Wyjazdy urlopowe wiążą się nie tylko z poznawaniem nowych miejsc i smaków regionalnych, ale z tym co cenię najbardziej czyli z poznawaniem ludzi i ich historii oraz z tym, co nie zawsze nas cieszy czyli nieprzewidzianymi przygodami w podróży.
Czekaliśmy kiedyś na przystanku autobusowym w pobliżu naszego hotelu, aby dostać się do Decina.Autobusem, bo na miejscu chciał wypić piwo "toczene", bo najsmaczniejsze. Upał był straszny, nawet gadać się nam nie chciało, więc czekaliśmy milcząc.Na przystanek przyszedł mężczyzna niewysoki, drobnej budowy, ale widać było, że praca fizyczna nie jest mu obca.Gdy wsiadaliśmy i trzeba było zagadać do kierowcy, żeby kupić bilet mężczyzna zapytał czy jesteśmy z Polski? Usiadł blisko nas i cała drogę rozmawialiśmy.
Okazało się, ze od 30 lat mieszka w Czechach, pracuje jako budowlaniec i czasami zapomina, jak wyrazić to, co chce powiedzieć po polsku, bo rzadko ma możliwość porozmawiania z Polakami. Zapytany kiedy był w kraju i czy ma rodzinę odpowiedział, ze nie był w Polsce od bardzo dawna, chociaż pod Częstochowa ma siostrę i brata. Czemu ich nie odwiedza? Bo latem w budownictwie jest najwięcej roboty i nie dostanie urlopu, a zimą gdy zastój, brakuje na bilet do Polski.Zastanowiło mnie to, bo przecież wyjechał z kraju chyba po to, żeby poprawić sobie byt, a wyszło na to samo...
Nie zdążyłam jednak go o to zapytać, bo wysiadł wcześniej . Uścisnął nam ręce ze słowami: cieszę się, że państwa poznałem!
Druga historia zmroziła nam krew w żyłach.Wybierając się w góry zostawiliśmy samochód na parkingu w miejscu podobnym, jak na zdjęciu, tyle, że bez barierek.Po powrocie ze szlaku wróciliśmy do auta i mąż poprosił, żebym patrzyła na drogę, bo widoczność była kiepska, a musiał cofnąć auto.Do dziś nie wiemy jak to się stało, ale samochód zamiast cofać staczał się w dół i po drugiej próbie zatrzymał się na skraju nabrzeża.Serce zamarło mi w klatce, w ustach sucho, a w głowie pytanie: i co teraz?
Obok w samochodzie spał jakiś Czech, wysiadł, pomógł mężowi zablokować koła i przepchnąć auto do tyłu. Ja też pchałam, nie wiem czy to moje pchanie coś pomogło, ale wierzcie mi, że w takich chwilach wstępują w człowieka nadludzkie siły... Gdy szczęśliwie uchroniliśmy nasz samochód przed wpadnięciem do strumienia ze sporej wysokości uściskaliśmy Czecha serdecznie!
A swoją drogą, kto to widział sytuować w takich miejscach parking?
Trzeci element naszego podróżowania bardzo mnie oburzył.Po przekroczeniu na powrót granicy Polski i skierowaniu się w stronę Śląska zauważyłam przy drogach podwójne tablice z nazwami miejscowości, po polsku i po niemiecku. Takie jak na zdjęciu powyżej lub np. Mochów/ Mochau. Mało tego, na jednej z większych tablic widniał napis typu: nazwa gminy, a pod spodem wielkimi literami HERZLICH WILLKOMMEN. Myślę sobie: no bez przesady, czy ja jestem w Polsce czy w strefie niemieckiej? Jakoś nie widziałam podobnych zabiegów za naszymi granicami. Gościnność gościnnością, ale bez przesady. Rozumiem podwójne nazwy w sklepach strefy przygranicznej, gdzie tubylcy obu krajów chodzą na zakupy, ale na Śląsku? W necie znalazłam informację na temat zniszczonych tablic w języku niemieckim i jakoś nikt z komentujących nie widział nic dziwnego w tych podwójnych tablicach, a jedynie podkreślano skandaliczny postępek, świadczący o nietolerancji sprawców... czy tylko ja jestem zdziwiona? Pewnie, ze nie pochwalam wandalizmu, ale chyba wiecie, o co mi chodzi?
Na osłodę wcześniejszych, niezbyt słodkich rozważań pamiątkowe zdjęcie z czeskiej piwiarni, gdzie kufel piwa w upalny dzień smakował jak nigdy, piana jak śmietana i świat stawał się piękniejszy...
Nie jestem smakoszką piwa, ale to piwo, w takim kuflu smakowało naprawdę wybornie!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 lipca 2016
czwartek, 14 lipca 2016
Miasto niespodzianek
Szukając miejsca na nocleg w Czechach kierowaliśmy się 3 kryteriami:ma być blisko szlaków, ma być niedrogo i nie trzeba posiadać karty kredytowej, bo nie mamy.Padło na Decin, a właściwie jego przedmieście, ale kryteria zostały spełnione. Przyznam, że czytaliśmy o czeskiej Szwajcarii co nieco, nie przyglądając się za bardzo miastu Decin, na mapie wyglądało na dość duże, więc pierwsza myśl: z miasta do miasta? Dobrze, że choć szlaki blisko!
Nawet nie przypuszczaliśmy, że samo miasto sprawi nam taką miłą niespodziankę, bo można się zdziwić, zwiedzając je i wędrując licznymi szlakami miejskimi.Położone wśród gór, fascynuje widokami. Gdy po raz pierwszy przeszliśmy trasę 6 km z hotelu do centrum nie mogliśmy nasycić oczu widokami i trasa minęła migiem...
Położone nad Łabą, rozległe, z wieloma pięknymi miejscami, które niekiedy widujemy tylko na szlakach górskich, jest jednocześnie spokojne, z małym ruchem samochodowym, jakby senne, a jedynymi wędrowcami wydają się turyści. Połączenia autobusowe bardzo dobre, kierowcy uczynni, w autobusach brak tłoku.
W mieście zwracają uwagę fontanny i pomniki, tutaj akurat zainteresował nas pomnik M.Tirsa, założyciela szkoły rozwoju fizycznego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół i chociaż w Decinie spędził mało czasu, doczekał się pomnika.
Po Łabie pływają statki, łodzie motorowe i pontony, rzeka toczy swe wody leniwie. Poświęcając cały dzień i mnóstwo kasy można wykupić rejs aż do Saksońskiej Szwajcarii, z obiadem na statku i zwiedzaniem miast po drodze.
W środku miasta w drodze do ZOO widzimy przed sobą taką oto skałę, a na niej przecudnej urody budynek i zastanawiamy się co tez to za obiekt i czy uda się do niego dotrzeć?
Okazało się, że jest to Pastyrska stena, na którą można wspiąć się w sposób profesjonalny z odpowiednim wyposażeniem sprzętowym.Jak się domyślacie wolałam wejść na górę w tradycyjny sposób czyli na nogach szlakiem turystycznym.
Doszliśmy do zameczku z wieżą, a tam niespodzianka - kawiarnia z widokiem na całe miasto, ceny przyzwoite, pyszne zimne piwo i lody, domowe ciasta i pizza dla głodnych.
Z punktu widokowego doskonale widoczny Zamek Decin, ale o nim będzie osobno przy okazji innych czeskich zamków. Jest ich w Czechach tyle, że gdyby zatrzymywać się we wszystkich, nigdy nie dotarlibyśmy do celu.
Dobrnęliśmy w końcu do ogrodu zoologicznego, który rozmiarami i charakterem przypomina ZOO w Płocku, wiele elementów przeznaczonych dla dzieci i co mi się spodobało, to grafik karmienia zwierząt, a każde karmienie połączone z pogadanką w wykonaniu opiekuna. My akurat trafiliśmy na niedźwiedzie, które na obiad dostały całe wiadro ryb i rozprawiły się z nimi w parę minut. To, czego nie spotkałam w innych ogrodach to ptaszarnia, w której ptaki fruwają wolno, ocierają się o nasze włosy w locie lub spacerują miedzy stopami i trzeba bardzo uważać, żeby nie nadepnąć. Można tez na wysokości wzroku podejrzeć jak małe zeberki wiją gniazdo.
Sporo jest na Łabie mostów, z jednego punktu widokowego naliczyłam ich pięć, a podejrzewam, że jest o wiele więcej, niektóre pięknie przystrojone kwiatami.
Na koniec tej relacji widok z naszego hotelowego okna wieczorną porą, nasz pokój miał okno dachowe i sporo czasu stałam w tym oknie o różnych porach dnia, aby nacieszyć oczy....
Nawet nie przypuszczaliśmy, że samo miasto sprawi nam taką miłą niespodziankę, bo można się zdziwić, zwiedzając je i wędrując licznymi szlakami miejskimi.Położone wśród gór, fascynuje widokami. Gdy po raz pierwszy przeszliśmy trasę 6 km z hotelu do centrum nie mogliśmy nasycić oczu widokami i trasa minęła migiem...
Położone nad Łabą, rozległe, z wieloma pięknymi miejscami, które niekiedy widujemy tylko na szlakach górskich, jest jednocześnie spokojne, z małym ruchem samochodowym, jakby senne, a jedynymi wędrowcami wydają się turyści. Połączenia autobusowe bardzo dobre, kierowcy uczynni, w autobusach brak tłoku.
W mieście zwracają uwagę fontanny i pomniki, tutaj akurat zainteresował nas pomnik M.Tirsa, założyciela szkoły rozwoju fizycznego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół i chociaż w Decinie spędził mało czasu, doczekał się pomnika.
Po Łabie pływają statki, łodzie motorowe i pontony, rzeka toczy swe wody leniwie. Poświęcając cały dzień i mnóstwo kasy można wykupić rejs aż do Saksońskiej Szwajcarii, z obiadem na statku i zwiedzaniem miast po drodze.
W środku miasta w drodze do ZOO widzimy przed sobą taką oto skałę, a na niej przecudnej urody budynek i zastanawiamy się co tez to za obiekt i czy uda się do niego dotrzeć?
Okazało się, że jest to Pastyrska stena, na którą można wspiąć się w sposób profesjonalny z odpowiednim wyposażeniem sprzętowym.Jak się domyślacie wolałam wejść na górę w tradycyjny sposób czyli na nogach szlakiem turystycznym.
Doszliśmy do zameczku z wieżą, a tam niespodzianka - kawiarnia z widokiem na całe miasto, ceny przyzwoite, pyszne zimne piwo i lody, domowe ciasta i pizza dla głodnych.
Z punktu widokowego doskonale widoczny Zamek Decin, ale o nim będzie osobno przy okazji innych czeskich zamków. Jest ich w Czechach tyle, że gdyby zatrzymywać się we wszystkich, nigdy nie dotarlibyśmy do celu.
Dobrnęliśmy w końcu do ogrodu zoologicznego, który rozmiarami i charakterem przypomina ZOO w Płocku, wiele elementów przeznaczonych dla dzieci i co mi się spodobało, to grafik karmienia zwierząt, a każde karmienie połączone z pogadanką w wykonaniu opiekuna. My akurat trafiliśmy na niedźwiedzie, które na obiad dostały całe wiadro ryb i rozprawiły się z nimi w parę minut. To, czego nie spotkałam w innych ogrodach to ptaszarnia, w której ptaki fruwają wolno, ocierają się o nasze włosy w locie lub spacerują miedzy stopami i trzeba bardzo uważać, żeby nie nadepnąć. Można tez na wysokości wzroku podejrzeć jak małe zeberki wiją gniazdo.
Sporo jest na Łabie mostów, z jednego punktu widokowego naliczyłam ich pięć, a podejrzewam, że jest o wiele więcej, niektóre pięknie przystrojone kwiatami.
Na koniec tej relacji widok z naszego hotelowego okna wieczorną porą, nasz pokój miał okno dachowe i sporo czasu stałam w tym oknie o różnych porach dnia, aby nacieszyć oczy....
Subskrybuj:
Posty (Atom)

