Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzice. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lutego 2024

Będzie pan ojcem...

 

Jeden z odcinków oglądanego serialu, przypomniał mi autentyczne zdarzenie z mojego otoczenia.

Pan G. i pani J. poznali się na jakimś wiejskim festynie i chociaż on z miasta, to zawsze marzył o pracy na wsi. Pobrali się i ostro wzięli do pracy, zmieniając podupadające gospodarstwo rodziców pani J. w fermę indyków.

Do szczęścia brakowało im tylko dziecka. Pani J. była kobietą sporych rozmiarów, prawdopodobnie przez problemy hormonalne, a i jelita dokuczały jej od dawna. Badania wykazały, że państwo młodzi, ale już coraz starsi, dzieci mieć nie będą, niestety. O in vitro nikt wtedy nie słyszał, o adopcji czy rodzinie zastępczej nie myśleli. Na wsi nikt  nie miał czasu na procedury, próby, wizytacje...

Lata mijały, ferma rozwijała się, nawet rodzina już nie męczyła pytaniami o potomstwo. Gdyby nie problemy jelitowe i hormonalne pani J. żyliby jak w raju. Ciągłe nawroty choroby i wizyty u lekarzy stawały się męczące i coraz droższe.

Od pewnego czasu panią J. zaczął niepokoić twardy brzuch , bulgotanie w jelitach i zmienność nastrojów. Pomyślała najpierw, że to rak, ale przecież badała się regularnie, a nawet jelita jakby się uspokoiły. Może to była cisza przed burzą? 
Chodziła jak struta, apetyt szlag trafił, wszystko ją denerwowało. W końcu mąż zdecydował, że pojadą do najlepszego specjalisty, bo lepiej znać diagnozę, niż żyć w strachu.

Gabinet lekarski był świetnie wyposażony, badanie USG na miejscu, lekarz utytułowany.
Mąż został w poczekalni, bo krępowały go takie sytuacje, w końcu każdy potrzebuje odrobiny intymności.

Po długim badaniu pan G, został poproszony do gabinetu, wchodził na miękkich kolanach, ale trzymał fason, by mężnie znieść diagnozę.
- panie G. , mam dobrą wiadomość, która wprawi w osłupienie nie tylko pana, za trzy miesiące zostanie pan ojcem, gratuluję!
- ale jak to, przecież żona, my  - nie możemy mieć dzieci!
- jak widać nawet w medycynie zdarzają się pomyłki lub raczej cuda!

Pan G. prawie zemdlał, usiadł powoli, musiał przetrawić usłyszane słowa, spojrzał na żonę, której łzy leciały po policzkach i zdołała powiedzieć tylko:
- to będzie syn!

Matko jedyna, nie dość, że dziecko, to jeszcze syn! spadkobierca i G. junior! czy można znieść na raz tyle szczęścia? Ręce mu się trzęsły, myśli kołowały jak szalone helikoptery... muszą iść po badaniu na jakiś obiad, by uspokoić emocje. Nawet napić się nie mógł, bo autem trzeba wrócić do domu.

Po urodzeniu wspaniałego syna, pani J. dwukrotnie jeszcze była w ciąży, ale to pierwszy syn był ulubieńcem całej rodziny, a energii miał tyle, co mały reaktor :-)!  

Aneks:
Oglądałam kiedyś dokument o kobietach, które do dnia porodu nie wiedziały, że są w ciąży i sam poród zaskakiwał je w rozmaitych sytuacjach i miejscach. Gdybym nie znała wcześniej historii opisanej powyżej, nie uwierzyłabym, że to możliwe...

czwartek, 12 maja 2022

Z dziećmi czy bez?

 

Nie wszyscy muszą i nie wszyscy chcą mieć dzieci.

Ci, którzy nie mogą poświęcają nieraz wiele, by stać się rodzicami naturalnymi lub zastępczymi. 
Wielu młodych tak ustawia priorytety, by najpierw poznać świat i zdobyć stabilizację, a dopiero w dalszej kolejności zostać rodzicami.
Inna sprawa, że czasami życie daje nam po nosie i nie współpracuje w realizacji priorytetów tak, jak byśmy sobie życzyli.

Sama późno zostałam matką, późno urodził się mój wnuk, ale nie był to wynik kalkulacji, tylko wielu obiektywnych i subiektywnych czynników. I wierzcie mi, nie ma nic gorszego, niż ciągłe dopytywanie bliskich i znajomych - a kiedy dziecko?

Rozmawiałam niedawno z koleżanką, która ma także dorosłe dzieci i gdzieś tam w duchu chciałaby zostać babcią. Córka w szczerej rozmowie przy lampce wina zapytała ją - załóżmy, że zdecyduję się na dziecko, bo to już ostatni dzwonek, to jakie korzyści będę z tego mieć? Co zmieni dziecko w moim życiu na lepsze? czuję się spełniona, niczego mi nie brakuje, jest mi dobrze w tym momencie życia. Po co to zmieniać?

Czy zadaliście sobie kiedyś pytanie - po co ludzie mają dzieci? 
Odpowiedź pozornie prosta. Pierwsze skojarzenia są oczywiste dla tych, którzy dzieci już posiadają.
Ale gdybyście mieli odpowiedzieć na pytania tej młodej kobiety?


piątek, 23 października 2020

Wspaniała córka...

Piękna i elegancka, miłośniczka biżuterii, perfum i malarstwa.
Skończyła studia, rodzice pilnowali by niczego jej nie zabrakło, choć czasy były trudne.
Gdy wyszła za mąż i urodziła dziecko rodzina z zagranicy słała paczki, by jej i dziecku lepiej się żyło.
Ojciec pięknej córki poruszył niebo i ziemię, by młodym przyznano mieszkanie spółdzielcze.
Spłacał kredyt dla młodych małżeństw, wszak młody zięć kończył jeszcze studia, po których musiał odsłużyć wojsko.

Odchowawszy dziecko do wieku żłobkowego piękna i elegancka kobieta wróciła do pracy, przekazując mężowi wszelkie obowiązki.
Stwierdzając, że spełniła obowiązek wobec rodziny i ojczyzny, zajęła się robieniem kariery.
Tu także pomocni okazali się rodzice, a nawet teściowie, dofinansowując to i owo, opiekując się wnuczką, dumni z osiągnięć córki i synowej.
A zięć? Cóż, był tylko zwykłym nauczycielem, spełniał się więc jako ojciec, bo nie wolno mu było mieć żadnego hobby, z tego nie ma kasy i znajomości..

Akcje męża i zięcia nieco wzrosły gdy został dyrektorem szkoły, ale obowiązki domowe nadal należały głównie do niego, co nie sprzyja robieniu kariery zawodowej.
Za to kariera pięknej i eleganckiej żony rozwijała się prężnie, a że związana była z odpowiednimi znajomościami, wypadało  kupić dom, by odpowiednich gości odpowiednio przyjmować.
Obowiązków mężowi przybyło, dom wymagał remontu, dziecko uwagi, nie dziwiło więc, że funkcji dyrektora nie podołał, a na zatrudnienie pomocy w pracach domowych żal było żonie kasy.
Stracił stanowisko, stracił notowania u żony, czas był na rozwód, bo w pewnych kręgach nie wypada być żoną zwykłego belfra.

Zanim ktokolwiek się zorientował, rozwód już był w toku.
Dobrze, że matka pięknej bohaterki nie doczekała, bo bardzo lubiła zięcia i doceniała.
Odpowiednie znajomości sprawiły, że po rozwodzie mąż pięknej i eleganckiej pani został goły, choć nie wesoły, nawet córkę nastawiono przeciw ojcu, bo przecież to taki nieudacznik, że lepiej trzymać stronę matki.

Piękna i elegancka właścicielka domu poznała równie eleganckiego przybysza z innego kraju i wkrótce wyjechała, polepszając swój byt, porzucając pracę i odkreślając grubą krechą dotychczasowe życie.
W korespondencji ze znajomymi z Polski  napisała, że nie zostawia w kraju niczego i nikogo, a wszystko co osiągnęła, zawdzięcza wyłącznie sobie!


czwartek, 28 marca 2019

Rozmowy...

Wiele teraz mówi się o protestach nauczycieli.
Nie będę jednak o tym pisać, bo ów protest dzieli nie tylko samych nauczycieli, ale nawet ci, którzy ze szkołą od dziesięcioleci nie mieli do czynienia bywają dziś znawcami w temacie.

Przytoczę natomiast treść rozmów , jakie toczą się często w szkołach, a ich tematem są oczywiście dzieci. Sytuacje te wywarły na mnie wielkie wrażenie i dają obraz problemów, z jakimi boryka się współczesna szkoła.
Nie zamierzam także ich komentować, abyście sami wyrobili sobie zdanie o tym, co przeczytacie.

Rozmowa pierwsza
Nauczyciel odebrał uczniowi 5 klasy zabawki/gadżety, które ten przynosił do szkoły i bawił się nimi na lekcjach, przeszkadzając także innym uczniom. Oprócz tego dziecko często opuszczało zajęcia szkolne, a kontakt z rodzicami nie należał do częstych, raczej unikali szkoły.
Gdy po wielu wezwaniach i prośbach o kontakt z wychowawcą matka dziecka pojawiła się w szkole, wychowawczyni oddała gadżety matce i poprosiła o dopilnowanie obowiązku szkolnego dziecka.
Usłyszała na to taki oto wywód:
- Nie wiem o co ten hałas, ja szkoły nie lubiłam i syna też nie zmuszam, nie chce, to nie idzie. Czas najwyższy oczyścić szkoły z komunistycznych nauczycieli, gdy sie wszystkich komunistów z oświaty wywali, to może będzie lepiej...

Rozmowa druga
Dwie koleżanki pisały do siebie na FB i tak się korespondencja rozwinęła, że jedna drugiej naubliżały do woli. Nie byłoby skandalu, gdyby nie to, że do kłótni nastolatek wtrąciły się matka jednej i babcia drugiej.
Panie nie tylko odniosły się do siebie, ale naubliżały także dziewczynkom.
Matka bardziej wrażliwej uczennicy wraz z mężem przyszła do szkoły na rozmowę z wychowawcą.
Nauczycielka po wysłuchaniu pretensji:
- Proszę państwa, ja nie mam konta na FB i nie mam pojęcia o sprawie ani możliwości zapoznania się z wyczynami państwa córki i jej koleżanki. Jeśli jesteście państwo oburzeni sytuacją, zabrońcie dziecku korzystać z FB lub ograniczcie kontakty córki z niektórymi osobami.
- Ale jak to, mamy ją odseparować od rówieśników?
- Nie, tylko od portali społecznościowych, ma na to jeszcze czas...ma dopiero 12 lat!
- Nie możemy jej tego zrobić...
- To czego państwo oczekujecie od szkoły?

Rozmowa trzecia
Uczeń oddaje do biblioteki bardzo zniszczoną książkę. Po podjęciu decyzji, że jednak powinien ją odkupić, bo taki mamy regulamin i książka nie nadaje się do dalszego wypożyczania, idę do klasy, by przekazać dziecku tę informację.
Następnego dnia przychodzą rodzice chłopca z pretensjami, że zrobiłam mu awanturę przy całej klasie, a w ogóle, to on tej książki nie zniszczył.
- Proszę państwa, żadnej awantury nie było, o czym koledzy syna i wychowawca zaświadczą, poza tym, nie dostałby tak zniszczonej książki ode mnie. Regulamin jest dla wszystkich taki sam.
- My wierzymy synowi, a nie pani i on nigdy więcej tu nie wypożyczy żadnej książki!
- Jak państwo uważają, książkę zatem odkupię sama... i nie ma powodu na na mnie krzyczeć...
Rodzice po czasie cofnęli synowi zakaz wypożyczania, bo bardzo mu zależało, by z kolegami z klasy przychodzić do biblioteki szkolnej.

poniedziałek, 24 września 2018

Odwrócone role...

Opiekowali się nami, wyprowadzili na ludzi, teraz sami potrzebują opieki, a często realnej i konkretnej pomocy.
Nasi rodzice.
Bywa, że przejmujemy całkowicie rolę przypisywaną kiedyś rodzicom - prowadzimy do lekarza, pilnujemy przyjmowania leków, przywozimy obiad, robimy zakupy, wynajmujemy panią do sprzątania.
Możliwości jest wiele, w zależności od zasobności portfela, raczej naszego, chyba że rodzic ma godną emeryturę, ale to raczej rzadkość.
Pół biedy, jeśli rodzic współpracuje lub nie wymaga opieki całodobowej, bo wówczas NASZE życie biegnie swoim torem. Jeżeli jednak pojawiają się problemy z demencją lub przewlekła choroba przykuje bliską nam osobę do łóżka, a nie stać nas na zatrudnienie kogoś do czasowej opieki, wtedy musimy przebudować nasze życie pod kątem opieki nad rodzicem.
Kogo stać bowiem na Dom Opieki, gdzie pobyt kosztuje miesięcznie od 3 tysięcy wzwyż?

Nawet posiadanie rodzeństwa nie gwarantuje , że brat czy siostra odciążą nas w sprawowaniu opieki choćby na czas naszego wyjazdu do sanatorium.
Bywa nawet, że spośród kilkorga rodzeństwa tylko jedno z dzieci poczuwa sie do pomocy, reszta cierpliwie czeka na spadek, odwiedzając chorego rodzica raz na jakiś czas i jeszcze spodziewając się ugoszczenia...wszak przyszli z wizytą.

Wszyscy starzy ludzie, których znam, a jeszcze trzeźwo myślą powtarzają, że nie chcieliby dożyć momentu całkowitej zależności od dzieci i że starość się panu Bogu nie udała.

Nie jestem jeszcze zgrzybiałą staruszką i zdrowie jakoś nie najgorsze, ale kto wie, co szykuje mi los i chyba nie chciałabym , aby mój syn musiał mi zmieniać pampersy...

Jakoś ten jesienny klimat nastroił mnie na refleksje o jesieni życia... no i wpis Szarabajki na blogu Wrzosy, polecam blog i notkę :-)

środa, 9 maja 2018

O mały włos...

Wracałam z pracy, wybrałam inną drogę z przejściem bez świateł, bo nie lubię czekać długo na zielone...

Zbliżyłam się do przejścia dla pieszych i widzę, że z przeciwnej strony idzie matka z trójką dzieci, w tym z jedną pociechą w wózku.
Dziewczynka grzecznie idzie obok wózka, chłopiec, na oko 4 lata biega wokół wózka i siostry, nie słucha nawoływań mamy.

Gdy ja pokonałam pasy cała czwórka zbliżyła się do przejścia, z prawej strony nadjeżdżał autobus.
Zatrzymałam ręką chłopca, by nie wybiegł na jezdnię, w tym czasie kobieta powoli zbliżyła się do krawężnika, podziękowała za zatrzymanie dziecka.

Zrobiłam kilka kroków i nagle słyszę krzyk. Oglądam się i wmurowało mnie w chodnik. Chłopczyk wszedł na jezdnię, uniósł do góry rączkę i zatrzymywał autobus komunikacji miejskiej! Myślę, że na szczęście kierowca widział sytuację wcześniej i przewidział, co może się stać, bo udało mu się zatrzymać wielki pojazd tuż przed pasami.
Nawet nie wyobrażam sobie, co by było, gdyby nie udało się zahamować tak ciężkiego autokaru.
Był już w naszym mieście taki wypadek, gdy zginęła nastolatka, bo myślała, że zdąży przebiec przed autobusem, a kierowca długo leczył się psychiatrycznie, bo nie zdołał w porę wyhamować auta. Nastolatka biegła z bratem, on zdążył, dziewczyna nie.

Całą drogę do domu wyrzucałam sobie, że nie przytrzymałam tego chłopca dłużej...

sobota, 13 stycznia 2018

I co Wy na to?

Czasami słyszymy o problemach rodziców z własnymi dziećmi, bardzo im wtedy współczuję, bo mnie jakoś ominęły: bunt nastolatków, dredy, glany, wracanie nad ranem z imprez, podbieranie pieniędzy, powtarzanie klasy.

Z drugiej strony – nasze dzieci , nasza zasługa lub porażka. Zdarza mi się być świadkiem różnych sytuacji lub słyszeć rozmaite historie, które nasuwają pytanie – w którym momencie rodzice z opowieści popełnili błąd?
Mama upartego 3-latka opowiada znajomej, że dziecko nie zrobi siusiu na nocnik inaczej, jak w towarzystwie tabletu lub nie zaśnie prędzej, aż nie obejrzy kilku bajek w łóżeczku, nawet z pieniędzy uzbieranych na imprezie rodzinnej z okazji roczku kupili mu telewizor do dziecięcego pokoju.
Idąc do pracy obserwuję mamy czekające przed szkołą z niemowlakami w wózkach lub na rękach. Jeśli myślicie, że dzieci bawią się grzechotka lub pieluchą, to mylicie się, raczej smart fonem. Podobnie było w poczekalni szpitalnej przychodni – chcesz mieć spokój, daj dziecku smart fon, byle wyłączyło dźwięk w komórce…
Ilość wulgaryzmów, które zdarza mi się słyszeć z ust niektórych rodziców przed szkołą też mrozi krew, a dzieci słuchają …
Kiedyś byłam świadkiem jak na przerwie mama podeszła na boisko, by przywołać syna i „doładować” zapas chipsów i batoników, bo nie ma u nas sklepiku…
Jedna z mam poskarżyła się wychowawcy, że syn nie chce chodzić do szkoły, bo przestała mu dawać pieniądze na zakupy w Biedronce, woli dawać mu zdrowe kanapki i napoje, ale napotkała bunt 12-latka , bo śniadanie z domu to obciach…
Pijąc kawę w Mc Donaldzie zostałam zaczepiona przez kobietę, która chyba chciała pożalić się, że jej dziecko, jedząc dania z tej restauracji nabawiło się alergii pokarmowej. Zapytałam, kto mu kupował te dania, a poza tym jedzenie w Mc Donaldzie nie jest obowiązkowe, każdy rodzic ma wybór…
Wielu rodziców nie zdaje sobie sprawy, co ich dzieci robią w Internecie, jakie oglądają filmy, dokąd chodzą po szkole i na co wydają kieszonkowe. Co można odpowiedzieć matce, która nie radzi sobie już z 7-latkiem, a ojciec pracuje za granicą lub rodzicom, którzy uważają, że poczynaniami ich dzieci na FB powinna zajmować się szkoła, bo oni maja dość na głowie…
Nie napisałam jeszcze o okradaniu własnych rodziców czy dziadków, wagarowaniu, cięciu się żyletkami, fałszowaniu podpisów czy włamywaniu się na konta internetowe…
Trudno jest być rodzicem, nie ma na to szkół, ale chyba zwyczajnie trzeba dorosnąć do tej roli…

środa, 20 września 2017

Niebezpieczne dzieciństwo...

Mówi się, że żyjemy w niebezpiecznych czasach, że dziecka nie można bez komórki z domu wypuścić i w każdej chwili jego życia trzeba je kontrolować.
Taka kontrola to właściwie już od urodzenia trwa, słoiczki sterylnego papu, pampersy, ściśle kontrolowane zabawki, mega higiena, totalna nadopiekuńczość w przedszkolu i w szkole, skutkująca sporym brakiem samodzielności i nadprodukcją rozmaitych fobii.
Na spacerze dziecku nie wolno się ubrudzić, wszystko jest sto razy myte i dezynfekowane, maści na ukąszenia, otarcia, specjalne plastry i miliony szczepionek. Często wolimy, by latorośl spędzała czas przed komputerem czy telewizorem, niż szwendała się po niebezpiecznych ulicach.
Wybieramy, co dziecko ma ubrać, jaka książkę czytać, z kim się bawić...
Na drugim biegunie jest kompletna odwrotność czyli też niezbyt dobrze. Jak znaleźć złoty środek? Zastanawiają się nad tym kolejne pokolenia rodziców, bo popełnienie błędów w tym wypadku może przynieść poważne skutki.
Może wystarczy przypomnieć sobie własne dzieciństwo i dorastanie i zrobić bilans - jakim na pewno nie chciałbym być rodzicem?
Paradoksalnie, wielu z nas czasem naśladuje swoich rodziców w wychowaniu dzieci lub czyni wręcz odwrotnie, jeśli rodzice byli surowi, to my jesteśmy tolerancyjni, wychowujemy bezstresowo.
Zdarza się, że do szkoły zgłaszają się rodzice z komunikatem - nie radzę sobie z moim dzieckiem , nie wiem, gdzie popełniliśmy błąd...
Bywa, że rodzice odpychają problemy sygnalizowane przez nauczycieli i dopiero, gdy w domu dzieje się źle, przychodzą po ratunek do szkoły.
Dlaczego do szkoły? Bo łatwiej, bo jest codzienny kontakt, bo nie czeka się w kolejce do psychologa i nie płaci za poradę...bywa, że matka dziecka ma problem ze sobą, jest w depresji, ale kolejka do psychiatry to co najmniej pół roku. Pomocna natomiast może być rozmowa z wychowawcą czy pedagogiem szkolnym, ale z drugiej strony zdarzają się rodzice, którzy zainteresowanie sytuacją w domu dziecka traktują jako ingerencję w życie rodziny.
Najbardziej jednak zdumiewają rodzice, którzy całą odpowiedzialność za dziecko zrzucają na szkołę i kościół, na świetlice środowiskowe, na dziadków.
Na jakichś warsztatach czy szkoleniu dla pedagogów prowadzący zażartował, że niektórzy rodzice chcieliby , aby można było oddać dziecko do placówki na przykład w wieku 3 lat i odebrać "gotowego" inżyniera...
Tylko, obserwując niektórych rodziców, tak się zastanawiam, czy to był żart czy niedaleka przyszłość?

sobota, 17 czerwca 2017

Fałszywy policjant lub jeszcze raz o wycieczkach szkolnych...

To miał być miły dzień i fajny wyjazd.
Na szkolną wycieczkę wybierały sie dwie klasy, a jedna z opiekunek nauczona doświadczeniem poprosiła o sprawdzenie autokaru przed wyjazdem, by dzieci nie musiały długo czekać na "odprawę".
Kierowca zajechał z małym opóźnieniem, wszyscy wsiedli do pojazdu i powinni pomachać rodzicom i ruszyć. Tymczasem jeden z ojców, odprowadzających dzieci zażądał kontroli autokaru przez policję.
Opiekunka wytłumaczyła grzecznie, ze autokar został już sprawdzony, na co kierowca ma stosowne zaświadczenie. Ojciec jednak ponowił żądanie, bo autokar ma być sprawdzony na oczach rodziców, kierowca ma dmuchać w balonik, a zaświadczenie pewnie jest fałszywe...
Zadzwoniono więc po policjanta z drogówki, który podpisał się na zaświadczeniu. Policjant pojawił się, nie natychmiast, bo drogówka rozmaite ma zadania, ale wytłumaczył rodzicom, kiedy odbyła się kontrola i na czym polegała, a jeśli zaświadczenie jest fałszywe, to może i on fałszywym policjantem jest...
Normalny rodzic spłonąłby rumieńcem i przeprosił, ale ów ojciec upierał się przy swoim i dokonano ponownej kontroli kierowcy i autokaru. Biedny kierowca był tak zdenerwowany, że balonikiem nie mógł trafić do ust, a argumentem za kontrolą było stwierdzenie jednej z matek, że kierowca niewyraźnie mówi.
Jeśli więc seplenicie lub macie problemy z nową protezą, to uwaga, możecie zostać wzięci za nietrzeźwych (taki żarcik).
Wszystko to odbywało się w bardzo nieprzyjemnej atmosferze i dogadywaniu swoich trzech groszy przez innych rodziców, co poskutkowało tym, że dzieci zaczęły w autokarze płakać, a niektóre nawet dzwonić do rodziców, bo były zdezorientowane i przestraszone. Najbardziej płakały bliźniaczki awanturującego się taty.
Kontrola oczywiście nie wykazała nieprawidłowości, a wierzcie mi, że niejedną taką przeszłam i nie jest to miłe, ani krótkotrwałe.
Wspomniany ojciec uspokoił swoje córki, pomachał im na pożegnanie i autokar ruszył.
Wyobraźcie sobie kierowcę i opiekunki w tej sytuacji i domyślcie się, dlaczego tak nie lubię jeździć na szkolne wycieczki, przynajmniej na niektóre.
Obserwując zachowania niektórych rodziców w takich sytuacjach obawiam się, że wycieczki szkolne umrą śmiercią naturalną...

poniedziałek, 13 marca 2017

Matki Polki?

Nie jest to wiosenny, optymistyczny temat, ale tyle ostatnio historii słyszałam, że muszę się niektórymi podzielić.
Tyle razy pojawiało się w mediach oburzenie, że zabiera się dzieci do domów dziecka z powodu biedy w rodzinach. Nie wiem jak jest we wszystkich przypadkach, ale opisane poniżej chyba o tym nie świadczą. Starałam się w miarę obiektywnie opisać cztery historie.
Mam wrażenie, że od pewnego czasu słyszę takich historii coraz więcej, niestety.


Pani D.
Młodo wyszła za mąż, pracowała krótko, do urodzenia pierwszego dziecka. Szybko pojawiły się następne, mąż zachorował, więc wszyscy żyli z renty męża i przy pomocy rodziny. Pani D. nie szukała pracy, miała wszak troje dzieci, mieszkali kątem u rodziców. Gdy wynajęli jakieś mieszkanie i była szansa na usamodzielnienie się ( pani D. znalazła nawet jakąś pracę) ale wytrwała niedługo, bo zaczęła zaglądać do kieliszka.
Rodziną zainteresowała się opieka społeczna, bo między państwem D. dochodziło do awantur. Mąż chory na raka wkrótce zmarł i pani D. wróciła z dziećmi do matki. Szybko znalazła opiekuna, z którym zamieszkała i z którym miała czwarte dziecko.
Po roku jednak znów zamieszkała z matką, nie wiadomo dlaczego. Teraz jest zadowolona, bo wprowadzili zasiłek 500+, a ona złożyła wniosek o przydzielenie mieszkania socjalnego. Przecież jej się należy…

Pani B.
Urodziła trzy dziewczynki, które zostawiła z babcią, gdy starsze bliźniaczki zaczęły chodzić do szkoły. Sama wyjechała do innego miasta za pracą. Oficjalnie opiekowała się starszą panią, nieoficjalnie pracowała w przybytku uciech cielesnych dla bogatych panów. Dzieci tęskniły, bo wpadała do domu rzadko. I tutaj rodziną zainteresowała się opieka społeczna, babcia była bowiem schorowana, w dodatku na wikt i opierunek liczyli także dwaj bezrobotni synowie starszej pani, a ci zaglądali do kieliszka, nie byli więc najlepszym towarzystwem dla trzech małych dziewczynek.
Gdy wprowadzono 500+ mama dziewczynek wróciła do domu, z czego dziewczynki były bardzo zadowolone, ale krótko trwała radość, bo mama coraz częściej nie wracała na noc. Dzieci były zaniedbane, babcię zabrano do szpitala. Gdy pewnego popołudnia matka nie odebrała dzieci ze świetlicy socjoterapeutycznej, policja odwiozła je do domu. Tam jednak dziewczynki nie zostały, bo w domu byli tylko dwaj pijani wujkowie.
Po odnalezieniu matki i wyjaśnieniu spraw rodziny B. dziewczynki trafiły do domu dziecka. Ich matka ma problem – nie będzie miała za co pić.

Pani M.
Dość atrakcyjna blondynka, do 30-ki urodziła dwoje dzieci. O mężu nic nie wiadomo. Razu pewnego, gdy dzieci już poszły do szkoły wdała się w romans z 17- latkiem, a owocem owego romansu było trzecie dziecko. Z czego żyli, nie wiadomo. Samotna matka z dziećmi zapewne może liczyć na pomoc państwa.
Zanim najmłodsze dziecko nauczyło się chodzić zaszła w ciążę z więźniem na przepustce, plotka głosi, że na randki jeździła z wózkiem, gdy starsze dzieci były w szkole. Urodziła piękną dziewczynkę, na brak pieniędzy nie narzeka, dzieci dostają w szkole śniadania i obiady, podręczniki są darmowe, popołudnia dzieciaki spędzają w świetlicy socjoterapeutycznej, a opieka społeczna nie zagląda nikomu do łóżka.

Pani Z.
Ma troje dzieci, każde z innym ojcem, każde ma inne nazwisko. Problemy ze starszym synem zaczęły się jeszcze w podstawówce. Trudno się dziwić, skoro chłopak czekał na schodach nie raz, podczas wizyt u mamy różnych panów. Nad łóżkiem w jej sypialni wisiała piła ręczna z napisem: NIEWAŻNE JAKI, BYLE BY DOBRZE RŻNĄŁ.
Pani Z.nigdy nie pracowała zawodowo, ale potrafiła pieniądze wychodzić, gdzie trzeba, w czasie wizyt pań z opieki wszystko zawsze było cacy. Jak zwykle zaczął gubić ją alkohol, bo panowie, których przyjmowała raczej nie stronili od kieliszka.
Starszego syna dawno spisała na straty, bo wdał się w narkotyki, dzięki córkom otrzymywała różne zasiłki. Gdy wprowadzili 500+ mogła trochę zaszaleć, wszak to niezła suma jest. Niestety, dobrzy sąsiedzi donieśli tu i tam, że pani Z. źle się prowadzi, dziewczynki zabrano do domu dziecka, skończyły się zasiłki. Ciekawe czy starczy jej determinacji, by się ustatkować i odzyskać dzieci...

niedziela, 18 października 2015

Z dziećmi o rzeczach trudnych...

Bardzo trudno nam, dorosłym rozmawia się z dziećmi o sprawach dorosłych. Wielu rodziców woli niektóre tematy traktować jako tabu lub wyręczać się filmem, szkołą itp. A są przecież wspaniałe książki, które w takich rozmowach mogą nam pomóc, dzięki czemu zacieśnimy więzi z naszym dzieckiem, wyjaśnimy mu wiele spraw bez obaw, że ktoś zrobi to inaczej niż byśmy sobie tego życzyli, a przede wszystkim nie możemy ciągle odpowiadać dziecku: dowiesz się jak dorośniesz, później Ci to wytłumaczę. Dlaczego? Bo zabijamy w dzieciach naturalną ciekawość świata i w pewien sposób odtrącamy, zasiewamy wątpliwość, że jeżeli nie może na nas liczyć w naturalnym zaspokajaniu ciekawości, to kiedy?
Pierwszą taka książką jest OPOWIEŚĆ O BŁĘKITNYM PSIE.
Oto cytat wyjaśniający skąd taki tytuł: "Błękitny Pies przychodzi do wielu dzieci i przynosi im opowieść tylko o nich samych. I każde dziecko doskonale wie, że są one tylko dla niego".
Każdy rozdział książki przedstawia inne dziecko, a każde z bohaterów ma inny problem, inne przeżywa rozterki, a dorośli nie zawsze umieją pomóc lub wytłumaczyć.
BASIA - to opowieść o niewidomej dziewczynce, której przykład dowodzi, że można poznawać świat i być niezwykłym, nawet gdy się nie widzi, ale patrzy się inaczej, innymi zmysłami.
STAŚ - chłopiec, który miał problemy z matematyką i czuł się gorszy od innych dzieci, ale dzięki opowieści Błękitnego Psa też poczuł się kimś ważnym, dowiedział się, że można być wielkim nie mając wybitnego umysłu.
TOMEK i mama Tomka - opowieść o chłopcu i jego mamie, która patrzyła na zmagania się dziecka z ciężką chorobą, wreszcie musiała pogodzić sie z Jego odejściem. Ciepła przypowieść także dla rodziców chorych dzieci.
Wreszcie opowieść o dziewczynce, której udało się zrozumieć, ze nikt nie jest winien tego, ze straciła nogę w wypadku i powinna zgodzić się na dopasowanie protezy, zamiast krzyczeć na wszystkich i robić innym przykrości.
Na końcu autorka, która jest psychologiem proponuje czytelnikom napisanie lub narysowanie własnej historii w podobnym klimacie. Jak widać książka jest pięknie ilustrowana i świetnie będzie ja czytać razem z dzieckiem. Gorąco polecam, przeczytałam całą i nie kryję, że wzruszyłam się bardzo...Jeśli zna ktoś Oskara i Panią Różę, to wie, o czym mówię.

Druga książka to opowieść o dziewczynce, która przestała się uśmiechać. Książka do wspólnego czytania z dziećmi, wyjaśniająca czym jest zły dotyk i podpowiadająca rodzicom na jakie sygnały ze strony dzieci zwracać uwagę oraz jak rozmawiać z dzieckiem, aby nakłonić je do opowiedzenia swojej historii. Nie jest to łatwe, gdyż dzieci często biorą na siebie winę dorosłych i boją się kary za to co je spotkało.
Polecam wszystkim książki wydane przez Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, sa to lektury często polecane przez Fundację CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM.
Cdn....