Na karkonoskich szlakach spędziliśmy 4 pełne dni, w nogach tysiące kroków, przeszliśmy sporo kilometrów. Widoki i powietrze jedyne w swoim rodzaju, a najprzyjemniej tam, gdzie żadne busy ani kolejki nie wjadą. Z poziomu własnych butów widać więcej ciekawostek.
Od razu uprzedzę pytanie: a byliście tam, czy tam? Postanowiliśmy nie ruszać auta, wszystkie okoliczne atrakcje dawno zobaczone, skupiliśmy się na wędrówkach w pięknych okolicznościach przyrody.
Zapora na Łomnicy, to nie tylko obiekt chroniący Karpacz przed powodzią, ale i dobry punkt wypadowy na szlaki i ścieżki.
Budowla robi wrażenie, a wyobrażam sobie, ile musi być tu wody gdy wzbierają rzeki i strumienie.
Znad zapory prowadzi piękna trasa na punkt widokowy Karpatka, łatwa do przejścia, urozmaicona głazami i korzeniami, a po obejrzeniu panoramy gór ruszamy czerwonym szlakiem, potem zielonym do światyni Wang.
Pierwszy raz byłam tu na wycieczce szkolnej w liceum, zapamiętałam drewniany kościół, stojący wśród kwitnących rododendronów. Nawet ludzi było mało.
Teraz wokół cała infrastruktura, tłumy, całe szczęście, że widziałam kiedyś Wang od środka, bo tym razem tylko obejrzeliśmy z zewnątrz.
Ciekawy opis historyczno-architektoniczny
TUTAJ
Zrobić zdjęcia przy tej świątyni bez ludzi, to sztuka nie lada. Ale udaje się, gdy wyczekasz odpowiedni moment. Kościół mały, niczym z parku miniatur, a ile ciekawych detali, wystarczy szeroko otworzyć oczy i włączyć wyobraźnię :-)
Równie ciekawy jest cmentarz przy kościele, o dziwo, nie tylko stare groby tu znajdziemy, zwróciły moja uwagę trzy nagrobki.
Miałam okazję być na spektaklu pantomimy Tomaszewskiego w Poznaniu, przepiękny Sen Nocy Letniej, kostiumy i taniec artystów pamiętam do dziś.
Ciekawy nagrobek młodego człowieka, studenta i instruktora snowboardu. Moje skojarzenie?
Łza matki, niczym strzała przebija kamień, pod którym spoczął jej syn.
Tego dnia przeszliśmy 20 km, nasyciliśmy oczy i dusze, a przed nami jeszcze dwa dni górskich szlaków powyżej 1000 m npm.