Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 października 2019

Taki obrazek...

Wracam z pracy, przechodząc obok Urzędu Miasta.
Na ławce siedzi sympatyczna para, może kuracjusze, opaleni, uśmiechnięci.
Pan coś zagaduje w moim kierunku, pomyślałam, że może o coś zapyta, o drogę lub aptekę, bo tak najczęściej bywa.
Ciągle zdarza mi się udzielać różnych informacji lub podprowadzać w jakieś miejsce, jeśli mam po drodze.
Ale najwyraźniej nie o adres chodzi:
- Przepraszam, czy spotkam tutaj tego Brejzę?
- Prezydenta?
- Może przechodzi tędy czasami? chciałbym zadać mu parę pytań...
- Nie wiem, może limuzyną jeździ, poza tym późno już...
- A ten gno...młody Brejza?
- Pewnie w Warszawie.
- A wy ich lubicie? pani ich lubi?
- Cenię prezydenta za to co zrobił dla miasta... a syna Krzysztofa nie znam osobiście, więc nie mogę powiedzieć czy go lubię czy nie, znam jego wystąpienia w Sejmie i nie wierzę we wszystko co mówią media...
- Bo ja nienawidzę obu, starego i młodego!
- A pan jest stąd?
- Ja jestem z Łodzi.
- To życzę panu miłego pobytu.

wtorek, 23 kwietnia 2019

Między ludźmi...

Bywanie w różnych miejscach publicznych obfituje w obserwacje i podsłuchy, nawet mimowolnie.

W marcu bywałam w przychodni i szpitalu, więc takowych smaczków trochę się nazbierało, a wiecie , że lubię zapamiętać i napisać ku pokrzepieniu serc...

Siedzę przed okienkiem rejestracji do kardiologa:
- Musi się pani uzbroić w cierpliwość, bo logowanie do systemu kardiologicznego trwa i trwa
- mam czas i w końcu siedzę...
Pani rejestratorka odbiera telefon od syna, z rozmowy wynika, że wyszedł do szkoły bez tornistra:
- ale czego ty ode mnie oczekujesz, że rzucę pracę i ci ten plecak przywiozę do szkoły?
Uśmiecham się wyrozumiale, bo znam podobne sytuacje z własnego doświadczenia.
-Przepraszam panią, ale to dziecko do grobu mnie wpędzi...o, mamy połączenie, pani termin to kwiecień 2020...

W drodze ze szpitala do domu mijam dwóch panów sprzątających okolice bloku po remoncie:
- No mówię ci, ten piiiiiiiiii sprzedał wszystkie książki, takie ładne, teść mówił, że cenne, a on sprzedał za grosze! Nieuk je.....y, nie wie co dobre, tylko k...wa kasa się liczy!


W przychodni spotykają się dwaj zaawansowani wiekiem emeryci:
- A, witam kolegę!
- Uszanowanie, to jeszcze żyjesz?
- Żyję, nie mam innego wyjścia, zapisali mnie do specjalistów na tak odległe terminy, że szkoda aby przepadły...
- To ja podobnie, zdrowia życzę!

Kolejka do lekarza, pani pyta kto ma jaki numer, ja miałam 10:
- To dobrze, ja mam 28 dopiero
- I już pani przyszła?
- Kochana, tu chociaż jestem wśród ludzi, a w domu co? Nawet psa nie mam...


Gdy rejestrowałam się do lekarza jakąś starsza pani wyjaśniała, że musi się zapisać na popołudniowe godziny przyjęć:
- ale to godziny dla pracujących, emerytów rejestrujemy na godziny poranne
- Trudno, ja muszę wnuki do szkoły zaprowadzić i odebrać...

Na ulicy zaczepia mnie pani z dziewczynką w wieku przedszkolnym i pyta gdzie przystanek autobusu, który dowiezie je do galerii handlowej. Tłumaczę, że to blisko i zamiast stać na przystanku niech idą ze mną to pokażę drogę. Dziecko pyta czy daleko jeszcze...
Gdy docieramy do galerii dziewczynka wybucha płaczem:
- kochanie, aż tak bolą cię nóżki?
- Nieeee, ja chciałam się przejechać autobusem!
Okazało się, że są z małej miejscowości, gdzie nie ma komunikacji i mama obiecała , że tata wysadzi je z auta tak, by mogły dojechać do celu autobusem...

Przy kasie w Lidlu:
- Wymieniam punkty na lemura
- Lemury się skończyły
- To poproszę tygrysa...
No nie mogłam powstrzymać uśmiechu:-)

piątek, 30 listopada 2018

To tu, to tam...

Codzienne obserwacje obfitują czasem w ciekawe scenki.
Samo życie można powiedzieć.

Z reguły każda z tych scenek przynosi późniejsze refleksje, z którymi idę do pracy lub wracam do domu.
Taka filozofia życia codziennego

Nawet obserwacje przyrodnicze takim rozważaniom mogą służyć, uświadamiają nam wszak, że wszystko jest ulotne, a my wobec natury mali jako te mrówki...
****
Idąc do pracy utartym szlakiem widuję panie z jakiejś firmy, sprzątające klatki schodowe.
Wyposażone w sprzęt specjalistyczny i kanistry z wodą. Zawsze zastanawiam się, skąd tę wodę czerpią, ale najgorsze jest to, że brudna woda z wiader po umyciu schodów wylewana jest na trawniki, a przecież tuż obok studzienki ściekowe.
Obawiam się, że trawa pod wpływem tych wszystkich środków do szorowania, mycia, pucowania nie odrodzi się na wiosnę...

****
Szukałam kiedyś czegoś w TESCO, krążyłam z koszykiem między regałami, mijając co jakiś czas ochroniarza.
Nagle słyszę za plecami monolog:
- Mamy tu klientkę, krąży długo po sklepie z towarem w koszyku, coś tam z nim robi, a przy stoisku domaga się obniżenia ceny, na razie obserwujemy, ale zwróć też uwagę w kamerze, nie chcę za blisko podchodzić.
Poczułam się średnio i gdybym miała coś w koszyku, to pomyślałabym, że to o mnie.
Uważam, że ani ochroniarze, ani ekspedienci nie powinny mówić o jednym kliencie w obecności drugiego.

****
Kupowałam na poczcie koperty, przede mną mocno starsza pani płaciła za jeden znaczek, zdziwiona, że tak drogo.
- Wie pani, ja już tylko wymieniam kartki na święta z moją kuzynką, żeby tradycję zachować, a wszyscy to tylko sms-y albo życzenia przez telefon. My wolimy z kuzynką kartki.
- Ma pani rację, tak miło znaleźć w skrzynce życzenia od bliskich.
Na poczcie jest także stanowisko ubezpieczeń i bank pocztowy. Pani z okienka pyta staruszkę czy ubezpieczyła mieszkanie i szybko recytuje, co i za ile można ubezpieczyć.
- Kochana, ja bym wszystko ubezpieczyła, ale za co? Mnie na leki ledwo starczy...

****
Codziennie czynię obserwacje balkonowe. Zawiesiłam kulę z ziarnami ptaszkom na balkonie, miała być dla sikorek głównie, a tu boje prawdziwe między wróblami, jeden drugiego w ogon dziobie, a sikorki kulturalnie na swoją kolej czekają...

****
Na koniec obserwacje jesiennego nieba, nie miałam przy sobie aparatu, więc zdjęcia zrobione telefonem...


czwartek, 16 sierpnia 2018

Scenka osiedlowa...


Byłam świadkiem tej scenki, a podobnych na osiedlach pewnie sporo. Na balkonie stał sobie pan w średnim wieku i palił e-papierosa.
Pod balkonem spacerowała pani z dużym psem. W pewnym momencie pies zostawił na trawniku pod balkonem sporą kupę.

- Halo, proszę pani, dlaczego nie sprząta pani po swoim psie? - odezwał się pan z e-papierosem
- O co panu chodzi? Nie sprzątam,bo od tego są służby!
- A widziała tu pani kiedyś jakieś służby?
- Wszystkich się pan tak czepia?
- Pani zdaje się mieszka w tamtym bloku, poznaję z widzenia, a przychodzi pani aż tutaj, pod mój balkon...
- Trawniki są publiczne, nie będzie mi pan mówił, gdzie mam psa wyprowadzać!
- Skoro trawniki są publiczne, to dlaczego przed Waszym blokiem postawiono tablicę ZAKAZ WYPROWADZANIA PSÓW?
- To jest teren wspólnoty...
- Czyli u siebie chcecie mieć czysto, a ja mam wąchać psie odchody, bo pewnie nie pani sama ma psa we wspólnocie?
- Zaraz widać, że nie lubi pan zwierząt!
- A pani chyba nie lubi ludzi...

niedziela, 31 lipca 2016

Pani Basia - podporucznik Nina

Jak to jest znać bohatera? Jestem zaszczycona, że dane mi było poznać tak niezwykłą osobę. Spotkana na ulicy, gdy idzie o kuli na swoje codzienne zakupy na ryneczku nie sprawia wrażenia nikogo ważnego. Ot, starsza pani, która boryka się z ułomnościami ciała i nierównością chodnika.
Pani Barbara, teściowa mojej bliskiej koleżanki, łączniczka z Powstania Warszawskiego, szeregowy "Nina Górska".
Osoba tak skromna, jak wielkie było Jej bohaterstwo. Uwielbiam z Nią rozmawiać na różne tematy, jest wykształcona, oczytana, pełna empatii, zorientowana w bieżącym życiu politycznym, pełna mądrości życiowej, ale nigdy nie poucza - co najwyżej wyraża własne zdanie i zawsze jest ciekawa Twojego. Chętnie podróżuje z synem i synową, bierze udział w rocznicowych uroczystościach ku czci bohaterów Powstania, zapraszana przez Prezydenta miasta , w którym zamieszkała po przejściu na emeryturę by być bliżej syna.

O Powstaniu Warszawskim opowiadała w mojej obecności tylko raz i widać było, jak wiele jeszcze bolesnych emocji przywołują tamte wspomnienia po tylu latach. Przez 50 lat nie opowiadała o udziale w powstaniu nikomu, zmieniła zdanie, gdy uświadomiła sobie, że jest to winna kolegom , których coraz mniej jest wśród żywych i aby dać świadectwo tamtych czasów.
Kiedy wybuchło powstanie, miała 17 lat. Jest rodowitą warszawianką, więc tak jak większość warszawiaków była przekonana, że trzeba walczyć z okupantem. Najpierw udzielała się w harcerstwie. Kiedy wybuchła wojna, zaczęły się represje ze strony Niemców. Ze względów bezpieczeństwa należało zawiesić oficjalną harcerską działalność. Dzięki koleżance, w wieku szesnastu lat, weszła w struktury Armii Krajowej. Do powstania poszła tak, jak stała. Wszyscy tak szli.
Tak opowiada:

Pamiętam niemal każdy dzień powstania. Na ulicach zaczęto budować barykady, a na budynkach zrobiło się biało-czerwono od polskich flag, z głośników i radioodbiorników płynęły polskie powstańcze piosenki. Na barykady szło wszystko: meble, cegły, tramwaje, płyty chodnikowe. Nie mieliśmy solidnych mundurów czy ubrań. Buty się rozlatywały, ubrania darły, mieszkańcy stolicy wynosili nam jednak odzież z domów. Poruszaliśmy się piwnicami i kanałami, bo Niemcy co rusz bombardowali miasto. Podczas nalotów zginęło wielu moich znajomych, kolegów. Pamiętam taką scenę, jak rozmawiałam na ulicy z moim dowódcą i kolegą. Po chwili obydwu ich już nie było, bo trafił w nich odłamek zrzuconej bomby. Ja ocalałam. Wszyscy mieliśmy świadomość zagrożenia i śmierci, ale walczyć i zginąć za ojczyznę to jest honor. Dla takiej sprawy jak niepodległa Polska, nie żal i życie poświęcić.



Byłam łączniczką. Przybrałam pseudonim Nina Górska. Nie wiem, skąd mi się wpadło do głowy to nazwisko, ale imię wzięłam po mamie, która zmarła krótko przed wojną. Miała na imię Janina, więc w skrócie Nina. Należałam do batalionu Parasol, jednak do powstania przystąpiłam na Placu Kościeleckich. Dostaliśmy rozkaz, by przejść stamtąd do Śródmieścia. Któregoś dnia, gdy przechodziłam Marszałkowską, o mało nie zginęłam, uratował mnie przypadek. Na ulicy były barykady, przez które przepuszczano ludność pojedynczo. Starszy pan, który stał przede mną, bardzo się spieszył do córki i poprosił mnie, bym go przepuściła. Tym uratował mi życie. Kiedy przechodził przez barykadę zastrzelił go snajper. Bardzo wielu ludzi ginęło na barykadach, właśnie w czasie przechodzenia. Śmierć zresztą czaiła się na każdym kroku, jednak przez cały czas przyświecała nam jedna myśl: pokonać Niemców.


Po ogłoszeniu kapitulacji Niemcy wyznaczyli miejsca, gdzie mają się stawić mieszkańcy Warszawy. Wszystkim kazali opuścić stolicę. Z Warszawy Zachodniej pani Basia trafiła najpierw do Pruszkowa, gdzie był przejściowy obóz w naprawczych zakładach kolejowych. Stamtąd przydzielono Ją do transportu kolejowego jadącego w głąb Rzeszy. Przez dziesięć dni podróżowali w wagonach towarowych do Halle. Tam więźniów podzielono i pani Barbara trafiła do Stumsdorfu. Pracowała tam fizycznie na torach kolejowych. Jej obowiązkiem było zasypywanie lejów po bombach.
W obozie pracy w Niemczech była do kwietnia 1945 roku, do czasu wyzwolenia przez Amerykanów. Do Polski wróciła w 1946 roku. Trafiła na Śląsk do Bytomia i tam pracowała w hutnictwie. Miał to być pobyt tymczasowy, jednak minęło prawie pół wieku, tyle czasu trwała ta prowizorka. Nigdy nie wstąpiła do PZPR-u, chociaż co rusz otrzymywała deklaracje do podpisania. Wszystkie lądowały jednak na dnie szuflady biurka.
Przez to jednak życie nie było łatwiejsze, wręcz przeciwnie. Ale mężnie znosiła trudy, nie zgorzkniała, zachowała otwarty umysł i pogodę ducha.
W 2004 roku szeregowy Barbara Sosińska otrzymała awans na stopień podporucznika Wojska Polskiego (dokument widoczny na zdjęciu) i jest to jedyna pamiątka tamtych czasów...

(zdjęcia dzięki uprzejmości rodzinnego archiwum bohaterki)

środa, 22 czerwca 2016

Milczenie niejedno ma imię....

Wpis dedykuję Gabrysi z Mysłowic i Grażynce z Dukli, które zainspirowały temat.

Mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Znane i często powtarzane zdanie, ale czy zawsze milczenie jest dobrym rozwiązaniem? Myślę, że zależy to od wielu rzeczy. Pozwoliłam sobie na pewne przemyślenia w tym temacie i obawiam się, że nie będzie krótko, za co niecierpliwych z góry przepraszam.
Pamiętam z dzieciństwa, że najgorszą dla mnie karą było milczenie mojej mamy, potrafiła przez kilka dni nie odzywać się, omijać mnie wzrokiem, udawać, że nie zauważa moich starań o jej uwagę. Wolałam wówczas dostać pasem lub jakąkolwiek karę fizyczną, ale przecież dzieci się nie bije…
Drugim, jakie przychodzi mi na myśl jest milczenie z zazdrości, gdy odnosimy jakiś sukces i oczekujemy kilku słów, jeśli nie pochwały, to przynajmniej obiektywnej oceny, a tu nic, ani słowa, zimny wzrok i szybka zmiana tematu lub oddalenie się bez słowa…
Ciche dni – częsty przypadek milczenia niszczącego związek, gdy zamiast konstruktywnej rozmowy wolimy strzelić focha i nie odzywać się do siebie przez kilka dni. Im dłużej trwa ta przerwa, im bardziej umacniamy się w tym naszym zapiekłym milczeniu, tym ciężej wyciągnąć rękę i przerwać milczenie.
Zdarza się, że pary muszą szukać pomocy z zewnątrz, bo tak zacietrzewiły się w tym milczeniu, że często nie pamiętają już o co poszło. Chyba każdy z nas ma to za sobą, chyba że był dojrzałym partnerem od początku.
Milczenie traumatyczne – zdarza się po bardzo ciężkich przeżyciach, utracie bliskich, po wypadku. Czasem milczy się świadomie, na znak buntu, z powodu urazu lub dotknięta psychika blokuje czynność mówienia. Ale nie jestem specjalistą, więc nie rozwinę tego zagadnienia.
Milczenie nakazane – najczęściej dzieci słyszą: nie odzywaj się, nie zabieraj głosu, nie będę cię słuchać, co ty możesz mieć do powiedzenia? Czasem milczenie nakazane zostało jednostce przez innych członków tej samej społeczności (zakazano zabierania głosu niektórym duchownym lub zakaz dotyczy jakiegoś polityka lub członka organizacji), bądź też wymagane jest przez ustalone zasady np. w kościele, w czasie uroczystości, na koncercie.
Milczący brak zrozumienia lub własnego zdania: niekiedy pytają nas – co tak milczysz? Bo nie zrozumiałem o czym się do mnie mówi i nawet nie wiem o co zapytać, bo w danym momencie nie wiem co odpowiedzieć, bo boję się ośmieszenia, bo temat mnie nie dotyczy, wiec nie zabieram głosu. Pewną odmianą będzie tutaj milczenie zamierzone – aby nie sprawić komuś przykrości lub nie zdradzić swoich poglądów.
Milczenie kontemplacyjne – trwamy w ciszy, aby pozbierać myśli, pogadać z samym sobą lub bezgłośnie pomodlić się, podjąć decyzję, uporządkować chaos w głowie. Mnisi, członkowie bractw czy organizacji narzucają sobie milczenie jako formę wyrzeczenia, postu, rekolekcji, ćwiczenia samodyscypliny i koncentracji.
Dobrym sprawdzianem na pokrewieństwo dusz i udany związek jest wspólne milczenie, mówi się, że gdy potrafimy w swojej obecności milczeć bez skrępowania, to jest to dobry znak. Oczywiście pary czy znajomi mogą milczeć z powodu wypalenia, braku jakichkolwiek więzi, ale myślę, że wówczas milczenie jest męczące i zastanawiające przynajmniej dla jednej ze stron. Zawsze podziwiam pary staruszków idące pod rękę i rozprawiające żywo podczas spaceru. Jak to miło, gdy po tylu wspólnie przeżytych latach mają sobie tyle jeszcze do powiedzenia.
Milczenie tchórzliwe, kiedy nie mamy odwagi przeciwstawić sie prześladowcy, sprzeciwić złu, przymykamy oczy na wiele nieprawidłowości dziejących się wokół nas. Może tchórzymy, może robimy to dla wygody, nie chcemy narażać sie czyniącym zło, zbyt cenimy własny spokój, aby po zabraniu głosu nękano nas, wzywano na świadka...inaczej mówiąc takie milczenie jest cichym przyzwoleniem na całe zło tego świata.
Milczenie sekretne, kiedy ktoś powierzył nam jakąś tajemnicę i chociaż swędzi nas język, lubimy poplotkować, to zobowiązani jestesmy do milczenia, chyba że zostaniemy z niego zwolnieni lub tajemnica przestaje być sekretem.
Ostanie milczenie, które przychodzi mi do głowy to milczenie ze wzruszenia, kiedy odbiera nam mowę z powodu pięknego widoku, niezapomnianego nastroju lub wydarzenia. Pamiętam milczenie mojego męża, gdy po raz pierwszy zobaczył naszego syna, jedyne co mógł wtedy zrobić to pokiwać głowa i przełknąć ślinę…
Czasami marzymy o chwili ciszy, spokoju, o możliwości nie rozmawiania z nikim o niczym. Takie stany trwają chwilę lub nieco dłużej, być może nasz mózg potrzebuje zresetowania, wsłuchania się we własne myśli. Są też tacy, którzy nie odczuwają braku towarzysza rozmów wcale lub tak deklarują. Większość z nas chyba nie zniesie długiego braku konwersacji, wszak nawet więźniowie skarżą się na odseparowanie od innych współwięźniów i brak możliwości porozmawiania z kimkolwiek.
Warto wiedzieć także, kiedy nie zabierać głosu , bo lepiej zachować milczenie, ale tego uczy nas własne doświadczenie i obserwacje prowadzone przez całe życie…

czwartek, 10 marca 2016

Chciałabym....

Mówi się, że gdy spada gwiazda powinno się wypowiedzieć jakieś życzenie. Co prawda nie widziałam na nieboskłonie spadającej gwiazdy, ale czasami wzbiera we mnie lista życzeń, których spełnienie czyniłoby świat bardziej znośnym dla wrażliwych ludzi...

Chciałabym aby:
- sen przynosił wypoczynek, a płacz ukojenie
- można było zjadać ulubione przysmaki bez ciągłego myślenia o dietach i skutkach zdrowotnych
- wynaleziono wreszcie skuteczny lek na zwykły ból głowy
- małe dzieci nie doświadczały chorób zarezerwowanych niegdyś dla dorosłych
- pacjent nie był przypadkiem chorobowym ,a lekarze mieli więcej empatii
- ludzie odchodzili razem i nie musieli przeżywać żałoby po ukochanej osobie

Chciałabym aby:
- ludzie nie zazdrościli sobie sukcesów, ale raczej sami wzięli się do roboty
- praca nie niosła ze sobą niepotrzebnych stresów, które tylko przeszkadzają w rozwoju i zabijają motywację do działania
- ludzie mówili sobie prawdę prosto w oczy, bez obgadywania za plecami
- każdy mógł liczyć na pomoc bez przymusu okazywania wdzięczności
- obowiązywał szacunek dla pracy każdego człowieka, bez lekceważenia i wartościowania

Chciałabym:
- aby nikt nie wywyższał się ponad innych z racji majątku, pochodzenia czy jakichkolwiek innych względów
- byśmy szanowali prawo innych do wypoczynku, ciszy, ładu, własności
- by rodzice uczyli swoje dzieci, jak być szczęśliwym, a nie bogatym
- by ludzie cenili pasje i zdolności, a nie tylko majątek i zaradność życiową

Chciałabym:
- by ławki w parkach służyły do siedzenia i relaksu, a nie do innych celów
- by graffiti domorośli artyści ćwiczyli w domach, a nie miejskich murach
- aby śmieci trafiały do koszy, a butelki do skupu
- nie słuchać wulgaryzmów i nie widzieć plujących na chodniki

Wiele jeszcze mogłabym wymieniać, ale o niektórych podobnych życzeniach już pisałam, o innych napiszę.

czwartek, 18 lutego 2016

Jestem chyba staroświecka...

Zmieniają się czasy, zmieniają się mody, zasady ulegają rozluźnieniu, ale niektóre zmiany są dla mnie trudne do zaakceptowania, chociaż nie jestem damą i nie odebrałam pensjonarskiego wychowania.
Śmieszyło mnie zdziwienie dziadka, że młodzi w roboczych drelichach chodzą czyli w sztruksach i jak w ogóle w dżinsach można się pokazać na ulicach, przecież to odzienie chłopców od krów... Od tej pory wiele wody upłynęło i nikt dżinsom ani sztruksom się nie dziwi, ale podarte, obszarpane, przetarte, postarzane sztucznie? Za 300 zł lub więcej? Dziura to dziura, postrzępione nogawki są trendy czy po prostu niechlujne? Sweter z dziurami i z prującym się brzegiem? Koszula pognieciona do granic możliwości i adidasy bez sznurowadeł z dyndającym jęzorem a nogawki spodni różnej długości...no co ja zrobię, że razi mnie nieodpowiedni strój do teatru lub do szkoły i zastanawia mnie, dlaczego odświętnie ubierają się ludzie do kościoła, a do szkoły na zakończenie roku niektórzy rodzice przychodzą w strojach plażowych? Nie pasuje mi także, gdy widzę w mediach transmisje z różnych gali, a tam widzowie w pierwszym rzędzie siedzą w mocno niedbałych pozach, żując gumę lub pisząc w telefonach...
Nie przekona mnie nikt także, że pasują trampki lub tenisówki do garnituru, zwłaszcza gdy te trampki kosztują kilkaset złotych...oglądałam niedawno zdjęcia koleżanki z rodzinnej uroczystości w restauracji, a tam młodzi panowie w garniturach i muszkach, a do tego białe buty sportowe za kostkę, bez sznurówek oczywiście..
Na wielu blogach poruszany był temat nadużywania telefonów w różnych sytuacjach, dodam tylko, ze ostatnio widuje nadmiar tego sprzętu w restauracjach także, a rozmówcy komórkowi swoimi głośnymi rozmowami zakłócają spokojny posiłek innym. Podobnie z głośnym zachowaniem się przy stole, wybuchami śmiechu,kłótniami, w końcu restauracja to miejsce publiczne, więc powinniśmy zważać na klientów przy sąsiednim stoliku.
Pozostając w strefie restauracyjnej przywołam jeszcze dziwny dla mnie zwyczaj całkowitego poluzowania kindersztuby w lokalach, do których rodzice zabierają dzieci. Nie mam nic przeciw dzieciom, sama chodziłam do lokali z synem, ale nie zwalnia to z właściwego zachowania się dzieci w restauracji. A obserwuje się dzieci biegające miedzy stolikami, skaczące po krzesłach, krzyczące itp. a rodzice nie reagują. A może się czepiam? Już sama nie wiem, nie chciałabym jednak aby ktoś obok mojego talerza prawie zmieniał niemowlakowi pieluchę, bo w domu chyba się tak nie robi?
I już na koniec - zdołałam przyzwyczaić się do tatuaży , choć trudno mi zrozumieć intencje tatuowania każdej wolnej powierzchni ciała, albo co ma oznaczać wszywanie sobie pod skórę różnych dziwnych "wkładek" typu krążki, rogi, kulki lub przekłuwanie nosa, języka, pępka, penisa lub warg sromowych...
No trudno, staroświecka jestem i się nie zachwycam, ale jak ktoś lubi... byle w głowie miał poukładane.
zdjęcie; Flickr na licencji CC BY-NC 2.0

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Stacz alternatywny...

Bywali kiedyś STACZE KOLEJKOWI , którzy zarabiali na życie lub dorabiali do renty staniem w kolejkach za kogoś : do sklepu po upragniony towar, który mają rzucić, do rejestracji w przychodni, do urzędu. Gdy nie mógł ktoś stać sam, a było go stać, płacił staczowi. Od jakiegoś czasu natomiast obserwuję facetów w różnym wieku,przeważnie jednak chyba starszych (może emerytów), którzy wystają godzinami w stałych miejscach, jakby przenieśli swoje życie z domów na zewnątrz. Przyszła mi do głowy nazwa STACZ ALTERNATYWNY. Bo jakby stać nie muszą w konkretnym celu, ale stoją pojedynczo lub grupami, nie są bezdomni, wyglądają w miarę schludnie, a co robią? Rozmaicie: jedni przyglądają się przechodzącym, inni podglądają jak pracują służby miejskie (takie wywożenie śmieci lub praca koparki to niezwykle zajmujący obiekt dla obserwacji), jeszcze inni dyskutują, wymachując laskami (teraz już nie mogą złorzeczyć - panie to wszystko przez Tuska).
Są też stacze przypisani do sieci Biedronka, którzy schodzą się grupowo, robią zrzutkę na wino marki wino lub najtańsze piwo, wypijają pod sklepem i po krótkiej wymianie wrażeń, co tam u kogo ostatnio, gdzie była rozróba, kto nie wrócił na noc do starej, wykonują kolejną rundkę zbiórkową.
Kiedyś taki stacz zaczepił mojego męża: pan da 2 zł na piwo, bo tak mi się pić chce. Mąż dał złotówkę za szczerość, stacz grzecznie podziękował, podszedł do kolegi stacza i podliczali groszaki, na jakie piwo wystarczy.
Jest także gatunek STACZY KLATKOWYCH: tacy dosyć młodzi mężczyźni, nie wiadomo czy powinni być w szkole czy w pracy lub żadna z opcji i stoją godzinami w wejściu na klatkę schodową, z rękami w kieszeniach, gadają nie wiadomo o czym, taki chyba sposób na życie...czasami nawołują kolegę z innego bloku lub śledzą coś na swoich telefonach komórkowych, czasami coś piją i konsumują.
Zdarzało się, że sąsiadki z parteru w moim bloku przeganiały takich staczy, bo zostawiali po sobie śmietnik. Nie wiem czy to tak przyjemnie wystawać na ulicy, może w domach im duszno, może to taki alternatywny Internet, a zawsze taniej niż w knajpie...