Mówi się, że żyjemy w niebezpiecznych czasach, że dziecka nie można bez komórki z domu wypuścić i w każdej chwili jego życia trzeba je kontrolować.
Taka kontrola to właściwie już od urodzenia trwa, słoiczki sterylnego papu, pampersy, ściśle kontrolowane zabawki, mega higiena, totalna nadopiekuńczość w przedszkolu i w szkole, skutkująca sporym brakiem samodzielności i nadprodukcją rozmaitych fobii.
Na spacerze dziecku nie wolno się ubrudzić, wszystko jest sto razy myte i dezynfekowane, maści na ukąszenia, otarcia, specjalne plastry i miliony szczepionek. Często wolimy, by latorośl spędzała czas przed komputerem czy telewizorem, niż szwendała się po niebezpiecznych ulicach.
Wybieramy, co dziecko ma ubrać, jaka książkę czytać, z kim się bawić...
Na drugim biegunie jest kompletna odwrotność czyli też niezbyt dobrze. Jak znaleźć złoty środek? Zastanawiają się nad tym kolejne pokolenia rodziców, bo popełnienie błędów w tym wypadku może przynieść poważne skutki.
Może wystarczy przypomnieć sobie własne dzieciństwo i dorastanie i zrobić bilans - jakim na pewno nie chciałbym być rodzicem?
Paradoksalnie, wielu z nas czasem naśladuje swoich rodziców w wychowaniu dzieci lub czyni wręcz odwrotnie, jeśli rodzice byli surowi, to my jesteśmy tolerancyjni, wychowujemy bezstresowo.
Zdarza się, że do szkoły zgłaszają się rodzice z komunikatem - nie radzę sobie z moim dzieckiem , nie wiem, gdzie popełniliśmy błąd...
Bywa, że rodzice odpychają problemy sygnalizowane przez nauczycieli i dopiero, gdy w domu dzieje się źle, przychodzą po ratunek do szkoły.
Dlaczego do szkoły? Bo łatwiej, bo jest codzienny kontakt, bo nie czeka się w kolejce do psychologa i nie płaci za poradę...bywa, że matka dziecka ma problem ze sobą, jest w depresji, ale kolejka do psychiatry to co najmniej pół roku. Pomocna natomiast może być rozmowa z wychowawcą czy pedagogiem szkolnym, ale z drugiej strony zdarzają się rodzice, którzy zainteresowanie sytuacją w domu dziecka traktują jako ingerencję w życie rodziny.
Najbardziej jednak zdumiewają rodzice, którzy całą odpowiedzialność za dziecko zrzucają na szkołę i kościół, na świetlice środowiskowe, na dziadków.
Na jakichś warsztatach czy szkoleniu dla pedagogów prowadzący zażartował, że niektórzy rodzice chcieliby , aby można było oddać dziecko do placówki na przykład w wieku 3 lat i odebrać "gotowego" inżyniera...
Tylko, obserwując niektórych rodziców, tak się zastanawiam, czy to był żart czy niedaleka przyszłość?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieciństwo. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 września 2017
wtorek, 12 kwietnia 2016
Powrót do dzieciństwa...
Książeczka skromna, jak jej autorka, ale nie sądźmy dzieła po okładce. Jestem szczęśliwą posiadaczką świeżego tomiku wierszy dla dzieci Gabrysi Kotas i pokazałam go kilku zaprzyjaźnionym osobom z prośbą o opinię, aby "recenzja" nabrała obiektywizmu.
Opinie, które do mnie wróciły potwierdzają moje pierwsze wrażenie.
Każda z osób biorących tomik Gabrysia- dzieciom do ręki użyła słowa SYMPATYCZNY, sympatyczne wiersze, sympatyczne ilustracje, sympatyczny klimat.
Wierszyki na różne okazje, przywołujące wspomnienia z dzieciństwa, powiedziałabym nawet, że ten zbiór to doskonała okazja do czytania dzieciom na głos: przez rodziców, dziadków, ciocie, sąsiadki. Mając w domu taką książeczkę będziemy miały co poczytać małym gościom, przywołując jednocześnie to wszystko, co same darzymy sentymentem.
Doskonałym uzupełnieniem treści są tu rysunki, wykonane wprawną ręką artysty, ale przypominające te zrobione ręką dziecka, proste, czytelne, bez zbędnych udziwnień, bez konieczności tłumaczenia dziecku ( i sobie) co artysta miał na myśli.
Jedna z osób czytających wiersze dla dzieci Gabrieli Kotas powiedziała dosłownie: wiesz, to właściwie są wiersze nie tyle dla dzieci, ile wiersze dla nas, abyśmy mogły na chwilę wrócić w czasy naszego dzieciństwa....
I to zdanie najbardziej chyba oddaje klimat tego zbioru....
Opinie, które do mnie wróciły potwierdzają moje pierwsze wrażenie.
Każda z osób biorących tomik Gabrysia- dzieciom do ręki użyła słowa SYMPATYCZNY, sympatyczne wiersze, sympatyczne ilustracje, sympatyczny klimat.
Wierszyki na różne okazje, przywołujące wspomnienia z dzieciństwa, powiedziałabym nawet, że ten zbiór to doskonała okazja do czytania dzieciom na głos: przez rodziców, dziadków, ciocie, sąsiadki. Mając w domu taką książeczkę będziemy miały co poczytać małym gościom, przywołując jednocześnie to wszystko, co same darzymy sentymentem.
Doskonałym uzupełnieniem treści są tu rysunki, wykonane wprawną ręką artysty, ale przypominające te zrobione ręką dziecka, proste, czytelne, bez zbędnych udziwnień, bez konieczności tłumaczenia dziecku ( i sobie) co artysta miał na myśli.
Jedna z osób czytających wiersze dla dzieci Gabrieli Kotas powiedziała dosłownie: wiesz, to właściwie są wiersze nie tyle dla dzieci, ile wiersze dla nas, abyśmy mogły na chwilę wrócić w czasy naszego dzieciństwa....
I to zdanie najbardziej chyba oddaje klimat tego zbioru....
środa, 10 czerwca 2015
Opowieść Oskara
Oskar jest gadatliwym chłopcem, poznałam go gdy miał 7 lat. Na szkolnej wycieczce wybrał mnie na towarzyszkę spacerów po mieście i opowiadał różne historie. Słuchaczowi jest o tyle ciężko, że chłopiec bardzo się jąka i trzeba dużo cierpliwości by wytrwać w słuchaniu do końca.
Oskar przychodzi często do biblioteki, zapisuje się na komputery i siedząc przed monitorem też gada: do kolegów, do mnie, do siebie. Uciszany bardzo się stara, ale to gadanie jest silniejsze od niego. Oskara fascynują dinozaury i astronomia, a szczególnie czarne dziury.
W poniedziałek przyszedł do czytelni, ja byłam zajęta porządkowaniem księgozbioru, zakurzona jak diabeł tasmański. Chłopiec wziął kilka czasopism mówiąc, że musi poszukać informacji o słoniach, bo jedzie na wakacje do Afryki. Pytam do jakiego kraju w Afryce, ale Oskar nie wiedział. Mama powiedziała tylko, że do Afryki i on musi się dowiedzieć, co jedzą słonie, bo będzie je dokarmiał. Ja mu na to, że słonie to nie dziki, żeby je dokarmiać.
Po chwili zaczął szukać książek o kotach, bo ma w domu rudego kotka. Potem zainteresowały go rysunki w książce o budowie człowieka: pępowina, serce, wątroba, pęcherz. Zapytany czemu go to interesuje, odpowiedział, że jego wujek miał operację serca, ale na szczęście uratowano mu życie, bo w przeciwnym razie nie zobaczyłby więcej wujka, a widział go tylko raz, bo mieszka w Anglii. Poza tym widział kiedyś jak prześwietlano jego braciszka i zdziwił go widok wszystkiego, co człowiek ma w środku.
Zapytany dlaczego jedzie aż do Afryki, odpowiedział, że do taty i ma nadzieję, że tato pogodzi się z mamą i do nich wróci.
- Ale mówiłeś, że twój tato był pilotem i zginął w wypadku.
- Tak mówiłem, kiedy?
- W zeszłym roku na wycieczce.
- A, to pewnie był mój pierwszy tato. Tak, on zginął, ale ten drugi pokłócił się z mamą i wyjechał i ja chciałbym żeby wrócił, bo mogę nie mieć już żadnego taty.
- I dlatego jedziesz do Afryki?
- Właśnie, ale najbardziej to chciałbym tak jak w filmie, żeby można było cofnąć czas i wtedy zmienić tak, żeby tato nie zginął.
- A oglądałeś film "Powrót do przyszłości"?
- A o czym to?
- O naukowcu, który zbudował wehikuł czasu i mógł przenosić się wstecz o kilkadziesiąt lat.
- To ja pani opowiem mój ulubiony film.
I Oskar zaczął opowiadać. Nie jestem niestety w stanie przekazać treści całej opowieści, bo była i długa (cała godzina) i mało zrozumiała, w dodatku chłopiec cały czas chodził w kółko po czytelni, bo dzięki temu lepiej mu się mówi i faktycznie mniej się jąkał.
Nagle oznajmił: to już koniec, muszę iść na logopedię.
Od wychowawcy wiem, że Oskar często fantazjuje, ojca faktycznie nie ma, mieszka z mamą i dziadkami, długo przesiaduje w świetlicy. Bywa męczący , ale trzeba go wysłuchać, bo jak nie ja to kto?
Oskar przychodzi często do biblioteki, zapisuje się na komputery i siedząc przed monitorem też gada: do kolegów, do mnie, do siebie. Uciszany bardzo się stara, ale to gadanie jest silniejsze od niego. Oskara fascynują dinozaury i astronomia, a szczególnie czarne dziury.
W poniedziałek przyszedł do czytelni, ja byłam zajęta porządkowaniem księgozbioru, zakurzona jak diabeł tasmański. Chłopiec wziął kilka czasopism mówiąc, że musi poszukać informacji o słoniach, bo jedzie na wakacje do Afryki. Pytam do jakiego kraju w Afryce, ale Oskar nie wiedział. Mama powiedziała tylko, że do Afryki i on musi się dowiedzieć, co jedzą słonie, bo będzie je dokarmiał. Ja mu na to, że słonie to nie dziki, żeby je dokarmiać.
Po chwili zaczął szukać książek o kotach, bo ma w domu rudego kotka. Potem zainteresowały go rysunki w książce o budowie człowieka: pępowina, serce, wątroba, pęcherz. Zapytany czemu go to interesuje, odpowiedział, że jego wujek miał operację serca, ale na szczęście uratowano mu życie, bo w przeciwnym razie nie zobaczyłby więcej wujka, a widział go tylko raz, bo mieszka w Anglii. Poza tym widział kiedyś jak prześwietlano jego braciszka i zdziwił go widok wszystkiego, co człowiek ma w środku.
Zapytany dlaczego jedzie aż do Afryki, odpowiedział, że do taty i ma nadzieję, że tato pogodzi się z mamą i do nich wróci.
- Ale mówiłeś, że twój tato był pilotem i zginął w wypadku.
- Tak mówiłem, kiedy?
- W zeszłym roku na wycieczce.
- A, to pewnie był mój pierwszy tato. Tak, on zginął, ale ten drugi pokłócił się z mamą i wyjechał i ja chciałbym żeby wrócił, bo mogę nie mieć już żadnego taty.
- I dlatego jedziesz do Afryki?
- Właśnie, ale najbardziej to chciałbym tak jak w filmie, żeby można było cofnąć czas i wtedy zmienić tak, żeby tato nie zginął.
- A oglądałeś film "Powrót do przyszłości"?
- A o czym to?
- O naukowcu, który zbudował wehikuł czasu i mógł przenosić się wstecz o kilkadziesiąt lat.
- To ja pani opowiem mój ulubiony film.
I Oskar zaczął opowiadać. Nie jestem niestety w stanie przekazać treści całej opowieści, bo była i długa (cała godzina) i mało zrozumiała, w dodatku chłopiec cały czas chodził w kółko po czytelni, bo dzięki temu lepiej mu się mówi i faktycznie mniej się jąkał.
Nagle oznajmił: to już koniec, muszę iść na logopedię.
Od wychowawcy wiem, że Oskar często fantazjuje, ojca faktycznie nie ma, mieszka z mamą i dziadkami, długo przesiaduje w świetlicy. Bywa męczący , ale trzeba go wysłuchać, bo jak nie ja to kto?
sobota, 6 czerwca 2015
Dzieciństwo i latawce
Obejrzałam w Tv materiał o zabawach z latawcami i przypomniały mi się czasy dzieciństwa, kiedy to z moim tatą chodziliśmy puszczać latawce, braliśmy nawet udział w zawodach latawców na lotnisku. Przy okazji przyszła refleksja, jak inne mieliśmy dzieciństwo w porównaniu z dziećmi dzisiaj. Wiele czasu spędzało się na wspólnych zajęciach z rodzicami, którzy też przecież pracowali, większość czasu spędzało się na powietrzu od wczesnej wiosny do późnej jesieni, a nie przed telewizorem. Dziś młodzież narzeka na zbyt dużą ilość zajęć i kiepską ofertę rozrywkową. My chodziliśmy do szkoły nawet w soboty, a w tygodniu: zajęcia plastyczne w klubie osiedlowym, zajęcia w bibliotece miejskiej, chór szkolny, chór kościelny, harcerstwo, korepetycje dla kolegów i na wszystko był czas. Rower, wrotki, basen, jadło się byle co, bo na obiad w domu szkoda było czasu. Więzi rodzinne kształtował wspólnie spędzany czas: najpierw robienie latawca, później próby na łąkach, emocje zawodów latawcowych! Mój tato był członkiem towarzystwa fotograficznego w klubie osiedlowym i gdy szedł na swoje zajęcia zabierał mnie na zajęcia dla dzieci. razem też jeździliśmy na wycieczki, gdy mój brat był jeszcze za mały.Lato spędzałam u dziadków lub u rodziny na wsi, gdzie jadło się owoce prosto z drzewa, szukało się jajek, które kury znosiły gdzie popadnie, a smaku masła z kropelkami wody i placka prosto z pieca nigdy nie zapomnę.
Teraz dzieci wieś znają z telewizji, na spacery chodzą do galerii, a bawią się dżojstikiem przed telewizorem. Gdy pytam czasem dzieci w szkole gdzie bywają z rodzicami, to okazuje się, że niektóre nigdy nie były w lesie, w parku, a rodziny na wsi nie mają. I nie jest to kwestia pieniędzy. Do lasu jeździ komunikacja miejska. Ja też nie zawsze, a raczej późno miałam samochód i z naszym dzieckiem jeździliśmy pociągiem i tramwajem.
A jakie są Wasze wspomnienia z dzieciństwa?
Teraz dzieci wieś znają z telewizji, na spacery chodzą do galerii, a bawią się dżojstikiem przed telewizorem. Gdy pytam czasem dzieci w szkole gdzie bywają z rodzicami, to okazuje się, że niektóre nigdy nie były w lesie, w parku, a rodziny na wsi nie mają. I nie jest to kwestia pieniędzy. Do lasu jeździ komunikacja miejska. Ja też nie zawsze, a raczej późno miałam samochód i z naszym dzieckiem jeździliśmy pociągiem i tramwajem.
A jakie są Wasze wspomnienia z dzieciństwa?
Subskrybuj:
Posty (Atom)




