poniedziałek, 21 października 2024
Trzy Gracje :-)
środa, 10 lipca 2024
Spotkanie w Szczawnicy
Zostało mi podsumowanie pobytu w Krynicy, ale nie mogę dłużej czekać , by pochwalić się spotkaniem w realu z blogerką i pisarką - Anią z bloga Anna Pisze.
Wiedziałam, że wpada czasami do Szczawnicy, więc zaproponowałam wspólne wypicie kawy, jeśli los rzuci nas w to samo miejsce, w tym samym czasie.
Gdy zakwaterowaliśmy się na miejscu w Pieninach, w sympatycznej willi Szarotka, wysłałam wici i ustaliłyśmy szczegóły.
Dzień deszczowy, lekka trema, ale niepotrzebnie, bo Ania i jej mąż to nadzwyczaj sympatyczni ludzie, rozmawialiśmy o życiu i wędrowaniu, jakbyśmy znali się od lat.
Przy kawie i lokalnym piwku czas leciał szybko, ale nadchodziły czarne chmury i trzeba było wracać na nocleg. Na szczęście obyło się bez strasznej burzy, jedynie lało do końca dnia...
Cieszę się bardzo, że dane nam było spotkać się w realu i że kolejny raz przekonałam się, że jeśli na blogach nadajemy z kimś na tych samych falach, to w realu jest podobnie!
piątek, 2 lutego 2024
Udany dzień
To był naprawdę udany dzień.
Pamiętacie, że musiałam odłożyć spotkanie z czytelniczką bloga, bo najpierw zachorował mój wnuk, później sama leczyłam infekcję gardła.
Wreszcie obu nam pasował termin i spotkanie doszło do skutku. Czekałam w środku cukierni i już z daleka dostrzegłam energiczną postać i twarz zapamiętaną z pierwszego spotkania.
Nie miałam ani przez chwilę wątpliwości, że znalazłam pokrewną duszę, od razu zaiskrzyło, jakbyśmy się znały od dawna. Ile wspólnych tematów, znajomych osób i miejsc. Pani Olga od razu zaproponowała przejście na TY, jesteśmy w podobnym wieku, mamy synów w zbliżonym wieku.
Moja rozmówczyni, to bardzo ciepła osoba, doświadczona przez życie, ale pełna apetytu na wszystko, co niesie każdy dzień. Czyta wiele blogów, mój znalazła przypadkiem, ale intuicja podpowiedziała jej, że może warto bliżej poznać panią od biblioteki. Cieszę się, że spodobało się Oldze moje pisanie, a zwłaszcza posty o miejscach godnych polecenia, także w naszym rejonie.
Szkoda , że sama nie prowadzi bloga, bo zna wiele ciekawych opowieści, ale jak sama przyznała, miałaby problem z niektórymi komentarzami. Zbyt wiele jest hejtu i agresji na blogach i w mediach społecznościowych. Trudno temu zaprzeczyć, bo przecież samo komentowanie u innych może podnieść człowiekowi ciśnienie.
Nawet pogoda zrobiła mi dziś miłą niespodziankę. Miało być wietrznie i deszczowo, a tu przez większą część dnia słońce i okazja do długich spacerów, więc przedreptałam 8 km.
Jesteśmy umówione na kolejne spotkanie i już się cieszę:-)
piątek, 7 czerwca 2019
Zza biurka na matę
Zaproszono mnie z dziećmi na spotkanie w ramach akcji głośnego czytania.
Gość biblioteki przy parku powitał nas promiennym uśmiechem, z zazdrością patrzyłam na nienaganną sylwetkę i wyprostowane plecy.
W trakcie spotkania pani Ania opowiedziała o swojej drodze do bycia trenerką personalną.
Przez 17 lat pracowała za biurkiem, czuła się coraz częściej wypalona, zniechęcona, nie mogła po pracy wykrzesać z siebie sił ani ochoty, by pójść choćby na rower ( skąd ja to znam ? )
Pewnego dnia postanowiła zmienić ten stan rzeczy, tym bardziej, że wychowanie syna wymagało od niej też sporo energii, chciała mu towarzyszyć w wielu aktywnościach, a tu organizm odmawiał posłuszeństwa.
Zainteresowała sie fitnessem, uporządkowała swoje sprawy, zrobiła odpowiednie kursy, wymówiła pracę za biurkiem i znalazła swoje miejsce w studiu fitnessu, gdzie prowadzi zajęcia indywidualne i grupowe dla ludzi w różnym wieku.
Zmieniła całkowicie tryb życia, jest pogodna, pełna energii, zaraża ochotą na ruch i zdrowy styl życia.
Z zainteresowaniem słuchały jej nie tylko dzieci.
Dostałam darmową wejściówkę na wybrane zajęcia, by zapoznać się z ofertą, ale chyba dopiero w wakacje dam radę skorzystać ( piątek 8 rano).
Jak mówi trenerka, powinno się spróbować różnych form, by wybrać najlepszą dla siebie.
Jeśli dotrę i nie padnę na polu walki ( fitnessu), dam znać jak mi poszło...
czwartek, 9 sierpnia 2018
Pan Kazimierz...
Jeden z pieszych szlaków zaprowadził nas do miejscowości Zwardoń, a dzień był gorący. Na szczęście droga prowadziła częściowo przez tereny zadrzewione, co dawało wytchnienie od słońca.
Po dotarciu do celu szukaliśmy miejsca, by usiąść przy dobrej kawie.
Niestety, w miejscu, gdzie kończył się szlak było blisko do przejścia granicznego, dookoła jakieś domy prywatne, tablica informacyjna , kapliczka ku czci św.Anny i ....niczego na horyzoncie. Jakaś pani z dzieckiem zapytana, gdzie tu można napić się kawy wskazała stację benzynową, w której kierunku ruszyliśmy, mijając nieczynną od dawna kawiarnię i liczne grupy kolonistów...
Stacja jak stacja, ktoś kupował winiety, kto inny hot dogi. Z boku długiej lady siedziało dwóch panów przy kawie, starszy z nich zapytał czego szukamy, bo rozglądałam się za expresem do kawy.
Gdy wyraziłam życzenie zamówienia gorącego napoju pan stwierdził, że ekspres został oddany do czyszczenia, ale on może nam służyć kawą parzoną lub rozpuszczalną. Ja na to, że liczyłam BARDZO na dobrą kawę. Pan zapewnił, że kawę mają świetną, więc zamówiłam.
Widzę jednak, że pan włączył po prostu czajnik elektryczny.
- Czy mógłby pan przynajmniej nalać świeżej wody? Chyba nie zaleje mi pan kawy tą używaną z czajnika?
- Ale o co chodzi z ta wodą ? - pan zapytał uprzejmie
- Żeby kawa miała piankę woda musi być świeża... zapewniał pan, że kawa będzie dobra.
- No coś takiego, pierwsze słyszę, ale wody naleję świeżej z radością i proszę nasypać sobie kawy do kubka, jak w domu.
- A mogę prosić o filiżankę?
- Nie lubi pani w kubku? pan wyciągał z szafki kolejne naczynia
- Nie bardzo, o proszę tę filiżankę.
Pan Kazimierz, bo tak miał na imię, zalał kawę w naczyniu, zaprosił na krzesła , otworzył pudełko ciastek i podsunął talerzyk z pokrojonym arbuzem. Jak w domu.
Mąż zapytał - ile płacimy?
- Za co chce pan płacić? jesteście państwo moimi gośćmi, tak mi się spodobała pana kobieta, że z przyjemnością przysiądę się, by pogawędzić, proszę się częstować.
Okazało się, że pan Kazimierz jest właścicielem stacji benzynowej i połowy domów w Zwardoniu.
Pływał kiedyś na statkach po całym świecie, gdzie ma teraz wielu przyjaciół. Zapraszano go często do Kanady, USA, Singapuru, ale tyle się napodróżował, że teraz osiadł na stałe i prowadzi swoje interesy.
A pochodzi w ogóle z Gdyni.
Siedzieliśmy tam długo, co odbiło się na obsłudze innych klientów, opowieści pana Kazimierza były niesamowite!
Zapytałam dlaczego nie napisze wspomnień, szkoda tych wszystkich opowieści i anegdot. Wymówił się brakiem czasu.
Starszy pan, a rozsadza go energia i napędza chęć kontaktów z ludźmi, do czego stacja benzynowa przy ruchliwej drodze, obok przejścia granicznego bardzo się nadaje. Jego bezpośredniość wobec klientów niektórych trochę krepuje, może myślą, że są w ukrytej kamerze?
Na koniec pan Kazimierz opowiedział nam anegdotę o swoim bracie. Razem pływali, podobnie zarabiali (chociaż brat był raczej pracownikiem fizycznym), ale tak jak nasz rozmówca inwestował swoje zarobki, tak jego brat odkładał do skarpety. Podobno zakopał złoto w ogrodzie i chyba już nie pamięta gdzie, a według pana Kazimierza te słoiki ze złotem tak sobie dryfują z czasem w stronę pobliskiego kościoła...
Przy pożegnaniu pan Kazimierz zapytał czy mój mąż dobrze się sprawuje, odpowiedziałam, że nie mam prawa narzekać.
- W takim razie życzę szerokiej drogi i zapraszam także do Gdyni!
środa, 21 marca 2018
Uciekła mi pamięć...
Dzień był zimny, wietrzny, a Ona bez czapki, szalika i rękawic, prowadziła psa na smyczy, a właściwie to pies ciągnął swoją panią.
- Witaj Mireczko!
Chwyciła mnie za ręce, nawet przez rękawiczki czułam, jakie ma skostniałe dłonie.
- Jak ładnie wyglądasz!
Patrzyła na mnie, chyba mnie poznała, ale nie mogła przypomnieć sobie imienia i te smutne oczy…
- Ładnie wyglądasz i nic się nie zmieniasz, a ja – widzisz, stara baba jestem!
- Mireczko, wszyscy się starzejemy, ale grunt, to mieć dobry humor i kondycję!
Pies szarpnął się zniecierpliwiony…
- A ty jak zwykle z psem na spacerze, dużo chodzisz, jak zawsze.
Spojrzała na mnie smutnymi oczami, skurczona, zziębnięta, ale jakby nie zauważając tego zimna odpowiedziała:
- Pamięć mi uciekła, nawet imienia psa nie pamiętam, chodzę tymi samymi ścieżkami, by trafić do domu, przez ponad rok tak się posunęłam, że sama siebie nie poznaję…
Skurczyła się, włosy w strąkach, zniknęła energia i wieczny uśmiech na twarzy, oczy uparcie patrzą w chodnik.
- Tak mi przykro, a nie zimno Ci? taka paskudna pogoda.
- Zimno?
Spojrzała na swoje zgrabiałe dłonie…
- Zimno, ale zapomniałam, gdzie leżą rękawiczki… to mój czwarty pies, młodziutki, musi się wybiegać.
- Uważaj na siebie!
I poleciała za psem, który rwał się do biegu za kawkami.
Była wychowawczynią mojego brata, moją koleżanką z pracy. Nauczycielem z powołania, który wszystkie siły i każdą wolną chwilę oddawał pracy. Niepocieszona, gdy musiała odejść na emeryturę, bo taki nastał czas, bo zabrakło etatu, bo nie miała nic innego poza pracą, może tylko synów, ale i oni poszli swoimi drogami, gdy dorośli.
Teraz opiekują się matką, każdy na swój sposób, ale pamięci jej wrócić nie mogą, a Ona resztkami świadomości trzyma się tego świata i nie może pogodzić się z diagnozą – Alzheimer.
środa, 19 października 2016
Dwie uczty...
Pierwsza płyta to koncert Andre Rieu z orkiestrą, zarejestrowany w Maastricht. Co urzekającego jest w tym nagraniu? Genialny dyrygent, świetna orkiestra, soliści z całego świata, międzynarodowa publiczność i różnorodny repertuar. Słuchacze rozmieszczeni jak typowa publiczność, siedzący w kawiarnianych ogródkach, wreszcie mieszkańcy okolicznych kamienic, bo koncert na świeżym powietrzu ma miejsce.
Utwory w szerokim przekroju, od arii operowych i operetkowych, przez fragmenty z musicali po popularne piosenki. Nie zabrakło także akcentów humorystycznych. Serce rosło patrząc na tych wszystkich ludzi zgromadzonych na placu i śpiewających prezentowane przez orkiestrę i solistów utwory. Dyrygent pełni także rolę konferansjera i łatwą angielszczyzną zapowiada kolejne kawałki.
Ze sceny pada zdanie, które zapada mi głęboko w serce : WSPÓLNE ŚPIEWANIE CZYNI CZŁOWIEKA SZCZĘŚLIWYM.
Koncert kończy się pokazem sztucznych ogni, a uczta muzyczna trwa ponad dwie godziny.
Kolejna płyta to koncert Michaela Buble.Jakże odmienna w klimacie od poprzedniej, kameralne spotkanie popularnego piosenkarza z publicznością, głównie żeńską w intymnej atmosferze małej sceny. Pięknie zaśpiewane znane i mniej rozpoznawalne utwory. Świetny kontakt piosenkarza z widzami, zwłaszcza z fankami w różnym wieku. Kolejne dwie godziny pięknej muzyki - do wykorzystania na spotkanie sylwestrowe w gronie przyjaciół.
To była uczta domowa i odseparowanie się od kiepskich filmów w telewizji lub politycznych jałowych dyskusji.
Druga uczta to skorzystanie z zaproszenia jednej z filii Biblioteki Miejskiej w moim mieście na spotkanie z młodymi filharmonikami. Spotkanie wprawdzie przygotowane było z myślą o bardzo młodym uczestniku, ale skorzystałam i ja. Konferansjer opowiadał ciekawie o instrumentach, orkiestrze symfonicznej, koncertach, na jakie zaprasza Filharmonia Pomorska w Bydgoszczy.
Był teŻ balsam dla duszy czyli muzyka na żywo, od utworu Haendla na początku, poprzez Ave Maria po hejnał mariacki i O sole mio pod koniec spotkania. Brzmienie instrumentów i głos młodego tenora przeniosły mnie w wyobraźni na salę koncertową. A jakie to były decybele!!!
Nie przypuszczałam, że taki mini koncert młodych filharmoników w czytelni biblioteki miejskiej sprawi mi tyle przyjemności.
wtorek, 7 czerwca 2016
Spotkanie w realu...
Obowiązkowy spacer po naszym parku Solanki, zdjęcie na tle słynnych dywanów kwiatowych.
Spotkania z uczniami w różnym wieku oraz z czytelnikami dorosłymi. Był to bardzo intensywny dzień, trzy spotkania z czytelnikami i udział w Festiwalu nauki.
Obiecałam Gabrysi wycieczkę do Lichenia i do Kruszwicy, bo nie była w tych miejscach, a są blisko mnie....
Takie spotkania nie zdarzają się często, czasami sie ich obawiamy, ale ja cieszę się bardzo z tego spotkania i nie będzie to ostatnie spotkanie w realu...



.jpg)

.jpg)




















