Wizyta wujka z Australii była nie tylko dla niego podróżą sentymentalną, moja mama chyba go nie pamiętała, bo urodzona w 1942 roku była zbyt mała, by pamiętać starszego brata. Znali się oczywiście ze zdjęć.
Wujek zastał w Polsce sporą rodzinę, bo miał 6 rodzeństwa, do tego ich rodziny, wujkowie i ciotki...odwiedzinom nie było końca, każdy wszak chciał poznać krewniaka zza oceanu.
Cała ta sytuacja uzmysłowiła nam tu w kraju, jaka przepaść dzieliła dwa kraje, i w jak różnej sytuacji byli ich obywatele. Trochę jak w komedii "Sami swoi".
Nawet żeby przywieźć wujka z lotniska trzeba było wynająć samochód, zorganizować nocleg ( wszyscy mieli małe mieszkania bez pokoju gościnnego), przygotować zaopatrzenie, a o to było niezwykle trudno, zwłaszcza w prowincjonalnym mieście. Nie mieliśmy wtedy lodówki, wujek więc takową kupił, bo jak miał pić ciepłe piwo czy sok , które kupował w Pewexie? dziwił się, że nie zamawiamy zakupów do domu, ale to były czasy, gdy na założenie telefony czekało się w kolejce, a mięso u rzeźnika kupowało się raz w tygodniu.
Ile razy kogoś odwiedzaliśmy, zawsze jechał z upominkami, także zakupionymi za dolary. Wtedy po raz pierwszy poznałam smak dobrej czekolady, soku pomarańczowego, owoców z puszki i tego wszystkiego, czego próżno było szukać w sklepach złotówkowych..
Pamiętam zapach w sklepach walutowych, uwielbiałam zapachy kosmetyków wujka (olejek różany do kąpieli, woda Old Spice). Z kolei on sam miał okazję popróbować naszych wiejskich jajek, mleka, serów, owoców prosto z drzewa, domowego wina i kompotów. Każda wyprawa do dalszej czy bliższej rodziny była jak święto. Pamiętam ten czas, jak nieustające świętowanie!
O dziwo, im dłużej przebywał wśród nas, tym ciężej mówiło mu się w ojczystym języku, może dlatego, że przed wylotem pobierał naukę języka polskiego w szkole językowej w Australii, a u nas każdy mówił inaczej, niektórzy gwarą kujawską jeszcze.
Przyzwyczajony do upałów u siebie, w Polsce zakładał sweter lub prochowiec, gdy temperatura spadała poniżej 25 stopni.
Wracał do Australii z upominkami z Polski: czekoladki Wedla, lalki z Cepelii, albumy, widokówki - aby zabrać to wszystko do samolotu, zostawił większość ubrań mojemu tacie. Były tak dobrej jakości, że tato nosił je latami...
Wujek ponagrywał także na taśmy magnetofonowe głosy swoich bliskich, nawet moją recytację jakiegoś wiersza i piosenkę "Płynie Wisła, płynie"... byłam tak stremowana tym nagraniem, że weszłam pod stół, by nikt na mnie nie patrzył.
Gdy tak się wspomina niektóre realia z tamtych czasów,
to mnie samej trudno uwierzyć w to wszystko...
Przeżywszy to, nie muszę odwiedzać muzeów PRLu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz