Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczawnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczawnica. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lipca 2024

Nasze szlaki

 Z kronikarskiego obowiązku, by nie zapomnieć tych wszystkich miejsc i wrażeń, związanych  Pieninami kończę dziś relację z naszego wyjazdu. Zdjęć jeszcze jest mnóstwo, ale będzie okazja pokazać niektóre na drugim blogu.


Pierwsza długa wyprawa, to marsz trasą pieszo-rowerową wzdłuż Grajcarka i Dunajca do Czerwonego Klasztoru.
Można oczywiście śmigać  rowerem, ale wtedy widoki łatwiej przeoczyć, mniej detali zauważyć i wywalić się w tłoku, bo rowerów mnóstwo, a nie wszyscy przestrzegają zasad.


W drodze zajrzeliśmy do słowackiej Lesnicy, by ochłodzić się napojami i lodami, a pionowe skały przy drodze dodawały uroku wędrówce. Choć powiem szczerze, że nie chciałabym znajdować się tam w chwili zejścia lawiny kamieni...resztki skał jeszcze widoczne były na drodze.

Z Czerwonego Klasztoru zamierzaliśmy spłynąć ze Słowakami Dunajcem do Szczawnicy, ale oczekiwanie trwałoby 3 godziny. Zawędrowaliśmy więc do Sromowiec Niżnych i po obejrzeniu Trzech Koron ze wszystkich stron i zjedzeniu lodów wróciliśmy busem na obiad.
Niesamowite spotkanie po słowackiej stronie - trzeba jechać na drugi koniec Polski, by spotkać swoje byłe uczennice , a w zasadzie to zauważył mnie ich tato. Bardzo było mi miło, że powitali mnie tak serdecznie!
Nie widziałam dziewczynek kilka lat, a tu taka niespodzianka!


Być w okolicy, a Czorsztyn i Niedzicę ominąć? Nie wypada!
Z Czorsztyna popłynęliśmy gondolą do Niedzicy i ten wybór był dobry. Na statku bowiem skwar straszny, niczym na patelni, a pod pokładem sauna. Na gondoli wiaterek, lepsze widoki i przemiły pan kapitan:-)


W kolejce do zwiedzania zamku w Niedzicy nie staliśmy, upał zbyt duży, a już kiedyś byliśmy tutaj i tłumy straszliwe wokół.
Powrót do Szczawnicy był nietypowy. Mąż zadzwonił do kierowcy busa, który nas wiózł do Czorsztyna i żona kierowcy zabrała nas z Niedzicy wypasionym elektrykiem za przyzwoitą opłatą. 
Gdy nie używasz własnego auta, to wrócić o dowolnej porze ze szlaku trudno...a parkingi drogie, wiec na jedno wyszło, tyle że mąż nie musiał prowadzić:-)


Będąc w Niedzicy za to, podziwialiśmy widoki na dwa zamki i jezioro z poziomu zapory. 
Zapora rozgrzana niczym piec hutniczy, wiadomo - betonoza. 
Ale gdy z zapory zeszło się dalej na szlak wśród zieleni, to zauważalnie poprawiła się jakość powietrza i komfort termiczny. Doszliśmy do urokliwej bacówki, ale baca nieobecny, serków  nie kupiliśmy.


Zamek w Czorsztynie gorzej zachowany, ale jak powiedział jeden z turystów, ruiny są lepszą pożywką dla wyobraźni, niż odremontowany pałac.
Będąc kilka dni w danej okolicy, zaczynasz rozpoznawać turystów spotykanych w tych samych miejscach, no cóż, wszyscy chcemy odwiedzić najbardziej polecane...


Wyjątkiem w naszych  pieszych wyprawach był wjazd na Palenicę kolejką. Na usprawiedliwienie mamy straszliwy upał tego dnia i nie chcieliśmy tracić całej energii na wspinanie się mniej ciekawą trasą. Łatwiej rozpoczynać wędrówkę z wyższego poziomu...
Palenica zamienia się w Gubałówkę, atrakcji tu moc, większość turystów wjeżdża i zjeżdża po obejrzeniu gigantycznych grzybów, wielkich owadów i wypiciu piwka. Dla każdego cos dobrego. Wiele rozrywek dla dzieci, jakby ktoś podróżował z rodzinką.
My powędrowaliśmy dalej w kierunku schroniska Orlica, gdzie z tarasu podziwialiśmy piękne widoki, popijając pyszną kawę.


Kolejna wyprawa zaczęła się od Wąwozu Homole, skąd wyruszyliśmy zdobywać Wysoką(1052m)


Po wyjściu  wąwozu można odpocząć na Bukowinkach i albo zjechać kolejką w dół od razu do Jaworek, albo wybrać się dalej, na Wysoką przez Wysokie Skałki. my wybraliśmy drugi wariant.


Warto było, choć trasa trudna, pomimo nie tak spektakularnej wysokości, za to powrót był bajeczny. Połonina pod Durbaszką jest cudowna i tylko z daleka migały nam stada owiec. Gdzieś z oddali słyszeliśmy odgłosy burzy, ale poszła bokiem...
Durbaszka, jak podaje Wikipedia jest zarośnięta lasem, przed II wojną były to tereny rolnicze Łemków z Jaworek.
Nie dotarliśmy do opisywanego w Wiki schroniska pod Durbaszką, bo nasza trasa wiodła jeszcze dalej, czego nie przewidzieliśmy i głodni wracaliśmy na przysłowiowych oparach...
Mijaliśmy bacówkę, ale cos nie mamy szczęścia, znów nie było bacy i obeszliśmy się smakiem.


Ostatni dłuższy marsz łączony, to najpierw wyprawa do Wodospadu Zaskalnik, a potem wejście do schroniska pod Bereśnikiem. Chyba przyzwyczailiśmy się do upałów, ale i w górach, w cieniu drzew i przy szumie strumyków gorąco nie robiło nam krzywdy, jedynie pić się chciało okrutnie...


Nasze szlaki, to także spacery, przeważnie popołudniami i wieczorami, park Górny i Dolny, plac Dietla, promenada nad Grajcarkiem i obowiązkowe lody w lodziarni u Jacaka.


Wszędzie w mediach zobaczyć można tzw. paragony grozy. Jaka jest nasza obserwacja?
Można jednak znaleźć miejsca, gdzie zwykły turysta , nie szejk arabski może zjeść tanio i smacznie.
Znaleźliśmy lokal blisko naszego pensjonatu, gdzie obiad z 2 dań plus kompot kosztował 39 zł, codziennie inny, a pierogi z karty 24 zł ( w życiu tak pysznych nie jadłam)

Były lokale, gdzie kawa kosztowała 20 zł, a piwo 19 zł, czy kawałek ciasta 25 zł, ale takie miejsca omijamy z daleka!
Konkurencja jest spora, wystarczy cierpliwie poszukać i odejść z głównego szlaku gastronomicznego...

środa, 24 lipca 2024

Szczawnickie ciekawostki

 Wracam do tematów wyjazdowych. Na początek porównanie Krynicy i Szczawnicy. Krynica wydaje się bardziej spokojna, choć kuracjuszy i turystów nie brakuje, ale klimat miejscowości nieco inny, spacerowo - imprezowy, przynajmniej latem. Szczawnica natomiast jawi się jako baza wypadowa w Pieniny i na Słowację, jest też bardziej gwarna i raczej turystyczna, niż uzdrowiskowa, choć są tu także sanatoria. 

Centrum Szczawnicy jest bardzo kompaktowe, wszędzie blisko , a spacery, to nie tylko parki górny i dolny, ale przede wszystkim promenada wzdłuż Grajcarka oraz szlak pieszo-rowerowy do Czerwonego Klasztoru. O tych wszystkich atrakcjach można godzinami, ale dziś niektóre ciekawostki, taki mix różności, wypatrzonych w czasie wędrówek po miejscowości.



Na wielu domach zabawne i sympatyczne szyldy, dzięki którym, być może kiedyś łatwiej było znaleźć dany adres. Szukałam informacji, skąd taki pomysł i jak dobierano symbole dla konkretnych domów, ale nie znalazłam, może ktoś z czytających poznał te tajemnicę? 


Sfotografowane oznaczenia domów nie wyczerpują tematu, jest ich o wiele więcej...


Rzeźb w Szczawnicy też nie brakuje, tego smukłego grajka spotkaliśmy w pobliżu placu Dietla.


Na wspomnianym placu - pijalnia wód mineralnych, a w hallu wystawa obrazów Anny Tylki. 
Miło popijać wodę leczniczą i spoglądać na kolorowe portrety kobiet i ptaków. Okazało się, że ta pijalnia często gości różnych artystów.


W drodze na plac Dietla zauważyłam starą drewnianą altanę/pasaż z licznymi zdobieniami, chyba niedawno odnowiona, a takich uroczych altanek jest w Szczawnicy wiele...
Fontanna także po renowacji. Kiedyś była mniejsza i okrągła, dziś większa i  w owalu.


To, co tygryski lubią najbardziej, czyli nieoczekiwane detale - galeria ogrodowa wśród zieleni i wielki portret w połowie schodów św.Kingi. Schody te, to wielka inwestycja, której zadaniem było połączenie ul.Szalaya z uzdrowiskową częścią miasta. Jest to faktycznie spory skrót, choćby od naszego noclegu do placu Dietla.


Zupełnie schowany między budynkami i niepozorny, stary cmentarz szczawnicki, na którym stoi biały grobowiec Józefa Szalaya, polskiego wydawcy pochodzenia węgierskiego, uznawanego za twórcę uzdrowiska w Szczawnicy. Grobowiec z zewnątrz odnowiony, w środku pełno zeszłorocznych liści...


Fontanny w uzdrowisku to miły akcent spacerowy. Na dolnym zdjęciu nowa fontanna, jeszcze odgrodzona od turystów, ale już trwają próby jej uruchomienia i wygląda na to, że będzie bardzo nowoczesna i widowiskowa.



Zachwycający architekturą i historią budynek Dworku Gościnnego, wzniesionego w 1884 roku.
Spłonął w 1962 roku aż do fundamentów. Odbudową zajęła się w 2008 roku firma Thermaleo i po 3 latach oddano do użytku dwór jak nowy. Stał się on centrum kulturalno-biznesowym Szczawnicy.
Występowali tutaj: Jarosław Śmietana, Leszek Możdżer, Anna Maria Jopek, Nigel Kennedy, Zakopower, Marcin Wyrostek.


Kolejna ciekawostka związana z Dworkiem Gościnnym - tablica informująca o artystach, którzy odwiedzali Szczawnicę, prawdopodobnie zapraszani przez właściciela dworku i artystę fotografika Awita Szuberta.




Kolejna niespodzianka - Małopolski Szlak Literacki, a na nim pomnik Henryka Sienkiewicza i tablica pamiątkowa  ku czci Witkacego. W ogóle nie pamiętam tych szczegółów z poprzedniego nawiedzenia Szczawnicy, więc albo jeszcze ich nie było, albo moja uwaga była zwrócona w inną stronę.


Willa Wanda, to prawdziwa perełka Szczawnicy. Wybudowana w dwudziestoleciu międzywojennym przez rodzinę Zachwiejów, była hotelem pierwszej kategorii.
Dziś w fatalnym stanie, ale nadal widać jej ówczesny potencjał. 
W czasie II wojny stanowiła silny punkt oporu przeciw okupantom oraz bazę działań grup ZWZ i AK .
Po wojnie upaństwowiona i zamieniona w ośrodek służby zdrowia.
Obecnie trwają prace nad renowacją willi , zgodnie z jej dawnym klimatem i zamysłami rodziny Zachwiejów.

Sporo tego, ale i tak post nie wyczerpuje tematu. Może w kolejnych wzmiankach o pobycie w Szczawnicy uda mi się przemycić kolejne ciekawostki.

poniedziałek, 15 lipca 2024

A to opowieść!

 

Swoją relację ze Szczawnicy rozpoczęłam już wcześniej  od spotkania z Anią. Później  wróciłam na chwilę do krynickich opowieści.

 Teraz z kolei zaczynam od końca, od ostatniego dnia pobytu w sercu Pienin, póki mam świeżo w pamięci ciekawa opowieść naszego przewodnika po maleńkim ośrodku historii turystyki górskiej przy schronisku na Orlicy.

Niezwykle sympatyczny gawędziarz, pan Ryszard Remiszewski, autor wielu publikacji o Pieninach, opowiedział nam historię o wielkiej powodzi w Pieninach i na Podhalu w 1934 roku, właśnie w lipcu. 

Trafiliśmy więc w rocznicę tych wydarzeń. Powódź tę nazwano powodzią stulecia!

A zaczęło się od pytania o piękny most na Dunajcu, który zobaczyłam na jednym ze zdjęć wystawy.

Most istniał do 1934 roku, a zniszczyła go powódź właśnie i nie tyle sama woda, co dom płynący wezbranym Dunajcem, który uderzył w ten most.

Dom ów był willą na półwyspie, niedaleko dzisiejszego schroniska Orlica. W willi tej bywali znani ówczesnego świata, m.in. żona marszałka Józefa Piłsudskiego.

W 1934 roku w lipcu deszcze padały obficie, ale nikt nie spodziewał się, że dojdzie do sytuacji, kiedy "domy rzekami płyną", a fala powodziowa wzrośnie do 7m wysokości.

(grafika - https://krakow.wyborcza.pl/krakow/56,44425,21690542,gdy-domy-plynely-powodz-stulecia-1934-w-malopolsce-zdjecia.html)

W willi na półwyspie bawiono się świetnie, grając namiętnie w brydża, kuchnia przygotowywała kotlety schabowe na obiad dla gości. Dom posiadał, jako jedyny w okolicy łączność telefoniczną ze światem, ale nikt nie wierzył, że gościom ośrodka może cokolwiek zagrażać. Oddział ratunkowy nie mógł przybyć na czas, bo drogi od Nowego Targu już były zalane, więc gdy przyszło do ewakuacji, mieszkańcy willi weszli do łodzi tak, jak stali, a dom porwała woda i poniosła Dunajcem.

Legenda głosi, że pewien kajakarz, szukający powodzian na rzece, wpłynął do willi i znalazł w kuchni smażące się jeszcze kotlety! 


Wystawa w mini muzeum pienińskim bardzo ciekawa. moją uwagę zwróciły mapy Pienin, wykonane własnoręcznie przez Edwarda Moskalę w 1956 roku. A nie było wówczas dronów czy zaawansowanej technologii topograficznej. Autor sam spenetrował szlaki turystyczne, naniósł je na mapę , a w dalszej kolejności wykonał tez mapkę skałkową Szczawnicy i okolic.


Poprosiłam o zdjęcie na pamiątkę naszego spotkania, dostaliśmy także jeden z numerów periodyku Prace Pienińskie, którego nasz przewodnik jest redaktorem naczelnym i w którym publikowane są artykuły, wiersze i zdjęcia o Pieninach współczesnych i dawnych.
Niewykluczone, że coś o tym jeszcze napiszę...


A na tym półwyspie sobie siadłam i o powodzi rozmyślałam...