Z kronikarskiego obowiązku, by nie zapomnieć tych wszystkich miejsc i wrażeń, związanych Pieninami kończę dziś relację z naszego wyjazdu. Zdjęć jeszcze jest mnóstwo, ale będzie okazja pokazać niektóre na drugim blogu.
sobota, 27 lipca 2024
Nasze szlaki
środa, 24 lipca 2024
Szczawnickie ciekawostki
Wracam do tematów wyjazdowych. Na początek porównanie Krynicy i Szczawnicy. Krynica wydaje się bardziej spokojna, choć kuracjuszy i turystów nie brakuje, ale klimat miejscowości nieco inny, spacerowo - imprezowy, przynajmniej latem. Szczawnica natomiast jawi się jako baza wypadowa w Pieniny i na Słowację, jest też bardziej gwarna i raczej turystyczna, niż uzdrowiskowa, choć są tu także sanatoria.
Centrum Szczawnicy jest bardzo kompaktowe, wszędzie blisko , a spacery, to nie tylko parki górny i dolny, ale przede wszystkim promenada wzdłuż Grajcarka oraz szlak pieszo-rowerowy do Czerwonego Klasztoru. O tych wszystkich atrakcjach można godzinami, ale dziś niektóre ciekawostki, taki mix różności, wypatrzonych w czasie wędrówek po miejscowości.
poniedziałek, 15 lipca 2024
A to opowieść!
Swoją relację ze Szczawnicy rozpoczęłam już wcześniej od spotkania z Anią. Później wróciłam na chwilę do krynickich opowieści.
Teraz z kolei zaczynam od końca, od ostatniego dnia pobytu w sercu Pienin, póki mam świeżo w pamięci ciekawa opowieść naszego przewodnika po maleńkim ośrodku historii turystyki górskiej przy schronisku na Orlicy.
Niezwykle sympatyczny gawędziarz, pan Ryszard Remiszewski, autor wielu publikacji o Pieninach, opowiedział nam historię o wielkiej powodzi w Pieninach i na Podhalu w 1934 roku, właśnie w lipcu.
Trafiliśmy więc w rocznicę tych wydarzeń. Powódź tę nazwano powodzią stulecia!
A zaczęło się od pytania o piękny most na Dunajcu, który zobaczyłam na jednym ze zdjęć wystawy.
Most istniał do 1934 roku, a zniszczyła go powódź właśnie i nie tyle sama woda, co dom płynący wezbranym Dunajcem, który uderzył w ten most.
Dom ów był willą na półwyspie, niedaleko dzisiejszego schroniska Orlica. W willi tej bywali znani ówczesnego świata, m.in. żona marszałka Józefa Piłsudskiego.
W 1934 roku w lipcu deszcze padały obficie, ale nikt nie spodziewał się, że dojdzie do sytuacji, kiedy "domy rzekami płyną", a fala powodziowa wzrośnie do 7m wysokości.
(grafika - https://krakow.wyborcza.pl/krakow/56,44425,21690542,gdy-domy-plynely-powodz-stulecia-1934-w-malopolsce-zdjecia.html)
W willi na półwyspie bawiono się świetnie, grając namiętnie w brydża, kuchnia przygotowywała kotlety schabowe na obiad dla gości. Dom posiadał, jako jedyny w okolicy łączność telefoniczną ze światem, ale nikt nie wierzył, że gościom ośrodka może cokolwiek zagrażać. Oddział ratunkowy nie mógł przybyć na czas, bo drogi od Nowego Targu już były zalane, więc gdy przyszło do ewakuacji, mieszkańcy willi weszli do łodzi tak, jak stali, a dom porwała woda i poniosła Dunajcem.
Legenda głosi, że pewien kajakarz, szukający powodzian na rzece, wpłynął do willi i znalazł w kuchni smażące się jeszcze kotlety!