środa, 25 lutego 2026

Wspomnienie...

Nie każdy miał to szczęście, że studiował w rodzinnym mieście i nie musiał wynajmować stancji, a nie wszystkim studentom spoza miasta uniwersyteckiego przysługiwał akademik. 
Ile razy jestem w Toruniu, przypominają mi się moje stancje, ich poszukiwanie i historie z tym związane.
Gdy dostałam się na studia, pojechałyśmy z koleżanką oglądać pokoje oferowane studentom przez prywatnych właścicieli, bo akademik niestety nam nie przysługiwał.

Co to była za pielgrzymka! wszelkie grzechy powinny nam zostać darowane!
Dziś chyba takie kwatery nie miałyby racji bytu, choć nie jestem pewna...
Ludziom wydawało się, że łózko i dostęp do toalety, to wszystko, czego student potrzebuje, jeść i myć się nie musi, pranie wozi do mamusi.


Wierzcie mi, że powyższy mem wcale nie jest przesadzony, widywałam gorsze kwatery.
Ale stancje, to nie tylko warunki bytowe, to także właściciele i ich stosunek do studentów.
Pierwsza moja stancja była na osiedlu Wrzosy, w nowym domku jednorodzinnym, do którego skierowała nas starsza pani, bo u niej już pokój był zajęty, za to córka otworzyła działalność.

Dom zasobny, wielki salon z kominkiem, a dla studentek pokoik z dwoma łóżkami, stołem i szafką, dostęp do łazienki z prysznicem.
Niby nie tak źle, ale właściciele okazali się trunkowi, a po kielichu kłócili się strasznie, on wojskowy, ona gospodyni domowa i tylko dzieci żal, że musiały tych kłótni słuchać.
O porzuceni tejże stancji myślałam od jakiegoś czasu, ale szalę przeważył jeden incydent.
Po powrocie na stancję z jakiegoś weekendu zauważyłam ślady bytności w naszym pokoju, a w łóżku plamę na prześcieradle.
Spakowałam się natychmiast, klucz i kartkę  z wyjaśnieniem wrzuciłam do skrzynki na listy i tyle mnie widzieli...
Resztę roku akademickiego dojeżdżałam pociągiem, na szczęście już była wiosna.

**********************

Kolejna stancja, był to pokój u emerytowanych nauczycieli, przemiłych i towarzyskich bardzo, ale skrajnie oszczędnych, co przekładało się na komfort życia studentek, zwłaszcza zimą.
Generalnie oszczędzali na ogrzewaniu, czasami ucząc się do egzaminów siedziałyśmy pod kołdrami, rozgrzewając się herbatą. W "naszej" łazience była tylko zimna woda i umywalka, uprosiłyśmy o możliwość skorzystania raz w tygodniu z wanny, po basenie, by zmyć z siebie chlor!
Jeden raz zastałyśmy dom nagrzany jak nigdy, wszędzie zapalone światła i zapach ciasta.
Okazało się, że w tym dniu była kolęda i na cześć księdza te wszystkie zbytki.
W innych porach roku mieszkało się przyjemnie, a i za drogo nie było...

W sumie przez 4 lata studiów, 2,5 mieszkałam na stancji, bo na ostatnim roku zajęć było niewiele, głównie pisanie pracy magisterskiej i dojeżdżałam pociągiem.

U koleżanek w akademikach bywało się oczywiście, no i w czasie praktyk studenckich też mieszkaliśmy w akademikach. Ciekawe to było doświadczenie...

********************************

Gdy mój syn szukał kwatery, sytuacja była już inna, albo od razu dobrze trafił.
Wynajęli z kolegami mieszkanie, jedynie meble i co nieco do kuchni trzeba było kupić, ale od czego Ikea? Wszystko później odsprzedał kolejnym lokatorom.

Podobno teraz ceny strasznie wysokie, ale i akademiki tanie nie są...

114 komentarzy:

  1. studenci też są różni, widywałam rodziców którzy przyjeżdżali do dziecka aby posprzątać mu pokój przed odbiorem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobraziłam sobie ze wsiadam w samolot i lecę do Dublina na sprzątanie 😂😂😂😂

      Usuń
    2. Miałam raz odruch posprzątania chłopakom kuchni, ale w porę się opamiętałam i skończyło się na przeglądzie lodówki, co by się nie zatruli ;-)

      Usuń
    3. Rybeńka, nawet to widzę, jak wsiadasz z wiadrem i mopem:-)

      Usuń
  2. całe studia w akademiku, od pierwszego dnia do ostatniego...wtedy to były akademiki :-))) uczyć się nie dało za to życie, przyjaźnie, imprezy, ech. no i najważniejsza nauka, to była dla mnie czyli nauka życia tego przereklamowanego.
    dziś akademiki, to hotele gdzie sie trzeba uczyć...only.
    a na drugich studiach, to u przyjaciół pomieszkiwałam, różnych, i ludzi z roku i trochę rodziny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojoj, to masz co wspominać! o życiu w akademikach krążyły legendy:-)

      Usuń
  3. Ja mieszkałam w domu rodzinnym w Krakowie i bardzo zazdrościłam mieszkankom akademików swobody, późnych powrotów , imprez. W domu musiałam być najpóźniej o 23, a jak trafiła się,bardzo rzadko, całonocna impreza, to chłopak z którym szłam musiał przyjść do mnie do domu, przedstawić się i zapewnić rodziców, że mnie rano odprowadzi. Bardzo się tego wstydziłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu porządny dom i troskliwi rodzice, nawet nie wiesz, ile osób zazdrościłoby Tobie rodzicielskiej troski...

      Usuń
  4. Ale wspomnienia. Do swoich musialabym wrocic do Krakowa :). Mieszkalam 2 lata za 900 zl miesiecznie. Mialam swoj pokoj z balkonem w starej kamienicy; do dyspozycji sanitaria i kuchnie plus spizarnie :), przemila starsza pani (emerytowana nauczycielka jezyka francuskiego) do towarzystwa nie tylko wieczorem ale i w wypadach na kawe, do teatru, do muzeow, filharmonii, na Kleparz, do jej przyjaciolek. Idealne warunki do nauki i poznawania Krakowa. Warunki jednak sie zmienily (niezaleznie od moich potrzeb) ale wtedy za prace spoleczna na uczelni, przyznano mi wyjatkowo prawo do zamieszkania w akademiku, na Kazimierzu. Jak tam sie zylo inaczej w trzyosobowym pokoju. To prawie byla komuna :))), i do tego wesola... ale ja nagle stalam sie bogata placac tylko 120 zl za miesiac! Stac nas bylo na obiad raz w tygodniu w Balatonie, nawet w Hawelce po zdaniu egzaminow. Oba systemy mieszkania uwazam za uzupelniajace sie wzajemnie w okresie studiow. Mialam chyba wielkie szczescie. Sluchalam tylko o harrorach prywatnego mieszkania ale i o wyjatkowo trafionych calych mieszkan bo ktos wyjechal na kontrakt w cieple kraje zostawiajac cale dobro domu do dyspozycji studenta. To byl Krakow cencikow i docencikow!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ciekawe wspomnienia:-)
      Ja poczułam się bogata, gdy dostałam stypendium 160zł i mogłam czasami iść na pizzę i barszczyk, a nawet kupić sobie coś w butiku:-)

      Usuń
    2. A wiesz co sobie uswiadomilam? Jak ja dawno studiowalam bo pamietam otwarcie pierwszej pizzerni w Krakowie na Malym Rynku. Pamietam, ze byly potezne kolejki bo do pizzy podawali wino na otwarcie. Czekalo sie tak dlugo, ze otrzymana od chlopaka mala wiazanka z fiolkow zdazyla zwiednac. Pizza mi nie smakowala, zal mi bylo fiolkow i cala randka skladala sie czekania i kalkulowanie (chlopak z politechniki) ile osob otrzyma swoja porcje z jednego wypieku... nam przypadla z boczkiem. Ale wiosna byla ciepla i glod rosl wraz z unoszacymi sie zapachami. Przyjemnosc ta mimo darmowego wina (z woda) nie byla wcale tania, choc nie pamietam ceny bo chlopak fundowal :)))).
      Stypendia otrzymywalam za ocene z egzaminu, innego mi nigdy nie przyznano ze wzgledu na rodzicow i braku wlasciwego pochodzenia spolecznego. :))) Nie narzekalam jednak.

      Usuń
    3. Ja niby miałam właściwe i co z tego, dostałam stypendium, gdy po trzecim roku wyszłam za mąż i wedle prawa nie miałam dochodów, a mąż dopiero zaczął pracę ;-)

      Usuń
  5. Na szczęście studiowałam na miejscu, moja córka też. Odpadły nie tylko koszty, ale i błąkanie się po takich stancjach, jakie opisałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze o tym marzyłam, tym bardziej, że mentalnie raczej nie nadawałam się do akademika...

      Usuń
    2. No widzisz, a ja odwrotnie, marzyłam o Warszawie, ale rodziców nie było stać na wysłanie mnie do niej (choć podejrzewam, że było ich stać, tylko nie chcieli się ze mną rozstawać). Warszawa pozostała moim niespełnionym marzeniem. Niejedynym zresztą.

      Usuń
    3. Do stolicy jeździliśmy często, bo mąż miał tam ciotkę, ale marzeniem wówczas było mieszkanie, dziś zresztą podobnie...

      Usuń
    4. Ja jeździłam co tydzień na weekendy, miałam darmowe noclegi w akademiku uczelni mamy, w pokojach dla kadry uczelnianej. Włóczyłam się po tej Warszawie i chłonęłam, nigdy mi się nie znudziło.

      Usuń
    5. Oj tak, my czasem jedliśmy byle co, ale łaziliśmy cały dzień!

      Usuń
  6. Czytam od paru lat bloga i w końcu trzeba się ujawnić.Poruszyłaś ciekawy temat,tym bardziej,że w naszych czasach wolność była w akademiku.Mogę tak napisać,bo jestem chyba dwa lata starsza.Byłam szczęściarą ,bo od drugiego roku studiów mieszkałam w dwuosobowym pokoju w akademiku z ulubioną koleżanką.Znam opowieści moich koleżanek o oszczędzaniu wody i prądu.Moja koleżanka mieszkała z parą gejów w przedwojennej willi i mówiła ,że dopiero tam czuła się bezpieczna i zaopiekowana.Moi synowie mieszkali na stancjach,ale jak piszesz,to były już inne czasy.Zrobiłam pierwszy krok,więc będę komentować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się i zapraszam.
      Dziękuję za twoje wspomnienia.
      Nie dziwię się koleżance, bo to środowisko życzliwych ludzi, pogodnych i uczynnych.

      Usuń
  7. Mieszkałam i studiowałam w Warszawie i bardzo zazdrościłam kolegom i koleżankom z akademika...
    Bardzo marzyła mi się wolność
    Moje dzieci były poza domem od 18 go roku życia i to daleko od domu. Ale jeżeli chodzi o warunki to mieli wystarczająco przyzwoite, nie mogli narzekać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to jest, jedni marzyli o wolności, inni o kieszonkowym, a jeszcze inni o jakiejkolwiek możliwości studiowania...

      Usuń
  8. Teraz akademiki są nieco droższe, ale warunki też dużo lepsze - dawniej na przykład łazienki przy pokojach były rzadkością, w większości były wspólne. Stancję zawsze uważałam za wygodniejsze rozwiązanie, ale znajomi nie mieli takich strasznych historii. Najgorsza to byli agresywni sąsiedzi w kamienicy, w dodatku skonfliktowani z nimi, dziewczyny bały się same wchodzić do klatki.
    Mieszkać z właścicielami bym absolutnie nie chciała, chyba że to byłaby młoda singielka, która chce dorobić do kredytu i chwilowo nie potrzebuje całego mieszkania, ale i to jest ryzykowne.
    Ja obecnie trochę żałuję, że na studia dojeżdżałam zamiast zamieszkać na miejscu, ale bałam się dzielić pokój z obcymi ludźmi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Córka koleżanki mieszkała w Warszawie z dziewczyną, której rodzice kupili mieszkanie i chciała dorobić do opłat, wynajmując pokój.
      Na stancji dobrałyśmy się z koleżanką doskonale, ale już mieszkać w kilka osób nie wyobrażałam sobie.

      Usuń
  9. Fuj, jakbym taką plamę zobaczyła, zrobiłabym to samo. Ja nie studiowałam, no nie będę liczyć jednego dnia. ;D Jednak mieszkałam w Krakowie i tam wynajmowałam pokój ze studentami... Musiałyśmy dorobić klucz, bo w moim łóżku spał mój ówczesny 'fan' nago... raz musiałam wyciągać wełnę, z której robiłam sweter... z jego zada... to była już przesada. Burzyli się, że klucz chcemy, ale no bez przesady... nawet nam stół wynieśli...haha Akurat trafili mi się studenci okropni, ale wspomnienia są niezłe. :D Fajnie tak wspólnie powspominać. Pięknego dnia Ci życzę. :) <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bardzo fajnie, ilu komentujących, tyle wspaniałych historii!
      Buziaki przedwiosenne:-)

      Usuń
  10. Mój syn studiował prawie 300 km od domu, też były problemy w ogóle dorwanie jakiś tam pokój, akademik był zajęty... to były w sumie mieszkania, ktore w całości wynajmowano studentom, każdy po pokoju. Mojemu synowi na początek trafił się ten najmniejszy, dziecinny pokój. Mieszkanie w troje miało potencjał wybuchowy, przede wszystkim w kuchni i w lodówce/ artykuły "znikały ". Potem trafiło mu się mieszkanie we dwoje, w dwupokojowym mieszkaniu, które po wyprowadzeniu się współmieszkajacego, spokojnego i socjalizowanego chlopaka, z którym świetnie się rozumieli i nawet razem gotowali, mój syn przejął kompletnie, jakiś czas, bodajże semestr czy niecałe dwa, wynajmował pokój świeżo upieczonej studentce. Dziewczyna rzuciła studia, ale syn nabył doświadczeń, jak to jest, jak się studentom wynajmuje 🙃

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuchnie i lodówki studentów, to chyba cała masa rozmaitych opowieści. Mój syn nauczył się oszczędzać i gotować właśnie na studiach:-)

      Usuń
  11. Moja koleżanka mieszkała w maleńkiej służbówce, oddzielonej od kuchni tylko kotarą, czasem tam razem sie uczylysmy; zeby bylo smieszniej, ten "pokoik" byl mniejszy od łazienki, prawdziwego salonu kąpielowego, a wszystko to w starej krakowskiej kamienicy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Służbówka, to jak komórka pod schodami H.Pottera:-)

      Usuń
  12. Studiowałam w mieście, w którym mieszkałam. Ale o domach studenckich to dużo słyszałam dużo dobrego i dużo złego . Wszystko zależy od ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektóre miejsca obrastały legendami, a ile w tym było prawdy?

      Usuń
  13. To były czasy! Mieszkałam w akademiku, mam wspomnienia wolności i wspólnotowosci ( do tego stopnia, że próbowano pożyczyć czyste majtki). Nie pamiętam gdzie robiłam pranie. Woziłam do domu może? Koleżanki ze stancji narzekały na gadatliwosc właścicieli (najczęściej samotnych staruszek mieszkających w drugim pokoju) i brak dostępu do najświeższych wiadomości. Bo akademik to była też giełda. Teraz załatwia to internet

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, my ze stancji dowiadywałyśmy się o wszystkim dużo później, nawet o odwołanych zajęciach! teraz to co innego...

      Usuń
  14. Stancja - czytałem o tym we wspomnieniach mojego stryja, sprzed I WW, w carskiej Warszawie. Było ciasno, ale jednak bardzo przyzwoicie.
    Ja przemieszkałem lata studenckie w akademiku i było mi tam tak dobrze, lepiej niż gdybym mieszkał z rodziną w Warszawie. Plusy - kreślarnia (rysunki techniczne), basen i do tego giełda kolegów - można było przygotować (albo kupić) ściągawki.
    Na marginesie wspomnę, że miałem stypendium mieszkaniowe i żywnościowe (posiłki na miejscu). Na 3. roku zasugerowano żebym sobie załatwił stypendium fundowane przez przyszłego pracodawcę. Załatwiłem - praca gwarantowana, to była fabryka a więc po skończeniu studiów mieszkanie w hotelu robotniczym. Można było się zapisać na mieszkanie spółdzielcze, zapisałem się, czekałem 3 lata...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było coś takiego, koleżanka załatwiła sobie takie stypendium, minus taki, że trzeba było później pracować tam, gdzie skierowali, a nie tam gdzie się chciało...

      Usuń
    2. Przymus pracy skonczyl sie , chyba w latach siedemdziesiatych, czyli z nakazu nalezalo podjac prace nawet daleko od domu czy uczelni. Rynek pracy byl juz nasycony. Studia te techniczne (typu politechnika czy AGH w Krakowie) dawaly mozliwosc kontraktow szczegolnie z zakladami na Slasku. Kontrakt byl jednak mocno wiazacy obie strony. Gdy granice sie troche otwarly i mlody czlowiek chcial wyjechac za chebem, musial oddac pobrane stypendium. Wielu jednak studentow korzystalo z tej mozliwosci kontraktu-stypendium. Na studiach humanistycznych jednak tego nie bylo.

      Usuń
    3. Koleżanka na podstawie jakiejś umowy z biblioteką publiczną w naszym mieście dostawała dofinansowanie, ale po studiach musiała tam właśnie zacząć pracę.

      Usuń
    4. Te zasady pewno sie ciagle zmienialy z biegiem lat, wedlug lokalnych zapotrzebiwan. Pamietam kiedy ja szukalam pierwszej pracy to na finiszu zostalam ja ze studiami i chlopak bez studiow ale z perspektywa zaocznych. Wiadomo kto wygral :))), mloda kobieta po studiach to perspektywa urlopow macierzynskich... a on bez studiow to i place mniejsze :))) i chetny do dodatkowych godzin...

      Usuń
    5. Gdy mąż starał się o pracę, to kazali mu dyplom technika schować, bo po zawodówce przyjmowali chętniej...

      Usuń
  15. No to ja z tej drugiej strony ;) Znaczy się to my dzieliliśmy się swoim lokum z przybyszami. Warunki oferowaliśmy takie jakimi dysponowaliśmy.
    Pierwszym naszym sublokatorem była córka kuzynki taty. Jak przybyła do naszego domu przeszło 60 lat temu to mieszkaliśmy w bardzo zniszczonej poniemieckiej kamienicy w jednym pokoju z kuchnią, a ubikacja była wspólna na klatce schodowej i do tego piętro niżej. Z. sypiała na leżance w naszym jedynym pokoju, myła się w misce, po uprzednim nagrzaniu wody na kuchni węglowej. I...czuła się chyba tak samo jak w swojej własnej rodzinie, gdzie warunki bytowe miała podobne do naszych.
    W 1965 roku przeprowadziliśmy się do innej kamienicy trochę ciut mniej zniszczonej, tutaj metraż mieliśmy duuuży, no i bardzo duży postęp, bo w mieszkaniu była ubikacja, jednakoż łazienki nie było.
    I w tym to miejscu znowu mieliśmy sublokatorów, tylko że teraz ci przybysze a właściwie przybyszki miały do dyspozycji jeden pokój. Były to dziewczyny które uczyły się w technikum i ich rodzicom bardziej niż na warunkach bytowych zależało aby one trafiły do domu ludzi zaufanych. A warunki bytowe to także w swoich domach miały podobne jak i w naszym.
    Tak że ten tego, tak to kiedyś wyglądała codzienność, może jakiegoś posta na ten temat napiszę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, cenne spojrzenie z drugiej strony kurtyny.
      Napisz koniecznie, przecież to bardzo ciekawe!

      Usuń
  16. Ja niezbyt miło wspominam poszukiwania stancji. W końcu znalazłam pokój w mieszkaniu jakiejś emerytki w rozsadnej cenie, a później mieszkałam w akademiku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sporo emerytów przewija się we wspomnieniach:-)

      Usuń
  17. Faktycznie, takie stancje mogły zniechęcić... Ja w Płocku mieszkałam w żeńskim internacie. Bardzo dobrze to wspominam. Jedyny mankament to stołówka daleko od internatu. Robiłyśmy dyżury- rano jedna z naszej trójki wstawała i szła po śniadanie dla siebie i pozostałych. A po zajęciach wszystkie jechałyśmy razem na stołówkę. Z kolacją było podobnie jak ze śniadaniem, tyle ,że ciut łatwiej, bo nie trzeba było wstawać bladym świtem.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze stołówki dla studentów korzystałam tylko na pierwszym roku, bo daleko było, a przerwy między zajęciami krótkie. Najczęściej jadałyśmy w bufecie Biblioteki Głównej, skromnie bardzo, sałatka jarzynowa z bułką , ciągle to samo, bo najtańsze!

      Usuń
  18. Studiując - mieszkałam w domu, ale całe 5 lat dojeżdżałam na uczelnię.
    Z Gdyni do Gdańska - Wrzeszcza pociagiem. Na pierwszym roku pociagiem parowym.... o 6.30 . Gdyński peron był o tej porze pełen dojeżdżających do Gdańska studentów . We Wrzeszczu biegłam wraz z innymi z dworca do tramwaju .... wykłady zaczynały się punktualnie o 7.30.
    Na drugim roku już trochę lepiej bo uruchomiona została kolej elektryczna, ale tylko z Gdyni do Sopot, a z Sopot trolejbusem do Wrzeszcza .( w trolejbusie widywałam Zbyszka Cybulskiego, nie pamiętam czy był juz wtedy znanym aktorem.... łączyło się go wtedy raczej z studenckim teatrem Bim Bom )
    W trolejbusie miałam zawsze jeszcze trochę czasu na douczenie się przed kolloquium ... dzięki temu mając świeże wiadomości zdałam któreś na piątkę.
    Na ostatnim roku powstało juz stałe połączenie kolejką elektryczną - Gdynia - Gdańsk z przystankiem przy politechnice.... biegi do tramwaju się więc skończyły.
    Powroty, często bardzo późne, ale już bez pośpiechu..... i jak się trafiło, nawet dalekobieżnymi pociagami. Zazdrościłam mieszkającym w akademiku, choć w domu czekała gorąca kolacja.
    Nie pamiętam by ktoś z moich znajomych mieszkał na stancji. Łatwo bylo wtedy o miejsce w akademiku. Studenci wywodzili sie na ogół z biednych rodzin wiejskich i robotniczych. ... w czasach stalinowskich zachęcanych do studiowania. Byli na ogół bardzo dobrymi studentami, później dobrymi fachowcami, których po wojnie brakowało. Mieliśmy też studentów koreańskich wysyłanych na studia do Polski przez koreańską partię komunistyczną.... dotąd pamietam imiona dwóch koreańczyków z mojego roku - Diu-Hak Diu i Coj- Ton - Jer. Bywali też Grecy... mieliśmy jednego w naszej grupie, mimo że utrzymywalam z nim po studiach sporadyczny kontat niestety nie pamiętam jego imienia. ( będzie mnie to teraz męczyło dopóki sobie nie przypomnę ) Po skończeniu studiów i klku latach pracy w Polsce wrócił do Grecji.
    Koreańczycy mieli obowiązek natychmiastowego powrotu do kraju. Łączylo się to nieraz z "miłosnymi" tragediami i rozstaniami..... dość często Polki zakochiwaly sie w koreańskich chłopakach i odwrotnie.
    Obudziłaś Jotko wspomnienia.... mogłabym tak opowiadać i opowiadać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ciekawe wspomnienia. Za moich czasów było mnóstwo studentów czarnoskórych i Arabów, też krążyły o nich legendy, a dramatów ludzkich wydarzyło się sporo...

      Usuń
    2. Mój ojciec był kiedyś w delegacji i zatrzymał się w hotelu. Niestety nie mógł zasnąć z powodu głośnej imprezy odbywającej się w pokoju nad nim albo tuż obok. W końcu zadzwonił na recepcję hotelową.

      Po kilku minutach w jego pokoju zaczął dzwonić telefon. Dzwonił mężczyzna z tej właśnie imprezy. Przedstawił się i… zaprosił ojca do swojego pokoju, proponując, by dołączył do towarzystwa.

      Przez lata ojciec nie mógł sobie darować, że odmówił. Tym rozmówcą był sam Zbyszek Cybulski!

      Usuń
    3. W latach 70. XX wieku rozmawiałem z kobietą, która wynajmowała mieszkanie zagranicznym studentom, głównie z krajów arabskich i afrykańskich. Historie, które mi opowiadała, były momentami mrożące krew w żyłach.

      Wzywana Milicja Obywatelska w praktyce niewiele robiła. Jak twierdziła ta kobieta, funkcjonariusze mieli odgórne polecenie, by traktować podobne incydenty z dużą pobłażliwością. Studenci ci (lub ich rządy) płacili w twardej walucie, co dla PRL miało istotne znaczenie. Poza tym oficjalna narracja mówiła o „braterskiej pomocy” udzielanej obywatelom krajów rozwijających się.

      A to, że niektórzy tzw. „studenci” byli na o wiele niższym szczeblu rozwoju (często półanalfabeci, ale za to rodzice, też niegramotni, nagle znaleźli się w kadrach nowej władzy), nie było istotne.

      Usuń
    4. Cybulski czy nie, kiedyś wyspać się trzeba...
      Ciemnoskórzy i arabscy studenci mieli sporo kasy i dziewczyn na pęczki, gorzej gdy któraś zaszła w ciążę. Do kraju partnera już niekoniecznie chciały jechać.

      Usuń
  19. Na zdjęciu chawira dwupoziomowa, albo z antresolą, nic dziwnego, że taka cena ;-)
    Na studiach- trochę tak- trochę tak. I na łikend do domu. Dobrze, że mam ten okres życia za sobą, bo egzaminy długo mordowały mnie po nocach wiele lat po...... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Egzaminy wspominam koszmarnie, kosztowały mnie mnóstwo nerwów i wiele ich było...

      Usuń
  20. Świetny materiał na kierunek dodatkowy: „Stancjoznawstwo stosowane” 😄 Były warunki bytowe, był thriller z plamą na prześcieradle, był survival zimowy pod kołdrą i odcinek specjalny pt. „kolęda, czyli dzień narodowego odkręcania kaloryferów”.
    Najbardziej mnie bawi (i trochę przeraża), że dawniej standard „pokój dla studenta” bywał rozumiany jako: łóżko jest, toaleta gdzieś tam jest, to czego jeszcze człowiek chce - może jeszcze ciepłej wody? 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz zmieniły się wymagania, trzeba tez płacić kaucje, wynajmuje się studentom chyba na podobnych warunkach, jak innym najemcom.

      Usuń
  21. Co za wspomnienia :) mieszkałam w akademiku, w Poznaniu, bo tam studiowałam ;) jakoś tak obojętnie to teraz wspominam. Ani nie było mi tak jakoś miło ani niemiło.

    OdpowiedzUsuń
  22. Świetne są takie wspomnienia, a po latach to nawet się człowiek uśmiechnie, choć wcześniej nie było różowo.
    Ja studiowałam w rodzinnym mieście, trochę dojeżdżałam, ale nie musiałam nocować na miejscu.
    Teraz studiuje mój syn. Wybrał dwa kierunki. Jeszcze 2 lata będzie w domu, ale daje nam do zrozumienia, że chce iść dalej. Martwię się trochę, bo jeden rok studiów to nawet 40 tys. $, a gdzie jeszcze utrzymanie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego właśnie powodu syn znajomych będzie studiował w Europie, w Stanach za drogo i za daleko...

      Usuń
    2. Jest to w sumie jakieś wyjście, ale gdzie Europa, a gdzie Stany? I gdzie komu dalej? W praktyce, tzn. przy rekrutowaniu do pracy, bardziej cenią renomowane uczelnie, ale jednak stąd.
      Zawsze podejmujesz ciekawe tematy Joteczko. Pozdrawiam. 🤗

      Usuń
    3. Dziękuję za miłe słowo:-)

      Usuń
  23. Swoje studia wspominam bardzo dobrze. Studiowałam w Lublinie, więc spory kawałek od mojego rodzinnego miasta, ale miałam to szczęście, że mieszkałam u rodziny, oczywiście dokładałam się , ale dało się przeżyć ::)
    Moja córka studiowała w Bydgoszczy, więc dojeżdżała pociągiem.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U rodziny też dobrze, bezpiecznie, oczywiście zależy jaka rodzina ;-)

      Usuń
  24. Dojeżdżałam na uczelnię, to było trudne doświadczenie. Zimy szczególnie były dotkliwe. Ludzie na miejscu się integrowali, a ja byłam wiecznie w drodze. I chyba tak mi zostało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zima ma wiele minusów, najgorsze było czekanie na dworach i przystankach, pamiętam...

      Usuń
  25. Niezłe historie przeżyłaś Jotko, współczuję...
    Ja miałam to szczęście, że mieszkałam na wsi i choć zaledwie 25 km od centrum Katowic, to przysługiwał mi akademik. I mieszkałam od 2 roku [na pierwszym dojeżdżałam- mordercza droga z przesiadkami] co było absolutnie wspaniałe. Nie dość tego, pan kierownik mnie lubił i był łasy na ładne uśmiechy studentek, więc wykorzystałam to, i na moją prośbę nie dokwaterowywał mi nikogo [pokoje 2-osobowe z przedpokojem z wielką szafą zabudowaną oraz łazienką, w której zorganizowałam sobie kuchnię. Były to warunki wspaniałe, w porównaniu do innych akademików- dziś nazwano by to mikrokawalerką- sam pokój miał ok. 15m2. A to były lata 80-te.
    Achhhh.... czas studiów, to były piękne czasy!
    Dziękuję za możliwość powspominania. A to pisała Pola :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za garść wspomnień!
      Tak to były piękne czasy, człowiek młody i pełen nadziei...

      Usuń
  26. Ja też z tych dojeżdżających, ale miałam raczej pozytywne doświadczenia i wrażenia, zawsze lubiłam jeździc pociągiem, a że towarzystwo było fajne, to czas szybko leciał, nawet jak w czasie zimy stulecia pociąg spóźniał się godzinę. I powtórki przed kolokwiami najlepiej robiło się z koleżanką w pociągu :). Człowiek był młody to inaczej na wszystko patrzył, zresztą byliśmy chyba mało roszczeniowym pokoleniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, do dziś lubię jazdę pociągiem, źle wspominam tylko podróże w góry, 12 godzin w fatalnych warunkach...

      Usuń
  27. Nie mogłam studiować w rodzinnej miejscowości. Nie było tam wyższej uczelni więc musiałam wyruszyć w Polskę:-) Wybrałam Katowice (nie Kraków, chociaż miałam bliżej), mieszkałam na stancji razem z dwiema koleżankami z roku całe 5 lat. Miałyśmy oddzielne wejście, czułyśmy się swobodnie, nie mogłyśmy tylko urządzać głośnych imprez. W czasie drugich studiów w Krakowie mieszkałam już we własnym M i robiłam co chciałam:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na imprezy to ja nie miałam kasy, ledwo starczało na własny wikt...

      Usuń
    2. Też nie urządzałyśmy więc ten zakaz był tak naprawdę martwy. Co prawda miałam pieniądze ze stypendium naukowego ale wolałam je odłożyć albo spożytkować inaczej niż przehulać.

      Usuń
    3. Otóż to, ja najczęściej na książki ...

      Usuń
  28. Ile czasu zabierał Ci w sumie dojazd?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Około 40 minut w jedną stronę pociągiem, do tego dojazd z dworca do miasteczka uniwersyteckiego około pół godziny.

      Usuń
    2. Oj, to wcale nie dłużej niż ja. Nigdy nie myślałam o pobycie w akademiku. Wstawałam o 5-tej rano, żeby być na 8-mą na uczelni. Tylko na praktykach studenckich mieszkałam w akademiku, bardzo ładnym, nowoczesnym, ale to jednak nie dom. Tak zresztą robili wszyscy studenci z mojego miasta i ościennych. To była miła podróż :)

      Usuń
    3. To prawda, w pociągu można było poczytać, pogadać z ciekawymi ludźmi, w tym wieku nie liczyło się każdej sekundy...

      Usuń
  29. faktycznie, zawsze studiowałem tam, gdzie mieszkałem /czyli w Wawie/, więc akademiki znam tylko z POV gościa imprez, które w nich czasem miewały miejsce, a stancje znam tylko z opowiadań...
    co prawda zdarzało mi się potem mieszkać w różnych dziwnych lokalizacjach przy innych okazjach, na squotach wszelakich, czy nawet na metach ćpuńskich, jestem dość odporny na trudne warunki socjalne, ale gdy gospodarze zaczynają się pieprzyć w moim łóżku, to stanowczo przekracza to granice mojego poczucia humoru...
    p.jzns :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, moje łóżko, moja twierdza.
      Mnie zawsze zastanawiało, skąd "biedni" studenci mają kasę na imprezy, ja nie miałam nawet na książki...

      Usuń
    2. mnie rodzice nie rozpieszczali kieszonkowym, musiał mi wystarczyć dach nad głową i dostęp do lodówy, czy też pralki... więc trzeba było sobie jakoś radzić... trochę się pracowało, solo w jakichś fuchach lub w spółdzielniach studenckich, ale tu nie miałem zbyt wielu znajomości wśród ludzi, którzy zarabiali głównie na przekrętach w ramach takich spółdzielni... były też jakieś dziwne okazjonalne handelki, ale że okazjonalne, to słowo raczej wyjaśnia wszystko... głównym źródełkiem zaopatrzenia mojego skromnego budżetu było granie w karty... ale nie zrozum mnie źle... to nie było zarabianie uprawianiem hazardu, bo tym się zarobić nie da... to było zarabianie polegające na ogrywaniu hazardzistów... aczkolwiek znałem takich, którzy nie rozumieli różnicy, jednak nie należałem do nich, wiedziałem, o co w tym chodzi...
      a w wakacje połowę ich czasu robiłem na budowie w firmie swojego ojca... ale to już osobna historia...

      Usuń
    3. Tak, niektórzy próbowali dorabiać, mój syn zaczął pracować na studiach także, najpierw dorywczo, potem w firmie zagranicznej na stałe. To jednak o tyle niebezpieczne, że pracując i studiując można mieć problem z ukończeniem studiów.

      Usuń
    4. Ja musiałem cały czas pracować podczas studiów, zwykle na weekendy, czasami wieczorami. W Kanadzie to raczej normalne. W pewnym momencie nawet wziąłem rok przerwy, aby coś zarobić. Na szczęście tutaj (W Kanadzie) system studiów jest niesamowicie "giętki" (flexible), można jednego roku czy semestru być studentem na 'full time' i brać 5 kursów, drugiego jedynie 1 lub 2. To dla mnie było bardzo wygodne, szczególnie na drugich studiach, gdy w jednym semestrze już prowadziłem bardzo wymagający biznes i cudem udawało mi się wziąć tylko jeden kurs. Ale wszystko się udało!

      Usuń
    5. To najważniejsze, a satysfakcja tym większa! Trudny czas wzmacnia silnych, łamie najsłabszych!

      Usuń
    6. no, tylko że studia to także realia motywacyjne... mnie chodziło głównie o wykrętkę od wojska... młodsi tego nie pojmą, bo teraz jest inne wojsko... przez kilka lat byłem wiecznym studentem... dopiero gdy ogarnąłem sobie wariackie papiery i kategorię E, to zabrałem się za prawdzie studiowanie i wreszcie je ukończyłem... po czym poszedłem do stałej pracy w zupełnie innej bajce, tak żeby było śmieszniej, LOL...

      Usuń
    7. Na studiach tez jakieś zajęcia wojskowe były, ale to już inne wojsko, to fakt!

      Usuń
  30. Podczas studiów mieszkałem „u siebie” (choć trochę żałuję, że nie w akademiku — to również miało swoje dobre strony). O wynajmowaniu mieszkań nowo przybyłym imigrantom jednak sporo się nasłuchałem i — na szczęście tylko w niewielkim stopniu — poznałem to z własnego doświadczenia.

    Powszechną praktyką było wynajmowanie klitek na poddaszu (gdzie ledwie można było się wyprostować) albo w piwnicach. Często miejsca starczało jedynie na łóżko i jedno krzesło.
    Zdarzało się też, że szczególnie „kreatywny” właściciel wstawiał do jednego pokoju dwa łóżka, przedzielał go kocem zawieszonym na sznurku — i w ten sposób powstawały już dwa „pokoje” do wynajęcia!

    Korzystanie z łazienki było zazwyczaj zapewnione (bo nawet najwięksi skąpcy nie chcieli, żeby lokatorzy załatwiali potrzeby po kątach 😄), ale jej stan higieniczny zależał od liczby mieszkańców i nierzadko bywał naprawdę opłakany. Niektórzy właściciele nie mogli też pojąć, że ktoś kąpie się codziennie albo co drugi dzień — dla nich normą było raz w tygodniu.

    Z kuchnią bywało różnie. Czasem wprost informowano: „pokój bez kuchni” — czyli stołuj się na mieście, bo nawet nie było gdzie zagotować wody na herbatę (tu przydałyby się PRL-owskie grzałki!). Innym razem kuchnia była w makabrycznym stanie i korzystało z niej kilka osób.
    Było więc… wesoło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za wspomnienia, ile rozmaitych opowieści poznaję dzięki czytelnikom bloga:-)

      Usuń
  31. Jejj, jak czytam te opowieści, to jestem w szoku.. Współczuję wszystkim studentom, co mieli takie perypetie - teraz jest co opowiadać, ale wtedy to pewnie nie było do śmiechu :) Ja dojeżdżałam do mojej szkoły policealnej zaledwie 30km, więc nie było źle, nie potrzebowałam stancji. Ale za to nigdy nie zapomnę naszej pierwszej kawalerki - to też była szkoła życia :D Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, perypetie mieszkaniowe na starcie dorosłego życia, to też ciekawe doświadczenia:-)

      Usuń
  32. Moja mama miała na uczelnię godzinę drogi pociągiem, więc nie miała tego problemu. :)

    Znam osoby, które wynajmują mieszkania i różne rzeczy się dzieją, także współcześnie też nie jest za wesoło. Dużo zależy od tego, na jakich współlokatorów się trafi. Byłej koleżance jakiś współlokator raz przyniósł nawet pluskwy!

    Ja studiowałam zaocznie, więc dojazd nie był aż takim problemem, nawet do Wrocławia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, masz rację, nie tylko lokal jest ważny, ale i współlokatorzy. Różnie z tym bywa, dlatego lepiej szukać z kimś znajomym.

      Usuń
  33. Na studiach miałam koleżankę Wandę, pochodzącą z Kielc. Mieszkała w akademiku i parę razy tam byłam. Po pierwszym roku studiów, zgłosiłam się na praktyki do biblioteki uniwersyteckiej w Toruniu. Tam bowiem mieszkał chłopak, w którym się zakochałam. Mieliśmy się spotkać u niego w domu, ale wtedy się nie pojawił. Przyjechał kilka dni później do akademika, a mnie było bardzo wstyd, bo pokój był obskurny. Po tym doświadczeniu, praktyki po kolejnych latach, brałam już w Warszawie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje praktyki to Inowrocław, Częstochowa - biblioteka politechniki i Warszawa - biblioteka UW i BN. W Częstochowie i Warszawie mieszkałam w akademikach, ale i tam luksusów nie było...takie to były czasy.

      Usuń
  34. Swojego czasu mieszkałam z mężem na stancji. Bardzo baliśmy się, że z chwilą przyjścia na świat naszego dziecka gospodarz nas wyrzuci, ale on tylko drastycznie podniósł cenę. To był 1 pokój, a łazienkę, w której stała kuchenka gazowa dzieliliśmy z jeszcze jednym małżeństwem. Po 2 latach przenieśliśmy się do innego miasta. Tam wynajmowaliśmy maleńki domek stojący na jednym podwórku z domem gospodyni. To była wspaniała osoba, której dużo zawdzięczam. Po wielu latach nasze dzieci studiowały i mieszkały na stancjach (różnych) w Lublinie i choć warunki mieli dobre to już gospodarzy nie. Ja uczelnię kończyłam zaocznie, bo pracowałam. Do Lublina dojeżdżałam pociągiem, a potem jeszcze autobusem i 3 kilometry piechotą. Cieszę się, że ten czas mamy już wszyscy za sobą:)
    M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno mieliście od początku, ale i my nie mieliśmy łatwo. Teraz wspomina się inaczej, niż przeżywało wtedy, no i byliśmy młodzi.
      Co nas nie zabije...tak mówią i trochę w tym racji.

      Usuń
  35. Ja miałam to szczęście, że studiowałam w mieście, w którym mieszkam. To naprawdę było wygodne i umożliwiało mi w pełni skupić się na nauce :)

    OdpowiedzUsuń
  36. 18 lat mieszkałam w różnych pokojach sublokatorskich mimo że w tym samym mieście moja matka mieszkała w 3-pokojowym dobrym mieszkaniu, w dobrej dzielnicy. Nie żałuję, że od niej uciekłam zaraz po maturze. Irena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutny, ale ciekawy wątek, na pewno było Ci bardzo ciężko...

      Usuń
  37. Mieszkałam z trzema koleżankami w maleńkim pokoiku na poddaszu w warunkach bardziej niż surowych. I wiesz, Jotko, bardzo mile wspominam tamten czas, bo przyjaźń przetrwała lata. Chyba mniej ważne jest JAK niż Z KIM.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno, wspólnie dzielić niewygody jest łatwiej! no i ta przyjaźń!

      Usuń
  38. Najszczęśliwsze wspomnienia mam właśnie z akademika. Kto nie mieszkał w DS, ten nie wie, ile radości go ominęło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem, mieszkałam dwa razy na praktykach i raczej nie zatęskniłam...

      Usuń
  39. 900 zł za taki luksus to nawet dobra cena. Sam jestem z Krakowa. Kolega kiedyś wynajmował podobny pokój, ale łazienka była na zewnątrz a w środku obok łóżka zmieścił się telewizor.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  40. Wow, to prawdziwe „survival story” studenckiego życia! Od kłócących się właścicieli po herbatę pod kołdrą – teraz trudno w to uwierzyć. Fajnie, że syn miał już łatwiej! 🏠

    OdpowiedzUsuń
  41. Ja z kolei miałam akademik, ale ze względu na introwertyzm nie mieszkałam tam długo, po prostu nie dałam rady. Potem przez kilka miesięcy wynajmowałam kawalerkę z moją przyjaciółką do dziś, a później, od drugiego roku zamieszkałam u cioci Danusi, siostry mojego ojca w domu pełnym książek i czasopism. I to było dla mnie najlepsze rozwiązanie. Jak później robiłam drugi fakultet zaocznie I podyplomowe, to już Danusia tylko na mnie czekała, bo była na emeryturze nauczycielskiej.
    Co ciekawe, najlepsze były piętrowe pociągi, które wlokły się niemiłosiernie i grzały tak, że przez moment było gorąco, a potem znów zimno.
    Moja córeczka miała dużo lepiej, często jeździła samochodem, a standard akademików czy wynajmowanych mieszkań znacznie wzrósł od moich czasów.
    Mimo to, bardzo dobrze wspominam wszystkie swoje studia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez jeździłam piętrusami, och wspomnienia. W poniedziałki pociąg 6.12, bo od rana wojsko, dosypiało się w wagonie...
      Ogólnie nie wspominam źle mojego studiowania, było na pewno ciekawie:-)

      Usuń
  42. Przygód miałaś, co nie miara na tych stancjach Asiu. Cieszę się, że miałam uczelnie na miejscu i nie musiałam szukać lokum. Moje technikum odzieżowe miało akademik, mieszkały w nim moje koleżanki z klasy. Szkoła była trochę na uboczu i dojazd był kiepski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, że nasze szkoły średnie też miały internaty, nawet nie wiem czy jeszcze istnieją, może jeden, który wynajmuje tez pokoje turystom.

      Usuń
  43. Ojojoj, dobrze że ja długo na stancji nie mieszkałam... Usciski już wiosenne ♥️

    OdpowiedzUsuń