niedziela, 9 kwietnia 2017

Tajemnice w ruinach...

Wszystkie niemal zabytkowe budowle kryją w sobie jakieś tajemnice. A to straszą w nich dusze potępione, po komnatach krążą czarne lub białe damy, to znów gdzieś zamurowano niewierną żonę lub ukryto skarby.
Ale bywają też tajemnice innego rodzaju. W moim mieście jest kościół zwany Ruiną, gdyż długo w taki stanie się znajdował. Datowany na przełom XII-XIII wieku, zbudowany w większości z granitowych kamieni w stylu romańskim.

Cóż jest tajemniczego w owej budowli? Na ścianach zewnętrznych kościoła znajdziemy wyjątkowe w skali kraju, a nawet nieczęsto spotykane w Europie tzw. maszkarony i rysunki zoomorficzne, których znaczenie nie zostało ustalone. Owe maszkarony to groteskowe maski ludzi i diabłów, które podobno miały chronić przed złymi duchami.
Maszkarony w różnych odmianach stosowane były jako ozdoba kapitelu, wspornika, kolumny, zwornika, najczęściej w okresie gotyku, renesansu, oraz baroku. Najbardziej znane w Polsce są maszkarony na krakowskich Sukiennicach, a w Europie – na katedrze Notre-Dame w Paryżu.
Ale skąd maszkarony na romańskiej budowli sakralnej? Kolejne pozostałości wierzeń pogańskich w świątyni katolickiej...
Cennym zabytkiem sztuki sakralnej jest także gotycka figura Uśmiechniętej Madonny i Dzieciątka Jezus z XIV wieku.

Inną tajemnicę kryje Mysia Wieża w Kruszwicy znana niemal wszystkim z legendy o Popielu, którego myszy zjadły. Nie wszyscy natomiast wiedzą, iż pod ową wieżą, która jest pozostałością po większej fortyfikacji znajduje się prawdopodobnie tzw. CZAKRAM czyli tajemniczy kamień o właściwościach uzdrawiających.

Czakram to tak zwany „gruczoł ziemi” – według wierzeń hinduskich. Jest to kamień nieznanego pochodzenia, wydzielający pozytywną energię. Poprawia samopoczucie psychiczne i likwiduje drobne dolegliwości fizyczne. Hindusi twierdzą,że na świecie jest zaledwie siedem czakramów , w tym jeden na krakowskim Wawelu. Prawdopodobnie jednak mogą też istnieć tzw. pomocnicze czakramy o słabszych właściwościach prozdrowotnych. W Polsce są dwa takie kamienie: w Niepołomicach oraz w Kruszwicy.

Skąd czakram wziął się pod kruszwicką Mysią Wieżą ? Istnieje teza,że trafił on na Kujawy z Krakowa,gdzie znajdował się jeszcze do XIV wieku. Dyrekcja wawelskiego muzeum stanowczo zaprzeczała,jakoby pod dawną kaplicą św.Gereona miał istnieć czakram. Inna hipoteza mówi,że tajemniczy kamień został przywieziony do Kruszwicy przez Tatarów, najeżdżających ongi nasz kraj. Czakram więc pochodzi nie z Krakowa, a z dalekiej Azji.

Wśród tropicieli zagadkowych sensacji z przeszłości pojawiła się kiedyś hipoteza,że wyjątkowa siła kruszwickiego czakramu wynikać może z faktu ,iż ten legendarny kamień zawiera w sobie dawno zaginionego świętego Graala.Ów starożytny kielich charakteryzować się miał niezwykłą właściwością, gdyż każdy kto wypił z niego choćby tylko łyk wody, miał odzyskać zdrowie, a nawet uzyskać nieśmiertelność.

Czakram budzi ogromne zainteresowanie wśród turystów, którzy przyjeżdżają do Kruszwicy, by na własnej skórze odczuć oddziaływanie tego magicznego kamienia.
A znajduje się on podobno na dużej głębokości pod Mysią Wieżą. Być może jest on źródłem dawnych podań związanych z tym znaczącym dla polskiej historii miejscem.
Byłam wiele razy w okolicach Mysiej Wieży, wchodziłam też na jej szczyt by podziwiać widoki, ale jakiegoś szczególnego działania nie zanotowałam, ale mozecie sprawdzić sami...
W dniu robienia zdjęć było bardzo zimno i niemiłosiernie wiało, ale weszliśmy na górę, by zrobić zdjęcia jeziora Gopło, które wygląda tu jak rzeka i po którym można w sezonie turystycznym popływać statkiem lub gondolami...
Od naszej ostatniej bytności przybyło kilka drewnianych rzeźb na zewnątrz oraz przebudowano nieco wnętrze wieży.
Miłośników przyrody zainteresuje fakt, że Mysia Wieża , Gopło i półwysep z piękną trasą spacerową znajdują się na terenie Nadgoplańskiego Parku Tysiąclecia, bogatego w rozliczne gatunki flory i fauny.

środa, 5 kwietnia 2017

Z Krzysiem o obowiązkach

Krzyś jak zwykle zawitał do biblioteki. Był już po lekcjach, a że w świetlicy czas mu się dłuży, więc czasem mnie odwiedza i opowiada o tym i owym..
Nowym czytelnikom wyjaśnię, że Krzyś chodzi do drugiej klasy, jest bardzo towarzyski , a rozmowy z nim trwają długo.....

- Dzień dobry, przyszedłem, bo moje koleżanki w świetlicy grają w gry planszowe i strasznie się kłócą.
- O co się tak kłócą?
- Najpierw o to, w jaka grę grać, bo każda chce w inną...
- Jaką w końcu wybrały?
- Nie wiem dokładnie, bo ja robiłem pracę plastyczną, a teraz przyszedłem do biblioteki, lubię tu przychodzić, bo jest cicho i nikt się nie kłóci.
- Oj, czasami dzieci też się kłócą.
- Niemożliwe, a o co?
- O książkę, bo jest tylko jedna, o miejsce przy komputerze...
- I co pani wtedy robi?
- Mam swoje sposoby. Musze też pilnować, by uczniowie nie spóźniali się na lekcje.
- W mojej klasie jest dziewczynka, która zawsze się spóźnia, nawet na 11.40
- A mama jej nie budzi?
- Nie, ona chodzi spać z tabletem od taty i potem za długo gra i rano nie może wstać... a jutro jedziemy do teatru i ona na pewno zaśpi i nie pojedzie..
- A co wasza pani na to?
- Nasza pani już nie ma do niej cierpliwości, zawsze jej nagada do ucha, ale to nic nie daje...
- A na co jedziecie do teatru?
- Pani mówiła, ale zapomniałem... a ta koleżanka to zawsze zapłaci za wycieczkę i nie jedzie, bo nie zdąży wstać na czas... w muzeum piernika też nie była.
- Pamiętam, bo byłam z wami, pani musiała oddać jej pieniądze, to bardzo nieobowiązkowa uczennica.
- No właśnie i nigdy nie ma zadania domowego...
- Oj, to niedobrze wróży na przyszłość, jaka będzie z niej dorosła osoba?
- Ja myślę, że mogłaby pracować tam ,gdzie płacą za spanie...
- Za spanie, mówisz? Ale do pracy jednak trzeba przyjść na czas.
- To prawda, to może pracować w domu na przykład...

niedziela, 2 kwietnia 2017

Zaskakująca recepta...

Koleżanka czuła się niewyraźnie, wyglądała nieszczególnie i ciągle wyrzucałam ja do lekarza, bo stękała, a nic z tym nie robiła. Dodam tylko, że po zwolnieniu i leczeniu antybiotykiem wróciła jakby niedoleczona, ale lekarz zawsze ma rację...

Poszła do przychodni i przedstawiając lekarce swoje dolegliwości i obawy oczekiwała zrozumienia i jakiejś recepty, niekoniecznie zwolnienia.
Pani doktor zbadała płuca i oskrzela, stwierdziła, że niczego tam nie ma, a koleżanka i tak sobie dobrze radzi, ewentualnie skierowanie na badania dostanie, bo krew zawsze warto zbadać. Badanie krwi oczywiście niczego nie wykazało, no może lekko podwyższony cukier, więc pani doktor zapytała, czy w rodzinie ktoś ma cukrzycę? Koleżanka na to, że pies...
Pani doktor zapisała specyfik uodparniający i pożegnała koleżankę takim oto stwierdzeniem:
- Na pani dolegliwości to pomoże zakochanie się...
- Ale ja mam męża...
- I cóż to szkodzi?
Minęły dwa dni i w piątek rano moja współpracownica dzwoni z informacją, że idzie do lekarza, ale ledwo ja zrozumiałam, bo jej gardło odmówiło współpracy i chrypiała jak drzwi od starej szafy...

Nic mnie tak nie wkurza, jak brak empatii ze strony lekarza, gdy mówię, że coś mi jest, źle sie czuję, coś niepokojącego obserwuję, a lekarz mi na to, że przesadzam, wydaje mi się, że na coś jestem za stara, a na co innego za młoda itd.

Znalazłam w sieci świetny przykład na to, jak czasem traktowani są pacjenci przed komisjami lekarskimi. Kolega mojego męża nie ma ręki, którą stracił w wypadku. Pracuje, jakoś sobie radzi, ale co jakiś czas staje przed komisją, bo ma przyznany jakiś dodatek i może komisja ma nadzieję, że ręka kiedyś odrośnie?