Inspiracją dla tego wpisu był blog Królowej Karo, na którym autorka pisze o nadawaniu drugiego życia ubraniom, poprzez malowanie ich specjalnymi farbami.
Od razu uaktywniły mi się wspomnienia z czasów PRL, gdy trudno było nie tylko o ciekawe ubrania, ale i o tkaniny, włóczkę, dodatki krawieckie.
Miałam to szczęście, że babcia była krawcową samoukiem, trochę nauczyłam się od niej; od cioci podejrzałam szydełko i robótki na drutach ; przyszedł też czas na hafty itp.
Gdy nie było włóczki, przerabiało się w kółko te same swetry, dodając nieco innych materiałów lub ozdób (koronka, skóra, cekiny, guziki). Po włóczki trzeba było jeździć do Łodzi. W ogóle w tym czasie odbywały się wycieczki po wszystko. Do Łodzi po włóczkę i bieliznę , do Gniezna po koszule męskie i buty, do Warszawy po kawę, czekoladę i wina, nowinki modowe z Hofflandu, na Śląsk po wędliny i w zasadzie po wszystko...
Brak tkanin nie był o tyle problemem, że kupowało się pieluchy tetrowe do farbowania domowymi sposobami. Oj, niejeden garnek z domowej kuchni zepsułam! A jakie spódnice szyło się z tych pieluch!
Ale nie tylko tetra bywała surowcem. Kiedyś z babcią uszyłyśmy spódnicę z namiotu/wigwamu. Była to zabawka dla dzieci, ale tkanina wspaniale nadawała się na spódnicę, a jaka kolorowa była!
Innym razem kupiłam kilometry tzw. kieszeniówki w kolorze szaro-błekitnym i dawaj - ile fajnych falbaniastych spódnic można było z niej uszyć. Niestety farbowała się słabo...ale i z podszewki wykreować dało się świetne ciuchy, podszewki były w różnych kolorach, fajnie się gniotły, błyszczały. satyna to nie była, ale na bezrybiu...
Wspaniałym surowcem na oryginalne ciuchy były koszule taty. Wystarczyło odciąć sztywne mankiety, wyhaftować coś z przodu lub zmienić guziki na kolorowe, zawiązać supeł na brzuchu i kreacja gotowa. przydatne były też zwykłe koszulki gimnastyczne, dziś nazywane t-shirtami. Dekolt, babcia przerabiała mi na zapięcie typu Polo, ja dodawałam jakiś haft lub kieszonkę i była bluzka niepowtarzalna...
To były czasy, gdy jeansy kupowało się w Pewexie lub w komisach, czasami trafiały się w sklepach sztruksy lub polskie jeansy, tzw. Odry, które wycierało się cegłą lub pumeksem na kolanach, by udawały te zagraniczne.
Dziś widuję sukienki, torby, spódnice całe z dżinsu w różnych kombinacjach i za drogie pieniądze sprzedawane, ale gdy byłam nastolatką, szyło się takie samemu ze starych spodni , dodając przeróżne ozdoby. Bo wszystko w modzie już było, oprócz podartych spodni, poszarpanych swetrów oraz innych dziwnych ubrań.


Oj tak, pamiętam te czasy i to były dni naprawdę wielkiej kreatywności. Chciało się mieć coś oryginalnego, niepowtarzalnego i tylko w jednym egzemplarzu :) Ja dużo wtedy wyszywałam, bluzki dla siebie i dla koleżanek. Fajnie, że teraz wraca się do tego :)
OdpowiedzUsuńJa co prawda nie ubrania, ale daję czasem nowe życie słoikom po kawie, czy też innym pudełkom lub patelniom, których już nie używam :), przeważnie w technice decoupage, ale teraz zdarza się to rzadko :)
Pozdrawiam serdecznie
Pudełka, puszki i piękne opakowania, to jeszcze inna bajka:-)
UsuńTez lubię i zbieram do wykorzystania!
Moja matka też była samoukiem w krawiectwie. Robienia na drutach nauczyła się w czasie wojny od swojej matki, której pomagała dziergać swetry- z tego się utrzymywały. Mnie matka nie chciała uczyć żadnych robótek, bo twierdziła, że nie muszę garbacieć. Próbowałam szycia, szydełkowania i dziergania na drutach. Pamiętam wszystko to, o czym napisałaś. Niby w PRL-u nic nie było, ale byli wspaniali ludzie, którzy wymieniali się tym co posiadali i uzupełniali umiejętnościami. Uściski.
OdpowiedzUsuńZrobiłaś piękne zakładki dla uczniów, rozeszły się migiem!
UsuńNiektóre umiejętności przydają się nie tylko w kryzysie, można je wykorzystywać na wiele sposobów:-)
swego czasu specjalistką od renowacji ciuchów była moja babcia, do tej pory nie zapomnę, jak kiedyś wpadła w jakiś szał twórczy i różnych resztek materiałów naszyła pół szafy męskich slipów, którymi obdzielała wszystkich panów w naszej rodzinie, pamiętam te wręcz psychodeliczne zestawienia kolorów, a chłopaki szkole na wuefie mieli istny ubaw, gdy się przebierałem... a potem w późniejszym wieku, w posthipisowskich czasach jeżdziłem do babci, aby mi naszywała łaty na spodniach i swetrach...
OdpowiedzUsuńa sam mam inklinację do zbierania różnych słoików, czy pojemników, bo to się wszystko przydaje na różne takie tam śrubki, czy coś tam... u mnie kawa inka lub yerba stoją w kubełkach po śledziach odpowiednio umytych i odsmrodzonych, na ten przykład, a Ziele /medyczne, rzecz jasna/ jest w pudełkach po miso i innych dalekowschodnich pastach spożywczych...
p.jzns :)
Rozmaite pojemniki do przechowywania warto zachować, bo niektóre są ładne i praktyczne, a po co kupować drogie koszyki czy pudła?
UsuńCo do szycia bielizny - brakowało strojów kąpielowych w sklepach, a na studiach obowiązkowy był basen, jednak stroje szyte z przypadkowych materiałów wyglądały koszmarnie po wyjściu z wody!
Tak czy siak przyszły czasy , że jest bardzo modnie ( chyba tak można to nazwać) odnawianie starych , powiedzmy niemodnych ubrań. Zetknęłam się nawet w warsztatami z artystami mającymi na celu wymyślanie pomysłów na stare ubrania.
OdpowiedzUsuńO właśnie, wielu rzeczy można się nauczyć! jeśli pod okiem artystów, to tym lepiej!
UsuńPamiętam te tetry i tę kreatywność
OdpowiedzUsuńJa nie mam żadnego talentu do przerabiania, nie bardzo ma zajmuje moją głowę
Uwielbiam jeansowe torebki!
UsuńDoceniam różnorodność tkanin i włóczek teraz, ale potrzeby mam coraz mniejsze, szafy pełne, więc na razie nic nie przerabiam.
UsuńMy, osoby urodzone w czasach socjalistycznych mamy wręcz we krwi radzenie sobie w różnych sytuacjach, pomysłowosc, umiejetność kombinowania i twórczego zastosowania nietypowych tkanin czy innych rzeczy w czymś, co by współczesnym do głowy nie przyszło.
OdpowiedzUsuńJa pamietam np. pyszne kotlety z chleba, które robiłam dla całęj rodzinki a ona zajadała dziwąc sie, ze to z chleba. A to był namoczony w mleku czerstwy chleb ze smażoną cebulką, jajkiem, pieprzem ziołowym. I smazony na patelni tak jak prawdziwe kotlety. Pycha!:-)
O kulinariach tez kiedyś pisałam, a ile pomysłów było w komentarzach! Niektóre warte wypróbowania nawet obecnie:-)
UsuńOczywiście, że pamietam tamte czasy. Człowiek kombinował z czego tylko mógł. Teraz drugie życie daję ubraniom, kupując je w „syflandii”- rzadko, bo nie gromadzę ciuchów. Czasem za grosze można kupić perełki!😉
OdpowiedzUsuńMoże w dużych miastach kupi się te perełki, bo ile razy u nas odwiedzam secondhandy to widzę tylko stare, znoszone ubrania...
UsuńNa początku lat 90. były modne takie nalepki fotograficzne dzieci na bluzkach. Mam do tej pory t-shirt córki Dominiki, gdy miała 8 lat. Teraz zakłada to jej córka, gdy do mnie przychodzi. 😍
OdpowiedzUsuńNiektóre droższe ubrania trzymałam przez lata, bo córki lubiły zaglądać do mojej szafy. Ale teraz w second- hand można kupić wszystko o czym zamarzysz.
Wnuczki chodzily na zajęcia plastyczne, gdzie malowały bluzki specjalnymi farbami. Albo podczas lokalnych festiwali urządzano takie malowanie.
Mój hipisowski mąż ma w szafie prawdziwe skórzane kurtki z frędzlami i inne akcesoria. Zakładają moje wnuczki. Córkom też podobają ale nie dla nich rozmiary 🤣Kim był chudzielcem pół wieku temu. To chyba z powodu zioła, Jak to mówi nasz kolega Piotr 🤣
Żadnych starych ubrań sprzed lat nie mam, kiedyś zostawiliśmy to i owo, niby dla syna, ale nie chciał w tym chodzić, inna moda, inny gust.
UsuńAle cudowne wspomnienia! 😍 To niesamowite, jak kreatywnie podchodziło się kiedyś do ubrań i materiałów – każda rzecz mogła dostać „drugie życie”. Twoje opowieści o farbowaniu pieluch, namiotów czy koszul taty są absolutnie fascynujące – pokazują, że pomysłowość i rękodzieło naprawdę nie znały granic. 🧵✨
OdpowiedzUsuńMasz rację, dziś wiele osób szuka oryginalności, a często mamy pod ręką mnóstwo materiałów, które można przetworzyć w coś wyjątkowego. Twoja historia inspiruje do tego, by znów sięgnąć po maszynę do szycia czy włóczki i tworzyć własne, niepowtarzalne ubrania. 💖
Jak na razie dziergam sweterki i bluzki dla siebie, mąż lubi cienkie gotowe dzianiny. Maszynę mam nową, czasami cos skracam, wszywam taśmę do firan, ale korci coś uszyć, tyle teraz pięknych tkanin!
UsuńRacja. Tak bylo. A teraz sa internetowe sklepy i zaradne panie zamawiaja 7 par butow aby po przymierzeniu wybrac moze jedna pare, reszte odsylaja... na smietnik. Tak robia pod "chaslem" ekologicznym. (Zgrzytam zebami.)
OdpowiedzUsuńDo sklepów internetowych nie mam szczęścia, ubrania muszę przymierzać, buty tym bardziej.
UsuńJedynie książki zamawiam na wyprzedaży do odbioru w sklepie, bo taniej.
Mam wrazenie, ze w naszej mlodosci kazdy staral sie byc innym, wyroznic sie z szarego tlumu. Obecne dazenia sa odwrotne. Za wszelka cene mlodzi chca sie upodabniac do idola, grupy lub tylko mody.
UsuńMoze to tylko moje wrazenie?
Nie tylko, mam tak samo. Dziś mijałam 5 dziewczyn jak klony, gdyby ktoś kazał mi podać jeden rysopis, byłby identyczny dla wszystkich: czarne włosy, czarne pomadki, doklejone rzęsy, kaptury, buty emu...
UsuńJestem absolutnie na tak! Dajmy starym rzeczom nowe życie. Przerabiajmy je. Jeśli sami nie potrafimy, oddajmy do krawcowej, kaletnika. Nie zaśmiecajmy i nie zagracajmy swojego otoczenia. Otaczajmy się przedmiotami z duszą.
OdpowiedzUsuńSpódnice tetrowe, z wzorzystych zasłon, czy torby z jeansu to był hit!
Dobrego weekendu życzę!
Gdy odwiedziłam pasmanterię, to wpadłam w zachwyt, czego tam nie było! tylko szyć, dziergać, przerabiać!
UsuńNie umiem szyć, przerabiać ubrań też nie. Moja mama umiała i kiedy byłam mała, też miałam niektóre rzeczy zrobione przez nią.
OdpowiedzUsuńAle lubię naprawiać, jeśli się da, dużo rzeczy można samodzielnie i jeśli to tylko drobna wada, bez sensu się od razu pozbywać. Chociaż za reanimację botków, czyli wymianę fleków, wkładek, odpadniętego uchwytu od zamka, zapłaciłam chyba z kilkadziesiąt złotych, więc w dzisiejszych czasach różnie bywa z opłacalnością tych napraw. Ja się w ogóle przywiązuję do rzeczy i niechętnie rozstaję z tymi, które lubiłam...
W jednym z moich ulubionych koreańskich seriali, "Crash landing on you", jest scena, gdy grupka przyjaciół głównego bohatera z Korei Północnej chodzi po centrum handlowym i widząc porwane ciuchy na wieszakach, jeden wygłasza opinię, że po towarach widać, jak źle się tej Korei Południowej powodzi ;)
Ale dzięki modzie na podarte spodnie mogłam przedłużyć życie jednym dżinsom, bo mi się podarły na udzie w taki sposób, że wyglądało, jakby to było celowe :D
Z naprawą obuwia jest problem, bo czasami bywają z gotowych odlewów, lub obcasy nie do naprawy - gumowe.
UsuńTeraz już każdy się przyzwyczaił do tej kloszardowej mody, ale na początku bardzo się dziwiłam, jak można tak psuć ubrania, byle było oryginalnie. Ale już chyba wychodzą z mody, bo coraz rzadziej widuję...teraz dresy za wielkie o 3 rozmiary i gołe brzuchy.
Od paru lat duża część młodzieży ubiera się tak, jak ja lubiłam w czasach podstawówki: luźne spodnie, wielkie t-shirty i bluzy. Źle wspominam te moje ówczesne stylówki, więc patrzę i nie mogę się nadziwić. I powszechne jest właśnie chodzenie w dresach. Gołe brzuchy też pamiętam z moich czasów :)
UsuńDresy są wygodne, sama noszę, ale te przerysowane wersje i niechlujny wygląd jakoś mi nie pasują.
UsuńPodobnie przenoszenie stroju rodem z siłowni na ulicę czy do szkoły., no sorry, ale nie.
Ten tekst trafił we mnie spokojnie, bez fajerwerków, ale bardzo celnie. Nie jako sentymentalna laurka dla PRL-u, tylko jako przypomnienie, że zaradność nie była kiedyś hobby ani trendem z Instagrama, tylko codzienną umiejętnością potrzebną do normalnego funkcjonowania. I że kreatywność rodziła się z braku, a nie z nadmiaru wyboru. Te historie o farbowaniu tetry, przerabianiu koszul czy szyciu z rzeczy „nieoczywistych” brzmią dziś jak coś egzotycznego, a przecież dla wielu były zwykłą praktyką.
OdpowiedzUsuńTęsknić nie tęsknię za tamtym czasem, bo oprócz kreatywności było wiele upokarzających momentów. Ale z drugiej strony, ciężki czas uczy zaradności i pokory...
UsuńCzyli jednak wszystko już było: slow fashion, zero waste, customizacja… tylko wtedy nazywało się to "trzeba sobie radzić" 😉 Spódnica z wigwamu brzmi jak kolekcja limitowana, której nie da się podrobić. Super wspomnienia i super inspiracja😊
OdpowiedzUsuńDokładnie, kolekcja limitowana! Nawet zwykłe bluzki czy sweterki po wymianie guzików i dodaniu kołnierzyka wyglądały inaczej.
UsuńZa kieszonkowe kupowałam zawsze tkaniny, z których babcia wyczarowywała cos ładnego, czego nie było w sklepach.
U mnie w rodzinie też było podobnie, moja śp. babcia ze strony ojca potrafiła szyć, więc zaopatrywała całą rodzinę w swetry, czapki, szaliki, skarpety... Robiła też bardzo ładne ozdoby, poszewki, narzuty itp. W obecnych czasach takie rzeczy znowu cieszą się powodzeniem. Niestety byłam za mała, żeby babcia zdążyła mnie czegoś nauczyć.
OdpowiedzUsuńA co do jednego ze zdjęć... Ta współczesna moda, ciuch, który wygląda jak wyciągnięty z głębi śmietnika, zjedzony przez szczury, obsrany przez ptaki... i cena 500 zł. Z jakiegoś powodu ludzie są skłonni płacić majątek za takie coś.
To chyba kwestia sytuacji , w jakiej się dorastało - jeśli ktoś nie zaznał biedy, braku wielu podstawowych potrzeb, to musi sięgać po cos oryginalnego na siłę. Ja np. nie cierpię betonu i wszelkich jego odmian - jakbym mieszkała w piwnicy lub odrapanej kamienicy!
UsuńCoś w tym faktycznie jest...
UsuńNiestety, ten temat jest mi bardzo obcy, oprócz tego, że nie umiem szyć, to nikt w mojej rodzinie nie umiał. Tylko mama koleżanki uszyła mi tę rewelacyjną spódnicę z pieluch, zafarbowałam sama w miednicy. Bardzo ją kochałam. Tzn. spódnicę, nie miednicę 😋
OdpowiedzUsuńAle spódnicę z tetry miałaś, to się liczy!
UsuńNawet nie wiem, czy jeszcze jest w sklepach tetra?
Jako tkanina sprzedawana z wałka to nie wiem. Widziałam pieluchy, ale są fatalnej jakości, cieniutkie jak gaza i rzadkie jak rzeszoto. A u mojej mamy pieluchy moje i mojego brata do dzisiaj robią za ściereczki do kurzu...
UsuńCzyli nawet pieluchy obniżyły poziom...
UsuńTak się zdobywało ciuchy a jaki człowiek był dumny ze coś sobie nowego zrobił, piękny temat wybrałaś, pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńO tak, kiedyś kończyłam ciuch na dyskotekę 5 minut przed wyjściem!
Usuńsamodzielne szycie jest popularne w krajach skandynawskich,ale do szycia też trzeba miec trochę smykałki...
OdpowiedzUsuńMotywacja, ćwiczenie i dobre poradniki pomagają...
UsuńNie da się ukryć że zaradność to zanikająca cecha w tym tak zwanym dobrobycie i aż strach pomyśleć coby się stało gdyby nagle czegoś zabrakło.
OdpowiedzUsuńMarek z E
Kiedyś wielu umiejętności praktycznych uczono w szkole, inne przekazywali nam dorośli. Chyba masz rację, że dobrobyt zagłuszył potrzebę zrobienia czegoś samodzielnie, wystarczy zamówić lub zatrudnić kogoś.
UsuńWitaj, Jotko.
OdpowiedzUsuńMoje pasje rękoczynne znasz, więc nie będę się nad nimi rozwodzić:)
Dodam tylko, że nie ma fajniejszego uczucia nad to, które towarzyszy stworzeniu czegoś niepowtarzalnego ze, zdawałoby się, rzeczy spisanej na straty:)
Pozdrawiam:)
Znam i zawsze podziwiam! To prawda, satysfakcja wielka i dlatego doceniam upominki wykonane przez darczyńcę:-)
UsuńTakie farbowanie może mieć swój urok skoro daje możliwość by mieć rzecz wyjątkową.
OdpowiedzUsuńWystarczy biały t-shirt, farba i garnek , a możliwości jest wiele!
Usuńogranicza tylko kreatywność
UsuńJestem zdecydowaną zwoleniczką ,wychowania przez pracę,, ale często życie dokonuje korekty i wymusza ine podejście. Zaradność..to jeszcze jeden element do ,mojej układanki, którą za jakiś czas umieszczę w notce. Dzięki za Twoją kolejną cegiełkę..
OdpowiedzUsuńTą notkę u Królowej Karo też z ciekawością przeczytałam.
Ciszę się, blogi to nieskończone źródło inspiracji:-)
Usuńmalowanie ubrań to nic nowego :-) pisze o malowaniu kreatywnym i artystycznym, lubię też dziury, obszarpańce, moje wynalazki i styl w tym temacie wziął sie dokładnie z czasów bidy ubraniowej :)
OdpowiedzUsuńMalowanie i wszelkie przeróbki tak, dziury i obszarpane swetry, to nie moja bajka...
UsuńUrodziłam się gdy jeszcze trwała wojna a z okresu bardziej świadomego dzieciństwa to pamiętam głównie zrujnowaną Warszawę, moje miasto rodzinne."Moda" w czasach podstawówki wcale dla mnie nie istniała, w czasach liceum wcale nie było lepiej- fartuchy szkolne z błyszczącej satyny, a pod nimi żadna moda. Strój odświętny szkolny to wiadomo- biała bluzka, granatowa spódnica.Robienie na drutach i operowanie szydełkiem pojęłam dopiero gdy zaczęłam pracować, wcześniej nauczyłam się szyć i nawet uszyłam dla siebie ze trzy sukienki. A poza tym- dzięki swojej babci niemal nie interesowałam się modą- zdaniem babci ogromnie daleko mi było do modelki a poza tym ubranie ma być wygodne i dostosowane do okoliczności a nie modne. I do dziś mało mnie interesuje co modne, stawiam głównie na wygodę i przydatność.
OdpowiedzUsuńBezrefleksyjne podążanie za modą nie jest dobre, wiele kobiet robi sobie tym krzywdę, bo nie każdy fason jest dla każdej figury, a naśladowanie córki czyni dojrzałe kobiety często śmiesznymi.
UsuńWszystko to przerabiałam...Farbowanie...Prucie...Szycie...Dzierganie...Haftowanie...;o)
OdpowiedzUsuńI tak mi zostało...;o) Teraz wieczorowe sukienki Babci, przerabiam na balowe suknie dla Wnuczki...;o) A dawno temu szyłam nawet kąpielówki dla Męża...;o))
Pamiętam Twoje kreacje dla wnuczki:-)
UsuńMoże pokaz także te suknie balowe?
W latach 50.XXw.chodziłem do krawcowej do przymiarki, nie cierpiałem tych przymiarek.Kiedy rodzice kupili maszynę do szycia"Pokój",miałem z przymiarkami spokój. Gdy trochę podrosłem nauczyłem się szyć i szyłem sobie i kolegom Rifle z tkaniny bawełnianej BT,z której szyli worki. Szyłem i farbowałem jak umiałem.Jakość mojego szycia to już inna sprawa,ale wszyscy byli zadowoleni. Moje 50 centymetrowe dzwony też robiły furorę:)
OdpowiedzUsuń"Hołd dla maszyny do szycia"/fragment/
Zeszłam z lini montażowej w 1889 roku,
Żona farmera kupiła mnie za 3 dolary,
Powiedziała, że jestem jej dumą,
Szyła spodnie dla swojego męża,
Ubranka dla małych dziewczynek i chłopców,
Byłam z nią 50 lat,
Do końca jej dobrego życia,
Moja farba była zużyta,ale moje serce było silne,
Moje ściegi cienkie i proste...
...Teraz słońce ogrzewa moje błyszczące żelazne okucia,
Kot drzemie na moim stojaku,
Ale jestem nawleczona i gotowa,
W ciszy wieczoru,
Szyje ubranka dla swoich dzieci,
Na tej maszynie do szycia Singer,
Uśmiecha się.
youtu.be/03rQM7orKpE
:)
Cześć Asiuniu. U mnie babcia i jej najstarsza siostra szyły nam sukienki, spódnice, haftowaly piękne wzory na obrusach pościeli i bieżnikach. Ciocia Irena uczyła szycia w szkole. Muszę powiedzieć że bardzo mi ich brakuje.
OdpowiedzUsuńSama szyłam spódnice, farbowałam tetrę, szydełkowałam. Takie czasy, że trzeba było być zaradnym. Mój wnuk zapytał mnie, co ma z brudnym talerzem zrobić, ponieważ nie mam zmywarki... A co będzie, gdy braknie prądu?
OdpowiedzUsuńZasyłam serdeczności