poniedziałek, 10 maja 2021

Odrobina wiosny jesienią...

 

Były czasy, że gdy ktoś oddawał rodziców do domu opieki, to odsądzano go od czci wiary, bo jak to - rodziców do przytułku?

Dziś domy opieki dla seniorów różnią się bardzo od tych z opowieści o wyrodnych córkach lub synach.
Oczywiście gołym okiem widać też różnice między instytucjami prywatnymi, a państwowymi, ale czy nas to dziwi? 

Zresztą nie zawsze te prywatne są wzorem do naśladowania, także z tym różnie bywa.

Ale nie zamierzam pisać rozprawy  porównawczej. Domy opieki mają różne nazwy -  Dom Seniora, Dom Pogodnej Jesieni, Dom Złotej Jesieni itp.

Moja znajoma opiekowała się teściową, mieszkającą w innym mieście. Starsza pani była kiedyś lekarzem , silna osobowość, oczytana, rozpolitykowana, radziła sobie dobrze z codziennością, póki nie dopadły ją dolegliwości  wieku, cóż można oczekiwać od własnego organizmu w wieku ponad 90 lat?

Gdy teściowa wymagała większej opieki, znajoma sprowadziła ja bliżej siebie, wynajęła wygodne mieszkanie, woziła obiady, zamawiała lekarza, wypożyczała dla niej książki.
Jednak starsza pani zapadała się w sobie, zrobiła się marudna, narzekała na samotność, ciągle dzwoniła, nawet w środku nocy.

Znajoma sama zachorowała na raka, o czym nie powiadomiła teściowej, by jej nie martwić, ale  gdy u staruszki pogłębiała się demencja oraz inne dolegliwości wyszukała jej prywatny dom opieki .
Wysoka emerytura teściowej i oszczędności pozwoliły na wybór lepszej placówki.

Starsza pani najpierw kręciła nosem, bo tam same staruchy i upierdliwe pielęgniarki, ale po pewnym czasie widać było , jak znika gdzieś demencja, mrukliwość, wraca zainteresowanie współlokatorami , światem zewnętrznym i apetyt.

Rodziny mieszkańców tej placówki mogły obejrzeć na FB wszystko, co dzieje się  z seniorami.
Tylko spotkania rodzinne odbywały się przez szybę i słuchawki, bo wiadomo - pandemia i procedury.

Seniorom oferowano niemal codziennie różne atrakcje, a to Dzień Kanapkowy, kiedy panowie robili kanapki dla pań; Dzień Gofra, kiedy to panie przygotowywały deser dla panów; urodziny z tortem dla kolejnych jubilatów; Dzień Spa czyli malowanie paznokci, masaż twarzy dla pań i pedikiur dla panów, Dzień Ekologii czyli przesadzanie roślin doniczkowych itp.

Gdy znajoma zobaczyła swoją teściową, która nigdy nie malowała paznokci z pięknym manikiurem w kolorze czerwonym z wzorkami, omal nie zemdlała, spojrzała na swoje dłonie i postanowiła pójść do kosmetyczki.

Staruszka zapytana, czy smakują jej obiady, odpowiedziała, że wszystko jest bardzo  smaczne, a w dodatku nie każą jej płacić za nic. Nie zdaje sobie sprawy, ile kosztuje jej pobyt w domu opieki oraz jaką ulgą dla znajomej jest świadomość, że teściowa ma dobrą opiekę, także medyczną i nie dzwoni w nocy do synowej, że chyba ktoś włamuje się do jej mieszkania... 

Nie każdego stać na luksusowy ośrodek dla ojca czy matki, ale i nie każdy ma siłę do opieki całodobowej nad rodzicem, sami jesteśmy coraz starsi, często schorowani, a prywatna opieka w domu też sporo kosztuje.

Moja mama zawsze mawiała, że nie prawa innych oceniać ten, kto nigdy nie opiekował się ciężko chorym rodzicem, dzieckiem, sąsiadem, a w czasach gdy my opiekowaliśmy się babcią, o miejscu w podobnym domu opieki dla seniora można było pomarzyć.





piątek, 7 maja 2021

Pozory sukcesu...

 

Majówka minęła, pogodą nie rozpieszczała, ale media licznie donoszą o sukcesie szczepionkowym naszego rządu.

Główne hasło - zaszczep się w majówkę!

Wszystko pięknie, kto zdobył skierowanie, a mieszkał w pobliżu mógł podejść (podjechać) i nadstawić ramię.

Mimo istnienia potężnego ruchu antyszczepionkowego rodacy tłumnie ruszyli do punktów mobilnych, przynosili krzesełka, termosy, stali godzinami na deszczu i chłodzie.

Podziwiałam i dziwiłam się jednocześnie, bo nie lubię marznąć, stać długo w kolejkach i udawać, że wszystko to dla mojego dobra. Dziennikarzy porozsyłano w różne strony kraju, by rejestrowali jak licznie i chętnie Polacy stawiają się na wezwanie ministerstwa zdrowia.

Zaszczepiono bardzo dużo osób, należy się cieszyć, oby tylko część nie wylądowała w łóżkach z zapaleniem płuc. Ale to już czepialstwo.

Chodzi mi raczej o co innego. Rozmawiając z różnymi osobami z różnych zakątków Polski mam wrażenie totalnego bałaganu w temacie szczepień oraz uprzywilejowania prywatnej służby zdrowia.

Zarezerwowano tysiące szczepionek na majówkową akcję, gdy tymczasem w wielu miejscowościach nie ma terminów szczepień na maj i czerwiec, a chętni nadal uprawiają turystykę szczepionkową i to do bardzo odległych miejscowości Czy ktoś więc kontroluje rozdzielnik tych leków?

Uruchomiono setki dodatkowych punktów szczepień , często z funduszy samorządowych, ale brakuje dla nich szczepionek, stoją puste, a jednocześnie nie można doliczyć się 700 tysięcy szczepionek w skali kraju. Starczyłoby dla 10 takich miast, jak moje.

Bulwersuje także przykład, który znam od bliskiej osoby. Próby zapisania się na szczepienie wedle rocznika drogą rządową spełzły na niczym, natomiast dzięki korzystaniu z prywatnej służby zdrowia osoba zainteresowana szczepieniem mogła zarejestrować się bez problemu, wybierając dzień, godzinę, a nawet rodzaj szczepionki.

Zdarzają się także pomyłki w przesuwaniu ozdrowieńców na późniejsze terminy szczepienia, skoro mają przeciwciała, to muszą odczekać co najmniej okres 3 miesięcy. Mąż znajomej dowiadywał się, na kiedy przesunięto mu termin szczepienia i okazało się, że nie figuruje w ogóle w systemie. Musiał interweniować u lekarza rodzinnego, by pogrzebał w systemie i wygenerował nowy termin szczepienia.

Mój brat szczepił się daleko od domu, musiał wziąć dzień urlopu, natomiast pewna starsza pani dostała termin, szczepienie w Bydgoszczy, załatwiła sobie transport, po czym 5 razy zmieniano jej terminy, godziny i w końcu miasto. Bardzo jej to podniosło ciśnienie przy okazji.

Nie wiem więc, czy rząd może ogłosić z czystym sumieniem swój szczepieniowy sukces majówkowy, ja mam duże wątpliwości i orderu nie dam!


wtorek, 4 maja 2021

Wyspa jest kobietą...

 

To taki żarcik, ja w wianku  :-) ,  ale wianek cudny, prawda?

Chcę napisać o projekcie , którego efektem jest książka, a ja miałam zaszczyt i przyjemność, że mnie do tego projektu zaproszono.

Pomysłodawczyni, Gabriela Kotas wymyśliła zaproszenie pań w różnym wieku, od 35 do 79 lat do spędzenia 10 dni na bezludnej wyspie (wirtualnie oczywiście). Nie znałyśmy się wcale, jedynym łącznikiem była Gabrysia właśnie.
W ciągu tych 10 dni każda z nas zmierzyła się ze swoimi wspomnieniami, nie zawsze miłymi, emocjami, pragnieniami...

Przegadanie pewnych  tematów i poznanie punktu widzenia innych kobiet to swoiste katharsis, utwierdzenie się w przekonaniu, że kobiety mają MOC, są w stanie przetrwać wszelkie zawieruchy życiowe i dziejowe.

Spotkacie tu powroty do lat dzieciństwa, smaki i zapachy, niezawodne babcie, ciocie i Anioły, marzenia i rozczarowania, lęki i wyzwania,  radość i smutek, choroby i śmierć, ale nade wszystko nadzieję.

Pomysł na projekt narodził się spontanicznie i miał być antidotum na małe i całkiem spore smutki szarej rzeczywistości , a powstała mocna grupa wsparcia i  finalnie książka pod tytułem (Bez)ludna wyspa.

Nie wiem czy książkę należy polecać szeroko, bo jak wynika z pierwszych recenzji, jej lektura była przyczyną przypalenia obiadu, nieprzespanej nocy, oraz innych perturbacji, o czym możecie przeczytać TUTAJ i  TUTAJ



Każda z uczestniczek projektu wyniosła cos dla siebie, chwilami dało się zapomnieć o pandemii i być może uda się kiedyś nam wszystkim spotkać w realu przy ognisku.

Koordynatorka projektu podziękowała wszystkim uczestniczkom w bardzo sympatyczny sposób.
Otrzymałyśmy nie tylko autorskie egzemplarze książki, ale także wzruszające listy na specjalnie zaprojektowanej papeterii i wyspowe wianki.
Powiem szczerze, że gdy założyłam wianek, taki wesoły, wiosenny, poczułam jakby ubyło mi lat i miałam ochotę naprawdę wyjechać na jakąś wyspę, na taki szczególny sabat czarodziejek, bo przecież nie czarownic:-)

A co Wam pomaga przetrwać najgorsze chwile?

Pytanie bardzo osobiste, ale być może taka refleksja jest nam wszystkim potrzebna, bo jednak trwamy, mimo wszystko...


sobota, 1 maja 2021

Przegląd majówkowy...

 

Wszyscy mamy w domu książki, niektórzy wolą tradycyjne papierowe, inni wolą czytniki lub audiobooki.

Dla treści i emocji czytelnika nie ma to większego znaczenia, choć nie do końca, bo głos lektora jednak ma znaczenie.

 Mamy swoje upodobania czytelnicze, ale ciągle poszukujemy nowych treści, nowych autorów, nowych inspiracji.

Proponuję zabawę weekendową, która pozwoli zapomnieć o załamaniu pogody, a jednocześnie zmusi niektórych do poderwania się z kanapy i zajrzenia do biblioteczki lub na półki.

Dla czytających komentarze może będzie to źródło inspiracji w poszukiwaniach, co jeszcze przeczytać, a na co szkoda czasu.

Nie musicie odpowiadać na wszystkie punkty, ale możecie rozszerzyć dowolną odpowiedź, jeśli chcecie dodać coś od siebie.

Oto kryteria blogowego przeglądu zbiorów czytelników, zapraszam :

1. Książka z dedykacją - autora lub ofiarodawcy.

2. Książka zachowana z dzieciństwa.

3. Książka na poprawę nastroju.

4. Ulubiony tomik poezji.

5. Książka, której lekturę odkładasz w czasie, nie wiadomo dlaczego...

6. Biografia, pamiętnik, wywiad-rzeka, które polecasz.

7. Książka pożyczona komuś i przepadła...

8. Książka, która niemile Cię zaskoczyła.

9. Twój ostatni książkowy zachwyt.

10. Gdybyś sam/a miał/a napisać książkę, o czym by była?


Pozdrawiam majowo, miejmy słońce w sercu, jeśli natura nam go skąpi :-)

środa, 28 kwietnia 2021

Sztuka w oranżerii

Najpiękniej jest, gdy wycieczka weekendowa obfituje nie tylko we wrażenia związane z pięknem przyrody, ale ma też inne walory poznawczo-smakowe. 

Ubiegła sobota upłynęła właśnie pod znakiem wszelakich atrakcji. Był las i jezioro, nowo odkryte ścieżki i brzozowe zakątki, zdjęcia jak obrazy...

Drugie miejsce to jedno z naszych ulubionych czyli zespół pałacowo-parkowy w Lubostroniu.

Pisałam o nim kilka już razy. Warto zwiedzić, zwłaszcza że można tam także dobrze zjeść i dobrych ciast spróbować.

W skład zespołu wchodzi także zabytkowa oranżeria, gdzie odbywają się wernisaże sztuk różnych, wyczytałam, że nawet wesele można zorganizować. Tym razem trafiliśmy na wystawę obrazów, fotografii i rzeźb. Szkoda tylko, że obejrzeć musieliśmy przez szklane ściany oranżerii, a i zapytać nie było kogo o szczegóły.

Ale od czego Internet? Okazało się, że są to prace artystów skupionych wokół stowarzyszenia Dom Artysty w Inowrocławiu. 


Muszę koniecznie zwiedzić galerię w tymże Domu Artysty, tym bardziej, że szukam obrazu do salonu, a patrząc na poniższe przykłady wybrałabym co najmniej trzy...










Jakość zdjęć nie jest najlepsza, bo robione przez szybę i musiałam wykadrować tak, by usunąć niezbyt atrakcyjne elementy pomieszczenia, ale mimo tego chyba widać, jak utalentowanych mamy twórców lokalnych.
Wisienką na torcie były właśnie wspomniane walory smakowe, bo zamówiliśmy na wynos kawę i sernik w pałacowej restauracji i spałaszowaliśmy na łonie przyrody, z widokiem na pałac.

Życzę Wam równie udanych wycieczek:-)

niedziela, 25 kwietnia 2021

Lubię moje miasto...

Autorzy blogów, na które zaglądam mieszkają w różnych miejscowościach, od Bałtyku po Tatry i za granicami kraju. Lubię oglądać relacje fotograficzne z miejsc spacerów, wycieczek po okolicy, bo każdy wyłowi ciekawostki, których często nie znajdziemy w przewodnikach.

Czasami czytam także refleksje na temat tego, za co lubimy lub krytykujemy swoje miejsce na Ziemi.

Za co ja lubię moje miasto?

Za dużą ilość zieleni, za park i skwery, za miejsca przyjazne ludziom w każdym wieku, za lokalizację, bo mam blisko do lasu, nad jezioro, do dużego miasta.

Za wielkość, bo niby nie odczuwam małomiasteczkowej ciasnoty, ale z krańca na kraniec docieram w godzinę piechotą.

Za znajome zakątki, wspomnienia, bliskość do lekarza, dostępność dużej i małej kultury.

Za zmiany dobre nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów.



Takie miejsca w parku miejskim powodują, że najbardziej sceptyczni spacerowicze nie nudzą się chodzeniem po sporej powierzchni terenów rekreacyjnych.



Parkowa architektura też potrafi zachwycić, a tu tylko mały wgląd we wszystko, co oferuje uzdrowisko.





Nie sposób nie lubić miasta za zabytki, a pokazuje tylko niektóre ciekawostki, jak drewniana dzwonnica przy kościele św. Mikołaja, gdzie odbył się sąd na Krzyżakami, kamienica pod lwem , obecnie z hostelem dla podróżnych i kamienica na Złotym Rogu.


Mozaikowy zegar słoneczny na jednej z kamienic na Rynku to pamiątka z okresu PRLu... dobrze, że nie usunięto go w ramach dekomunizacji wszystkiego.




Zamieszczam także detale świeżo odrestaurowanych kamienic, które świadczą o tym, jak prężne gospodarczo było kiedyś miasto i jak wielka wagę przywiązywano do estetyki budynków.



Ostatnie zdjęcia pokazują dwa ważne budynki, ratusz i sąd.  Ten drugi trudno uwiecznić na zdjęciu, bo z reguły zasłaniają go drzewa. Podobnych budowli było w naszym mieście więcej, ale nie przetrwały II wojny.

Wypadałoby napisać, za co nie lubię mojego miasta...

Stwierdzam , że za większość tego, co mnie denerwuje odpowiedzialni są ludzie, bo miasto nie śmieci, nie pije piwa na ławkach i nie zostawia chlewu wokół. To nie miasto powiększa powierzchnie parkingowe kosztem zieleni na osiedlach i nie miasto kopci kominami zimową porą.

A za co Wy lubicie swoje miejsce na Ziemi?


czwartek, 22 kwietnia 2021

Czułość...


W życiu odgrywamy różne role, nie każdy sprawdzi się we wszystkich, co zależy od wyboru lub przypadku.

Nie każdy będzie rodzicem, teściem, babcią, dziadkiem, rodzeństwem.
Nie ma także szkół ani szkoleń, gdzie uczono by nas jak swoje role odgrywać wedle najlepszych wzorców.

Nie ukrywam, że do tych refleksji sprowokował mnie włoski film CZUŁOŚĆ, obejrzany na Netflixie.

 Nie jest to film dla każdego, dość trudny w odbiorze, gorzki w wyrazie, momentami irytujący.
Sporo w nim takiej psychologii, jak lubię, a przesłanie zostaje w głowie na długo.
 
Bohater- owdowiały prawnik nie bardzo dogadywał się z dorosłymi dziećmi, jak sam stwierdził, nawet nie wie czy kochał żonę, a  własne dzieci nie budziły w nim ojcowskiego przywiązania. W zasadzie nie była to niczyja wina, taki typ człowieka, takie zdanie miała o nim nawet dawna kochanka. Jedynie dla wnuka znajdował czas i chęci by razem wybrać się na lody...
 
Nowi sąsiedzi w starej kamienicy, małżeństwo z dwójką dzieci wzbudziło zainteresowanie starszego pana.
Na chłopca i dziewczynkę zwrócił swoje uczucia, często rozmawiał z ich matką, razem z nimi wędrował po mieście.

Nie chcę opowiadać całego filmu, dodam jedynie, że rodzinę sąsiadów spotyka niebywała tragedia, a godziny spędzone w szpitalu, być może spowodowały szereg refleksji i pewien przełom w psychice prawnika na tyle, by docenić starania własnej córki o bliskość z ojcem.

Pamiętam, że jako nastolatka  słyszałam rozmowy osób dorosłych w rodzinie czy wśród znajomych o tym, jak dziwnie plotą się ludzkie losy, że w wieku dojrzałym dopiero dostrzegamy to, co straciliśmy z rodzinnych relacji w przeszłości.
Czasami młodzi rodzice zajęci sobą i pracą zawodową nie poświęcają dostatecznej uwagi dzieciom, dopiero jako dziadkowie odnajdują w sobie pokłady uczuć i cierpliwości, których kiedyś zabrakło dla własnych dzieci.
 
Nie zawsze jest w tym czyjaś wina, to życie stawia przed nami pewne wymagania, którym nie  umiemy sprostać. Nikt z nas nie wie,  czy będzie lepszym rodzicem czy dziadkiem.
Nie wszyscy widzą siebie w takich rolach, natomiast uwielbiają i rozpieszczają dzieci swego rodzeństwa.
Zdarza się, że samotne, bezdzietne panie z niezwykłym oddaniem opiekują się dziećmi znajomych lub sąsiadów.

Wzruszają mnie także historie o młodych ludziach, którzy nie znając swoich dziadków, opiekują się obcymi staruszkami. Nazywa się to wolontariatem, ja raczej nazwałabym to zapełnianiem jakiejś pustki uczuć, których nie zaznali wcześniej w rodzinie.

Wielokrotnie słyszymy lub czytamy, by nie bronić się przed okazywaniem czułości, przytulaniem, głaskaniem...teraz to naprawdę trudne, bo dystans, bo epidemia.
Obyśmy nie przegapili najważniejszych gestów, bo to trudno będzie kiedyś nadrobić.


poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Z kuchni nad jezioro...

 ... lub odwrotnie, bo przecież nie samym chlebem żyje człowiek, a aktywnym warto być na wielu polach.

Jeść trzeba i ruszać się także trzeba, przy każdej pogodzie i na przekór dolegliwościom. Nic tak nie poprawia humoru i odporności jak długie spacery i dobre jedzenie po wędrówce.


Na urodziny męża upiekłam jako przystawkę takie paluchy z ziarnami. Wykorzystałam jeden płat ciasta francuskiego, wyszły dwie blachy, danie szybkie i smaczne:-)


To już dzieło jubilata, małe klopsiki, dobre na ciepło i na  gorąco, są naprawdę pyszne, ja nawet nie próbuję męża wyręczać, te klopsiki i placek drożdżowy to jego specjalność.
 

Ja natomiast, podobno robię dobre sałatki z niczego, zależy co mi wpadnie w ręce. Na zdjęciu akurat sałatka z rukoli, suszonych pomidorów w oliwie,  mandarynki i sera pleśniowego. Sos zrobiłam z ulubionej mieszanki czyli : oliwka , musztarda, miód, ocet jabłkowy.


Na święta z kolei wymyśliłam kulebiak drożdżowy z cebulą i prawdziwkami, posypany ziarnami.
Muszę dokupić długą foremkę, bo drugi kulebiak trochę rozpłaszczył się na zwykłej blasze.




W czasie jednej z wycieczek do lasu znaleźliśmy małe jezioro i ścieżkę wzdłuż jego brzegu. 
Zobaczcie, jak wśród kamieni, na granicy wody zadomowiły się pierwsze roślinki, jeszcze zimno, woda lodowata, a wiosenne zwiastuny już rozweselają ponure tło. 
Natknęliśmy się także na podniszczone podium , prawdopodobnie dla wędkarzy, którzy spotykają się tu i rywalizują o najlepszy połów.


Nie wiem jak Wy, ale ja w tym roku jestem zdziwiona urodzajem na fiołki, są ich całe polany i to nie tylko w ogrodach czy parkach, gdzie nie spojrzeć na dowolny trawnik - wszędzie fiołki.
Ale pierwszy raz zobaczyłam białe fiołki!



Wreszcie trochę wiosny na niedzielnym spacerze, 14 stopni, słońce i ogromna ochota , by po prostu iść przed siebie... a krokomierz pokazał taki oto wynik, oczywiście była przerwa na obiad :-)


Pozdrawiam wszystkich wiosennie, dbajcie o siebie i bliskich, rozpieszczajcie się, nie dajcie wirusom i ponurym myślom!


sobota, 17 kwietnia 2021

Joga śmiechu ?

 

W sam raz na te czasy, w sam raz na każdy czas.
Wielu z nas narzeka, że tak trudno dziś o powody do radości, że chandra, rozleniwienie i ogólnie marazm.

Za zgodą bohaterki zdjęcia przedstawiam niesamowitą kobietę, która urodziła się z niecodziennym talentem - budzenia radości w największych ponurakach.

Poznałam Julitę wirtualnie,  dzięki innej blogerce i tak spodobała mi się jej sylwetka i wywiad na blogu Gabrysi, że postanowiłam przekazać dalej na czym polega Trening Bezwarunkowej Radości.

Może wśród czytelników znajdzie się ktoś, komu Julita pomoże lub ten post wyzwoli energię do własnych poszukiwań?

A tak mówi Julita o sobie:

"Kiedyś na całodniowym szkoleniu miałam przyjemność wziąć udział w 10 min przerywniku opartym na jodze śmiechu. 

To było moje pierwsze spotkanie z tego typu ćwiczeniami, ale wywarło na mnie szczególne i niezapomniane wrażenie. 

Wrażenie tak silne, że zrobiłam kurs instruktora jogi śmiechu. Po kilku latach uzyskałam certyfikat trenera personalnego i znowu stanęłam przed decyzją wyboru specjalizacji... 

Jednak tym razem już nie było to takie trudne. 

Od początku wiedziałam, że chcę połączyć zdobytą wiedzę trenerską z umiejętnościami instruktora jogi śmiechu i tak powstał pomysł na Trening Bezwarunkowej Radości."


Julita ponad 30 lat pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, napatrzyła się na ludzkie nieszczęścia i chyba ona najlepiej wie, co choremu obok zdrowia najbardziej potrzebne i co pomaga w wyzdrowieniu - RADOŚĆ i pozytywne nastawienie !


"Zawsze starałam się przekierować uwagę pacjenta z lęku, bólu i niepewności, na

odrobinę odprężenia i humoru.

Praca na bloku operacyjnym jest bardzo obciążająca fizycznie i psychicznie. 

Z czasem moje zasoby psychofizyczne zaczęły się kurczyć, aż w końcu doszłam do

ściany, uległam wypaleniu zawodowemu. Ten kryzys stał się początkiem mojej

nowej drogi zawodowej. To właśnie wtedy nauczyłam się profesji coacha i wkrótce

porzuciłam etat w szpitalu, na rzecz realizacji swojej ,,śmiesznej” pasji."


Trudno tak określić w dwóch słowach, na czym polega joga śmiechu, sama miałabym problem, więc posłużę się słowami Julity po raz kolejny:


"Działam w dwóch odrębnych nurtach, tzn. udzielam indywidualnych sesji w ramach wsparcia coachingowego oraz prowadzę Treningi Bezwarunkowej Radości i są to zajęcia zarówno indywidualne, jak i zbiorowe.  Treningi oparte są na jodze śmiechu, wykorzystuję w nich również techniki oddechowe i relaksacyjne. Joga śmiechu to specyficzna gimnastyka, która przebiega w formie zabawy. "


Jeśli zainteresował Was ten rodzaj terapii, to warto zajrzeć TUTAJ  lub napisać do Julity:


e-mail: coach.julita@gmail.com




środa, 14 kwietnia 2021

Jaś Wędrowniczek

 

Jaś czy Jan, a może Janeczka?
Jakoś ten wirus w końcu się przenosi, a że jak mówią lekarze, sam nie wędruje, roznoszą go ludzie.

Pan Jan, miły emeryt, dusza człowiek wędrował codziennie po wsi, od domu do domu, od sklepu do kościoła.
A to go kawą poczęstowali, a to obiadem, poplotkował, szedł dalej.
Syn pana Jana pracował w sporej ubojni drobiu, gdzie na produkcji ludzi od groma... 

Gdy w ubojni wykryto ognisko koronawirusa, syn także ojcu załatwił testowanie, tak w razie czego. Cóż z tego, skoro pan Janek zdołał tego wirusa po domach roznieść i pół wsi już chorowało.
Ale nikt do pana Jana pretensji nie miał, bo to skąd wiadomo, że od niego zaraza przeniosła się na sąsiadów?

****

Inny pan Janek dorabiał do emerytury jako agent małej firmy ubezpieczeniowej. Ludzie chętnie się u niego ubezpieczali, bo przyszedł z polisa, doradził, pilnował terminów.

Gdy wybuchła pandemia, żona prosiła, by zaprzestał procederu, bo jeszcze się zarazi. Może trochę i o siebie się bała, bo od lat chora na cukrzycę, a wiadomo...

Pan Janek nie bał się, używał maseczki , byle gdzie nie chodził. Gdy żona poczuła się gorzej i dostała gorączki, oboje zrobili sobie testy, choć jemu nic nie było, ale zapłacił za test dla pewności.

Okazało się, że oboje są pozytywni, a pan Janek dziwił się, że żona taka chora, a on nic, nawet kataru.

Gdy trafiła do szpitala było już na tyle późno, że po 3 dniach zmarła. Wszyscy sąsiedzi żałowali sympatycznej żony pana Janka od ubezpieczeń, ale nie wszyscy mogli iść na pogrzeb. Obostrzenia.

                               ****
Pani Janeczka lubiła pomagać. 
Jako młoda emerytowana polonistka nie dała się długo prosić, by pomóc korepetycjami dzieciom w małej miejscowości.
Wszak nauczanie zdalne w pandemii to ciągłe braki i zaległości.

Mieszkali z mężem w domku z ogródkiem, mąż zachorował na raka płuc, a wiadomo, każdy grosz potrzebny.

Córka prosiła, by mama zastanowiła się, możliwość zarażenia duża, a ojciec w grupie ryzyka. Ona sama też może poważnie zachorować.
- Ależ córciu, czym ja ryzykuję tu na wsi, do dzieci idę na pół godzinki!

Pani Janeczka cieszyła się, że jest użyteczna, a córka na pewno przesadza , przecież nie chodzi tam, gdzie tłumy i gdzie o zarażenie łatwo.
Pewność siebie straciła, gdy po kilku telefonach odwołujących korepetycje dowiedziała się, że jednak covid to nie plotka i ludzie kolejno chorują, jedni lżej, inni bardziej.

Wieść gminna niesie, że pani Janeczka i jej mąż są w izolacji, oboje pozytywni, na razie wirus potraktował ich łagodnie...
Teraz pani Janeczka martwi się, czy nie zaraziła córki i wnucząt.
A może to nie ona zaraziła męża, może to wnuki z przedszkola przyniosły?