środa, 20 października 2021

Pralnia towarzyska....


 Zainspirowana postem Teresy  przypomniałam sobie  zwyczaj rodzinnego prania , które urastało do rangi nie byle jakiego wydarzenia.

Dzisiaj pranie ułatwiają nam nowoczesne urządzenia, nawet  suszą od razu wyprane ubrania, szkoda jeszcze, że nie prasują, ale i tu rozwój technologii idzie nam z pomocą.

Gdy byłam dzieckiem, generalne pranie odbywało się dwa razy do roku, może trzy. W domach były pralki Franie, które nie wszystko jednak wyprały, wirówek nie znano, więc koce, pościele, obrusy, kurtki, zasłony, firany zbierano i w blokowej pralni odbywało się pranie rodzinne.

Moi dziadkowie nie mieli nawet bieżącej wody, o ciepłej nie mówiąc, więc i oni zbierali swoje rzeczy, by później wspólnie wyprać wszystko w naszej pralni.

Blokowe pralnie istnieją jeszcze, ale chyba już nikt z nich nie korzysta, wszak teraz są liczniki indywidualne na wodę. Obok pralni była także suszarnia i to dość obszerna.

Pralnię z suszarnią trzeba było zamówić z wyprzedzeniem, kluczami i terminarzem zajmowała się chętna sąsiadka.

Pamiętam, że od świtu przygotowywano kocioł do grzania wody i gotowania bielizny oraz krochmalenia obrusów i firan . Były całe sterty tego prania, wszystkie czynności powtarzane czasami wielokrotnie, bo i proszki kiepskie były lub używano szarego mydła startego na tarce.

Takie rodzinne pranie zajmowało cały dzień z przerwą na obiad. Donosiłam dziadkom kawę i kanapki do piwnicy, lubiłam wieszać w suszarni mniejsze ubrania i serwety. Do pralni przychodziły czasem sąsiadki na ploteczki, podobnie było w maglu.

Następnego dnia zdejmowało się wysuszone pranie i część składano do koszy, by potem z tymi koszami pójść do magla. To także było wydarzenie i wymagało długiego  stania w kolejce, ale gospodyniom jakoś to nie wadziło, na wszystko miały czas...

Ułatwieniem stał się  elektryczny magiel parowy, ale klimat już nie ten i usługa droższa.


 Odpowiednikiem dawnych pralni są chyba zbiorowe pralnie  z automatami wrzutowymi. Nie wiem czy jest podobna w Polsce, ale mój bratanek korzysta z takiej w Szwajcarii, bo tam gdzie mieszka, nie wolno mieć pralek w wynajmowanych mieszkaniach.

A czy ktoś z Was pamięta takie rodzinne prania towarzyskie?


99 komentarzy:

  1. Pamiętam jak odnosiło się wypraną pościel i obrusy do magla. Przed świętami ludzie szli tam jak mrówki. Z magla pranie wychodziło pięknie wyprasowane i pachnące szarym mydłem. Sentymentalne wspomnienia.
    Podobają mi się automatyczne pralnie, znane dotąd z zachodnich filmów. Ale widziałam już taką jedną w Krakowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeszcze w takiej nie byłam, dobre miejsce chyba by poczytać lub poplotkować, albo sweter można dziergać:-)

      Usuń
  2. Pamiętam tylko pomieszczenie pralni w akademiku Polibudy w Poznaniu. Po jednej pralni na piętro, a pięter było 11.
    To była taka sala dość spora, po bokach miała wielkie zlewy do prania a na środku sznury do wieszania prania. To już były czasy nowoczesne, więc woda ciepła i zimna leciała z kranu, ale prało się tylko ręcznie. No i faktycznie, zazwyczaj w towarzystwie, bo samemu nudno.
    I czasem komuś coś ze sznura znikło...Bo się innemu studentowi spodobało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to znikanie ze sznura, to i na osiedlu się zdarzało.
      Kiedy z więzienia uciekli skazani i z mojego bloku, z parteru ubrania zniknęły...

      Usuń
  3. Klik dobry:)
    W mojej kamienicy pralnia jest do dziś. Obecnie znajduje się w niej węzeł centralnego ogrzewania, a kocioł do gotowania bielizny opalany węglem i drewnem został rozebrany. Miał doprowadzenie wody i odpływ, więc wygodny w użyciu. W tej pralni czasem kąpaliśmy się, ponieważ powyżej parteru nie zawsze dochodziła woda.
    A pranie trwało nawet 2-3 dni, wliczając namaczanie, płukanie i krochmalenie.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, pamiętam kąpiele w pralni, bo na trzecim piętrze było za słabe ciśnienie wody!

      Usuń
  4. Przez prawie 40 lat zycia w PRL, większe pranie jak pościel, oddawalismy do pralni. Tuż po wojnie była to pralnia prowadzona przez zakonnice - Zytki, pózniej, pralnia koło bloków, w których mieszkaliśmy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mojej babci wybudowano pralnię koło domu, ale nadal nie było bieżącej wody, więc wozili do nas...

      Usuń
  5. Nie zaznałam tego "wynalazku", ale z "frani" korzystałam (mam do dzisiaj, na chodzie)...;o)

    OdpowiedzUsuń
  6. jako dzieciak mieszkałem w piętrowej mini kamienicy, kilka rodzin na krzyż, ale wielkich, towarzyskich prań nie było, był tylko wspólny strych do suszenia... pamiętam takie sprzęty, jak balia z wyżymaczką, kotły do gotowania bielizny i tarka, potem pojawiła się pralka, ale nie "Frania", musiała być uziemiona, ale i tak kopała, gdy była w ruchu... któregoś dnia babcia wpadła na kretyński pomysł, żeby uprać w niej sznur od bielizny i potem padło na mnie, żeby ten sznur rozkręcać i rozplątywać, koszmar!...
    niektóre rzeczy szły do pralni chemicznej, tam testowano guziki i niektóre trzeba było odcinać, bo by się rozpuściły... życie towarzyskie kwitło co najwyżej w maglu, a machina maglująca robiła wrażenie, taka wielka skrzynia wypełniona kamieniami katowała wałki z pościelą wahadłowym ruchem...
    aha, i pamiętam jeszcze mycie dywanów kiszoną kapustą...
    ...
    publiczne, miejskie pralnie z pralkami na monety widziałem tylko we Francji, w latach 90-tych, przy campingowym, wędrownym trybie życia były bardzo przydatne, bo nie każdy camping był w takie sprzęty wyposażony...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez pralnie usługowe to wiele guzików poszło na marne, a nikomu nie chciało się wypruwać i przyszywać od nowa...
      Ze wspólnej pralni korzystałam kiedyś na wczasach w lesie.

      Usuń
    2. pamiętam, że te guziki były sprawdzane jakimś rozpuszczalnikiem, czy są z odpornego plastiku, czy nie, a jak nie były, to klientowi wręczano nożyczki, żeby ogarnął sprawę na poczekaniu, bo inaczej wypad... w końcu taki rozmaślony guzik psuł przecież cały upiór... ale w niektórych pralniach się nie patyczkowano, sami odcinali "złe" guziki po przyjęciu, które czasem trafiały z powrotem do klienta, a czasem nie, bo komu się chciało tego pilnować, które guziki od którego ciuchu...

      Usuń
    3. Oj, czasami przeoczone guziki przykleiły się do marynarki lub pościeli...

      Usuń
  7. Rodzinnej pralni nie mieliśmy. Razem z rodzicami mieszkaliśmy w wynajmowanych mieszkaniu, ale nie w bloku, tylko w domku na przedmieściach.
    Nie było też bieżącej wody, tylko pompa na dworze przed domem, balia i suszenie pościeli na sznurkach na podwórku.
    W Niemczech też popularne są te płatne pralnie z wieloma pralkami, tutaj też kiedyś nie mogliśmy mieć pralki w mieszkaniu i chodziliśmy prać do takiej pralni. Jak na razie najbardziej podobało mi się rozwiązanie w moim drugim mieszkaniu, czyli pralnia w piwnicy dla wszystkich, każdy miał własną pralkę (miejsce na suszarkę też było), podłączoną pod własny licznik i miejsce na suszarkę.
    Nikomu nie przeszkadzało wirowanie pralek na wyższych piętrach, ani pranie rozwieszone w mieszkaniu.
    Tu niestety od dwóch dni pada i musiałam wywiesić teraz pranie nie na balkonie pod dachem, tylko w salonie, i nie dałam rady wyprać wszystkiego, bo suszarkę mam tylko jedną. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam suszarkę pod sufitem w łazience, ładne to nie jest, ale wygoda zimą...wieczorem wieszam, rano wszystko suche:-)

      Usuń
  8. Takie pralnie zbiorowe są już w Polsce, w naszym mieście korzystają głównie studenci.
    Osobiście nie pamiętam takiej akcji "pranie". W moim domu rodzinnym prało się na bieżąco, ale duże rzeczy zazwyczaj latem, choć pamiętam też powiewające na mrozie zasłony:)
    Lubię mieć kosz na pranie pusty, więc u mnie pralka chodzi bardzo często:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak jak ja, piorę na bieżąco, ale czasami się nazbiera, bo wiadomo, kolory osobno!

      Usuń
  9. Domek babci na peryferiach dużego miasta, woda też tylko w studni. Raz w miesiącu było takie wielkie pranie, ale nawet bez frani. Olbrzymia kadź z nasadzoną wajchą z karbowanym półwalcem. Trzeba było machać w lewo i prawo. Muskuły ćwiczyłem na przemian z kuzynem ;) Całe to pranie suszyło się na strychu. Aha, niemal cała pościel musiała być krochmalona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawniej nikt nie musiał chodzić na siłownie, bo siłownia była w domu i obejściu:-)

      Usuń
    2. A pamiętasz taką ręczną magiel, obciążoną kamieniami, napędzaną ręcznie? Tam dopiero można było wyrobić muskuły. Do tego dla urozmaicenia same sensacyjne ploteczki ;)

      Usuń
    3. Pewnie, że pamiętam, lubiłam patrzeć na tego potwora ;-)

      Usuń
  10. Wtedy szczerze nie trawiłam tych "rytualnych " prań i sprzątań ... dziś jestem pełna podziwu dla tych kobiet. Ciężko pracowały a mimo wszystko ogarniały i zdążały ze wszystkim. Podczas gdy dziś prawie każda mówi, że nie ma czasu na nic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie lubiłam też niedziel, teraz doceniam i to bardzo!

      Usuń
  11. Mnie aż słabo, jak sobie pomyślę, że miałabym urządzać takie wielkie pranie i prać w rękach jakieś pościele... :D Obecnie naprawdę mało co piorę ręcznie.
    Pralnię i suszarnię w piwnicy kojarzę, choć bloki oddawane od końca lat 80-tych: nawet nie mam pojęcia, co tam teraz jest, najpewniej ktoś sobie zaanektował jako dodatkowe miejsce do przechowywania. W niektórych krajach podobno wspólne pralnie w blokach nadal są w użytku - po to, żeby nie mieć pralki w mieszkaniu.
    A Franię pamiętam od babci. :) W domu była Wiatka, czy raczej Вятка, przez co długo miałam problem, dlaczego ona się nazywa tak nie do wymówienia. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My po Frani mieliśmy jakieś NRDowskie cudo, które choć nie wirowało, to jednak wylewało wodę do wanny wężem.To była spora ulga!

      Usuń
  12. Mieszkałam w prywatnej kamienicy, w której, oczywiście, pralni nie było, za to był ogromny strych, na którym wieszało sie pranie, i to był kosmos, powiem ci, tajemnicza kraina...:)
    I pamiętam z głębokiego dzieciństwa jeszcze tarkę do prania, ale potem już Franię, a potem automat. No i nie prało sie wszystkiego, niektóre rzeczy, zwłaszcza wełniane, oddawało się zawsze do pralni, też te większe, np. płaszcze, kurtki, etc.
    O, i widzę, że nie tylko ja mam takie wspomnienia:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do czyszczenia musowo szły płaszcze i wełna, w ogóle te usługi były chyba w miarę tanie, bo wiele rodzin z tego korzystało.

      Usuń
  13. Nie znam takiego zbiorowego prania. Gdy byłam mała to co jakiś czas przychodziła do nas pani S., która zawodowo zajmowała się praniem pościeli itp.Gdy pani S. zaprzestała, z uwagi na wiek, świadczenia tych usług, pranie pościeli, obrusów,ręczników, kocy, męskich koszul odnosiło się do pralni, z reguły taką ilość jednocześnie, by była zapełniona 1 pralka. Automatyczną pralkę udało mi się kupić (po dużych staraniach) dopiero w 1976r. Od tamtego czasu pranie to nie problem, suszenie też nie.Nie pamiętam bym kiedykolwiek odnosiła coś do magla, zwłaszcza, że szybko skasowałam białą pościel, bo jako dziecko nienawidziłam tej sztywnej, wykrochmalonej pościeli.A suszenie- na ogół na balkonie, jako że nie był od ulicy a od podwórka.A gdy ugrzęzłam w pieluchach, to bardzo szybko przestawiłam dziecię na pieluchy jednorazowe - wtedy jeszcze w Polsce nikt o pampersach nie słyszał.Kupowałam w komisie tzw. "suche" pieluchy, które się prało ręcznie i w połączeniu z polską pieluchą jednorazową
    dawało pożądany efekt. Teraz mam małą pralkę, taką na 4 kg i często piorę, a suszarkę mam włoską, na którą od biedy wcisnę zawartość 4 takich pralek, a stoi w trakcie suszenia w pokoju, bo w Berlinie nie ma suszenia czegokolwiek na balkonie.Suszarnie są na strychu, ale musiałabym w tym celu zjechać z praniem na dół, przejść przez podwórko by już per pedes pójść na V piętro w oficynie. A gdy mam "małe pranie" to mogę ustawić suszarkę w łazience, bo rozkładam tylko pół suszarki.A poza tym teraz mieszkam już sama, salon duży,środek pokoju wolny i stojąca w nim pralka zupełnie mi nie przeszkadza.Gdy byłam w Szwecji, to w miejskich domach były pralnie w suterynach budynku i każdy miał umówiony dzień prania, w domkach jednorodzinnych większych z reguły było to wydzielone pomieszczenie, jedna suszarka na tyłach ogrodu, druga w mieszkaniu, obok "pralni".
    Oczywiście jest tu też sporo "salonów pralniczych", czyli kilkanaście pralek samoobsługowych. A ze 300m od domu mam pralnię i często spotykam panów wynoszących z niej wyprane i wyprasowane swoje koszule, wiszące na wieszakach, opakowane w folię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że napisałaś jak jest w Szwecji i Berlinie.
      U nas jeszcze ciągle włoski model, czyli gacie i staniki na pierwszym planie na balkonach.

      Usuń
  14. To naprawdę było wydarzenie! To co dzisiaj jest łatwo dostępne, już takie nie było kiedyś, ale wbrew pozorom dbanie o czystość w domach było niezwykle ważne 😉 Pozostaje docenić obecne możliwości i cieszyć się z udogodnień jakie mamy! Pozdrawiam, bardzo ciekawe wspominki! 🖐️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytam książkę o służących na przełomie wieków, to dopiero była ciężka robota, od świtu do wieczora...

      Usuń
  15. Nawet nie wiedziałam o takim procederze :) pamiętam za to magiel z baaaardzo wczesnego dzieciństwa. Stukot walców, śmiech pań, które tam pracowały i taki zapach nie dopodrobienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie wszyscy tak prali, a magiel to magiel - monitoring osiedlowy niemal...

      Usuń
  16. Pamiętam pranie w domu rodzinnym. Pralka frania, wielka balia na środku kuchni, kociołek do gotowania bielizny, tara do prania delikatniejszych rzeczy, zapach krochmalu. Sznury na bieliznę rozpięte z tyłu domu, a na nich wielkie białe płachty prześcieradeł, poszewek, firanek. Kiedyś pranie wymagało dużo czasu i wysiłku, ale nikt bardzo nie narzekał. Lubiłam chodzić z mamą do magla. Pomagałam jej nieść pranie zawinięte w szare lniane płótno tzw. maglowniki. Jak teraz słyszę od córki, że musi zrobić pranie to chce mi się śmiać, bo co to za problem włożyć ciuchy do pralki i wcisnąć guzik. No, ale wygoda uzależnia. Kiedy ja wprowadziłam się do swojego pierwszego mieszkania to byłam przeszczęśliwa, że mam wygodnie, bo pralka stoi przy dużej wannie i z kranu leci ciepła woda. Długo nie miałam pralki automatycznej, bo nie uważałam, że jest mi niezbędna. Czasami tęsknię za prostotą tamtego życia, za czasem kiedy na wszystko był czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pralki automatycznej tez długo nie mieliśmy, raz ze brakowało kasy, dwa - nie widziałam potrzeby, póki nie kupiłam. Podobnie z ekspresem do kawy!

      Usuń
    2. To miałyśmy podobnie, bo też dopóki nie kupiłam automatycznej nie miałam pojęcia jaką to robi różnicę. Kiedyś byłam pracowita, ale mi przeszło))) Ekspresu nie mam do dziś. Ja kawy nie piję, bo źle ją toleruję. A mój mąż parzy sobie kawę jakimiś dziwnymi sposobami, gotuje, studzi, doprawia czymś, znowu gotuje i tylko tak przyrządzona mu smakuje. Robi od razu cały termos i popija przez cały dzień.

      Usuń
    3. To podziwiam Twojego męża za cierpliwość:-)
      My nie mamy tez zmywarki, choć młodzi namawiają, ale na co dzień zużywamy tak mało naczyń, ze chyba nie ma sensu...

      Usuń
  17. Oj, pamietam te okropne duze prania z mlodosci i az mnie dreszcze przechodza! Nie wiem jak mama dawala temu rade ale dawala. Do magla oddawalismy posciel i firanki, do pralni to co wymagalo specjalistycznego czyszczenia.
    W USA istnieje roznorodnosc pralni w zaleznosci w jakim typie mieszkania sie mieszka - istnieja apartamenty o wspolnej pralni, kazdy korzystajac z nich wtedy gdy mu pasuje ale wiekszosc, drozszych, ma pralnie indywidualne a to jest niesamowita wygoda. Ponadto komplet pralka/suszarka sa regula, jak jedno to i drugie. Natomias kazdy dom ma pralnie, nie ma tak by pralka stala w lazience czy kuchni chociaz zdarza sie w starych domach. Takiego to nawet nikt by nie chcial kupic. Te domowe pralnie potrafia byc obszerne i pieknie urzadzone, na tyle przestrzenne ze mozna w nich miec deske do prasowania, duzy wieszak na zawieszanie wyprasowanych rzeczy. Zazwyczaj sypialnie domu mieszcza sie na pietrze a pralnie na parterze wiec masa domow ma zsyp by zebrana posciel z lozek, czesto 4rech sypialni, wrzucac a jedzie sobie na dol prosto do pralni. To tez wygoda. Pranie z suszarek wychodzi w stanie dosc wyprasowanym, poscieli sie nie prasuje bo nie wymaga. Czesc mezczyzn, tych pracujacych fizycznie co nie wymaga koszul wyprasowanych na sztywno, wogole koszul nie prasuje bo tez z suszarki wychodza w stanie do przyjecia. Panie, w tym ja, piora posciel, susza i ta sama zakladaja na lozko bo wygodniej, bo nie chce sie nam grzebac i wyciagac inny komplet. Gdy piore posciel to w ciagu niecalych dwoch godzin mam wyprana i wysuszona, gotowa do zascielenia, jeansy, kurtki podobnie - poltorej godziny i moge zakladac od nowa. Pralnie, bedac osobnym pomieszczeniem to super wygoda - nie "zdobia" lazienek czy kuchni, nie zajmuje w nich miejsca. Rodziny z dziecmi maja duzo prania, sa domy ze pralka pracuje kazdego dnia wiec pralnie domowe sa niezmiernie wygodne - cokolwiek sie w nich dzieje nie robi balaganu w mieszkaniu. Mamy pralki z programem prania adidasow - to tez wygoda.
    Do pralni oddaje jedynie koszule meza bo nie chce mi sie ich prasowac - wieszam na drzwiach wejsciowych, przyjezdza pan i odbiera a za 3 dni wiesza mi wyprane, wykrochmalone i wyprasowane - licza 3-4 $ za koszule.
    Sumujac - wspolczesne pranie to nie robota, to niemal przyjemnosc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogladam czasami te domowe pralnie na filmach o poszukiwaniach domów i zazdroszczę bardzo, ja nie mam miejsca nawet na suszarkę.
      Czasami przepieram ręcznie delikatne bluzki i sweterki i suszę je nad wanna, a to, co wymaga czyszczenia to oczywiście odnosimy do pralni, ale usługi są drogie.

      Usuń
  18. W bloku, gdzie mieszkałem wszystkie pralnie i suszarnie zamieniono na komórki i lokale użytkowe. Jeszcze kilka lat temu miałem taką turystyczną pralkę (na 2 kg. brudów i 3 l wody). Była zrobiona w kształcie poduszki na fotel samochodowy, ale znajomi Francuzi zarekwirowali mi ją za 200 Euro. Nie oponowałem, bo w Internecie zapłaciłem za nią niecałe 60 zł. Pralka po złożeniu mieściła się w kieszeni marynarki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze słyszę o takiej pralce!
      Nawet nie sprawdzałam, co jest w naszej piwnicy po pralni...

      Usuń
  19. Ja pamietam pralke franie babci. Ile z nia bylo nieraz problemu :) Do tego byla chyba wirowka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, sąsiedzi nad nami mieli wirówkę, latała po całej kuchni i słychać ją było bardzo!

      Usuń
  20. Mieszkaliśmy w starej poniemieckiej kamienicy na poddaszu, w jednej części tego poddasza były mieszkania, a w drugiej strych i pralnia z wielkim kotłem wbudowanym w piec węglowy. Jak miałam osiem lat przeprowadziliśmy się do dużego mieszkania też w kamienicy, ale nie było w niej pralni. Duże prania połączone z gotowaniem pościeli odbywały się w kuchni i to był koszmar, kuchnia cała zaparowana. Do pomocy mamie przy takim praniu, przychodziła babcia i znajoma. Nie brałam czynnego udziału w tych praniach, chodziłam zaś z mamą do magla, a jak byłam starsza to sama. Maglowanie wspominam dość sympatycznie, to przepuszczanie rzeczy przez wielki wałek, pranie wychodziło spod tego wałka parujące, gorące i pachnące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze było pranie zimą, może dlatego wszyscy chodzili w ciemnych ubraniach?

      Usuń
  21. Jotko, ja ze wsi jestem. Balia z wodą i tara na samym początku w użytku była. Później rodzice dorobili się Frani. Prało się w pralce i płukało w wannie. Nie wspominam miło, zawsze bolały mnie nadgarstki. Ale i tak uważam, że Nobel za pralkę komuś się należy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A pewnie, jak i za wiele urządzeń domowych, np. odkurzacz!

      Usuń
  22. Pranie było wydarzeniem. Bardzo pracochłonnym. U nas do Frani dokręcania była wyżymaczka na korbę, ale była wąska duże rzeczy się w niej nie mieściły. Trzeba je było wyżymac ręcznie. Źle to wspominam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś domowe zajęcia w ogóle były pracochłonne i wymagały krzepy nie lada. Nie wyobrażam sobie funkcjonować podobnie, gdy jeszcze pracuje się zawodowo.

      Usuń
  23. Miałam pralkę Franię z wyżymaczką, potem oddałam ją znajomym, ponieważ w tej pralce nie ma się co zepsuć. W blokach pralnie zamieniono na komórki, składziki, podobno dlatego, że zdarzały się kradzieże. Do magla nigdy nie nosiłam, ponieważ kupiłam własną, małą maglownicę, która stała w łazience. Zastępowała, więc zaczęłam kupować pościel, którą nie trzeba było prasować!
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie lubię prasować, więc szczególnie pościel kupuję mało gniotliwą:-)

      Usuń
  24. U nas w łazience nie było miejsca na pralkę, więc trzymało się Franię w piwnicy i Ojczasty przynosił ją na drugie piętro przy okazji wielkiego prania. Pewnie raz na miesiąc? Dla nas dzieci to była frajda, bo wielkie zamieszanie w domu, a potem pościel zwisająca ze sznurów rozciągniętych w przedpokoju, chowaliśmy się między prześcieradłami (to oczywiście tylko w zimie, w lecie suszyło się koło bloku).
    Pamiętam, że mama używała jakiejś "farbki" - tak się na to mówiło - do białej pościeli. Oczywiście było również gotowanie krochmalu. To miałam tak zagotowane, że po wyjściu za mąż, gdy już prowadziłam własne gospodarstwo, też krochmaliłam 😁 Ale z czasem mi przeszło 😉

    Natomiast nigdy w życiu nie byłam w maglu i nie wiem, jak to tam wygląda. Pewnie był daleko od nas. Zresztą byłby to dodatkowy koszt, wiadomo.

    Moja mama była tak przywiązana do Frani (choć już dawno miała pralkę automatyczną), że gdy zagospodarowywała pieniądze, jakie dostaliśmy na weselu - jej zadaniem było wystawanie w kolejkach za wszystkim, co nam się mogło przydać - to oprócz automatu kupiła też Franię, mówiąc "a co, jak się tamta zepsuje?"
    🤣 🤣 🤣
    Nawet nie pamiętam, co z tą Franią zrobiłam... Ale moja koleżanka używała swojej całkiem niedawno po operacji halluksów - robiła wirówkę i wkładała tam nogę, z zalecenia lekarza 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, w piwnicy była duża pralka z wyżymaczką na rodzinne pranie, w łazience mała na przepierki. U nas był problem z wodą w ogóle, trzeba było często napuścić wody do wanny, by było się w czym myć!
      W starych pralkach niektórzy robili nawet masło ;-)

      Usuń
  25. Pamiętam Franię i rozkładanie tego prania w kuchni - mieszkaliśmy w domu jednorodzinnym, łazienka była, ale mała. Magiel też pamiętam, ręczny i stukot wałków, jak się kręciło korbą ...

    OdpowiedzUsuń
  26. Pamiętam tę starą pralnię w bloku, w piwnicy. najpierw był tam kocioł podgrzewany węglem, potem już piecyk gazowy. Mama prała tam przede wszystkim pościele. Obok była suszarnia, więc można było szybko powiesić, zreszta w mieszkaniu na korytarzu takie wielkie płachty by sie nie zmiesciły (z kilku kompletów). W lecie można było powiesić pranie na dworze, były sznurki, jakoś nit nie kradł, ale mieliśmy okna na podwórko i zerkało się od czasu do czasu ;) Pralka z wyżymarką była u nas od 1959roku, nie Frania, ale SHL. Nadal rezerwowaliśmy suszarnię, w mieszkaniu nie było gdzie suszyć tych rzeczy. Teraz w pomieszczeniach pralni i suszarni ludzie przechowują rowery. Joasiu, zajrzyj jeszcze na mój blog. Dopiero wieczorem udało mi sie wstawić ostatnie zdjęcie, historyczne:) Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy z nas ma podobne wspomnienia, teraz to co innego.
      Już lecę sprawdzić!

      Usuń
  27. Dobrze, że w dzisiejszych czasach są pralki. Moi dziadkowie też mieli pralkę Franię i nawet ten sprzęt kojarzę :D Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  28. U mnie pralnie i suszarnie zostały przerobione na biura i działalność.

    OdpowiedzUsuń
  29. Prania towarzyskiego nie pamiętam, za to Franię tak :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Doskonale pamietam magle. Szczerze mówiąc tak wymaglowano pościel to aż było miło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Żadne żelazka nie dawały tak rady, jak magiel!

      Usuń
  31. Witaj, Jotko.

    Nie pamiętam takich pralni, ale jako dziecko uczestniczyłam w "wielkich wiosennych praniach" u Ciotek, takich z wywieszaniem mokrych rzeczy na podwórkowych sznurach i płocie:)

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje marzenie, to wieszanie prania na słonecznych łąkach kilometrami...

      Usuń
  32. Pamiętam czasy kiedy wielkie pranie pościeli robiły mama z babcią w Tenczynku. Już była Frania, ale wodę trzeba było przynieść ze studni, nagrzać na piecu, po praniu zlać z pralki, wynieść na pole i wylać. Do tej pory pamiętam zapach mydlin. I jeszcze niebieską farbkę, którą babcia bieliła białą pościel. Byłam bardzo małą dziewczynką i nie lubiłam tego, musiałam jedną noc spać pod pierzynką bez powłoczki 😒 To były ciężkie czasy. Z pralni w bloku nigdy nie korzystaliśmy, normalnie prało się w łazience jak dziś, ale to już inne czasy... Dobrze, że tamte minęły. Aha, jeszcze pamiętam, że u babci była tara do prania. Ależ wspomnienia przywołałaś Stokrotko 💗 Uściski 😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wprawdzie nie jestem Stokrotką ;-) ale faktycznie, przychodzą czasem do człowieka wspomnienia gdzieś głęboko zagrzebane w pamięci...

      Usuń
    2. Hi hi, Jotko najmilsza 😁 wcześniej byłam u Stokrotki, a ponieważ kolor tła blogów macie podobny to mi się pomieszało. Wybacz i kwiaty przyjmij 🌷🌷🌷 na przeprosiny 🙂

      Usuń
    3. Ależ to drobiazg, ja tez takie pomyłki zaliczam :-)

      Usuń
  33. Pralnie, wspólne pralnie... U mnie na osiedlu taka ogólnie dostępna. Niestety upadła, została zlikwidowana. Chyba już są inne czasy. Ludzie nie są tacy towarzyszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba tak, coraz mniej spotkań spontanicznych, coraz mniej czasu na wszystko...

      Usuń
  34. To już nie moje czasy. Ale samą Franię pamiętam - miałam zwyczaj podczas robienia w niej prania wyciągania w górę czegoś i patrzenia, jak zawija się w kokon. A potem była pralka rosyjskiej firmy "Wjatka"(w dzieciństwie zawsze zastanawiałam się, dlaczego "B" jest odwrócone). W naszym bloku była kiedyś pralka w 3 klatkach, ale to było na początku funkcjonowania. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A teraz pralki i suszarki jak magiczne urządzenia do wszystkiego.

      Usuń
  35. nie było to mym doświadczeniem :)

    OdpowiedzUsuń
  36. Napisałam tak długi komentarz i ....wcięlo :( nie powtórzę :)

    OdpowiedzUsuń
  37. Tu mnie kompletnie zaskoczyłaś: Rodzinne pranie towarzyskie? Zupełnie tego nie zaznałem, pamiętam jedynie jak przez mgłę rytuały związane z pójściem do magla. Za to w Irlandii przyuważyłem, że czasem przy publicznych pralkach zbierają się kobiety, bądź kobiety z dziećmi i umilają sobie czas oczekiwania na zakończenie prania plotkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy zatem wymieniają plotki na spacerach z psem, inni w pralni:-)

      Usuń
  38. Pamiętam Franię i pamiętam wyżymaczkę do niej przyczepioną. Jednak pralni nie pamiętam , bardziej magiel - o to była dopiero zabawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyżymaczka dawała radę najgrubszym pościelom, ale koc wymagał niezłej krzepy:-)

      Usuń
  39. No tak, tak się prało u nas w leśniczówce. Wielki gar z pościelówką, obrusami, ścierkami na piecu, kipiało to mydlinami, śmierdziało. Potem do łazienki do wanny, by obciekło, potem do takich metalowych balii i z nich do pralki (pierwsza pralka jaką pamiętam była drewniana). Z pralki do wanny- pierwsze płukanie, potem jeszcze drugie płukanie, potem w wannie krochmalenie. Najpierw wyżymało się to krochmalone i resztę w rękach, potem mama miała pralkę z ręczną wyżymaczką (ale pościeli krochmalonej nie dało się przez to przepuścić), a potem nareszcie czeską pralkę z wirówką do wyżymania. A żeby było paskudniej, to wodę do prania białego przynosiliśmy wiadrami ze źródełka, które było 100 metrów od domu. Całe pranie, z krochmalonym włącznie, latem suszyło się na sznurach na łące, w pozostałe pory roku, wynosiło się to wszystko po drabinie na strych. Suche pranie składało się i to krochmalone przepuszczało się przez magiel ręczny (mieliśmy taki na półpiętrze). Pranie wkręcało się między wałki, pozostawiało na parę godzin i wyjmowało płaskie i równiutkie jak decha.
    Ponieważ to całe krochmalenie było strasznie uciążliwe, moja matka bardzo szybko doszła do wniosku, że ona nie będzie się męczyła i zaczęła szyć kolorową pościel z płótna lub kory. Te już tylko się prasowało. No i wody do białego mniej się nosiło.

    Czytam, że wyżymaczka dawała radę najgrubszym pościelom. Otóż nie każdej i w dodatku krochmal wyciekał nierówno, potem na poduchach były takie smugi niekrochmalone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie krochmaliłam w ogóle, choć miałam od babci tradycyjną pościel.
      W każdym razie także z Twojego opisu, za który dziękuję, wynika, że kiedyś pranie to było nie lada wydarzenie rodzinne:-0

      Usuń
  40. Takiego towarzyskiego prania nie pamiętam, natomiast mam refleksję na temat zapachu. Jeśli ludzie tak rzadko prali, a przy tym wcale nie mieli wielu rzeczy na zmianę, do tego pracowali intensywnie, do tego wliczyć gorące lato ... zawsze, gdy oglądam stare filmy zastanawiam się: jak dawniej ludzie pachnieli? Nawet eteryczne blondynki w kwiaciastych sukienkach ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawy problem poruszyłaś, tym bardziej, że i kosmetyków nie było takich jak dziś.
      Możemy tylko domyślać się, jak było, ale i dziś zdarza mi się spotkać w sklepach osoby, które raczej wietrzą, niż piorą.

      Usuń
  41. Pamiętam taką scenę na wsi u mojego pradziadka, kobiety szły nad rzekę coś uprać... Zamazany już jest ten obraz ale jeszcze jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei pranie w rzece znam tylko z filmów, ale może dlatego, że do rzeki daleko ;-)

      Usuń
  42. Zbiorowego prania nie pamiętam. Ale co sobotnie pranie już tak. Masakra. Nie znosiłam tego :( Gary na piecu, szkrobiynie (krochmalenie), magiel, szpanowanie gardin (napinanie ? ) firan na drewnianych ramach.

    Ale opowiem Ci taką historię. Moja ukochana, już nieżyjąca Kuzynka wyjechała do Niemiec. Miała taki okres, kiedy po rozstaniu z mężem było jej bardzo ciężko. Nie miała za co kupić pralki, więc ogromnie się ucieszyła, kiedy na wystawie zobaczyła tarę. Pomyślała, że jak jej babcie sobie poradziły, to i ona może. Kazała sobie zapakować. Jakież było jej zdziwienie, gdy ekspedientka podała jej cenę 5 razy wyższą, niż pralka. Okazało się, że to nie był sklep ze starzyzną, a z antykami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas babcia mówiła prężenie firan, nosiło się mokre do pani, która robiła to za drobna opłatą.
      Historia z tarą świetna, dzięki:-)

      Usuń
  43. Brzmi okropnie uciążliwie, jak dla mnie. Cały dzień spędzony na praniu i to tak raz na jakiś czas. U mnie pralka niemal codziennie jest włączana, bo się pranie na okrągło zbiera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tak było, gotowanie bielizny, krochmalenie, wszystko w oparach wodnych i cały dzień na nogach...

      Usuń
  44. Oj pamiętam i to faktycznie zawsze było wydarzenie! I te przestronne suszarnie. Przyznam szczerze, że trochę brakuje i blokowej pralni, i blokowej suszarni. Nie było wtedy problemu z suszeniem pościeli, a teraz wszystko upycha się albo na balkonach, albo po pokojach, bo wysuszyć jakoś trzeba...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, taka suszarnia byłaby mile widziana:-)

      Usuń