sobota, 5 grudnia 2015
Mikołajkowo....
Spacer z Mikołajem
Szłam z Mikołajem pod rękę,
worek niósł ciężki na plecach
i śpiewaliśmy piosenkę
o świętach, prezentach i dzieciach.
Święta w piosenkach są białe,
puch śnieżny sypie się z nieba,
święta są zwykle radosne -
bo tego ludziom potrzeba.
Prezenty w piosenkach są cudne
na miarę marzeń i życzeń,
prezenty przynosi Mikołaj,
powodem bywają do wzruszeń.
W piosenkach dzieci się cieszą
ze śniegu, świąt i choinek
pod nimi podarki znajdą
dla chłopców i dla dziewczynek.
Szłam z Mikołajem pod rękę
a worek lekki się stawał.
Fajnie było prezenty
na progach domów zostawiać...
czwartek, 3 grudnia 2015
USG nie leczy...
Pan Leon znał wiele przepisów, jako emerytowany pracownik służb mundurowych zawsze był sumienny i przestrzegał zasad. Zdrowie mu dopisywało, kondycja również, postawa wzorowa, chód lekki, ale stanowczy, żadne tam człapanie, choć emeryt. Zdarzyło się jednak, że pan Leon, dorabiając w pewnym urzędzie po schodach biegał i noga doznała kontuzji. Ból był straszny, ale pan Leon nie chcąc nikomu robić kłopotu (wszak był piątek po południu) dokuśtykał do krzesła w korytarzu i zadzwonił po córkę. Ból nogi jednak potęgował się i córka podwiozła ojca na izbę przyjęć miejscowego szpitala. Tam pan Leon dostał zieloną opaskę, co oznaczało, że czekał na kontakt z lekarzem 6 godzin, siedząc na wózku. Po 5 godzinach chciał wyjechać na świeże powietrze i wówczas zainteresowano się emerytem, bo może chce wózek ukraść. Lekarz po pobieżnym wywiadzie o stanie pacjenta stwierdził zapalenie żył i zalecił potrójną dawkę leku na rozrzedzenie krwi, po czym noga urosła do monstrualnych rozmiarów. szukając pomocy u innego lekarza pan Leon dowiedział się, że to nie zapalenie żył było, ale zerwanie jakiegoś tam więzadła czy ścięgna...a lek na rozrzedzenie krwi spowodował wylew krwi i powstawanie krwiaków.
Rozpoczęło się długie leczenie i rehabilitacja, aby naprawić szkody z powodu złej diagnozy. Pan Leon otrzymał tez skierowanie na USG, aby sprawdzić postęp leczenia, ale musiał oczekiwać 2 tygodnie w ramach NFZ, bo skoro 40 lat płaci składki, to nie będzie sponsorował prywatnych gabinetów. Gdy minęły 2 tygodnie pan Leon stawił się na prześwietlenie, wchodzi do gabinetu, a lekarz nie wstając zza biurka i nie patrząc na pacjenta o kuli pyta:
- Pan w jakiej sprawie?
- No na USG, odpowiada pacjent, bo mam chorą nogę...
- Ale USG nie leczy...
- Ale mam skierowanie...
I tak pan Leon dostąpił łaski badania USG, po wymianie jeszcze kilku "uprzejmości" z lekarzem. Noga goiła się długo, zwolnienie lekarskie przedłużano, więc pan Leon postanowił ubiegać się o odszkodowanie. Pojechał w tym celu ze swoją dokumentacją na komisję lekarską. Pani orzecznik w wieku matuzalemowym z odległości 10 metrów życzyła sobie obejrzeć nogę delikwenta, poprosiła więc o podniesienie nogawki.
- O, noga całkiem ładna...
- To pani bez badania, na odległość będzie wydawać opinię? - zapytał oburzony pan Leon
Na to pani orzecznik otworzyła szufladę biurka i wyjęła... centymetr krawiecki!
A czy nie powiedział ktoś, że życie jest jak kabaret?
Rozpoczęło się długie leczenie i rehabilitacja, aby naprawić szkody z powodu złej diagnozy. Pan Leon otrzymał tez skierowanie na USG, aby sprawdzić postęp leczenia, ale musiał oczekiwać 2 tygodnie w ramach NFZ, bo skoro 40 lat płaci składki, to nie będzie sponsorował prywatnych gabinetów. Gdy minęły 2 tygodnie pan Leon stawił się na prześwietlenie, wchodzi do gabinetu, a lekarz nie wstając zza biurka i nie patrząc na pacjenta o kuli pyta:
- Pan w jakiej sprawie?
- No na USG, odpowiada pacjent, bo mam chorą nogę...
- Ale USG nie leczy...
- Ale mam skierowanie...
I tak pan Leon dostąpił łaski badania USG, po wymianie jeszcze kilku "uprzejmości" z lekarzem. Noga goiła się długo, zwolnienie lekarskie przedłużano, więc pan Leon postanowił ubiegać się o odszkodowanie. Pojechał w tym celu ze swoją dokumentacją na komisję lekarską. Pani orzecznik w wieku matuzalemowym z odległości 10 metrów życzyła sobie obejrzeć nogę delikwenta, poprosiła więc o podniesienie nogawki.
- O, noga całkiem ładna...
- To pani bez badania, na odległość będzie wydawać opinię? - zapytał oburzony pan Leon
Na to pani orzecznik otworzyła szufladę biurka i wyjęła... centymetr krawiecki!
A czy nie powiedział ktoś, że życie jest jak kabaret?
wtorek, 1 grudnia 2015
Wypadkowość na kursie BHP
Trudno nastrajać się na święta na kursie BHP, zwłaszcza gdy masz zaplanowanych kilka pilnych rzeczy, a całe dwa dni zajmuje w życiorysie szkolenie BHP, powtarzane co 5 lat, dla mnie koszmar. Dlaczego? Nie cierpię robic czegokolwiek pod przysłowiowy papier, a atrakcyjność prelegenta i wyświetlanych filmów może przyprawić o śmierć z nudów. Zresztą , niby kurs BHP, a na tymże kursie można polec z różnych powodów, nie tylko z nudy. Przez pierwsze pół godziny pan mówi o tym, co będzie na kursie, podaje kolejne numery ustaw, rozporządzeń i przepisów, ale nie na pierniki. Pan oczywiście liczy na to, że wszyscy notują. Całe szczęście, że pozwolił łaskawie na picie i jedzenie w trakcie wykładu, bo te pożyteczne czynności pozwalają na tyle zająć uwagę posilającego się, żeby nie zasnąć i nie spaść z bardzo niewygodnego krzesła. Inna sprawa, że można zachłysnąć się herbatą, bo czasem takie bzdury się słyszy, że zachłyśniecie murowane, zwłaszcza gdy jako pracownik biblioteki lub biurowy, według planu szkolenia, muszę posłuchać o wypadkach z koparką lub windą do przewożenia posiłków w żłobku...
Cały czas prelegent robi dwuznaczne uwagi na temat inteligencji poprzednich kursantów oraz narzeka na bezmyślność urzędników z warszawki i brak szacunku w stosunku do jego osoby ze strony szefów różnych firm.
Filmy na oko sprzed 30 lat, sądząc po fryzurach i ubraniach bohaterów uwiecznionych w kadrach. Jedynym urozmaiceniem szkolenia są krótkie zajęcia z ratownikiem medycznym i przypomnienie zasad pomocy przedmedycznej. Kurs kończy się rzecz jasna testem i wydaniem zaświadczenia w 3 egzemplarzach.
Do wypadków w postaci zejścia z nudów, zachłyśnięcia się herbatą, rozstroju nerwowego dodałabym jeszcze uraz kręgosłupa po kilkugodzinnym siedzeniu na niewygodnym krześle i nabawienie się kataru w zimnym pomieszczeniu, bo pan ciągle wietrzy, tyle, ze to nie sa ćwiczenia fizyczne, a bezruchowe siedzenie w jednej pozycji na wykładzie.
A czy Wy macie jakieś traumatyczne doświadczenia związane z odbyciem szkolenia?
Cały czas prelegent robi dwuznaczne uwagi na temat inteligencji poprzednich kursantów oraz narzeka na bezmyślność urzędników z warszawki i brak szacunku w stosunku do jego osoby ze strony szefów różnych firm.
Filmy na oko sprzed 30 lat, sądząc po fryzurach i ubraniach bohaterów uwiecznionych w kadrach. Jedynym urozmaiceniem szkolenia są krótkie zajęcia z ratownikiem medycznym i przypomnienie zasad pomocy przedmedycznej. Kurs kończy się rzecz jasna testem i wydaniem zaświadczenia w 3 egzemplarzach.
Do wypadków w postaci zejścia z nudów, zachłyśnięcia się herbatą, rozstroju nerwowego dodałabym jeszcze uraz kręgosłupa po kilkugodzinnym siedzeniu na niewygodnym krześle i nabawienie się kataru w zimnym pomieszczeniu, bo pan ciągle wietrzy, tyle, ze to nie sa ćwiczenia fizyczne, a bezruchowe siedzenie w jednej pozycji na wykładzie.
A czy Wy macie jakieś traumatyczne doświadczenia związane z odbyciem szkolenia?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



