Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 maja 2023

48 godzin...

 

Czy nie macie czasami wrażenia, że dla niektórych osób, doba trwa więcej, niż 24 godziny?
Nie wiem skąd niektórzy biorą energię, by działać na wysokich obrotach 24 godziny/dobę przez 7 dni w tygodniu, no może z przerwą na sen?

Taką osobę znam, wprawdzie sporo młodsza ode mnie, ale mimo wszystko, nawet w jej wieku nie miałam tyle energii i przebojowości. 
A jest to kobieta pracująca zawodowo i społecznie, oczytana, lubiąca podróże, dbająca o rodzinę, ale i o siebie....

Nie dość, że pracuje w dwóch firmach, wyjeżdża w delegacje, często zagraniczne, to jeszcze znajduje czas i ochotę na śpiewanie w chórze i grę na instrumentach ( flet i pianino). Jest świetną organizatorką imprez rodzinnych i wyjazdów wakacyjnych, także dla swoich rodziców, dużo zwiedza, pokazując dzieciom świat, zna kilka języków obcych, z czego dwóch nauczyła się sama.

Brzmi to wszystko jak SF, wiem, ale znam ją osobiście i zawsze podziwiam, bo to kobieta nietuzinkowa i potrafi docenić dom, który ją ukształtował, ale i dzielić się z innymi. Włączyła się aktywnie w pomoc dla Ukraińców, wzięła pod swój dach całą rodzinę, by po dwóch miesiącach załatwić im mieszkanie i pracę dla córki starszego małżeństwa.

Gdy ogarnia mnie lenistwo, bo nawet sterty ubrań nie chce mi się uprasować, to z tyłu głowy mam obraz M. i zastanawiam się, ile by zrobiła w czasie, gdy ja zabieram się dopiero do roboty...

niedziela, 19 grudnia 2021

Wariatka z wielkim sercem....

 

Mam zaszczyt i przyjemność przedstawić kolejny tomik wierszy Katarzyny Kadyjewskiej z Rzeszowa.

Przyszedł do mnie wraz z życzeniami świątecznymi i sprawił mi wielką radość. 

Pisałam już o pierwszym tomiku Kasi Tutaj i bardzo mnie cieszy, że poszła za ciosem i wydała kolejny.

"36 wariatek" to niezwykły zbiór, bardzo osobisty, ale jednocześnie uniwersalny.

Początkowo nieśmiało wchodzisz w świat niezwykle wrażliwej osoby , w jej intymne zwierzenia, by po kilku utworach ze zdumieniem stwierdzić, ile z tych refleksji, emocji, wrażeń jest w każdym z nas. 

Celowo nie piszę w każdej, bo i mężczyźni bywają niespotykanie wrażliwi, tylko rzadziej się do tego przyznają...

Jaki obraz wyłania się z tych strof ? 

Zobaczcie sami:

Wariatka wygląda jak zwykła kobieta, może tylko bardziej milcząca, ale potrafi słuchać jak nikt.

Wariatka jest nadwrażliwa i bezbronna, więc ukrywa się pod maską sarkazmu, bo tylko pozornie jest twardzielką, zwłaszcza w oczach innych ludzi, w samotności jej zbroja opada bezlitośnie.

Wariatka miewa podłe dni, ucieka wtedy od świata i od samej siebie - " jej choroba jest bardziej śmiertelna od raka - została pozbawiona nadziei"

Wariatka traci złudzenia, nawet nauka uśmiechania się od nowa spełzła na niczym, dlatego lubi patrzeć w niebo, tam znajduje wytchnienie.

Wariatka mówi do drzew i rozmawia z szerszeniem, nie drażni jej brzęczenie much, a wiatr ceni za życiodajność oddechu.

Wariatka nie wierzy w boga, ale potępia grzech, a największym jest głupota.

Wariatka usilnie pracuje nad normalnością, wiec przelewa na papier swoje wiersze.

Wariatka marzy, ucieka, czeka... spala się jak wątła zapałka.

Wariatka uśmiecha się do własnych myśli, które zawsze wybiegają w przyszłość, bo w niej na pewno będzie szczęśliwa!


Nie wszyscy lubią poezję. Dla mnie poezja to najprostszy, a zarazem najbardziej obrazowy sposób, by oddać się refleksjom na każdy temat. Nie trzeba ich nawet wypowiadać na głos, wystarczy, że każda strofa wyzwala emocje i dociera do samego dna duszy...


czwartek, 15 listopada 2018

Pani śmiało pogłaszcze...

Idę kiedyś do pracy, a przede mną starsza pani w bardzo długim, zbyt dużym płaszczu, a obok niej wolno idzie pies. Posiwiały, zmęczony życiem.
Gdy mijam oboje pani uśmiecha się , a pies nosem tracą moją nogę.
- No przepuść panią, nie rozpychaj sie tak- woła do psa kobieta.
- Ależ stareńki piesek - mówię - ale pyszczek ma wesoły jeszcze!
- Pani pogłaszcze, śmiało!

Schylam się, by pogłaskać posiwiałą mordkę, ale gdy cofam rękę, pies domaga się więcej pieszczot. Robię to więc ponownie i znowu...
- Niezły pieszczoch z pani pieska!
- To suczka, wzięłam ją ze schroniska. Jesteśmy ze sobą już kilka lat, a ona uratowała mi życie.
- Jak to, niech pani opowie.
- A nie spóźnisz się kochana, ty pewnie do pracy?
- Mam jeszcze czas, posłucham chętnie.
- Straciłam kiedyś radość życia, sama jestem, czasami tylko pogadałam z sąsiadką, nie wychodziłam z domu. Lekarka powiedziała, że to depresja i jeśli czego nie zmienię, to mogę nawet umrzeć. Sąsiadka namówiła mnie na psa. Pojechałyśmy kiedyś do schroniska i ta psina sama mnie wybrała.
- Śliczny piesek, ślepia ma wesołe i choć stareńki już, to pieszczoch straszny...
- Ona wszystkich tak zaczepia i domaga się głaskania, ale nie wszyscy to rozumieją, niektórzy się krzywią, a ona nic złego nie robi...
- Jak można obrażać się na takiego pieszczocha?
- O, ludzie są różni...
- A co pani zrobi gdy sunia odejdzie?
- To i na mnie przyjdzie czas!
- Nie weźmie pani następnego?
- Już nie, ja i tak ledwo chodzę, pójdę za nią...jestem jej wdzięczna za tych parę dodatkowych lat życia...

I jak tu obrażać się na listopad, gdy wokół tacy ludzie i takie historie?


piątek, 9 listopada 2018

Święty spokój...

Czytamy lub słyszymy o wielkich karierach lub po prostu drodze zawodowej okupionej wielkim stresem i utratą zdrowia. Ale czy na początku liczyliśmy się z konsekwencjami naszego wyboru?
Przecież wcale nie musiało być tak źle, przecież tylu ludzi robi kariery, dobrze im się powodzi, mają udane życie prywatne...

Zdarza się
także, że na naszej drodze stają niewłaściwi ludzie i sytuacje, na które mamy niewielki wpływ. Może to pech, a może my nie radzimy sobie z otaczającym nas światem?

Alicja lubiła swoja pracę, awansowała szybko, miała fajnego męża i udanego syna, idealne życie, można powiedzieć.
Firma, w której pracowała rozwijała się szybko, klientów przybywało, ale przybywało także obowiązków i wyzwań. Alicja lubiła wyzwania, otrzymała kierownicze stanowisko, kierowała kilkunastoma osobami.

Z czasem
musiała sprostać tzw.naciskom z góry, rozmowom z klientami, kooperantami, kontroli jakości, a normy bywały coraz bardziej wyśrubowane.
Nawet nie zauważyła, że sypie się jej związek, że syn ma kłopoty w szkole, a ona sama problemy ze snem.
Gdy mąż zdecydował się na rozwód, poczuła się oszukana i zdradzona, wszak miał ją wspierać we wszystkim.
Pewnego dnia bliska koleżanka i zarazem podwładna poprosiła o chwilę rozmowy, z której Alicja zapamiętała jedno zdanie - uważaj, bo od szefowej zołzy do zwyczajnej świni już niewiele ci brakuje, a na górze i tak Cię nie docenią...

Rozwód i nagła śmierć ukochanego ojca spowodowały, że Alicja zachorowała na depresję, musiała zrezygnować z pracy, ale jakoś w firmie nikt za nią nie tęsknił, nie dzwonił.

Leczyła się długo, chyba tylko dziecko i przyjaciółka trzymały ją przy życiu...
Gdy była już gotowa wyjść do ludzi zaczęła szukać pracy, jej CV zainteresowało niejednego pracodawcę, ale Alicja nie chciała już do wielkiej firmy i nie pragnęła powtórki poprzedniego scenariusza,

Traf chciał, że poznała swojego kolejnego męża, wyszła za mąż, urodziła dziecko, któremu postanowiła poświecić 3 lata w domu. Podobała jej się rola inna, niż dotychczasowe.

Gdy drugie dziecko poszło do szkoły Alicja zatęskniła za aktywnością i znów wysłała podania o pracę.
Zatrudniono ją na próbę jako sprzątaczkę, mąż się dziwił, nowy szef także, bo jak to, kobieta z takim doświadczeniem i predyspozycjami sprzątaczką?

Ale Alicja jest zadowolona, żadnych stresów, praca konkretna, współpracownicy niekonfliktowi, może godziny pracy nie są marzeniem , ale coś za coś...
Pełna energii przychodzi do pracy, tu i tam już wdrożyła pewne pomysły, wszyscy są zadowoleni, a ona najbardziej.


wtorek, 20 września 2016

Pechowy wyjazd...

Pani Wanda nie lubiła ruszać się z domu. Długo już żyła na tym świecie, męża pochowała, ale może ze dwa razy wyjeżdżała ze swojego miasteczka, w tym raz na pogrzeb siostry. Zdrowie pani Wandy pogarszało się z roku na rok, jak to w tym wieku bywa i dorosłe dzieci namawiały starszą panią na sanatorium. Pani Wanda miała zawsze tę sama odpowiedź - jak mi lekarz z przychodni nie pomoże, to po co sanatorium, szkoda nerwów i pieniędzy, a towarzystwa nie potrzebuję. Jedyną jej rozrywką było chodzenie 2 razy w tygodniu na grób męża i spotkania z wnuczką. Na zakupy chodziła czasem z córką, ale rzadko coś sobie kupiła. Lubiła popatrzeć, nadziwić się i ponarzekać.
Zdarzył się jednak cud i pani Wanda dała się namówić na wyjazd, tym bardziej, że w pobliżu miała być synowa w sanatorium także i razem miały wracać samochodem syna.
Długo marudziła, ze zakupy wyjazdowe musi poczynić, bo w sanatorium tego i owego potrzebować będzie.
Już w pociągu pani Wanda stłukła termos z herbatą, a że miała go w torebce, pod ręką, zalała wszystko, co w niej było, także pieniądze na wyjazd ( bo przecież bankomaty to jej zmora ). Pokój trafiła z zacną panią Eugenią, która ciągle i głośno słuchała Radia Maryja, a gdy uprosiła zamianę pokoju, okazało się, że kolejna sublokatorka strasznie chrapie. Na wyżywienie pani Wanda nie narzekała zbytnio, bo wymagająca nie była, chociaż godziny posiłków nie bardzo jej odpowiadały.


Wymęczona bieganiem na zabiegi doczekała wreszcie pani Wanda terminu wyjazdu i niecierpliwie oczekiwała na przyjazd syna, z którym razem mieli jechać po synową do pobliskiej miejscowości.
Pech chciał, że w drodze po matkę syn miał wypadek, o czym telefonicznie ją powiadomił. Nic mu się nie stało, ale auto nie nadawało się do dalszej jazdy. Pani Wanda usiadła z wrażenia i wykrzyknęła: a mówiłam, że najlepiej siedzieć w domu. Nie dość, że zmartwił ja wypadek syna, to jeszcze musiała zorganizować sobie podróż powrotną do domu. Jakaś dobra dusza pomogła zakupić bilety na pociąg, pani z recepcji w dzień wyjazdu przywołała taksówkę.
Szczęśliwie wsadzona do wagonu umościła się pani Wanda na swoim miejscu, nic już nie mogło zakłócić jej podróży, termos wyrzuciła, kanapki nie wybuchają, bagaż miała na oku. Nie mogła jednak przypuszczać, że na tory , po których jechał skład osobowy do miejsca urodzenia pani Wandy, jakis młodzieniec rzuci sie w akcie desperacji i wstrzyma podróż pasażerów na 3 godziny.
Jak łatwo się domyślać, wszystkie okoliczności podróży do sanatorium i z powrotem utwierdziły naszą bohaterkę w tym, aby nigdy więcej nie ruszać się z domu...

poniedziałek, 30 maja 2016

Jej wybór...


Znam JĄ od zawsze, ale właściwie nie poznałam dobrze. Jest starsza ode mnie na tyle, że nigdy nie byłyśmy blisko i widujemy się rzadko.
Żyjemy w dwóch różnych światach, inne mamy zainteresowania i potrzeby, inny model rodziny. Gdy ja byłam jeszcze studentką ONA miała już dwoje dzieci, przerwała pracę zawodową, by wychować córeczki, a gdy przyszedł czas powrotu do pracy zaszła w trzecia ciążę.
Skończyła zawodówkę, po szkole pracowała krótko, bo wcześnie wyszła za mąż i pojawiły się dzieci. Odwiedzałam JĄ rzadko, bo nie bardzo miałyśmy o czym o rozmawiać, chociaż jesteśmy kuzynkami. Jakieś zdawkowe informacje o rodzinie, kto umarł, kto się ożenił, kto się przeprowadził. Zawsze w trakcie rozmowy właściwie nigdy nie usiadła, zrobiła kawę, ale tylko dla mnie, a sama , jakby ze ścierką przyrośniętą do dłoni, z uporem maniaczki wycierała blaty, przestawiała, domykała szafki (siadałam chętnie w kuchni, tak jak u jej mamy, to było serce domu)
Mówię kiedyś:
- Usiądź wreszcie choć na chwilę, bo mnie denerwuje to twoje latanie od zlewu do okna i z powrotem.
- Nie siadam, gary do mycia, budyń muszę nastawić, bo dziewczyny ze szkoły wrócą, a w wannie skarpety do prania czekają (obie młodsze córki trenowały sport, starsza studiowała medycynę)
- Budyniu nie musisz robić, a skarpety już mogą prać same albo do pralki wrzuć!
- Pralka białych nie dopierze… a jeszcze placek muszę zrobić, bo najstarsza imieniny ma, to siostry jej zawiozą , tak dużo się uczy…


Gdy zdarzało się, że siadłyśmy w pokoju, to zasypiała ze zmęczenia w fotelu. Takie było JEJ życie. Jedyne wyjścia towarzyskie to uroczystości rodzinne i msza w niedzielę, jedyne wyjazdy to zamiejscowe pogrzeby w bliskiej okolicy i raz czy dwa do córki na studia.
Jej mąż miał działkę, z której przywoził owoce i warzywa, które ONA z kolei przetwarzała w strasznych ilościach, na słoiki, butelki i weka wykupili nawet dwie piwnice.
Nigdy nie widziałam, żeby coś czytała, oglądała, co najwyżej cerowała...
Gdy córki były już duże wróciła na chwilę do pracy, bo mąż zaczął chorować i musiała pomóc podreperować domowy budżet. W pewnym okresie pojawiła się szansa odejścia na rentę, bo nogi i kręgosłup bardzo JEJ dokuczały, ale jakoś o leczeniu nie pomyślała, chociaż córka skończyła już medycynę i robiła specjalizację.
Skorzystała z przejścia na rentę, ale te wkrótce cofnięto, a na jej miejsce w pracy przyjęto kogoś innego. Do emerytury było daleko, więc musiała wrócić do pracy. Po wielu staraniach coś tam znalazła, ale za małe pieniądze i zajęcie obciążające dla jej chorób.
Córki wykształciły się, rozjechały po świecie, jedna po nieudanym związku wróciła do rodziców z wnukiem, którym ONA oczywiście sie opiekowała, bo mama dziecka uzupełniała kwalifikacje...
Ilekroć spotkałyśmy się w sklepie czy na ulicy potrafiła tylko narzekać na zmęczenie, swoje dolegliwości, z czasem doszedł temat wnuka.
Niedawno spotkałam JĄ na ulicy, pochwaliła się, że bluzkę od córki dostała i że mąż z córką i wnukami pojechali na wycieczkę.
- A ty? – spytałam
- A ja przy garach…
- Czemu nie pojechałaś, obiad mogliście zjeść po drodze…
- E.. . ja tam łazić nie lubię, a oni będą zwiedzać, trochę odpocznę od hałasu…
Smutno mi się zrobiło i tak się zastanawiam, czy do takich wyborów zmusiło JĄ życie, czy za wcześnie te wszystkie obowiązki na nią spadły i nie starczyło sił na nic innego, czy po prostu nie ma wielkich wymagań wobec świata i ludzi w ogóle…