Czytając książki czasami zakreślam sobie jakiś fragment, który do mnie szczególnie przemawia. Tak było także w przypadku książki „ Słodycz wybaczenia”. Dostałam ją w prezencie i przyznam, że tytuł kojarzył mi się z romansem, ale gdy zaczęłam czytać, na szczęście dla mnie okazało się, że książka romansem nie jest.
A oto fragment, który mnie oczarował:
„Zawsze sobie wyobrażałam, że życie to taki duży pokój wypełniony świecami. Kiedy się rodzimy, połowa tych świec już płonie. Przy każdym dobrym uczynku zapala się kolejna, dając coraz więcej światła…. Ale później niektóre płomyki gasi egoizm i okrucieństwo…. Na koniec możemy tylko się modlić i ufać , że stworzyliśmy w tym świecie więcej światła, niż mroku…”
W cytowanej książce pojawiły się motywy spotykane także gdzie indziej: wybaczanie, pojednanie, gniew i wstyd. Jedna z bohaterek wymyśliła sobie łańcuszek wybaczenia za pośrednictwem kamyków: jeden kamyk symbolizuje nasz wstyd, drugi gniew osoby, która ma nam wybaczyć.
Jeśli chcemy pozbyć się brzemienia, powinniśmy jeden kamyk odesłać osobie, której wybaczamy, a drugi wraz z kolejnym wysyłamy komuś, kogo o wybaczenie chcemy prosić.
Nie będę streszczać całej książki, jest tam wiele różnych wątków, jest też miłość i są tajemnice. Kogo zachęciłam, przeczyta lub nie.
To, co naprawdę mnie zafrapowało to proces wybaczania, który się tu pojawia co chwilę, w dodatku okazuje się, że gdy nie wszystko w relacjach między ludźmi jest czarno-białe, to nie wiadomo ostatecznie, kto komu powinien wybaczyć.
Oto moja lista pytań, które nasunęły mi się w trakcie lektury, a które może i Was zmuszą do refleksji:
• Czy młodym wiekiem lub impulsem można usprawiedliwić wyrządzoną komuś krzywdę?
• Czy po otrzymaniu wybaczenia jesteśmy w stanie sobie samym wybaczyć, wiedząc, jak wielką krzywdę brzemienną w skutki wyrządziliśmy?
• Czy nasze poczucie winy równoważy poczucie straty u osoby przez nas zranionej i czy można to w ogóle porównać?
• Czy można prosić kogoś o wybaczenie, jeśli nasz czyn wpłynął znacząco na czyjeś życie?
• Czy warto mówić komuś prawdę, ryzykując utratę przyjaźni lub miłości, tym bardziej, że wyjawienie tej prawdy tak naprawdę nic już nie naprawi, a wręcz przeciwnie?
• Czy ofiara musi wybaczyć swojemu prześladowcy tylko dlatego, żeby ów prześladowca mógł umrzeć spokojny?
• Czy chrześcijanie wybaczają łatwiej, bo pomaga im w tym religia?
Wreszcie ostatni , najważniejszy dla mnie problem: czy wybaczenie jest w ogóle możliwe?!
Wysunę tutaj być może szokującą dla niektórych tezę, że wybaczanie to oszukiwanie samego siebie. Dlaczego? Według różnych definicji WYBACZENIE jest to darowanie winy i nie szukanie zemsty na osobie, która nas skrzywdziła – mniej więcej. Nie chodzi o dosłowne definicje.
Nie zawsze musi chodzić przecież o zemstę, szukanie odwetu, darowanie winy też wydaje się oczywiste, ale co dalej? Czy wybaczyć znaczy zapomnieć? Przecież kontaktując się z tą osobą zawsze mam w pamięci jej czyn, utraciłam zaufanie, staję się czujna i zdystansowana, bo nie wiadomo czy incydent się nie powtórzy. A jeśli pamiętam i nie mam zaufania , unikam danej osoby, to czy można nazwać to wybaczeniem? Pamięci nie da się zresetować jak laptopa i zacząć wszystko od nowa… a czy nie jest tak, że osoba, która prosi o wybaczenie ma nadzieję, że po tym akcie wszystko znów będzie jak dawniej?
Czasami są to drobiazgi, ale czasami czyny, których wybaczyć sie nie da, po prostu, bo jeśli mogłabym wybaczyć komuś krzywdę wyrządzoną mnie osobiście, to nie wybaczyłabym krzywdy uczynionej mojemu dziecku czy innej bliskiej osobie.
A nie może być jak dawniej, właśnie ze względu na pamięć: o doznanej krzywdzie, o utracie zaufania, o prawdziwej twarzy przyjaciela…
Można przejść nad zaistniałymi faktami do porządku dziennego, rozmawiać, robić wiele razem z wyboru lub służbowo, ale nic już nie będzie jak dawniej… a więc czy to jest świadome wybaczenie? Jeśli udaję, że nie chowam urazy i podtrzymuję kontakty, bo inaczej nie można, to też jest wybaczenie?
A może po prostu mam zatwardziałe serce i nie umiem wybaczać?
Oczywiście to moje rozważania i przemyślenia, a Wy nie musicie się ze mną zgadzać.
sobota, 8 października 2016
środa, 5 października 2016
Ośmioro wspaniałych...
Nie pomyliłam tytułu.
Klasyczne kino, jakie pamiętamy z lat 60-ych doczekało sie nowej wersji w iście amerykańskim stylu. Z przyjemnością obejrzałam w kinie SIEDMIU WSPANIAŁYCH, film nakręcony w świetnej obsadzie, przypominający charakterem oskarową produkcję Django. Oczywiście żaden ze mnie krytyk filmowy, więc proszę nie sugerować się za bardzo, to moja prywatna opinia. Western nie jest moim ulubionym gatunkiem, ale bywają takie filmy, których wymowa zapada głęboko w myśli, a w kinie wgniata nas w fotel.
Film krwawy, więc jeśli ktoś nie lubi krwi i śmierci na ekranie, to niech sobie odpuści. Idąc do kina zadawałam sobie pytanie - co jeszcze można zrobić z tak znanym motywem, co nowego można pokazać widzom, mającym w pamięci film z Yulem Brynnerem i Stevem McQueenem ? Nie rozczarowałam się i polecam. Dobór aktorów do galerii postaci występujących w filmie, jak dla mnie wspaniały, ale najbardziej zaskakujące jest powierzenie roli inicjatora zdarzeń kruchej kobiecie, która determinacji i odwagi ma za dwóch kowbojów.
I właśnie ODWAGA jest chyba głównym motywem w tym filmie. Odwaga, nie oznaczająca jednak bezmyślnego biegania z bronią i strzelania do wszystkiego co się rusza, ale odwaga przeciwstawienia się silniejszemu od siebie w imię odzyskania własnej godności, niezależności i poczucia sprawiedliwości.
Zatytułowałam post "ośmioro wspaniałych", gdyż dla mnie kobieta stająca u boku siedmiu facetów o wątpliwej reputacji w obronie swego domu i sąsiadów zasługuje na miano bohaterki, dorzuciłabym jeszcze jako dziewiątego wspaniałego reżysera, który miał odwagę zmierzyć sie z klasykiem i nakręcić własną wersję. Galeria postaci jest tak różnorodna, że o każdej można by esej napisać i nie są to charaktery kryształowe, każdy mógłby trafić do piekła za dotychczasowe dokonania na tym świecie, ale w opowiadanej historii nie o to przecież chodzi.
Chodzi o pomoc ludziom w potrzebie i nie tyle o pomoc konkretną, choć taka też występuje, ile o pomoc w znalezieniu w sobie sił i determinacji do walki. Nie każdy rodzi sie wszak bohaterem.
Ileż to razy my sami godzimy się na to, co przynosi nam los, co zastajemy w miejscu pracy, na ludzi, jakich spotykamy. Niektórzy z nas najpierw nadstawiają drugi policzek, bo tak ich wychowano, bo urodzili sie na klęczkach i tak żyliby do końca, gdyby...
Gdyby nie jakaś osoba na ich drodze, jakiś impuls, który wyzwoli całe pokłady buntu i bohaterstwa.
W myśl zasady, że lepiej umrzeć w walce o lepsze jutro, niż żyć na klęczkach i pozwolić innym na ograniczanie naszej wolności - cokolwiek to znaczy.
Podobno zbytnia pokora i uległość wzbudza w prześladowcy jeszcze większą agresję, trzeba więc nauczyć sie przeciwstawiać, nawet dla zachowania własnej godności, by zawsze patrzeć w lustro bez obrzydzenia.
Nauczmy się walczyć lub pomóżmy innym zawalczyć o siebie.
Klasyczne kino, jakie pamiętamy z lat 60-ych doczekało sie nowej wersji w iście amerykańskim stylu. Z przyjemnością obejrzałam w kinie SIEDMIU WSPANIAŁYCH, film nakręcony w świetnej obsadzie, przypominający charakterem oskarową produkcję Django. Oczywiście żaden ze mnie krytyk filmowy, więc proszę nie sugerować się za bardzo, to moja prywatna opinia. Western nie jest moim ulubionym gatunkiem, ale bywają takie filmy, których wymowa zapada głęboko w myśli, a w kinie wgniata nas w fotel.
Film krwawy, więc jeśli ktoś nie lubi krwi i śmierci na ekranie, to niech sobie odpuści. Idąc do kina zadawałam sobie pytanie - co jeszcze można zrobić z tak znanym motywem, co nowego można pokazać widzom, mającym w pamięci film z Yulem Brynnerem i Stevem McQueenem ? Nie rozczarowałam się i polecam. Dobór aktorów do galerii postaci występujących w filmie, jak dla mnie wspaniały, ale najbardziej zaskakujące jest powierzenie roli inicjatora zdarzeń kruchej kobiecie, która determinacji i odwagi ma za dwóch kowbojów.
I właśnie ODWAGA jest chyba głównym motywem w tym filmie. Odwaga, nie oznaczająca jednak bezmyślnego biegania z bronią i strzelania do wszystkiego co się rusza, ale odwaga przeciwstawienia się silniejszemu od siebie w imię odzyskania własnej godności, niezależności i poczucia sprawiedliwości.
Zatytułowałam post "ośmioro wspaniałych", gdyż dla mnie kobieta stająca u boku siedmiu facetów o wątpliwej reputacji w obronie swego domu i sąsiadów zasługuje na miano bohaterki, dorzuciłabym jeszcze jako dziewiątego wspaniałego reżysera, który miał odwagę zmierzyć sie z klasykiem i nakręcić własną wersję. Galeria postaci jest tak różnorodna, że o każdej można by esej napisać i nie są to charaktery kryształowe, każdy mógłby trafić do piekła za dotychczasowe dokonania na tym świecie, ale w opowiadanej historii nie o to przecież chodzi.
Chodzi o pomoc ludziom w potrzebie i nie tyle o pomoc konkretną, choć taka też występuje, ile o pomoc w znalezieniu w sobie sił i determinacji do walki. Nie każdy rodzi sie wszak bohaterem.
Ileż to razy my sami godzimy się na to, co przynosi nam los, co zastajemy w miejscu pracy, na ludzi, jakich spotykamy. Niektórzy z nas najpierw nadstawiają drugi policzek, bo tak ich wychowano, bo urodzili sie na klęczkach i tak żyliby do końca, gdyby...
Gdyby nie jakaś osoba na ich drodze, jakiś impuls, który wyzwoli całe pokłady buntu i bohaterstwa.
W myśl zasady, że lepiej umrzeć w walce o lepsze jutro, niż żyć na klęczkach i pozwolić innym na ograniczanie naszej wolności - cokolwiek to znaczy.
Podobno zbytnia pokora i uległość wzbudza w prześladowcy jeszcze większą agresję, trzeba więc nauczyć sie przeciwstawiać, nawet dla zachowania własnej godności, by zawsze patrzeć w lustro bez obrzydzenia.
Nauczmy się walczyć lub pomóżmy innym zawalczyć o siebie.
niedziela, 2 października 2016
Ludzie ludziom...
Jakie życie mogłoby być proste, gdyby wszyscy postępowali wobec innych tak, jakby sami chcieli być traktowani. Wiem, że to trochę utopijne życzenie, ale komu zależy na tym, aby ludzie byli ze sobą skłóceni, walczyli z ideami lub z konkretnymi osobami, używając raniących słów lub śmiercionośnej broni.
Przecież różnorodność w każdej dziedzinie jest ciekawa, wzbogaca nasze doświadczenie, uczy tolerancji i chęci poznania nieznanego. Mówi się, że narody zawsze sie ze sobą dogadają, gorzej jest z politykami, bo tu dochodzi do głosu żądza władzy, panowania nad życiem innych.
Kraje zbroją się na potęgę, wymyślane są coraz to nowe bronie, niby w obronie przed... no właśnie, przed czym? Nie przed kosmitami przecież. To ludzie szczują jednych przeciwko drugim. Nie ma dnia, aby gdzieś nie ginęli ludzie, nie cierpiały dzieci, nie znikały miasta całe, bo jakiś polityk coś sobie uroił - a to nie ta wiara, a to za małe terytorium, a to chęć kontroli bogactw naturalnych, a to chęć udowodnienia swoje przewagi nad innymi.
Obliczył ktoś, że gdyby tylko mały ułamek kwot przeznaczonych na zbrojenia przekazać na inne cele, zniknąłby głód w Afryce lub już dawno znaleziono by lek na raka. Proste, prawda? Jakoś nikt nie poszedł na to, a wszyscy usprawiedliwiają się obronnością. Z drugiej strony wiadomo, że to wszystko psu na budę się zda, gdy jakiś psychopata naciśnie odpowiedni guzik. kamień na kamieniu nie zostanie, więc po co to całe puszenie się i wynajdywanie coraz doskonalszej broni. Już i tak spore żniwo zbierają choroby somatyczne, depresje, nienawiść ludzka.
Nie trzeba nawet marudzić tak globalnie - wystarczy spojrzeć na nasze własne podwórko, gdzie sąsiad sąsiadowi utrudnia życie, czasem w imię fałszywie pojętej wolności, gdzie jeden drugiemu narzuca w co ma wierzyć i do kogo sie modlić, bo reszta jest be. W dodatku ci, którzy nas tak chętnie pouczają, sami nie są lepsi, jakby zapomnieli o zdaniu - NIECH PIERWSZY RZUCI KAMIENIEM, KTO JEST BEZ WINY.
Gdy kobiety upominają się o swoje prawa słyszę, że to za podszeptem polityków, że jesteśmy manipulowane, że zapomniałyśmy o zasadach, że w głowach nam się przewróciło. Może i tak, ale cóż, to inne czasy, inne głowy, inne wymagania i gdy do głosu dochodzą siły, przed którymi pisarze niegdyś ostrzegali, to nie można sie na to zgadzać, tym bardziej, że ci, którzy tak łatwo szafują hasłami i sloganami też nie są bez winy.
Szacunek dla drugiego człowieka powinien być wyznacznikiem naszego życia, a nie hasła którejkolwiek religii czy partii politycznej w myśl prostej zasady - nie rób drugiemu, co Tobie nie jest miłe.
Skoro demokracja jest dla wszystkich i wszyscy mają prawo głosu, to mają je także kobiety, nie tylko jako matki, żony i kochanki, ale jako obywatele tego samego kraju, co mężczyźni. Uważam, choć mogę się komuś tym narazić, że jeśli lekarz, który ma pomagać kobietom, odmawia i powołuje sie na klauzulę sumienia - powinien zmienić zawód. Lekarze dziś bywają różnych wyznań i jeśli każdy powoła się na klauzulę związaną ze swoją religią, to u kogo będziemy sie leczyć?
Przecież różnorodność w każdej dziedzinie jest ciekawa, wzbogaca nasze doświadczenie, uczy tolerancji i chęci poznania nieznanego. Mówi się, że narody zawsze sie ze sobą dogadają, gorzej jest z politykami, bo tu dochodzi do głosu żądza władzy, panowania nad życiem innych.
Kraje zbroją się na potęgę, wymyślane są coraz to nowe bronie, niby w obronie przed... no właśnie, przed czym? Nie przed kosmitami przecież. To ludzie szczują jednych przeciwko drugim. Nie ma dnia, aby gdzieś nie ginęli ludzie, nie cierpiały dzieci, nie znikały miasta całe, bo jakiś polityk coś sobie uroił - a to nie ta wiara, a to za małe terytorium, a to chęć kontroli bogactw naturalnych, a to chęć udowodnienia swoje przewagi nad innymi.
Obliczył ktoś, że gdyby tylko mały ułamek kwot przeznaczonych na zbrojenia przekazać na inne cele, zniknąłby głód w Afryce lub już dawno znaleziono by lek na raka. Proste, prawda? Jakoś nikt nie poszedł na to, a wszyscy usprawiedliwiają się obronnością. Z drugiej strony wiadomo, że to wszystko psu na budę się zda, gdy jakiś psychopata naciśnie odpowiedni guzik. kamień na kamieniu nie zostanie, więc po co to całe puszenie się i wynajdywanie coraz doskonalszej broni. Już i tak spore żniwo zbierają choroby somatyczne, depresje, nienawiść ludzka.
Nie trzeba nawet marudzić tak globalnie - wystarczy spojrzeć na nasze własne podwórko, gdzie sąsiad sąsiadowi utrudnia życie, czasem w imię fałszywie pojętej wolności, gdzie jeden drugiemu narzuca w co ma wierzyć i do kogo sie modlić, bo reszta jest be. W dodatku ci, którzy nas tak chętnie pouczają, sami nie są lepsi, jakby zapomnieli o zdaniu - NIECH PIERWSZY RZUCI KAMIENIEM, KTO JEST BEZ WINY.
Gdy kobiety upominają się o swoje prawa słyszę, że to za podszeptem polityków, że jesteśmy manipulowane, że zapomniałyśmy o zasadach, że w głowach nam się przewróciło. Może i tak, ale cóż, to inne czasy, inne głowy, inne wymagania i gdy do głosu dochodzą siły, przed którymi pisarze niegdyś ostrzegali, to nie można sie na to zgadzać, tym bardziej, że ci, którzy tak łatwo szafują hasłami i sloganami też nie są bez winy.
Szacunek dla drugiego człowieka powinien być wyznacznikiem naszego życia, a nie hasła którejkolwiek religii czy partii politycznej w myśl prostej zasady - nie rób drugiemu, co Tobie nie jest miłe.
Skoro demokracja jest dla wszystkich i wszyscy mają prawo głosu, to mają je także kobiety, nie tylko jako matki, żony i kochanki, ale jako obywatele tego samego kraju, co mężczyźni. Uważam, choć mogę się komuś tym narazić, że jeśli lekarz, który ma pomagać kobietom, odmawia i powołuje sie na klauzulę sumienia - powinien zmienić zawód. Lekarze dziś bywają różnych wyznań i jeśli każdy powoła się na klauzulę związaną ze swoją religią, to u kogo będziemy sie leczyć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)








