Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BIUROKRACJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BIUROKRACJA. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 lutego 2022

Petent wszystko zniesie

 


Nie wiem czy załatwialiście cokolwiek w urzędzie państwowym w okresie covidowym, ale moje doświadczenia to materiał na ponurą komedię, o ile taki gatunek istnieje.

Próbujemy uporządkować sprawy spadkowe po teściach, segregator z dokumentami pęcznieje, jakby chodziło o skomplikowane sprawy rodziny Rockefellerów.

Moja wyobraźnia nie ogarnia na przykład, po co notariuszowi numer Pesel osoby, która zmarła 30 lat temu, skoro jest akt zgonu? Tak naprawdę , gdy odebraliśmy akt ślubu teściów, to okazało się, że są w nim wszelkie dane osobowe, łącznie z danymi dzieci zmarłych, ale to dla urzędnika za mało. Wiadomo przecież, że  za każdy dokument płaci petent 22 zł. Podobno kwitnie w Polsce cyfryzacja i mamy całe ministerstwo do tych spraw, tymczasem wydziały jednego urzędu  nie przekazują danych między sobą. Nie dość, że wrzucamy wnioski o wydanie dokumentów do skrzynki, to jeszcze z jednego działu odbieramy je osobiście, po umówieniu się z urzędnikiem, inne natomiast przychodzą listem poleconym. Z tego samego urzędu! 

W dodatku trzeba wiedzieć, jaki wniosek pobrać ze strony urzędu w konkretnym dziale i jeszcze mieć w domu drukarkę by go wydrukować. Pobieraliśmy jeden z wniosków dwa razy, bo okazało się, że są dwa bardzo podobne i konia z rzędem temu,  kto zgadnie który dokument wypełnić.

Mąż podsłuchał rozmowę petenta z pracownicą, która dyżuruje przy urnach dla klientów wysokiego urzędu. Pan napisał wniosek o zgodę na wybudowanie szamba. Pani pyta, do kogo ten wniosek, bo trzeba do właściwej urny wrzucić. 

- pani kochana, nie wiem, skąd mnie wiedzieć takie rzeczy,...

- to nie wie pan, do kogo się zwraca z wnioskiem?

- chcę wybudować koło domu szambo, nie wiem do jakiego wydziału go kierować, gdyby urząd był otwarty, to bym poszukał, a pani nie wie?

To jak w tym powiedzeniu - prowadził ślepy kulawego!

Nie wspomnę nawet o tym, że w większości urzędy wszelkie pracują w godzinach dogodnych jedynie dla emerytów i bezrobotnych, a na dokumenty czeka się co najmniej tydzień.

W innym urzędzie umawiasz się z panią na odbiór zaświadczenia po 2 tygodniach, bo wniosek wysłany mailem zaginął i czekasz na zimnie pół godziny, bo pani załatwiała innego petenta telefonicznie, a hol urzędu przestronny jak lotnisko...

Sukces jednak osiągnięty, segregator gruby, resztę dokumentów dostarczy rodzina z daleka i miejmy nadzieję, że notariusz wszystko przyklepie...

Oczywiście już wiemy, że gdy przyjdzie do sprzedaży tego i owego, zgromadzimy kolejny segregator, a kasą podzielimy się z następnymi urzędami.



wtorek, 11 sierpnia 2020

Domowo...

Gdy na świecie niespokojnie, tym bardziej doceniam zacisze domowe i zwykłe codzienne sprawy.
Choć i tu nie jest wesoło, bo skwar taki, że myśleć trudno, a palce do klawiatury przyklejone...
Karetki słychać często, nie przez wszystkich upał jest wyczekiwany.
Taka kolacja wylądowała na moich kolanach, rękami męża zrobiona, w pokoju zjadłam, bo wiatrak chodzi...
Przygotowania do akcji - ogórki kiszone, najpierw chrzan, czosnek, koper i gorczyca...i ogórki oczywiście!
Następnie zgrabne słoiki, sprawdzona zalewa i po zakręceniu cały zapas trafił do piwnicy.

Jedna solidna porcja, około kilograma trafiła do kamionkowego garnka, w którym kiszę ogórki do szybkiego spożycia i zawsze obcinam końcówki. Po 2 dniach są małosolne, a po 4 mocno ukiszone.
Nowy zakup w celu ułatwienia sobie życia. Nawet sprzęty domowe się starzeją, teraz to już nowa generacja - prasuje prawie sam, w każdym razie nie złorzeczę podczas używania, jak zwykłam.
Inny zakup okazał się koniecznością bardziej nawet niż żelazko, bo Internet raz był, raz go nie było.
Okazało się, że to nie wina operatora, a naszego sprzętu, tym bardziej, że Internet z kabla w telewizorze chodził bez zarzutu.
Mąż się tym zajął, bo ja ciemna tu jak tabaka w rogu.
Swoją drogą, mężczyźni chyba maja coś z łowcy, przynajmniej mój, bo uwielbia robić zakupy i wyszukuje promocje lepiej ode mnie.

Fakt, że niektóre sprawy do załatwienia poza domem mogą nieźle wkurzyć.
Zaniosłam wniosek do spółdzielni mieszkaniowej, bo potrzebuję dokument dla notariusza.
Biurowiec spółdzielni jak twierdza w Modlinie, zawarty solidnie, czasem pani wychyla głowę, by zapytać oczekujących w upale, po co przyszli.

Zapytałam
, co z wnioskiem, pani informuje, że do skrzynki. Wrzuciłam, ale kiedy odbiór zaświadczenia - nie wie nikt, zwyczajowo trwało 2 tygodnie...no i opłata 21 zł za dokument.
Pod ścianą, wsparta laską stoi starowinka, pani z biurowca informuje, że właściwa urzędniczka zejdzie, gdy tylko skończy rozmowę przez telefon.
Nikomu nie przyszło do głowy, by staruszce krzesło podać lub nawet do chłodnego holu zaprosić...

Rozumiem reżim sanitarny, rozumiem przepisy, ale te nie powinny działać na szkodę człowieka.

środa, 3 kwietnia 2019

Miałam wejść i wyjść...

Nie bez przyczyny zacytowałam w tytule fragment skeczu kabaretu Paranienormalni.
Takie skojarzenie przyszło mi do głowy po wizycie w biurze parafialnym.
Udałam się tam na prośbę syna po zaświadczenie o udzieleniu sakramentu chrztu, co potrzebne jest do zawarcia związku małżeńskiego w kościele.
Biuro jest czynne w takich godzinach, że syn nie ma możliwości stawić się osobiści, mieszka w innym mieście i długo pracuje.

Wchodzę do biura, sympatyczna pani mnie wita , na biurku komputer. Wyjaśniam po co przyszłam, pani pyta czy mam upoważnienie.
- Ale jakie? Od syna?
- No tak, nie mogę pani wydać zaświadczenia, bo syn jest dorosły i jest RODO...
- Ale przecież to nie zaświadczenie o treściach drażliwych i skąd teraz mam wziąć upoważnienie?
- Niech syn napisze i pani przyśle.
- Skąd pani będzie wiedziała , że on jest autorem upoważnienia, przecież ja mogę to napisać zaraz na korytarzu...chyba nie zażądacie upoważnienia z potwierdzeniem u notariusza?
- Niech pani nas zrozumie, to przepisy unijne.
- Ale ja nie jestem kimś z ulicy, tylko matką pana młodego.
Tu wchodzi ksiądz w koloratce , który był w pokoju obok.
- Według RODO, dla pana młodego jest pani NIKIM, z całym szacunkiem i potrzebne jest upoważnienie na piśmie.
- A czy w takim razie syn może je przesłać mailem?
- Oczywiście!
- To skąd wiedza , że właściciel konta mailowego jest moim synem i mogę dostać zaświadczenie?
- No według pani żyjemy w kraju oszustów! Przecież jeżeli pani sfałszuje upoważnienie, to nawet po latach to wyjdzie na jaw i odpowie pani za fałszerstwo...
- Nie będę dyskutować więcej na ten temat, tylko proszę mi powiedzieć, czy takich formalności nie można załatwić e-mailowo między parafiami?
- W zasadzie można, jeśli tamta parafia zwróci się do nas w tej sprawie...
- Dziękuję, do widzenia.To mi wystarczy.
Długo nie mogłam uwierzyć, że ta sytuacja miała miejsce, przecież to jakiś Matrix...

wtorek, 20 października 2015

Scenariusz czy serce?

Papierologia i testomania to dwa zjawiska, które ze szkoły czynią miejsce odczłowieczone. Na wielu stronach i blogach poświęconych nauczaniu znalazłam rozważania zatroskanych belfrów, którzy woleliby pracować z uczniem zamiast z dokumentami, procedurami, średnimi z egzaminów.... Pani minister uruchomiła skrzynkę donosów dla zatroskanych rodziców, może to i dobrze, jeśli znajdą się szkoły oporne na sugestie rodziców. Problem jednak w tym, że kontrolujących nie interesują faktyczne problemy placówki, nauczycieli czy najważniejszych tutaj uczniów, interesują ich natomiast papiery: dzienniki, spisane procedury, zaświadczenia, oświadczenie, zgody itp.
Szkoła liczy się w środowisku jeśli osiąga odpowiednią średnią ze sprawdzianów zewnętrznych, jeśli dostanie odpowiednio wysokie oceny z ewaluacji, jeśli może pochwalić się dużą liczbą olimpijczyków. A co z atmosferą w szkole, czy pyta ktoś, jak dziecko czuje się w swojej klasie, czy chodzi chętnie, czy jeździ na wycieczki, jada posiłki, otrzymuje pomoc psychologiczną, logopedyczną, czy świetlica jest przytulna a biblioteka kupuje nowe książki? Wszyscy wiemy, z jakimi trudnościami borykają się placówki budżetowe i nie dziwi, że lepiej sytuowani rodzice zapisują dzieci do prywatnych szkół czy przedszkoli...często słyszy się od rodziców, że w tych prywatnych placówkach poziom wcale nie tak wysoki, ale dziecko czuje się jak w domu. Nic dziwnego, w szkole publicznej też by się tak czuło, gdyby klasy liczyły po 10 uczniów.
Kolejne szkolenia uczą nas, jak stosować nowe formy oceniania z przedmiotów, jak formułować cele lekcji, jak pisać wzorcowe scenariusze, jaki nacisk kłaść na rozwiązywanie testów, po których uczniowie zdolni, ale nie kujony osiągają często kiepskie wyniki. Co z tego, że na sprawdzianie nie wyszło, skoro dziecko piękne wiersze pisze, maluje konie, gra na skrzypcach, dużo czyta... Einstein w szkole nie był prymusem.

W tym wyścigu na średnie, słupki, konkursy i olimpiady zapominamy często, jak ważny jest proces motywowania do samokształcenia, podsycania w uczniach ciekawości świata, rozwijania zainteresowań, odkrywania przyjemności z czytania lub malowania, wreszcie budowania zaufania do dorosłych, którzy potrafią pomóc, uważnie wysłuchają, nie zlekceważą, podzielą się zwyczajnie bułką lub poczęstują cukierkiem.
Chcę wierzyć, że jeśli mniejszą wagę przywiązywać będziemy do wspomnianych średnich, a większą do psychiki uczniów, tym mniej będzie agresji i niechęci do szkoły jako takiej.
Praca z dziećmi daje wiele radości, ale przeradza się w zasmucającą rutynę, jeśli ważniejsze stają się dokumenty i nadążanie za statystyką, jeśli od fajnych pomysłów na ciekawe lekcje i zajęcia pozaszkolne bardziej liczy się, jak szkoła wypada na tle województwa czy kraju. Nie będę już wspominać o przekształcaniu bibliotek w magazyny podręczników, bo to już było...
Jak na ironię wybiera się co roku Nauczyciela Roku i często zwycięzcami są nauczyciele, którzy poświęcają swym podopiecznym wiele czasu i serca, często do późnych godzin wieczornych. Super i jestem za, tylko pytam: dlaczego oficjalnie wygląda to zupełnie inaczej i dlaczego ciągle bardziej liczy się dobry scenariusz niż dobre serce?

czwartek, 18 czerwca 2015

Hołd dla biurokracji

Rozesłano wici, że ruszyły pieniądze dla bibliotek szkolnych na zakup książek. Niewtajemniczonym objaśnię, że najpierw powstał narodowy program rozwoju czytelnictwa, w ramach którego kasę miały dostać TYLKO biblioteki publiczne, ale po licznych protestach i akcjach bibliotek szkolnych rozszerzono program ŁASKAWIE na biblioteki szkolne. My czyli bibliotekarze zorganizowaliśmy ogólnopolskie wybory książek, aby nasi czytelnicy mogli zaproponować książki, jakie mają znaleźć się w bibliotekach.
Pod koniec maja pojawiła się wiadomość, że stosowne rozporządzenia podpisano i pieniądze zaczną trafiać do bibliotek szkolnych, ale.....pod pewnymi warunkami. Dyrekcje szkoły muszą wypełnić odpowiednie kwestionariusze, które przesyłają do swoich OP(organów prowadzących), którymi jak zwykle sa władze samorządowe, znane z braku kasy na wszystko, a na oświatę zwłaszcza. Zapytacie w czym problem, skoro pieniądze daje ministerstwo?
Bo ministerstwo daje tylko część, a OP ma dołożyć resztę. To jeszcze nic (chociaż z forów bibliotekarskich wiem, że już niektórzy samorządowcy szukają sposobów jak tu się wymigać), do oficjalnych pism dyrektorów szkół trzeba dołączyć: opinię Rady Rodziców, opinię Rady Pedagogicznej, opinię Samorządu Uczniowskiego oraz opis biblioteki szkolnej.
Brakuje mi tylko opinii proboszcza stosownej parafii oraz komitetu osiedlowego. Doprawdy nie wiem co wymienione podmioty mają opiniować, ale chyba nikt tego nie wie! My natomiast wiemy, co nasi uczniowie chcą czytać, jakich książek poszukują i w jakich imprezach bibliotecznych lubią uczestniczyć. Kiedy te pieniądze dostaniemy i pod jakimi dodatkowymi warunkami tego nawet wróżki nie wywróżą...
A mogło być tak pięknie:


O wyborach książek już pisałam , ale zainteresowanych odsyłam do najnowszych ciekawostek, a warto zajrzeć Tutaj