sobota, 9 marca 2024

O niczym konkretnym...

 Nie miałam czasu ani weny, by przygotować post o zbiorach muzealnych, więc na weekend będzie o niektórych szczegółach szarej codzienności, która, jak się okazuje nie zawsze jest szara i nudna.

Nie lubię gotować, ale lubię smakować, doceniam więc pyszne i pracochłonne potrawy, którymi mam okazję być ugoszczona. Poniżej faworki pieczone w piekarniku i to w dodatku dwa rodzaje - na słodko i wytrawne.


Była także paella na wielkiej oryginalnej patelni. Gdy zapytałam o składniki i sposób przygotowania, to naprawdę, wielki szacun dla gospodarzy, że pokusili się o taką potrawę, ale smak obłędny!


Sprułam jeden sweter, bo coś mi w nim nie pasowało i ze sprutej włóczki zrobiłam inny, bardziej wygodny, ale przyda się pewnie dopiero na kolejną zimę...
Pod ręką mam też robótkę z zielonej włóczki z domieszką wełny z alpaki, ale kiedy skończę, nie wiem, bo coraz cieplej i ciągnie mnie raczej na spacery.


Musiałam wyprać męża kurtkę, poszukałam więc wszywek z instrukcją prania i natknęłam się na taką oto informację: zrobione z butelek z recyklingu. Słyszałam o bluzach polarowych z plastikowych butli, ale kurtka na zimę? Fascynujące!
Przed chwilą z telewizora usłyszałam informację, że butelki plastikowe mają być skupowane wreszcie, może więc mniej ich będzie zaśmiecać trawniki, okolice ławek itp.


Poniższe zdjęcie kiepskie jakościowo, bo robione z auta, ale chciałam pokazać, że na terenach zalewowych Warty, gdzie od dawna bywało sucho, teraz pełno wody. po opadach wszędzie obserwujemy pełne rowy, zastoiska na polach, wylewanie jezior z brzegów, a od poniedziałku podobno kolejne deszcze.


I znowu smaki. Tym razem miło zaskoczyła nas niepozorna hinduska knajpka w Gnieźnie. Zamówiliśmy małe porcje tego i owego, a i tak ledwo daliśmy radę, w dodatku gratisowo poczęstowano nas zupą paprykowo-pomidorową, palce lizać!


Wisienka na torcie mijającego tygodnia, to wizyta w SPA, by zrealizować resztę upominkowego bonu świątecznego. Część wykorzystaliśmy wspólnie z mężem i zrealizowaliśmy masaż dla dwojga. Tym razem wybrałam się sama na masaż KOBIDO.


Ciepłe oświetlenie, muzyczka, miła pani , a masaż to odmładzający zabieg cesarzowej Japonii.
Nie wiedziałam, że można tak masować twarz, szyję i dekolt, momentami przyjemne, momentami bolesne, ale efekt super, zauważalny i odczuwalny po jednej wizycie. W dodatku była promocja z okazji święta pań.

Pozdrawiam weekendowo, rozpieszczajcie się na wszelkie sposoby!

środa, 6 marca 2024

A miało być tak pięknie...

 

Znacie na pewno powiedzenie: opowiedz panu Bogu o swoich planach, a zobaczysz co się stanie!
Czasami nie da się nie planować w ogóle, zwłaszcza gdy w grę wchodzi jakiś większy budżet, wyjazd, pobyt w szpitalu itd.
Ale realizacja dłuższych planów życiowych zależy od tylu okoliczności obiektywnych, że  wszystko może się zdarzyć i zniweczyć owe plany.

Gdy zbliżał się czas mojej emerytury, obiecałam sobie niczego w związku z tym nie planować i przynajmniej przez rok odpoczywać, cieszyć się każdym dniem, podreperować zdrowie. Zobowiązania rodzinne też mają jakiś priorytet, więc za wiele planować nie warto.
Jak powiedział ktoś mądry - rozczarowania biorą się z wygórowanych oczekiwań, więc lepiej nie mieć zbyt wielu oczekiwań, to uniknie się zbędnych rozczarowań.
Wysłuchałam kiedyś opowieści o planach różnych osób na czas ich emerytury. Co z tego wynikło?
Przedstawiam poniżej trzy historie, samo życie. Imiona zmieniłam, wiadomo dlaczego...

Halina
Szykowała się do emerytury stopniowo, zaplanowała remont mieszkania przy pomocy niedawno poznanego partnera, razem planowali wiele innych rzeczy, choć jemu do bycia emerytem jeszcze trochę zostało. Halina cieszyła się odnowionym mieszkaniem, niebawem partner miał się do niej wprowadzić, zawsze to oszczędniej zamieszkać razem.
Traf chciał, że przyszło Halinie zostać rodziną zastępczą dla własnych wnuczek, bo ich matka przegrała walkę z uzależnieniem i sąd odebrał jej prawa rodzicielskie. By dziewczynki nie trafiły do obcych ludzi, ich babcia, czyli Halina postanowiła wziąć je do siebie, swoje plany przekładając, ale zważywszy na młody wiek wnuczek, to plany nie zostaną odroczone w czasie, a raczej porzucone...

Siergiej
Przyjechał do Polski na początku wojny na Ukrainie. Uciekali z żoną i córką z Charkowa, zostawiwszy dorobek całego życia. Po przejściu na emeryturę Siergiej wyremontował mieszkanie, by wygodnie żyć z żoną, która nie pracowała zawodowo, a córka była już dorosła i samodzielna.
Urządzili się jakoś w Polsce, dobrzy ludzie pomogli, nawet mieszkanie wynajęli. Sergiej podjął pracę na pół etatu, córka pracuje na cały i nieźle zarabia.
Gdy polscy znajomi spotkali Siergieja po dłuższym czasie, zmartwił ich widok mężczyzny, myśleli, że może jakieś problemy rodzinne lub praca ponad siły.
Okazało się, że Ukrainiec zachorował na nowotwór, a badania wykazały złośliwą odmianę choroby i rokowania nie dają niestety nadziei.

Ewa
Zawsze lubiła podróże, jej mąż nie bardzo, więc często wyjeżdżała z koleżankami.
Pracowała dużo, zrobiła dodatkowy fakultet, liczyła na dobrą emeryturę, by móc w przyszłości spełniać podróżnicze marzenia.
Tuz po przejściu na emeryturę koleżanki namówiły Ewę na sanatorium, bo trzeba zadbać o zdrowie, wszak podróże , zwłaszcza te dalekie wymagają kondycji.
Po powrocie z sanatorium kobieta dopingowała męża, by zainteresował się zdrowiem i też pojechał się rehabilitować, bo coś ostatnio marnie wygląda.
Wyjazd do sanatorium wymaga zrobienia badań, które wykazały u męża Ewy ciężką chorobę układu pokarmowego i od dwóch lat mężczyzna jest pacjentem leżącym, dokarmianym pozajelitowo. 
Ewa zrobiła uprawnienia do zajmowania się mężem w domu, ale choroba  uniemożliwiła realizację jej planów. Nie mają dzieci, rodzina daleko, a nie stać ich, by zatrudnić prywatną opiekę dla tego typu pacjenta. Nikt ze znajomych ani dalszej rodziny nie pali się do pomocy przy chorym.

Cieszmy się każdym dniem, bo nigdy nie wiadomo, kiedy staniemy wobec trudnych życiowych wyborów...

niedziela, 3 marca 2024

Cisza...

 

Co złego jest w ciszy?
Według mnie nic, wręcz przeciwnie, a tak trudno dziś o ciszę. 
Na ulicy, w sklepach, w wielu miejscach publicznych cisza jest zjawiskiem rzadko spotykanym. Czy zauważacie, że czasami cisza powoduje niepokój? 

Nawet w miejscach, w których liczymy na ciszę i spokój spotykamy hałas o różnym natężeniu. W parku grajkowie zbierający pieniądze, muzyka dopływająca z kawiarenek, młodzież spacerująca z głośnikami...podobnie nad jeziorem. Byliśmy ostatnio nad jeziorem właśnie, a tam grupa motocyklistów, głośna muzyka, hałas niósł się daleko...

W galerii handlowej czytam informację, że w niektóre dni o określonych godzinach zarządzono ciszę, głównie z myślą o klientach autystycznych, ale ja chętnie z tego skorzystam, bo nie będzie mnie wtedy atakować muzyka, w każdym sklepie inna i męcząca psychikę strasznie.

Kiedyś w jednej z sieciówek podsłuchałam rozmowę ekspedientek:
- szefowa kazała dziś  wyłączyć muzykę
- nie wiem jak przetrwam zmianę w takiej ciszy!

Rzadko zdarza się cisza na osiedlu czy w bloku, ciągle ktoś remontuje mieszkanie, na ulicy roboty drogowe lub koszenie traw i przycinanie drzew, dzwony kościelne, dźwięki karetek lub alarmy samochodowe... czy zastanawialiście się, ile dźwięków musi rozpoznać i przetworzyć nasz mózg?
A gdzie tu miejsce na własne myśli, odpoczynek od nawału informacji czy zwyczajnie od nadmiaru decybeli?

Niektórzy odgradzają się od hałasu zewnętrznego słuchawkami, ale to też nie jest cisza, nasze uszy atakuje ciągle muzyka, głos lektora lub inne dźwięki, a niektórzy ustawiają poziom głośności tak wysoko, że przechodnie obok słyszą to, co leci w słuchawkach! 

Ale zdarzają się osoby, które potrafią pracować i koncentrować się w specyficznych warunkach, wcale nie w ciszy. Podobno Wojciech Młynarski najlepsze teksty pisał, gdy dzieciaki bawiły się w tym samym pokoju, biegały i robiły straszny harmider. 

Gdy na spacerze lub wypadzie do lasu zdejmiesz z uszu słuchawki usłyszysz  klucze gęsi, śpiew kosa, ćwierkanie wróbli, stukanie dzięcioła, szum drzew, tarcie konara o konar...

Mój mąż pracuje z młodzieżą nastoletnią, która uczy się posługiwania maszynami różnego rodzaju. Maszyny robią hałas, a młodzież w czasie przerwy dodatkowo katuje się hałasem z telefonów, głośników, w trakcie śniadania krzyczą do siebie, choć dzieli ich tylko odległość jednego krzesła w stołówce.

Mówi się nawet o zanieczyszczeniu środowiska hałasem - wpływa to niekorzystnie na układ krążenia, nerwowy, a nawet na jakość snu. Młodzi ludzie często miewają już problemy ze słuchem, ciągłe noszenie słuchawek i hałas w szkole nie sprzyjają dobrej kondycji aparatów słuchu.
Może ten wszechobecny hałas powoduje taką agresję i kłótliwość u ludzi?

Czy tylko ludzie młodzi nie lubią ciszy? 
Czy zapotrzebowanie na spokój rośnie z wiekiem, czy też zależy od uprawianego zawodu, stanu psychicznego, czy indywidualnych cech człowieka?

Spotkałam się kiedyś ze stwierdzeniem, że niektórzy boją się ciszy, bo atakują ich wtedy własne myśli, niechciane wspomnienia, wyrzuty sumienia - wszystko, co chcieliby od siebie oddalić, chociaż na krótko.

A jak Wy postrzegacie ciszę? brakuje Wam spokoju i odgłosów natury, czy raczej cisza wywołuje w Was niepokój i tęsknotę za dźwiękami dużego miasta?


P.S.
Gdy pisałam ten post, nie wiedziałam, że 3 marca obchodzimy Dzień Słuchu! Otworzyłam w kuchni telewizor, a tu taka wiadomość :-)