masz coś dla niej.

A gdy bezdomny w okno zapuka
By ogrzać serce i dłonie,
Co zrobisz, by sumienie oszukać,
Czy siądziesz z nim razem przy stole?

Jesteśmy lepsi, hojni, serdeczni
Gdy święta, choinka za progiem.
Ślemy życzenia naszym najbliższym,
Tęsknimy za podniosłym nastrojem.

W ciemnej uliczce, z dala od kamer
Spotkasz bliźnich z szarym obliczem,
Którzy nie liczą na żaden z darów,
Na miłość świata nie liczą.

Więc zanim włączysz się w ruch pomocy
Spektakularnie, na apel mediów,
Idź z miłosierdziem sam , osobiście
Tam, gdzie smutne mogą być święta.

piątek, 14 września 2018

Uciekinier...

Wracam z pracy i widzę z daleka, że na chodniku leży człowiek, trudno powiedzieć w jakim wieku, włosy w każdym razie siwe.
Samochody przejeżdżają, żaden się nie zatrzymał, z przeciwka chodnikiem zbliża się chłopak na rowerze.
Zatrzymuje się przy leżącym, coś do niego mówi. Podchodzę i ja, pytam co się dzieje, ale widzę, że człowiek przytomny,ale nie reaguje, tylko szuka lewą ręką czegoś na chodniku.
Ruchy ma bezładne, nie odpowiada na pytania, nie może wstać...
Na szczęście przy nas zatrzymuje się jakiś pan w małej furgonetce i w stroju roboczym wyskakuje z auta, które zostawił na światłach awaryjnych.

Droga prowadzi do galerii handlowej, więc niezadowoleni kierowcy trąbią na zawalidrogę.

Kierowca próbuje podnieść mężczyznę z chodnika, ten nadal nie rozumie lub nie może odpowiadać...

Wyciągam komórkę i dzwonię na 112.
Zgłasza się operator. Opowiadam co się dzieje, łączy mnie z pogotowiem. Trochę to trwa.
W międzyczasie kierowca próbuje posadzić delikwenta na ławce, ten zaczyna się rozbierać, z kieszeni polówki wypadają jakieś kartki.

Pogotowie zgłasza się, więc udzielam wyczerpujących informacji o zdarzeniu, gdy tymczasem mężczyzna wyrywa się kierowcy i oddala . Informuję więc operatora z pogotowia, że pacjent zbiegł.

Otrzymuję odpowiedź, że na siłę nikogo nie ma obowiązku ratować, więc pożegnałam się i rozłączyłam.

Na jednej z kartek, które wypadły uciekinierowi z kieszeni znajdujemy numer telefonu i nazwisko.
Tym razem dzwoni kierowca, krótko rozmawia i rozłącza się.

Pytam, co powiedzieli - odpowiada, że osoba po drugiej stronie słuchawki kazała dzwonić na policję...

Oczywiści nikt z nas nie zadzwonił, bo co mielibyśmy powiedzieć?

sobota, 25 sierpnia 2018

Trzeźwienie w szpitalu...

W drodze do parku byliśmy świadkami sceny ulicznej, wbrew pozorom wcale nie rzadkiej.
Na trawniku leżał mężczyzna, obok klęczał drugi, próbując nawiązać z leżącym jakiś kontakt.
Na jezdni stał trzeci, prawdopodobnie wyglądał karetki, bo ciągle zerkał a to na trawnik, a to na drogę i patrzył na zegarek.

Jak zwykle w takich przypadkach zebrali się także gapie i dało się słyszeć rzucane co chwila uwagi:

- Pijak jeden, południa jeszcze nie ma, a już pijany!
- Pijak też człowiek, a może zasłabł?
- Pijany czy trzeźwy, pomocy udzielić trzeba.
- Nie zostawisz pani jak psa na trawniku!
- Pijanych to do izby wytrzeźwień...

Była w naszym mieście Izba Wytrzeźwień, ale uchwałą Rady Miasta zlikwidowano. Nie wiem czy z oszczędności czy z innej przyczyny, w każdym razie osoby nietrzeźwe wozi teraz pogotowie ratunkowe , a klienci karetek obsługiwani są w szpitalu na cito.

Krąży nawet dowcip lokalny, że jeśli chcesz być przyjęty bez kolejki w szpitalu, upij się solidnie, ktoś wezwie pogotowie i zajmą sie tobą od razu jak należy.

Nie wiem jak zakończyła się ta historia, pewne jest, że zdarzają się zasłabnięcia na ulicy , które przypominają nieprzytomność spowodowaną pijaństwem...

Moja kuzynka pracowała kiedyś jako inkasent parkingowy. pewnego dnia znaleziono ja, leżącą na trawniku, o małe co nie została okradziona, bo ludzie myśleli, że popiła w pracy i trzeźwieje. Okazało sie, że miała wylew krwi do mózgu. Zanim udzielono jej pomocy, stan był już poważny i do dziś nie uzyskała pełnej sprawności.

Aby wyczerpać temat - wypada jeszcze naświetlić, jak to wygląda z punktu widzenia pacjenta czekającego w izbie przyjęć.

Znajoma zawiozła chorego męża, bo czuł się coraz gorzej, czekali na oględziny lekarskie. Gdy mąż wszedł do gabinetu, żona czekała w poczekalni, a z pokoju obok dochodziły jakieś hałasy, krzyki, drzwi otwierały się i zamykały. Przybiegł sanitariusz do pomocy kolegom.

Nagle na korytarz wyszedł lekarz i poprosił znajomą, aby zmieniła miejsce oczekiwania, bo w sali mają agresywnego pijanego mężczyznę i może być nieprzyjemnie lub nawet niebezpiecznie...
Zdziwiona przesiadła się daleko od tej sali i pomyślała sobie - czy szpital powinien zastępować izbę wytrzeźwień?

piątek, 27 lipca 2018

Anielska ławeczka

Kiedyś w oknie wystawowym ujrzałam taki napis:
Wszyscy jesteśmy aniołami z jednym skrzydłem - tylko w obecności innych aniołów mamy możliwość pofrunąć...

Niech te słowa będą mottem dla przedsięwzięcia, do udziału w którym zaprasza nasza blogowa koleżanka Gabriela Kotas.
Spełnia swoje pasje, pisząc dla dorosłych i dla dzieci, spotyka się z czytelnikami swoich opowiadań i wierszy, szydełkuje, prowadzi blog.
Na własny koszt wydaje tomiki, wsparcie znalazła w swoim wspaniałym mężu i przyjaciołach.
Sama także często bierze udział w różnych akcjach charytatywnych, ofiarowując swoje tomiki, aniołki i misie robione na szydełku.

Dziś zaprasza nas, by wesprzeć Jej nowy projekt i mieć możliwość subskrypcji kolejnego tomu poezji pod tytułem ANIELSKA ŁAWECZKA.
Nie trzeba więcej słów z mojej strony, bo autorka przygotowała piękne zaproszenie, sami wysłuchajcie i zdecydujcie:-)

KLIKNIJ W NAPIS 'Anielska ławeczka'- pomoc zamiast kwiatka

niedziela, 20 sierpnia 2017

Plecami do świata?

Podbudować wiarę w ludzkość lub ją stracić można na różne sposoby.
Obok przejawów obojętności czy okrucieństwa nawet, trafiamy przecież na przykłady wspaniałych odruchów serca czy po prostu zwykłej życzliwości.
Swoją drogą, czy zauważyliście, że dzisiaj za heroiczne czyny uważa się zwykłe ludzkie odruchy, jak właśnie pomoc drugiemu człowiekowi?
Ale nagłaśnianie ich być może przypomni niektórym, jak trzeba się zachować.

Jak długo można powtarzać:
- to nie moja sprawa,
- mnie to nie dotyczy
- nie mam na to wpływu
- mam inne zmartwienia

To nie Twój problem? Za chwilę może się okazać, że znajdziesz się w podobnej sytuacji i wtedy inni, powtarzając to co Ty teraz, odwrócą się do Ciebie plecami...
Pierwszą sytuację zaobserwowałam w sklepie obuwniczym, gdzie kupić można także torby.
Do sklepu wjechał starszy pan na wózku, który obsługiwał jednym palcem, ledwo można było go zrozumieć. Poszukiwał torby z wieloma przegródkami, bo stara się podarła, więc zastąpił ją futerałem od aparatu fotograficznego, ale to nie to samo.

Obawiałam się, że sprzedawczyni, zobaczywszy kalekę, zbędzie go szybko, a tu miła niespodzianka. Pani przeprosiła nas na chwilę i cierpliwie pokazywała panu na wózku wszystkie męskie torebki, a nawet damskie, które za męskie mogły uchodzić. Pokazywała przegródki, informowała o cenie.
Niestety, wszystkie okazały się zbyt duże lub zbyt drogie.
Klient podziękował i pojechał dalej...

Druga scenka
miała miejsce w piekarni. Kupowaliśmy chleb, gdy dziewczyna układająca pieczywo, chwyciła nagle bochenek i kilka bułek i wybiegła przed sklep. Okazało się, że wyniosła zakupy dla starszego pana na wózku, który czekał przed oknem wystawowym. Przywitała go słowami:
- Oj, przepraszam, nie widziałam pana, bo byłam zajęta, chyba długo pan nie czekał?
Wzięła od stałego klienta pieniądze i zaniosła do kasy.

Od koleżanki wiem, że pewnej starszej pani, która nie może chodzić na obiady do restauracji, w której wykupiła abonament, bo ma problemy z chodzeniem kelner przynosi codziennie obiad, bo klientka mieszka blisko , a jest to niecodzienna usługa, gdyż restauracja nie prowadzi kateringu.

Oczywiście podbudowujące mogą także tzw. ludzkie zachowania wobec zwierząt, gdy czytamy lub słyszymy, że ktoś prowadzi schronisko dla rannych zwierząt, że na odległej plaży ludzie ratowali zabłąkanego wieloryba lub czyścili skrzydła ptakom po katastrofie tankowca na morzu.
Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby dobrowolni ofiarodawcy nie przesyłali fundacjom pieniędzy dla chorych, bo na państwo liczyć nie mogą.

Byłam pełna podziwu dla młodych ludzi, którzy spontanicznie i dobrowolnie pojechali na tereny objęte katastrofą po burzach na zachodzie naszego kraju i pomagali obcym ludziom w uprzątaniu gospodarstw, domów, lasów, dróg. Równie wspaniale zachowali się ci, którzy bezinteresownie dostarczali wolontariuszom żywność, przygotowywali posiłki itp.

Wiele jest w życiu sytuacji, gdy możemy coś zrobić dla innych, nie zgodzić się na coś, co jest sprzeczne z naszym sumieniem czy światopoglądem, sprzeciwić się złu lub przeciwstawić głupocie. Czasami jednak tego nie robimy, bo tak wygodniej, czasami inni nas zawstydzają swoim postępowaniem, a czasami tylko kibicujemy, z powodu własnych ograniczeń, poczucia bezradności lub z innych przyczyn...

Dlaczego o tym piszę?
Takie naszły mnie refleksje po przeczytaniu krótkiego tekstu współautora blogu, do którego link TUTAJ
Tekst wstawiam za pozwoleniem autora:

KONKLUZJA
Do każdego można się odwrócić … (na początek łagodnie rzecz ujmując) plecami. Bez wyjątku każdemu pokazać można palec wskazujący wypięty pod niebiosa. Ale czasami do każdego przyjdzie życie i zmusi, żeby powiedzieć „proszę”. Dupą bardzo trudno się mówi „proszę”. A nawet wtedy trzeba mieć komu.

wtorek, 6 grudnia 2016

Mikołaju, nie przynoś mi prezentów...

Kiedyś czytałam swojemu synowi, później swoim czytelnikom piękną i mądrą książkę DROGI MIKOŁAJU, PROSIMY NIE PRZYJEŻDŻAJ DO NAS W TYM ROKU....
O czym jest książka?
W dużym skrócie - o listach pisanych przez dzieci do Mikołaja. Zatroskany Mikołaj i jego pomocnicy nie mogą sie nadziwić wzrastającej zachłanności dzieciaków na coraz droższe zabawki, bo nie proszą o misie, słodycze i inne zwyczajne rzeczy, ale o komputery, pieniądze, telefony itd.
Wśród tego ogromu korespondencji znalazł się list grupy dzieci zatroskanych o los swoich rówieśników w krajach trzeciego świata i zrezygnowały z prezentów dla siebie na rzecz pomocy dla głodujących, chorych, bezdomnych na całym świecie.
Stąd właśnie tytuł książki. Mikołaj wraz ze swoimi pomocnikami jedzie do Afryki by kopać studnie, uczyć uprawy roślin, organizuje nauczanie itp.
Zapytałam uczniów, kto byłby w stanie zrezygnować ze swoich prezentów na rzecz osób potrzebujących pomocy? Część dzieci odpowiedziała szczerze, że nie zrezygnowałaby z prezentów, ale chętnie podzieli się pieniędzmi ze skarbonki lub kieszonkowym. Były także dzieci, które bez zastanowienia zaoferowały pomoc, rezygnując z prezentów. Nie wiem, jak mogło być naprawdę, nie wiemy czy sami zrezygnowalibyśmy z prezentów pod choinką.

Piszę o tej książce nie tylko przy okazji Mikołajek, ale głównie dlatego by mieć dobry wstęp dla polecenia akcji charytatywnej FUNDACJI SŁONECZKO.
Najlepiej posłużę się słowami z innego bloga, który propaguje anonimową zbiórkę funduszy:



O jakie tu pieniądze chodzi? O każde! O ten jeden procent z podatku, o drobne na piwo, którego z jakiegoś powodu nie kupimy, o wyraz wdzięczności, którego przyjaciel nie chce przyjąć i nie bardzo wiadomo co z tym zrobić… Ja wiem – powiedz mu, że wpłacisz na Niedźwiadka Koala do fundacji „Słoneczko”.
Czujesz, że masz zobowiązanie wobec przyjaciela i on nie chce tego przyjąć – powiedz mu, że wpłacisz to na fundację „Słoneczko” – i on będzie zadowolony, i Ty, i jeszcze ktoś!
Jeżeli są jeszcze jakieś pomysły na finansowanie Naszego Niedźwiadka, to bardzo proszę!!!


A teraz jeszcze fundacja i konto:
Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „SŁONECZKO”
77-400 Złotów, Stawnica 33A
konto: 89 8944 0003 0000 2088 2000 0010

w tytule wpłaty podać subkonto osoby, której chcemy przekazać naszą wpłatę: 442/P
Można też rozliczyć PIT na stronie fundacji:
Fundacja Słoneczko
KRS: 0000186434


Kto nie chciałby wcielić się w rolę Mikołaja lub jego pomocnika? Ja chyba skorzystam z odpisu podatkowego w rozliczeniu PIT, bo co roku 1% przekazujemy na jakąś organizację, więc teraz nie muszę szukać :-) A jeśli na pomoc czeka jeden z blogerów, to tym bardziej akcja bliska sercu, bo kto jak nie MY?

niedziela, 27 listopada 2016

Dobre serce...

Braci było dwóch, a tak różnych, jak tylko bracia mogą sie różnić i właściwie nie o wygląd chodzi, ile raczej o charaktery i podejście do życia.
Starszy ożenił się i miał dzieci, młodszy został z matką, którą zaopiekował się na stare lata. Mieszkali w małym miasteczku, w starej kamienicy z piecami na węgiel, więc pomoc syna przydawała sie starszej pani, nawet gdy była jeszcze sprawna i samodzielna.
Młodszy syn był bardzo pracowity, dojeżdżał codziennie do pracy do dużego miasta, żyli z matką skromnie, więc na wszystko starczało. Matka ze skromnej emerytury pomagała starszemu synowi i wnukom.
Starszy syn miał skłonności do popadania w tarapaty, bo jak mówił rodzina kosztuje, a robota się go nie trzymała... Kiedyś poprosił młodszego o podżyrowanie pożyczki, pieniądze GDZIEŚ sie rozeszły, pracy nie było, więc pożyczkę spłacał młodszy brat. Niektóre problemy bracia zresztą ukrywali przed matką, żeby jej nie martwić.
Po pewnym czasie w ślady ojca poszedł jeden z synów starszego brata, więc były już dwie rodziny oczekujące pomocy. Każde dodatkowe pieniądze i premie świąteczne szły na pomoc dla rodziny.
Gdy zmarła matka obu braci i babcia wnukom, ani starszy brat, ani jego dzieci nie mieli już powodów aby krępować się prosić o pomoc. Przez pewien czas nawet młodszy brat gościł bratanka z rodziną, żywił ich i opierał, organizował potrzebną odzież i drobiazgi dla dzieci.
Na szczęście bratanek z żoną wyprowadzili się do dużego miasta i wydawało się, że młodszy z braci odbije sie od dna. Marzył o kupnie nowego samochodu, bo stary się sypał, a codziennie trzeba dojeżdżać do pracy.
Odwlekał jednak kupno nowego auta, jakby przeczuwał, że znów pojawią się kłopoty. Jakby zgadł. Nie dość, że starszy brat od jakiegoś czasu miał odcięty prąd, bo nie płacił rachunków, to jeszcze , po odrzuceniu kolejnych ofert z urzędu pracy, eksmitowano go z mieszkania.
Dzieci odmówiły przyjęcia ojca do siebie, nad bezdomnym i jego żoną ulitował się znowu młodszy brat. Idzie zima, święta za pasem, więc rodziną trzeba sie zająć. Może na wiosnę, gdy poszukają pracy...
Wszyscy wiedzą przecież, że na młodszego z braci zawsze można liczyć, bo on ma takie DOBRE SERCE...

środa, 5 października 2016

Ośmioro wspaniałych...

Nie pomyliłam tytułu.
Klasyczne kino, jakie pamiętamy z lat 60-ych doczekało sie nowej wersji w iście amerykańskim stylu. Z przyjemnością obejrzałam w kinie SIEDMIU WSPANIAŁYCH, film nakręcony w świetnej obsadzie, przypominający charakterem oskarową produkcję Django. Oczywiście żaden ze mnie krytyk filmowy, więc proszę nie sugerować się za bardzo, to moja prywatna opinia. Western nie jest moim ulubionym gatunkiem, ale bywają takie filmy, których wymowa zapada głęboko w myśli, a w kinie wgniata nas w fotel.
Film krwawy, więc jeśli ktoś nie lubi krwi i śmierci na ekranie, to niech sobie odpuści. Idąc do kina zadawałam sobie pytanie - co jeszcze można zrobić z tak znanym motywem, co nowego można pokazać widzom, mającym w pamięci film z Yulem Brynnerem i Stevem McQueenem ? Nie rozczarowałam się i polecam. Dobór aktorów do galerii postaci występujących w filmie, jak dla mnie wspaniały, ale najbardziej zaskakujące jest powierzenie roli inicjatora zdarzeń kruchej kobiecie, która determinacji i odwagi ma za dwóch kowbojów.
I właśnie ODWAGA jest chyba głównym motywem w tym filmie. Odwaga, nie oznaczająca jednak bezmyślnego biegania z bronią i strzelania do wszystkiego co się rusza, ale odwaga przeciwstawienia się silniejszemu od siebie w imię odzyskania własnej godności, niezależności i poczucia sprawiedliwości.

Zatytułowałam post "ośmioro wspaniałych", gdyż dla mnie kobieta stająca u boku siedmiu facetów o wątpliwej reputacji w obronie swego domu i sąsiadów zasługuje na miano bohaterki, dorzuciłabym jeszcze jako dziewiątego wspaniałego reżysera, który miał odwagę zmierzyć sie z klasykiem i nakręcić własną wersję. Galeria postaci jest tak różnorodna, że o każdej można by esej napisać i nie są to charaktery kryształowe, każdy mógłby trafić do piekła za dotychczasowe dokonania na tym świecie, ale w opowiadanej historii nie o to przecież chodzi.
Chodzi o pomoc ludziom w potrzebie i nie tyle o pomoc konkretną, choć taka też występuje, ile o pomoc w znalezieniu w sobie sił i determinacji do walki. Nie każdy rodzi sie wszak bohaterem.
Ileż to razy my sami godzimy się na to, co przynosi nam los, co zastajemy w miejscu pracy, na ludzi, jakich spotykamy. Niektórzy z nas najpierw nadstawiają drugi policzek, bo tak ich wychowano, bo urodzili sie na klęczkach i tak żyliby do końca, gdyby...
Gdyby nie jakaś osoba na ich drodze, jakiś impuls, który wyzwoli całe pokłady buntu i bohaterstwa.
W myśl zasady, że lepiej umrzeć w walce o lepsze jutro, niż żyć na klęczkach i pozwolić innym na ograniczanie naszej wolności - cokolwiek to znaczy.
Podobno zbytnia pokora i uległość wzbudza w prześladowcy jeszcze większą agresję, trzeba więc nauczyć sie przeciwstawiać, nawet dla zachowania własnej godności, by zawsze patrzeć w lustro bez obrzydzenia.
Nauczmy się walczyć lub pomóżmy innym zawalczyć o siebie.

sobota, 2 kwietnia 2016

To wcale nie jest śmieszne czyli 500 +

Wielu rodziców ucieszy się z programu 500+ i dla wielu będzie to istotna pomoc, dobrze wydana. Nie chcę tutaj odnosić się do samego programu, bo nie jestem ekonomistą i dziecko mam już dorosłe.
Po drugie , jeśli pieniądze się należą, to rodziców sprawa, na co je wydadzą. Od wielu osób jednak wiem, że program ten nie zmotywuje aż tak wielu rodzin do powiększenia stanu dzietności, na ile liczy rząd.
Tym razem chcę opowiedzieć anegdotę napisaną przez życie, choć tak naprawdę historia ta anegdotą chyba nie jest...
Chłopiec lat 8 obserwowany przez wychowawcę zostaje skierowany do psychologa na rozmowę, bo dzieją się z nim dziwne rzeczy. W gabinecie Maciek nie bardzo chce powiedzieć czemu zmienił zachowanie na gorsze i nie ma zadań domowych. Gdy w końcu otwiera się mówi, że źle sypia, bo rodzice ciągle się kłócą. Dodam, że Maciek jest czwartym dzieckiem, przy czym dwoje pierwszych jest dorosłych, a siostra chłopca czasowo przebywała w domu dziecka, bo rodzice pili i zaniedbywali ją. Chłopiec zapytany o co kłócą się rodzice, odpowiedział, że o program 500+
Ale dlaczego, przecież dostaną dużo pieniędzy? No właśnie! I kłócą się, kto ma położyć na nich łapę, mama czy tata!
Prawda, że wcale nie śmieszne?

sobota, 16 stycznia 2016

Jak płachta na byka...

Wokół siebie mamy różnych ludzi: obcych, bliższych lub dalszych znajomych, przyjaciół. Jednych lubimy mniej, innych bardziej, z niektórymi łączą nas stosunki zawodowe. Dziś chcę wspomnieć o takim typie ludzi, którzy działają czasami na nas, jak płachta na byka. Nic nam nie zrobili, ale nie są też obojętni, bo każdorazowa ich obecność w pobliżu lub zwrócenie się bezpośrednie z jakąś sprawą powoduje szczękościsk i jak to mówią: nóż się w kieszeni otwiera...
Mam w pracy koleżankę, która tak właśnie na mnie działa i zastanawiałam się nieraz, co jest tego powodem. Ma trochę denerwujący sposób bycia, ale nie ona jedna, bywa uprzejma, nigdy nie zalazła mi za skórę (no może raz), ale gdy przychodzi z jakąś sprawą, zaraz robię się sztywna. Oczywiście uprzejmość nie pozwala mi łamać zasady dobrego wychowania i staram się być pomocna.
Nie cierpię jednak gdy muszę tłumaczyć owej koleżance po raz piąty to samo i widzę, że ona nawet nie stara się zapamiętać, a następnym razem zaczyna się od nowa. Zagryzam wtedy wargę lub liczę do 10 i nikt nie chciałby słyszeć wówczas moich myśli.
Na dodatek, gdy ostatnio już chciałam ją obsztorcować, że wreszcie mogłaby postarać się zapamiętać i poćwiczyć w domu, ona mi na to:
- dziękuję ci za pomoc tym bardziej, że gdy mi wszystko tłumaczysz nie przewracasz oczami jak inni i masz tyle cierpliwości...
Po takim zdaniu mój wewnętrzny złośliwy chochlik zwija się w kłębek ze wstydu. Z drugiej strony wolę jeśli ktoś przyzna szczerze, że prosi o pomoc, bo nie ma zamiłowania do jakiejś czynności i w życiu się tego nie nauczy, niż kombinuje jak koń pod górkę i tak mnie zmanipuluje, że niby pomagam dobrowolnie, ale w głębi duszy czuję się wykorzystywana.

Rozważania na temat ludzi, którzy działają na nas jak przysłowiowa płachta na byka przypomniały mi zasłyszany przypadek, mówiący o tym, że pewne małżeństwo nie mogło doczekać się potomstwa i po wielu badaniach lekarze nie potrafili wskazać przyczyny. W końcu ktoś podsunął teorię, że żona może być uczulona na nasienie męża lub na niego samego. Para rozstała się i każde z małżonków wstąpiło w nowy związek. Gdy spotkali się po latach, okazało się , że bez problemów doczekali się dzieci z nowymi partnerami.
Czyli można zaryzykować stwierdzenie, że nasienie mężczyzny działało na komórkę jajową kobiety jak płachta na byka...

wtorek, 17 listopada 2015

Luksusowa kobieta...

Znałam panią Czesławę jako dziecko i nastolatka. Pracowała w banku, ubierała się elegancko, nigdy nie widziałam jej z siatkami zakupów. Jej mąż był stroicielem fortepianów, pani Czesia była jego drugą żoną. Czasami odwiedzali ich synowie pana domu, światowi ludzie, dla mnie stanowili taką samą egzotykę, jak przybysze z dalekich lądów. Państwo T. przyzwyczajeni byli do pewnych luksusów: perfumy, dobre trunki, codziennie gazeta do śniadania i świeżutkie pszenne pieczywo, najlepsze wędliny (wówczas nierealne), bomboniery itp. Skąd to wiem? Bo jako dziecko biegałam po te gazety i pieczywo zmuszana przez babcię, która z nami mieszkała, a do państwa T. czuła jakąś dziwną atencję. Gdy zmarł stroiciel fortepianów pani Czesława została sama jak palec, synowie męża przestali ją odwiedzać, a ona sama żyła we własnym świecie, nie utrzymując specjalnie kontaktu z sąsiadkami.
Przejście na emeryturę zapoczątkowało upadek pani T. gdyż załapała się na emeryturę ze starego portfela (za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć) i zaczęło brakować na podstawowe potrzeby, nie mówiąc o tych luksusowych. Najpierw pożyczała od moich rodziców np. na opłacenie telefonu lub spłatę zadłużenia za prąd lub gaz. Potem zaczęła oszczędzać na jedzeniu, kurczyła się w sobie , co widać było gołym okiem. Pomocy nie chciała przyjąć, bo niczego nie potrzebowała (jej słowa). Czasami wyrzucałam jej śmieci lub coś kupowałam, czasami to co kupiła sama, a jej nie smakowało przynosiła dla naszego psa. Nie potrafiła zrezygnować jednak z perfum, wizyt u fryzjera, koniaku.

Gdy zachorowała, jedna z sąsiadek, która była pielęgniarką zaopiekowała się panią Czesławą, umówiła wizytę, załatwiła opiekunkę z PCK.
Lekarz powiedział, że pacjentka jest niedożywiona, zamorzyła się i traci siły witalne. Opiekunka przynosiła obiady, ale podopieczna mało co lubiła. Opiekunka zasugerowała, ze uczesze panią Czesię, to zaoszczędzą na wizytach u fryzjera. Na to pani T. oburzyła się, że z wizyt u fryzjera nie zrezygnuje. Kiedyś opiekunka wściekła się, bo pani T. za ostatnie pieniądze koniak kupiła, a do renty jeszcze daleko było.
Na kilka lat straciłam z oczu panią Czesławę, a gdy zobaczyłam ją po długiej przerwie, prawie jej nie poznałam. Z kobiety eleganckiej, pachnącej perfumami, dostojnej zmieniła się w zasuszoną starowinkę, w zniszczonym ubraniu, która w końcu trafiła do domu opieki, gdyż nie była w stanie mieszkać sama, a i sąsiadki obok też były już stare i schorowane.
Taka w tej historii skojarzyła mi się refleksja, że dla odrobiny luksusu i zachowania resztek godności pani Czesława była w stanie poświęcić zdrowie, a może i życie...

piątek, 29 maja 2015

Nauka poszła w las...

Jeszcze raz sprawdziła się teoria, że dawanie komuś rybki zamiast wędki nie daje na dłuższą metę dobrych rezultatów i nie mówię tu o wędkowaniu. Chcę opisać incydent, który podkopał(nieco) ideę pomagania bliźnim lub raczej udowodnił, że pomagać powinno się pośrednio, a nie poprzez dawanie wszystkiego na tacy.
Wyobraźcie sobie ucznia klasy 5. Smutne oczy, buła w ręku, na imię ma Arek. Rodzina biedna, chłopiec obiady i śniadania dostaje z MOPSu. Za wstawiennictwem pani pedagog pomogłyśmy Arkowi zrobić album o roślinach trujących ( a właściwie koleżanka zrobiła za niego, bo nie ma biedak na ksero, bo praca na wczoraj - ale nie mówcie nikomu).
Arek dostał też segregator i koszulki. Pani od przyrody oceniła, chłopiec dostał piątkę, my przeszczęśliwe, że mogłyśmy pomóc. I co? Następnego dnia Arek przychodzi z zapytaniem czy zrobimy następny album, tym razem o szlachcie polskiej na historię. Pytam na kiedy? Na jutro! Tu mną trochę wstrząsnęło, bo wiem, że takich prac nie zadaje się dziś - na jutro, a historia raz w tygodniu. Pytam więc od kiedy wie i czemu na ostatnią chwilę? On mi na to, że mama kazała. A ty? Wzruszył ramionami.
Próbowałam dotrzeć do niego gadką umoralniającą, że pomogłyśmy, bo wyjątkowa sytuacja, bo czas naglił, ale teraz może sam spróbuje przy naszej pomocy itd.
Nie skorzystał...

piątek, 20 lutego 2015

Dotacje na kulturę...

NIK zabrał się za kontrolę dotacji, które przekazywane są lub raczej powinny być na konta instytucji tworzących kulturę przez duże K z Ministerstwa Kultury. Okazało się, że z ponad 130 mln złotych należnych tym instytucjom przekazano mniej niż połowę i nikt nie wie, co stało się z resztą należnej kwoty. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż sporo z tych funduszy przekazano na Świątynię Opatrzności Bożej(oczywiście cały czas jest mowa o tym, że to głównie muzeum, a nie kościół).Dyrektorzy szkół muzycznych na przykład przyznają, że nawet nie znali wysokości dopłat z ministerstwa, o które mogliby się ubiegać, a luki w dofinansowaniu łatali, sięgając do kieszeni wychowanków. Rodzice tychże łożyli chętnie na naukę, ale już budynki często popadają w ruinę. kwitnie za to budowa świątyni, jakby tych rzeczywiście w Polsce brakowało. Spojrzeć wystarczy na stan wielu zabytkowych budowli czy szkół w małych miejscowościach, aby zadać sobie pytanie: jak długo jeszcze ilość kościołów w Polsce będzie przeważać nad placówkami dbającymi o rozwój ludzi młodych? Niedawno oglądaliśmy protest mieszkańców małej miejscowości przeciwko likwidacji tamtejszego domu kultury, gdzie dzieciaki mogły sensownie spędzać czas. A słyszał ktoś o likwidacji kościoła, bo mało wiernych lub nieopłacalne utrzymanie? A przecież wszyscy do tego dopłacamy. Gdyby kościół miał utrzymywać się tylko z datków od wiernych, wtedy pewnie okazałoby się, ilu tak naprawdę mamy w kraju katolików, bo niektórzy twierdzą, że 99% ! To reszta chyba w podziemiu...

wtorek, 17 lutego 2015

Gwiazdy pomagają...

Pomaganie uszlachetnia, uwrażliwia, często powoduje, że przestajemy narzekać na swoją sytuację, bo przecież inni maja gorzej, a nie narzekają. Wiele jest fundacji, osób, organizacji służących pomocy w różnych aspektach. Niestety obserwuję też tzw. gwiazdy, inaczej celebrytów, którzy chcą się przypomnieć lub wypromować dzięki akcjom charytatywnym. Osoby takie nie oferują konkretnej pomocy, tylko jak podkreślają, użyczają swej znanej twarzy i nazwiska dla promocji idei. Czasami tak bywa, że znana postać kieruje uwagę innych na to, co mówią zwykli ludzie. Wczoraj zwrócił moją uwagę spot, na którym Robert Lewandowski przemawia w imieniu chłopca z Syrii czy Libii, wokół którego giną ludzie. Głosu nieznanego nikomu malucha nikt nie usłyszy, ale Lewy ma jakąś siłę przebicia.
Bardzo szanuję działalność takich osób, jak Janina Ochojska, Anna Dymna, Jerzy Owsiak, którzy wiele swego życia poświęcają autentycznie na pomaganie konkretnym ludziom. Natomiast żenują mnie gwiazdorskie chwyty typu: oddam suknię na aukcję, wylicytujcie moje pióro wieczne, kupcie mój autograf, kto da więcej... Bo dawać to mamy my, szara masa, którą zachwycić winien gest celebryty, on dał gadżet - wy płaćcie.
Bogata Angelina Jolie podróżowała po Afryce, bo współczuła głodującym dzieciom, jeden z drugim pojechał na Ukrainę, żeby strzelić sobie sweetfocię na tle barykady, pani Kwaśniewska odwiedzała strajkujące pielęgniarki w geście solidarności, podczas gdy jej okulary przeciwsłoneczne kosztowały więcej, niż pensja pielęgniarki.A już do furii niemal doprowadziło mnie stwierdzenie, że Naomi Campbell walczy z ebolą na wybiegu! Czyli, że co robi? Może mi ktoś wyjaśni...
Do hojnych gestów namawiają różne media, a ile księgowość tychże mediów przekazała dla potrzebujących? mamy wysyłać esemesy, też parę razy wysłałam, ale gdy obejrzałam program o tym, ile z tych esemesów trafia naprawdę do potrzebujących i jakie pomaganie ma autentycznie sens, to trzy razy się zastanowię, zanim ulegnę presji szumnych akcji i spektakularnych zbiórek.