Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubiór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubiór. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2016

Jestem chyba staroświecka...

Zmieniają się czasy, zmieniają się mody, zasady ulegają rozluźnieniu, ale niektóre zmiany są dla mnie trudne do zaakceptowania, chociaż nie jestem damą i nie odebrałam pensjonarskiego wychowania.
Śmieszyło mnie zdziwienie dziadka, że młodzi w roboczych drelichach chodzą czyli w sztruksach i jak w ogóle w dżinsach można się pokazać na ulicach, przecież to odzienie chłopców od krów... Od tej pory wiele wody upłynęło i nikt dżinsom ani sztruksom się nie dziwi, ale podarte, obszarpane, przetarte, postarzane sztucznie? Za 300 zł lub więcej? Dziura to dziura, postrzępione nogawki są trendy czy po prostu niechlujne? Sweter z dziurami i z prującym się brzegiem? Koszula pognieciona do granic możliwości i adidasy bez sznurowadeł z dyndającym jęzorem a nogawki spodni różnej długości...no co ja zrobię, że razi mnie nieodpowiedni strój do teatru lub do szkoły i zastanawia mnie, dlaczego odświętnie ubierają się ludzie do kościoła, a do szkoły na zakończenie roku niektórzy rodzice przychodzą w strojach plażowych? Nie pasuje mi także, gdy widzę w mediach transmisje z różnych gali, a tam widzowie w pierwszym rzędzie siedzą w mocno niedbałych pozach, żując gumę lub pisząc w telefonach...
Nie przekona mnie nikt także, że pasują trampki lub tenisówki do garnituru, zwłaszcza gdy te trampki kosztują kilkaset złotych...oglądałam niedawno zdjęcia koleżanki z rodzinnej uroczystości w restauracji, a tam młodzi panowie w garniturach i muszkach, a do tego białe buty sportowe za kostkę, bez sznurówek oczywiście..
Na wielu blogach poruszany był temat nadużywania telefonów w różnych sytuacjach, dodam tylko, ze ostatnio widuje nadmiar tego sprzętu w restauracjach także, a rozmówcy komórkowi swoimi głośnymi rozmowami zakłócają spokojny posiłek innym. Podobnie z głośnym zachowaniem się przy stole, wybuchami śmiechu,kłótniami, w końcu restauracja to miejsce publiczne, więc powinniśmy zważać na klientów przy sąsiednim stoliku.
Pozostając w strefie restauracyjnej przywołam jeszcze dziwny dla mnie zwyczaj całkowitego poluzowania kindersztuby w lokalach, do których rodzice zabierają dzieci. Nie mam nic przeciw dzieciom, sama chodziłam do lokali z synem, ale nie zwalnia to z właściwego zachowania się dzieci w restauracji. A obserwuje się dzieci biegające miedzy stolikami, skaczące po krzesłach, krzyczące itp. a rodzice nie reagują. A może się czepiam? Już sama nie wiem, nie chciałabym jednak aby ktoś obok mojego talerza prawie zmieniał niemowlakowi pieluchę, bo w domu chyba się tak nie robi?
I już na koniec - zdołałam przyzwyczaić się do tatuaży , choć trudno mi zrozumieć intencje tatuowania każdej wolnej powierzchni ciała, albo co ma oznaczać wszywanie sobie pod skórę różnych dziwnych "wkładek" typu krążki, rogi, kulki lub przekłuwanie nosa, języka, pępka, penisa lub warg sromowych...
No trudno, staroświecka jestem i się nie zachwycam, ale jak ktoś lubi... byle w głowie miał poukładane.
zdjęcie; Flickr na licencji CC BY-NC 2.0

niedziela, 15 listopada 2015

T-shirt prawdę ci powie...

Na pomysł tego posta wpadłam obserwując napisy na ubraniach, głównie na koszulkach i bluzach sportowych. Wiele napisów jest w obcym języku i podejrzewam, że właściciele wymienionych elementów garderoby często nie zdają sobie sprawy, co głosi napis na ich koszulce.
Można tu także zahaczyć o wątek patriotyczny, bo niby czemu chętnie nosimy koszulki z nazwami amerykańskich lub europejskich miast, a nie widziałam koszulek z nadrukiem: I LOVE KRAKÓW, MALBORK IS THE BEST itd. Oczywiście można zobaczyć takowe w sklepach pamiątkami, ale widzieliście by ktoś je nosił? Wszędzie natomiast widuję takie:

Widuje się także komiczne zestawienia typu: starsza, korpulentna niewiasta i napis na koszulce, który wprawia nas co najmniej w zażenowanie, chyba że ma ktoś specyficzne poczucie humoru lub dużą dozę tolerancji.

Najbardziej jednak przeciwna jestem kupowaniu i noszeniu koszulek z wulgarnymi napisami przez bardzo młodych ludzi, zwłaszcza w wieku szkolnym. Ktoś dorosły przecież im te koszulki kupuje i tym samym pozwala na pewne zachowania. Sama widziałam chłopca na boisku szkoły blisko mojego domu, który miał na sobie T-shirt z napisem: SZKOŁA JEST JAK KIBEL, CHODZĘ BO MUSZĘ...
Mogę zrozumieć, że matka dziecka nie widziała co wkładał do szkoły, bo była w pracy, ale po pierwsze ktoś mu tę koszulkę kupił, a po drugie, czy nikt w szkole jej nie zauważył, skoro chłopiec wyszedł na przerwę, to wcześniej musiał być w klasie...

Kiedyś poproszona przez wychowawczynię miałam w klasie 5 pogadankę na temat ubioru stosownego na różne okazje i zapytałam uczniów czy wypada założyć do szkoły koszulkę z napisem, jak wyżej. Jeden z chłopców z bardzo zadziorną miną odpowiedział: a co w tym złego? Ja mu na to odpowiedziałam pytaniem: a gdybyś zaprosił do domu kolegę i on przyszedłby na twoje urodziny z napisem na bluzce: Arek jest głupi i niekoleżeński, byłoby ci miło? Arek stwierdził, że więcej by tego kolegi nie zaprosił....
Myślę, że był to najlepszy przykład dla całej klasy. Dzieciaki miały wtedy na sobie bluzki z różnymi napisami i mało kto wiedział, co naprawdę oznaczają te napisy.
Szukając ilustracji do mojego postu natrafiłam na fajny dowcip wpisujący się w temat, więc zamieszczam z nadzieją, że wywoła on uśmiech na Waszych twarzach....