Nawet jeśli nie czuje się ktoś na siłach by chodzić na szlaki, zawsze znajdzie ciekawe plenery blisko miejsc noclegowych.
Ja też nie zawsze byłam miłośniczką górskiego wędrowania. Jeździłam wprawdzie od dziecka na różne wycieczki, głównie z moim tatą, który był ich organizatorem, ale w górach zakochałam się dość późno. Kto jednak raz zacznie, łapie tego bakcyla i zaraża się na całe życie.
Ogrody zmysłów to sympatyczny zakątek w pobliżu wejścia na teren Babiogórskiego Parku Narodowego. Pomysłodawcy tego zakątka pokazali jak można zaprojektować w swoim ogródku skalniak, jakie rośliny spotkać możemy na szlakach i podobne ciekawostki dla miłośników ogrodów i przyrody górskiej.
Zbaczając z głównych dróg na polne ścieżki natykamy się na takie własnie obrazki, na szałasy lub domki pustelnika, na stada owiec...
Wędrowanie przez lasy także obfituje w różne atrakcje, a to karmnik dla zwierząt, a to dzięcioł czy leśna wiewiórka, zapach świeżo ściętych drzew, ślady saren...
Bardzo przyjemny spacer do wodospadu na Mosornym Potoku, szum wody uspokaja, działa kojąco na nerwy mieszczucha.
Od wodospadu trochę bardziej meczący szlak na Mosorny Groń - trochę ponad 1000 m npm, ale za to na górze nagroda w postaci kąpieli słonecznych i pysznej kawy w karczmie obok wyciągu. Bo jest i wyciąg, można wjechać na górę i ruszyć na dalsze szlaki.
A gdy już wejdziecie lub wjedziecie na jakąś górkę - takie oto widoki cieszą Wasze serca... trzeba chciwie nasycić oczy, by te obrazy starczyły do następnego roku.
czwartek, 11 lipca 2019
poniedziałek, 8 lipca 2019
Stare i nowe...
Dziś krótka relacja z odwiedzin w królewskim mieście Krakowie.
Są w Polsce miasta, do których chętnie się wraca, są takie, które odwiedzić trzeba.
O Krakowie i naszym pobycie tam już pisałam w ubiegłe wakacje.
Nie udało nam się wtedy zwiedzić całego Starego Miasta, bo czasu i sił brakło, a upał był taki, że chęci nawet odbierał.
W tym roku odwiedziliśmy Kraków dwa razy, ale podzielę materiał, starczy mi na dłużej :-)
Obiecaliśmy sobie, że tym razem zaczniemy od Muzeum Jana Matejki.
Piękny to budynek, z uroczym dziedzińcem, aż chce się przysiąść na ławce i snuć wyobrażenia o malarzu, który w tej kamienicy tworzył swoje obrazy i gromadził z miłością dzieła sztuki z różnych epok i różnych stron świata.
Zachwycił mnie parawan, którego części wyhaftowane były pieczołowicie z użyciem złotych nici, niektóre z "okien" były replikami obrazów Matejki.
Krakowskie dorożki jak zwykle budzą nasz zachwyt, ale ceny za przejażdżkę nie na naszą kieszeń, podziwiamy więc z daleka...
O dziwo, nie zastaliśmy wielkich kolejek na Wawelu, dzięki czemu udało się zwiedzić Katedrę, zakłócić nieco spokój grobów królewskich, podziwialiśmy wielkość dzwonów wawelskich i oczywiście dotknęliśmy na szczęście dzwonu Zygmunta.
Zabrakło wprawdzie biletów do apartamentów prywatnych na zamku, ale obejrzeliśmy apartamenty reprezentacyjne.
W czasie zwiedzania katedry taki obrazek:
pani z plakietką przewodnika oprowadza dwoje znajomych po podziemiach, opowiadając różne ciekawostki i nawiązując w rozmowie do wspólnych znajomych. Jestem świadkiem niemiłej sceny. Podziemia zwiedza także para ze słuchawkami na uszach, pewnie to audioprzewodnik, ubrani swobodnie, jak to latem w upalny dzień, ale raczej mnie nie zgorszyli. Nagle pani przewodnik odzywa się bardzo głośno do swych znajomych - no spójrzcie, jak to się ubrało, babsko jedno, kompletny brak kultury...
Taaak, kompletny brak kultury, tylko u kogo?
Zwiedzanie nadszarpnęło nasze siły i należało odbudować zasoby energii.
Po smacznym obiedzie w barze mlecznym (tu także turyści różnych nacji posilali się z apetytem) zrobiliśmy rundkę po rynku, zaliczając oczywiście Sukiennice i szukając najlepszych lodów w mieście.
Kupiłam czekoladowe - pyszne, esencjonalne, z kawałkami czekolady, a nie kakaowe nazwane czekoladowymi.
Szukając ciekawostek dla uwiecznienia obiektywem aparatu, natknęłam się na takiego oto pana, który zapraszał do odwiedzenia muzeum figur woskowych, ale nie mieliśmy ochoty na takie atrakcje...
Mieliśmy natomiast ochotę na spacer po Plantach i kolejną porcję pysznych lodów.
A tu jeszcze jeden Matejko - widać polubił Planty i dobrze mu w tej zieleni...
Pozostał zakup tradycyjnych krakowskich precli i powrót na kolację do Zawoi.
To był udany dzień, mnóstwo wrażeń estetycznych i smakowych, nasłuchaliśmy się języków z całego świata, ale chętnie wracaliśmy do lasu...
Są w Polsce miasta, do których chętnie się wraca, są takie, które odwiedzić trzeba.
O Krakowie i naszym pobycie tam już pisałam w ubiegłe wakacje.
Nie udało nam się wtedy zwiedzić całego Starego Miasta, bo czasu i sił brakło, a upał był taki, że chęci nawet odbierał.
W tym roku odwiedziliśmy Kraków dwa razy, ale podzielę materiał, starczy mi na dłużej :-)
Obiecaliśmy sobie, że tym razem zaczniemy od Muzeum Jana Matejki.
Piękny to budynek, z uroczym dziedzińcem, aż chce się przysiąść na ławce i snuć wyobrażenia o malarzu, który w tej kamienicy tworzył swoje obrazy i gromadził z miłością dzieła sztuki z różnych epok i różnych stron świata.
Zachwycił mnie parawan, którego części wyhaftowane były pieczołowicie z użyciem złotych nici, niektóre z "okien" były replikami obrazów Matejki.
Krakowskie dorożki jak zwykle budzą nasz zachwyt, ale ceny za przejażdżkę nie na naszą kieszeń, podziwiamy więc z daleka...
O dziwo, nie zastaliśmy wielkich kolejek na Wawelu, dzięki czemu udało się zwiedzić Katedrę, zakłócić nieco spokój grobów królewskich, podziwialiśmy wielkość dzwonów wawelskich i oczywiście dotknęliśmy na szczęście dzwonu Zygmunta.
Zabrakło wprawdzie biletów do apartamentów prywatnych na zamku, ale obejrzeliśmy apartamenty reprezentacyjne.
W czasie zwiedzania katedry taki obrazek:
pani z plakietką przewodnika oprowadza dwoje znajomych po podziemiach, opowiadając różne ciekawostki i nawiązując w rozmowie do wspólnych znajomych. Jestem świadkiem niemiłej sceny. Podziemia zwiedza także para ze słuchawkami na uszach, pewnie to audioprzewodnik, ubrani swobodnie, jak to latem w upalny dzień, ale raczej mnie nie zgorszyli. Nagle pani przewodnik odzywa się bardzo głośno do swych znajomych - no spójrzcie, jak to się ubrało, babsko jedno, kompletny brak kultury...
Taaak, kompletny brak kultury, tylko u kogo?
Zwiedzanie nadszarpnęło nasze siły i należało odbudować zasoby energii.
Po smacznym obiedzie w barze mlecznym (tu także turyści różnych nacji posilali się z apetytem) zrobiliśmy rundkę po rynku, zaliczając oczywiście Sukiennice i szukając najlepszych lodów w mieście.
Kupiłam czekoladowe - pyszne, esencjonalne, z kawałkami czekolady, a nie kakaowe nazwane czekoladowymi.
Szukając ciekawostek dla uwiecznienia obiektywem aparatu, natknęłam się na takiego oto pana, który zapraszał do odwiedzenia muzeum figur woskowych, ale nie mieliśmy ochoty na takie atrakcje...
Mieliśmy natomiast ochotę na spacer po Plantach i kolejną porcję pysznych lodów.
A tu jeszcze jeden Matejko - widać polubił Planty i dobrze mu w tej zieleni...
Pozostał zakup tradycyjnych krakowskich precli i powrót na kolację do Zawoi.
To był udany dzień, mnóstwo wrażeń estetycznych i smakowych, nasłuchaliśmy się języków z całego świata, ale chętnie wracaliśmy do lasu...
piątek, 5 lipca 2019
Kapryśna góra
Najważniejsze - dziękuję wszystkim za dobre słowa, na pewno szczere, bo pogoda nam sprzyja, a i kondycja niezła.
Chyba odstąpię komuś skierowanie do kardiologa, bo skoro wdrapałam się na szczyt Babiej Góry także w tym roku i to bez większego wysiłku, to po co mi kardiolog?
W zasadzie nie ma co pisać, wybraliśmy szlak żółty, tylko do wchodzenia, były łańcuchy i klamry, ale przecież po prostym jest nudno...
Trasa all inclusive, można powiedzieć, bo po drodze szałas, by schronić się przed upałem lub deszczem, a i strumień, by umyć ręce lub schłodzić ciało... można i piwo, ale to dłużej trwa.
Zasłużyłam chyba na kawę i szarlotkę w schronisku? W końcu to dopiero połowa drogi, więc trzeba wzmocnić się przed dalszym marszem...
Prawda, że ciekawie? lepsze niż siłownia.
Przepraszam za zdjęcia od tyłu, ale fotograf szedł za mną i taki oto widok uwiecznił...
Wreszcie dotarliśmy na szczyt, jeszcze tylko droga powrotna, oczywiście innym już szlakiem i zasłużony odpoczynek.
Dlaczego kapryśna góra?
Bo na szczycie zawsze mocno wieje i warto mieć polar lub kurtkę, zwłaszcza że plecy mokre.
Poza tym, pogoda potrafi zmienić się na Babiej Górze ekspresowo, a różnica w temperaturze na dole i na Diablaku to zwykle kilkanaście stopni, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę i idą na szczyt w kusych bluzkach i trampkach...
Na szlakach pieszych przygotowano wiele tablic edukacyjnych na temat przyrody Babiogórskiego Parku Narodowego.
Cóż chcieć więcej - ćwiczymy kondycję, oglądamy piękne widoki, dokształcamy się i smakujemy miejscowe przysmaki:-)
Chyba odstąpię komuś skierowanie do kardiologa, bo skoro wdrapałam się na szczyt Babiej Góry także w tym roku i to bez większego wysiłku, to po co mi kardiolog?
W zasadzie nie ma co pisać, wybraliśmy szlak żółty, tylko do wchodzenia, były łańcuchy i klamry, ale przecież po prostym jest nudno...
Trasa all inclusive, można powiedzieć, bo po drodze szałas, by schronić się przed upałem lub deszczem, a i strumień, by umyć ręce lub schłodzić ciało... można i piwo, ale to dłużej trwa.
Zasłużyłam chyba na kawę i szarlotkę w schronisku? W końcu to dopiero połowa drogi, więc trzeba wzmocnić się przed dalszym marszem...
Prawda, że ciekawie? lepsze niż siłownia.
Przepraszam za zdjęcia od tyłu, ale fotograf szedł za mną i taki oto widok uwiecznił...
Wreszcie dotarliśmy na szczyt, jeszcze tylko droga powrotna, oczywiście innym już szlakiem i zasłużony odpoczynek.
Dlaczego kapryśna góra?
Bo na szczycie zawsze mocno wieje i warto mieć polar lub kurtkę, zwłaszcza że plecy mokre.
Poza tym, pogoda potrafi zmienić się na Babiej Górze ekspresowo, a różnica w temperaturze na dole i na Diablaku to zwykle kilkanaście stopni, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę i idą na szczyt w kusych bluzkach i trampkach...
Na szlakach pieszych przygotowano wiele tablic edukacyjnych na temat przyrody Babiogórskiego Parku Narodowego.
Cóż chcieć więcej - ćwiczymy kondycję, oglądamy piękne widoki, dokształcamy się i smakujemy miejscowe przysmaki:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)