Nie wiem czy załatwialiście cokolwiek w urzędzie państwowym w okresie covidowym, ale moje doświadczenia to materiał na ponurą komedię, o ile taki gatunek istnieje.
Próbujemy uporządkować sprawy spadkowe po teściach, segregator z dokumentami pęcznieje, jakby chodziło o skomplikowane sprawy rodziny Rockefellerów.
Moja wyobraźnia nie ogarnia na przykład, po co notariuszowi numer Pesel osoby, która zmarła 30 lat temu, skoro jest akt zgonu? Tak naprawdę , gdy odebraliśmy akt ślubu teściów, to okazało się, że są w nim wszelkie dane osobowe, łącznie z danymi dzieci zmarłych, ale to dla urzędnika za mało. Wiadomo przecież, że za każdy dokument płaci petent 22 zł. Podobno kwitnie w Polsce cyfryzacja i mamy całe ministerstwo do tych spraw, tymczasem wydziały jednego urzędu nie przekazują danych między sobą. Nie dość, że wrzucamy wnioski o wydanie dokumentów do skrzynki, to jeszcze z jednego działu odbieramy je osobiście, po umówieniu się z urzędnikiem, inne natomiast przychodzą listem poleconym. Z tego samego urzędu!
W dodatku trzeba wiedzieć, jaki wniosek pobrać ze strony urzędu w konkretnym dziale i jeszcze mieć w domu drukarkę by go wydrukować. Pobieraliśmy jeden z wniosków dwa razy, bo okazało się, że są dwa bardzo podobne i konia z rzędem temu, kto zgadnie który dokument wypełnić.
Mąż podsłuchał rozmowę petenta z pracownicą, która dyżuruje przy urnach dla klientów wysokiego urzędu. Pan napisał wniosek o zgodę na wybudowanie szamba. Pani pyta, do kogo ten wniosek, bo trzeba do właściwej urny wrzucić.
- pani kochana, nie wiem, skąd mnie wiedzieć takie rzeczy,...
- to nie wie pan, do kogo się zwraca z wnioskiem?
- chcę wybudować koło domu szambo, nie wiem do jakiego wydziału go kierować, gdyby urząd był otwarty, to bym poszukał, a pani nie wie?
To jak w tym powiedzeniu - prowadził ślepy kulawego!
Nie wspomnę nawet o tym, że w większości urzędy wszelkie pracują w godzinach dogodnych jedynie dla emerytów i bezrobotnych, a na dokumenty czeka się co najmniej tydzień.
W innym urzędzie umawiasz się z panią na odbiór zaświadczenia po 2 tygodniach, bo wniosek wysłany mailem zaginął i czekasz na zimnie pół godziny, bo pani załatwiała innego petenta telefonicznie, a hol urzędu przestronny jak lotnisko...
Sukces jednak osiągnięty, segregator gruby, resztę dokumentów dostarczy rodzina z daleka i miejmy nadzieję, że notariusz wszystko przyklepie...
Oczywiście już wiemy, że gdy przyjdzie do sprzedaży tego i owego, zgromadzimy kolejny segregator, a kasą podzielimy się z następnymi urzędami.













