środa, 31 października 2018

Z cmentarza do ołtarza...

Tytuł nie jest metaforą i raczej nie o ślubie przed ołtarzem będzie mowa.
Historia jak najbardziej prawdziwa, znam oboje bohaterów.
On wdowiec, pożegnał żonę, która latami ciężko chorowała; pielęgnował ją do końca, wyprawił godny pogrzeb, wystawił na grobie pomnik.
Ona wdowa, patrzyła bezradnie na męczarnie męża , umierającego na raka. Gdyby nie jedyna córka i wsparcie bliskich znajomych pewnie załamałaby się całkowicie.
Zarówno wdowiec, jak i wdowa bywali na cmentarzu codziennie, zmieniali kwiaty, zapalali znicze.
Traf chciał, że pewnego dnia spotkali się przy grobach swoich małżonków, które to mogiły dzieliła jedynie wąska ścieżka.
Ona pożyczyła sąsiadowi grabie, on użyczył zapalniczki, bo zapałki okazały się wilgotne.
Od słowa do słowa, od odprowadzenia do spaceru, od wspólnej kawy do wspólnego obiadu.
Czas mijał, oni stawali się sobie coraz bliżsi, rodziny i znajomi obojga zauważyli zmiany.

Nie potrafię powiedzieć dokładnie jaki czas minął od pierwszego ich spotkania na cmentarzu, ale wkrótce dostałyśmy z koleżankami zaproszenie na przyjęcie weselne w chacie nad jeziorem.

Przyjęcie było kameralne, swojskie. Grill, wędzone ryby, szampan na toast i piwo do grilla, ciasto.
Atmosfera wspaniała, sami swoi , a najważniejsze osoby - świeżo poślubieni, aczkolwiek niemłodzi, wpatrzeni w siebie, zakochani.

Od tego czasu minęło chyba ze 20 lat, a oni tacy sami, tylko sporo starsi.



niedziela, 28 października 2018

Kamerun trochę bliższy...

Trafiła do mnie książka, do której podeszłam z sentymentem, bo znam osobiście autorkę.
Pracowała w naszej szkole jako katechetka, dzieciaki ją uwielbiały, nauczyciele także.
Była niezwykle sympatyczna, rozmawiałyśmy o książkach, o życiu, o wierze, o plusach i minusach bycia zakonnicą.
Zabierała dzieciaki do swego domu rodzinnego w górach, bo to przecież góralka.
Energii i empatii miała w sobie tyle, że starczyłoby dla kilku osób.
Zawsze uśmiechnięta, uważna na każdego człowieka, marząca o wyjeździe na misję...
Siostra Tadeusza (Helena) Frąckiewicz, spełniła swoje marzenie i została misjonarką ze Zgromadzenia Sióstr św. Dominika, od 18 lat działa w Kamerunie.
Zawsze blisko ludzi, potrafiąca słuchać, zebrała bajki i opowieści i sama je ilustrowała.

We wstępie do bajek siostra podkreśla, iż nieznane jest pochodzenie afrykańskich opowieści , są one odzwierciedleniem kultury danego narodu.
W książce występują bajki grupy etnicznej Gbaya (wschodni Kamerun). Ich bohaterami są ludzie, zwierzęta, elementy wszechświata, potwory, duchy…
Tematy bajek związane są z życiem codziennym mieszkańców Afryki: suszą, porami roku, bieda, bogactwem, śmiercią, niepłodnością, osieroceniem.
Ważna jest w nich etyka i moralność.
Opowieści podkreślają wartości, które afrykańskie plemiona pragną zachować ponad wszystko: posłuszeństwo, dyskrecję, wartość danego słowa, gościnność, życzliwość, wdzięczność, sprawiedliwość, miłość.
Scenerią dla bajek jest zwykle spotkanie przy ognisku, gdzie gromadzą się ludzie w różnym wieku, bo nie SA przeznaczone tylko dla najmłodszych.
Opowiadacza bajek wybiera się z grona najbardziej doświadczonych, a gawędziarz ów (griot) powinien wyróżniać się następującymi cechami:
- piękną wymową i sugestywnym przekazem
- bardzo dobrą pamięcią
- poczuciem humoru
- wyobraźnią i umiejętnością pobudzania wyobraźni innych
- inteligencją i sporym zasobem wiedzy

W sumie opowiadacz musi być artystą, poetą, tancerzem, pieśniarzem.
Bajki afrykańskie zaczęto spisywać dopiero 40 lat temu. To jeden ze sposobów utrwalania tradycji poprzez zabawę, edukacje i sztukę słowa.

Krótkie bajki bywają argumentem w rozwiązywaniu konfliktów, spraw sadowych, bywają także wstępem w kazaniach misjonarzy.

Także we współczesnej Afryce życie przyspieszyło swój bieg i wspólne bajanie przy ognisku staje się coraz rzadsze, ale dzięki książkom, nagraniom i audycjom w mediach opowieści takie nie przepadną bezpowrotnie z odchodzącym pokoleniem bajarzy…


A oto autorka wśród swoich podopiecznych, ale najczęściej widywana jest na swoim skuterku, który wozi ją po całym niemal Kamerunie, by mogła szybko załatwić swoje sprawy.
Czasami pojawia sie w Polsce i spotyka z uczniami w szkołach, gdzie opowiada swojej pracy misyjnej.

czwartek, 25 października 2018

Jesienne wykopki

Na swoim blogu Anabell przypomniała mi, że istniało kiedyś coś takiego, jak wyjazdy młodzieży na wykopki.
Gdy byłam w liceum zawsze w październiku jeździliśmy na wieś do PGRu.
Dla obecnej młodzieży wyjaśnienie PGR - Państwowe Gospodarstwo Rolne.

Ciepło ubrani jechaliśmy autokarem podstawionym przez usługobiorcę (chociaż nazwa autokar to spore nadużycie).
Wówczas nie wszyscy z nas mieli kalosze, więc co niektórzy zostawiali buty w redlinach, zwłaszcza gdy padało i było niezłe błoto.
Przecież deszcz nie był przeszkodą, plon trzeba zebrać na czas.
Po wykonaniu pracy częstowano nas w jakiejś świetlicy słodką herbatą z wiadra, nalewaną chochlą do wielkich ceramicznych kubasów, a do tego były drożdżówki.
Nikt nie martwił się, że możemy się pochorować, bo temperatury nie przypominały wtedy tegorocznych, że przepadają lekcje, że nieletni są wykorzystywani do pracy.
Teraz to nie do pomyślenia...

Ale nie tylko na zbiory ziemniaków, kartofli czy bulw jeździliśmy. Bywało także, że zbieraliśmy z pola buraki cukrowe, a tu kosze szybciej się napełniały, bo buraki mają wielkie bulwiaste korzenie...
najbardziej nie lubiłam tego błota, zimna i myszy. Gryzoni było pełno, a nasi dowcipni koledzy albo rzucali w nas , albo wrzucali nam myszy do kaloszy... mówię Wam, masakra!

Z innych prac na rzecz społeczeństwa socjalistycznego pamiętam sadzenie lasu, sprzątnie parku i skwerów miejskich oraz bytności w przetwórniach owoców i warzyw.
Do dziś nie lubię pikli z ogórków w zalewie octowej...

A czy Wy macie podobne doświadczenia życiowe?