poniedziałek, 30 września 2019

Pierwsza praca...

Do wspomnień nakłonił mnie Hegemon, gdy pisał o swojej pracy na studiach.
Nie pamiętam już, którą pracę wykonywałam jako pierwszą w celach zarobkowych, ale chyba była to praca babki/ dziewki klozetowej.
Nie śmiejcie się, pecunia non olet...
Pierwsze zarobione pieniądze pozwalają lepiej się poczuć, a wydaje się je z większą rozwagą, niż podarowane.

Ta pierwsza praca była całkowitym przypadkiem, chodziłam wtedy do podstawówki, moja mama pracowała w Ciechocinku w restauracji, jako księgowa.
Pojechałam tam w odwiedziny i zaproponowano mi pomoc przy myciu kufli po piwie, czasami sprzedałam też komuś piwko, ale ktoś dopatrzył się w tym nieprawidłowości, więc usunięto mnie zza bufetu.
Sama więc wynalazłam sobie zajęcie, ambitne nie było, ale gości sporo, więc na talerzyk obok WC klienci kładli ciągle monety. W parę dni zarobiłam na dobre lody i coś tam jeszcze. Stare dzieje.

Później była to praca przy truskawkach. Naszym zadaniem było usuwanie szypułek, bo obrane owoce trafiały bezpośrednio do przetwórni.
Wolno nam było jeść truskawki do woli, nie można było tylko wynosić.
Pierwszego dnia jadłam największe, drugiego najsłodsze, trzeciego już nie mogłam patrzeć na truskawki.
Robota była żmudna, plecy bolały, płacili kiepsko od wagi koszyka.
Rąk nie mogłam długo doszorować, ale owoców najadłam sie za wszystkie czasy.

W szkole średniej najęłam się na cały lipiec w warsztatach szkolnych jako pomoc ślusarza. Uczniowie szkoły zawodowej mogli popracować latem przy produkcji małych elementów dla przemysłu, a my - czyli element napływowy z liceum pomagałyśmy ślusarzom.
W warsztatach tych pracował mój przyszły teść, stąd wiedza o możliwości zarobkowania.
Płacili na tyle dobrze, że z zarobionych pieniędzy nabyłam piękny sweter i jeszcze sporo zostało na resztę wakacji.

W czasie studiów koleżanka załatwiła nam pracę w drukarni. Zachęcali dobrymi zarobkami, praca na akord, także w soboty.
Do pracy chodziłyśmy na 5.45, dla studentki w wakacje to zabójcza pora.
Robota dla robota, zero myślenia, pośpiech, jedna przerwa na śniadanie.
Więcej przerw mieli palacze, co do dziś uważam za niesprawiedliwe...
Zarobki okazały się legendą, ale i tak warto było, zawsze to doświadczenie i własna kasa.
Napatrzyłam się natomiast na różne machlojki i kradzieże...jak miało być w Polsce dobrze, gdy pracownicy okradali własną? firmę, która dawała im pracę

Było trochę tych dorywczych prac, każdy młody człowiek ma spore potrzeby.
Trochę ich opisałam w zakładce Okruchy pamięci, muszę wrócić do uzupełniania, bo pamięć coraz bardziej dziurawa się robi.
Dlatego też byliśmy z mężem dumni, gdy syn od początku studiów także podjął dorywcze prace tu i tam, miał na koncerty, piwko z kolegami, a wreszcie na randki z ukochaną.

Jeśli pamiętacie swoje doświadczenia w tym względzie podzielcie się, proszę w komentarzach:-)

piątek, 27 września 2019

Z Krzysiem o budżecie...

Przyszedł tym razem nie do mnie, szukał pani od chóru.
Zapytałam, co z jego śpiewaniem?
Odpowiedział, że najpierw się wypisał, bo tyle tych prób i nauki, ale pani od chóru poprosiła by został chociaż do występu w teatrze, bo się skład posypie, więc został.
Stwierdził jednak, że na razie ma głowę zajętą wyborami do samorządu szkolnego, będzie kandydował na przewodniczącego.
- A co, jeśli Cię znowu nie wybiorą?
- To mam szansę chociaż na wejście do zarządu.
- A jaki masz program wyborczy?
- Z tym jest problem, bo wszystkie pomysły związane są z pieniędzmi...
- No i gdzie tkwi haczyk?
- Byłem na spotkaniu trójek klasowych i pani powiedziała, że kasa pusta, ta samorządowa i szkolna...
- No to klops...
Rozmowie przysłuchiwała się starsza koleżanka Krzysia:
- Przecież możesz obiecać wszystko, o pieniądzach pomyślisz później!
- Ale to oszustwo, bilans musi wyjść na zero!
- A co to znaczy?
- Też zapytałem na zebraniu i pani powiedziała, że nie można wydać więcej, niż się posiada, a jak kasa pusta, to trzeba oszczędzać lub zarobić.
- No to co napiszesz w programie wyborczym?
- Właśnie nie wiem, chyba będę liczył na to, że mnie polubią...
- Oj, Krzysio, bez obietnic marne szanse, każdy na coś czeka...
- Ale bilans musi wyjść na zero!
- Powiedz to wyborcom.

Z ostatniej chwili: kończąc pisanie tego posta usłyszałam wypowiedź prezesa wszystkich prezesów:
" To ONI rozdawali pieniądze, MY prowadzimy politykę społeczną"
I wszystko jasne!!!

środa, 25 września 2019

Problemy dorosłych?

To my, dorośli urządzamy dzieciom świat.
Od nas, rodziców głównie zależy, jaki będą miały start, częściowo także, jak potoczy się ich życie.

Obserwując
funkcjonowanie niektórych par, rodzin śmiem twierdzić, że niektórzy nie powinni mieć dzieci.
Świadoma prokreacja zmienia nasze życie, zmienia i już, więc jeżeli ktoś nie jest w stanie przyjąć tego do wiadomości nie powinien decydować się na potomstwo.

Inna sprawa
, że niektórzy płodzą kolejne dzieci, choć nie powinni.
Swoisty paradoks - ludzie, którzy chcieliby i mają tzw. warunki często dzieci mieć nie mogą.

Zapytacie, skąd takie pesymistyczne rozważania? To nie wpływ chandry jesiennej, to wynik obserwacji z mojego podwórka, zawodowego i sąsiedzkiego. Szlag mnie trafia, gdy z jednej strony słyszę w programach przedwyborczych o ochronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci, a z drugiej widzę, jaki los fundują dzieciom dorośli ludzie.

Nie mówię tu nawet o rozwodach, bo różnie w życiu bywa, nie jesteśmy w stanie przewidzieć czy małżeństwo przetrwa mimo przysięgi, ale można rozstawać się tak, by dzieci ucierpiały jak najmniej i nie były kartą przetargową w świecie dorosłych.

Obserwuję sytuacje, gdzie dzieci pojawiły się w rodzinach jakby przypadkiem i teraz rodzice kombinują, jak tu mieć ciasteczko i zjeść ciasteczko, byle dzieci nie przeszkadzały w realizacji celów życiowych lub zaspokajaniu ambicji.
Mam dwie sąsiadki, które opiekują się wnukami cały tydzień, nawet w weekendy. Jedna z nich, zapytana czy rodzice dzieci wyjechali służbowo, odpowiedziała, że nie, po prostu synowa jest zmęczona i musi w weekend odpocząć, a cały tydzień dzieci są u babci, tylko na noc rodzice zabierają je do domu. A syn? syna sąsiadki spotkaliśmy na treningu biegowym w parku, ot przypadek...

Inna sąsiadka wzięła w rodzinę zastępczą troje wnuków, bo córka szuka partnera, zresztą dzieci też nie pochodzą od jednego ojca.
Wnuki u babci odżyły, wreszcie są czyste i najedzone, tylko babcia jakby coraz bardziej zmęczona...

Gdy przyjrzeć się rodzinom uczniów, to wachlarz problemów jest taki, jak stąd do Alaski. Rodzice, którzy nie mogą się dogadać w kwestii wychowania, podziału obowiązków, kuratorzy, asystenci rodziny, groźby uprowadzenia, podejrzenia o pedofilię, podejrzane kontakty ze światem przestępczym.
Wkrótce szkoły, zwłaszcza w niektórych rejonizacjach staną się nie placówkami dydaktyczno-wychowawczymi, ale kolejnymi instytucjami pomocy rodzinom. Dzieci często przebywają w szkole do zamknięcia świetlicy, po czym idą do miejskiej świetlicy socjoterapeutycznej, gdzie przebywają do 19.00 lub nawet dłużej, trzeba żywić nadzieję, że w domu dostaną choćby kolację...

Program 500 plus spowodował pojawienie sie kolejnych dzieci w rodzinach, to widać gołym okiem, ale czy o takie rodziny chodziło?
Gdy pojawia się na świecie piąte, szóste dziecko, a matka nie radzi sobie z całokształtem, wtedy rodzi to kolejne koszty dla państwa, a rodzice nie widzą problemu, przecież obiecano im pomoc wszelaką, pomagajmy więc, my wszyscy, nawet ci, którzy dzieci nie mają...

Osobny problem to modele wychowania. Gdy byłam u fryzjera podsłuchałam rozmowę:
- ja już nie mogę patrzeć na te matki z telefonami w rękach, gapią się w te ekrany, fejsbukują, a dzieci na próżno domagają się ich uwagi, co najwyżej krzykną od czasu do czasu...
- pani kochana, pod moim blokiem przesiadują młode pary z dzieciakami, nikt nie pracuje, mieszkają u rodziców, kolejne dzieci rodzą, ale kto je wychowuje, jak oni bardziej sobą zajęci, papieroski, piwo w puszkach, a wieczorem na imprezę, bo dzieciaki z dziadkami zostawiają...

Wiele podobnych obrazków, także pod szkołami. Ostatnio, w drodze do pracy, byłam świadkiem awantury między dwiema matkami, fragment rozmowy, który usłyszałam wyglądał mniej więcej tak:
- ja już nie będę zgłaszać niczego do wychowawcy czy dyrektora, od razu na policje pójdę lub do sądu, twoje dziecko jest nienormalne!
- ty się mojego syna nie tykaj, przeprosił twojego, mój przynajmniej na terapię chodzi, a twój jest zwyczajnie niewychowany, jak rodzice!
Ile takich rozmów słyszą dzieci? Podejrzewam, że sporo i że nie pozostaje to bez śladu w ich psychice.
Nie myślmy więc, my dorośli, że nasze problemy są tylko naszymi, dzieci wiele słyszą, obserwują, a jeszcze więcej wyczuwają...