Nie każdy miał to szczęście, że studiował w rodzinnym mieście i nie musiał wynajmować stancji, a nie wszystkim studentom spoza miasta uniwersyteckiego przysługiwał akademik.
Ile razy jestem w Toruniu, przypominają mi się moje stancje, ich poszukiwanie i historie z tym związane.
Gdy dostałam się na studia, pojechałyśmy z koleżanką oglądać pokoje oferowane studentom przez prywatnych właścicieli, bo akademik niestety nam nie przysługiwał.
Co to była za pielgrzymka! wszelkie grzechy powinny nam zostać darowane!
Dziś chyba takie kwatery nie miałyby racji bytu, choć nie jestem pewna...
Ludziom wydawało się, że łózko i dostęp do toalety, to wszystko, czego student potrzebuje, jeść i myć się nie musi, pranie wozi do mamusi.
Wierzcie mi, że powyższy mem wcale nie jest przesadzony, widywałam gorsze kwatery.
Ale stancje, to nie tylko warunki bytowe, to także właściciele i ich stosunek do studentów.
Pierwsza moja stancja była na osiedlu Wrzosy, w nowym domku jednorodzinnym, do którego skierowała nas starsza pani, bo u niej już pokój był zajęty, za to córka otworzyła działalność.
Dom zasobny, wielki salon z kominkiem, a dla studentek pokoik z dwoma łóżkami, stołem i szafką, dostęp do łazienki z prysznicem.
Niby nie tak źle, ale właściciele okazali się trunkowi, a po kielichu kłócili się strasznie, on wojskowy, ona gospodyni domowa i tylko dzieci żal, że musiały tych kłótni słuchać.
O porzuceni tejże stancji myślałam od jakiegoś czasu, ale szalę przeważył jeden incydent.
Po powrocie na stancję z jakiegoś weekendu zauważyłam ślady bytności w naszym pokoju, a w łóżku plamę na prześcieradle.
Spakowałam się natychmiast, klucz i kartkę z wyjaśnieniem wrzuciłam do skrzynki na listy i tyle mnie widzieli...
Resztę roku akademickiego dojeżdżałam pociągiem, na szczęście już była wiosna.
**********************
Kolejna stancja, był to pokój u emerytowanych nauczycieli, przemiłych i towarzyskich bardzo, ale skrajnie oszczędnych, co przekładało się na komfort życia studentek, zwłaszcza zimą.
Generalnie oszczędzali na ogrzewaniu, czasami ucząc się do egzaminów siedziałyśmy pod kołdrami, rozgrzewając się herbatą. W "naszej" łazience była tylko zimna woda i umywalka, uprosiłyśmy o możliwość skorzystania raz w tygodniu z wanny, po basenie, by zmyć z siebie chlor!
Jeden raz zastałyśmy dom nagrzany jak nigdy, wszędzie zapalone światła i zapach ciasta.
Okazało się, że w tym dniu była kolęda i na cześć księdza te wszystkie zbytki.
W innych porach roku mieszkało się przyjemnie, a i za drogo nie było...
W sumie przez 4 lata studiów, 2,5 mieszkałam na stancji, bo na ostatnim roku zajęć było niewiele, głównie pisanie pracy magisterskiej i dojeżdżałam pociągiem.
U koleżanek w akademikach bywało się oczywiście, no i w czasie praktyk studenckich też mieszkaliśmy w akademikach. Ciekawe to było doświadczenie...
********************************
Gdy mój syn szukał kwatery, sytuacja była już inna, albo od razu dobrze trafił.
Wynajęli z kolegami mieszkanie, jedynie meble i co nieco do kuchni trzeba było kupić, ale od czego Ikea? Wszystko później odsprzedał kolejnym lokatorom.
Podobno teraz ceny strasznie wysokie, ale i akademiki tanie nie są...

studenci też są różni, widywałam rodziców którzy przyjeżdżali do dziecka aby posprzątać mu pokój przed odbiorem
OdpowiedzUsuńWyobraziłam sobie ze wsiadam w samolot i lecę do Dublina na sprzątanie 😂😂😂😂
Usuńcałe studia w akademiku, od pierwszego dnia do ostatniego...wtedy to były akademiki :-))) uczyć się nie dało za to życie, przyjaźnie, imprezy, ech. no i najważniejsza nauka, to była dla mnie czyli nauka życia tego przereklamowanego.
OdpowiedzUsuńdziś akademiki, to hotele gdzie sie trzeba uczyć...only.
a na drugich studiach, to u przyjaciół pomieszkiwałam, różnych, i ludzi z roku i trochę rodziny.
Ja mieszkałam w domu rodzinnym w Krakowie i bardzo zazdrościłam mieszkankom akademików swobody, późnych powrotów , imprez. W domu musiałam być najpóźniej o 23, a jak trafiła się,bardzo rzadko, całonocna impreza, to chłopak z którym szłam musiał przyjść do mnie do domu, przedstawić się i zapewnić rodziców, że mnie rano odprowadzi. Bardzo się tego wstydziłam.
OdpowiedzUsuńAle wspomnienia. Do swoich musialabym wrocic do Krakowa :). Mieszkalam 2 lata za 900 zl miesiecznie. Mialam swoj pokoj z balkonem w starej kamienicy; do dyspozycji sanitaria i kuchnie plus spizarnie :), przemila starsza pani (emerytowana nauczycielka jezyka francuskiego) do towarzystwa nie tylko wieczorem ale i w wypadach na kawe, do teatru, do muzeow, filharmonii, na Kleparz, do jej przyjaciolek. Idealne warunki do nauki i poznawania Krakowa. Warunki jednak sie zmienily (niezaleznie od moich potrzeb) ale wtedy za prace spoleczna na uczelni, przyznano mi wyjatkowo prawo do zamieszkania w akademiku, na Kazimierzu. Jak tam sie zylo inaczej w trzyosobowym pokoju. To prawie byla komuna :))), i do tego wesola... ale ja nagle stalam sie bogata placac tylko 120 zl za miesiac! Stac nas bylo na obiad raz w tygodniu w Balatonie, nawet w Hawelce po zdaniu egzaminow. Oba systemy mieszkania uwazam za uzupelniajace sie wzajemnie w okresie studiow. Mialam chyba wielkie szczescie. Sluchalam tylko o harrorach prywatnego mieszkania ale i o wyjatkowo trafionych calych mieszkan bo ktos wyjechal na kontrakt w cieple kraje zostawiajac cale dobro domu do dyspozycji studenta. To byl Krakow cencikow i docencikow!
OdpowiedzUsuńNa szczęście studiowałam na miejscu, moja córka też. Odpadły nie tylko koszty, ale i błąkanie się po takich stancjach, jakie opisałaś.
OdpowiedzUsuńCzytam od paru lat bloga i w końcu trzeba się ujawnić.Poruszyłaś ciekawy temat,tym bardziej,że w naszych czasach wolność była w akademiku.Mogę tak napisać,bo jestem chyba dwa lata starsza.Byłam szczęściarą ,bo od drugiego roku studiów mieszkałam w dwuosobowym pokoju w akademiku z ulubioną koleżanką.Znam opowieści moich koleżanek o oszczędzaniu wody i prądu.Moja koleżanka mieszkała z parą gejów w przedwojennej willi i mówiła ,że dopiero tam czuła się bezpieczna i zaopiekowana.Moi synowie mieszkali na stancjach,ale jak piszesz,to były już inne czasy.Zrobiłam pierwszy krok,więc będę komentować.
OdpowiedzUsuńMieszkałam i studiowałam w Warszawie i bardzo zazdrościłam kolegom i koleżankom z akademika...
OdpowiedzUsuńBardzo marzyła mi się wolność
Moje dzieci były poza domem od 18 go roku życia i to daleko od domu. Ale jeżeli chodzi o warunki to mieli wystarczająco przyzwoite, nie mogli narzekać
Teraz akademiki są nieco droższe, ale warunki też dużo lepsze - dawniej na przykład łazienki przy pokojach były rzadkością, w większości były wspólne. Stancję zawsze uważałam za wygodniejsze rozwiązanie, ale znajomi nie mieli takich strasznych historii. Najgorsza to byli agresywni sąsiedzi w kamienicy, w dodatku skonfliktowani z nimi, dziewczyny bały się same wchodzić do klatki.
OdpowiedzUsuńMieszkać z właścicielami bym absolutnie nie chciała, chyba że to byłaby młoda singielka, która chce dorobić do kredytu i chwilowo nie potrzebuje całego mieszkania, ale i to jest ryzykowne.
Ja obecnie trochę żałuję, że na studia dojeżdżałam zamiast zamieszkać na miejscu, ale bałam się dzielić pokój z obcymi ludźmi...
Fuj, jakbym taką plamę zobaczyła, zrobiłabym to samo. Ja nie studiowałam, no nie będę liczyć jednego dnia. ;D Jednak mieszkałam w Krakowie i tam wynajmowałam pokój ze studentami... Musiałyśmy dorobić klucz, bo w moim łóżku spał mój ówczesny 'fan' nago... raz musiałam wyciągać wełnę, z której robiłam sweter... z jego zada... to była już przesada. Burzyli się, że klucz chcemy, ale no bez przesady... nawet nam stół wynieśli...haha Akurat trafili mi się studenci okropni, ale wspomnienia są niezłe. :D Fajnie tak wspólnie powspominać. Pięknego dnia Ci życzę. :) <3
OdpowiedzUsuńMój syn studiował prawie 300 km od domu, też były problemy w ogóle dorwanie jakiś tam pokój, akademik był zajęty... to były w sumie mieszkania, ktore w całości wynajmowano studentom, każdy po pokoju. Mojemu synowi na początek trafił się ten najmniejszy, dziecinny pokój. Mieszkanie w troje miało potencjał wybuchowy, przede wszystkim w kuchni i w lodówce/ artykuły "znikały ". Potem trafiło mu się mieszkanie we dwoje, w dwupokojowym mieszkaniu, które po wyprowadzeniu się współmieszkajacego, spokojnego i socjalizowanego chlopaka, z którym świetnie się rozumieli i nawet razem gotowali, mój syn przejął kompletnie, jakiś czas, bodajże semestr czy niecałe dwa, wynajmował pokój świeżo upieczonej studentce. Dziewczyna rzuciła studia, ale syn nabył doświadczeń, jak to jest, jak się studentom wynajmuje 🙃
OdpowiedzUsuńMoja koleżanka mieszkała w maleńkiej służbówce, oddzielonej od kuchni tylko kotarą, czasem tam razem sie uczylysmy; zeby bylo smieszniej, ten "pokoik" byl mniejszy od łazienki, prawdziwego salonu kąpielowego, a wszystko to w starej krakowskiej kamienicy :)
OdpowiedzUsuńStudiowałam w mieście, w którym mieszkałam. Ale o domach studenckich to dużo słyszałam dużo dobrego i dużo złego . Wszystko zależy od ludzi.
OdpowiedzUsuńTo były czasy! Mieszkałam w akademiku, mam wspomnienia wolności i wspólnotowosci ( do tego stopnia, że próbowano pożyczyć czyste majtki). Nie pamiętam gdzie robiłam pranie. Woziłam do domu może? Koleżanki ze stancji narzekały na gadatliwosc właścicieli (najczęściej samotnych staruszek mieszkających w drugim pokoju) i brak dostępu do najświeższych wiadomości. Bo akademik to była też giełda. Teraz załatwia to internet
OdpowiedzUsuńStancja - czytałem o tym we wspomnieniach mojego stryja, sprzed I WW, w carskiej Warszawie. Było ciasno, ale jednak bardzo przyzwoicie.
OdpowiedzUsuńJa przemieszkałem lata studenckie w akademiku i było mi tam tak dobrze, lepiej niż gdybym mieszkał z rodziną w Warszawie. Plusy - kreślarnia (rysunki techniczne), basen i do tego giełda kolegów - można było przygotować (albo kupić) ściągawki.
Na marginesie wspomnę, że miałem stypendium mieszkaniowe i żywnościowe (posiłki na miejscu). Na 3. roku zasugerowano żebym sobie załatwił stypendium fundowane przez przyszłego pracodawcę. Załatwiłem - praca gwarantowana, to była fabryka a więc po skończeniu studiów mieszkanie w hotelu robotniczym. Można było się zapisać na mieszkanie spółdzielcze, zapisałem się, czekałem 3 lata...
No to ja z tej drugiej strony ;) Znaczy się to my dzieliliśmy się swoim lokum z przybyszami. Warunki oferowaliśmy takie jakimi dysponowaliśmy.
OdpowiedzUsuńPierwszym naszym sublokatorem była córka kuzynki taty. Jak przybyła do naszego domu przeszło 60 lat temu to mieszkaliśmy w bardzo zniszczonej poniemieckiej kamienicy w jednym pokoju z kuchnią, a ubikacja była wspólna na klatce schodowej i do tego piętro niżej. Z. sypiała na leżance w naszym jedynym pokoju, myła się w misce, po uprzednim nagrzaniu wody na kuchni węglowej. I...czuła się chyba tak samo jak w swojej własnej rodzinie, gdzie warunki bytowe miała podobne do naszych.
W 1965 roku przeprowadziliśmy się do innej kamienicy trochę ciut mniej zniszczonej, tutaj metraż mieliśmy duuuży, no i bardzo duży postęp, bo w mieszkaniu była ubikacja, jednakoż łazienki nie było.
I w tym to miejscu znowu mieliśmy sublokatorów, tylko że teraz ci przybysze a właściwie przybyszki miały do dyspozycji jeden pokój. Były to dziewczyny które uczyły się w technikum i ich rodzicom bardziej niż na warunkach bytowych zależało aby one trafiły do domu ludzi zaufanych. A warunki bytowe to także w swoich domach miały podobne jak i w naszym.
Tak że ten tego, tak to kiedyś wyglądała codzienność, może jakiegoś posta na ten temat napiszę ;)
Ja niezbyt miło wspominam poszukiwania stancji. W końcu znalazłam pokój w mieszkaniu jakiejś emerytki w rozsadnej cenie, a później mieszkałam w akademiku.
OdpowiedzUsuń