Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą absurdy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 października 2021

W rzeźbę kropidłem...

 

Czytam na lokalnej stronie internetowej, ze  w pewnej szkole, z okazji jubileuszu odsłonięto i poświęcono płaskorzeźbę ku czci patrona szkoły.

Innym razem było to poświęcenie sali multimedialnej do nauki języków obcych, boiska szkolnego, całej szkoły. 
Chodziło oczywiście o państwowe szkoły publiczne, nie społeczne, katolickie czy innych wyznań.

Co roku na św. Krzysztofa proboszcz pobliskiej parafii święci samochody, rowery i motocykle.

Zainteresowałam się , czym w KK są święcenia tego typu, bo trochę dziwne mi się to wydaje. 
Znalazłam dwa uzasadnienia i oba nie przemawiają do mnie wcale, według mnie są co najmniej naciągane...

Na stronach poświęconych święceniu przedmiotów czytam mianowicie, że :

1. każdą rzecz i przedmiot można poświęcić Bogu, a woda święcona ma moc ochrony przed złem, ale działa tylko wówczas, gdy "usługobiorca" wierzy w tę moc i jest należycie religijny.
( trochę z Harrym Potterem mi się to kojarzy i jest wygodne, gdyby się okazało, że auto, mimo święcenia rozbite na amen)
Do poczytania TUTAJ

2. stosuje się błogosławieństwa osób, przedmiotów, także przy użyciu wody święconej i wprawdzie dotyczą głównie kościoła i ołtarza, to dopuszcza się błogosławienie sal szkolnych, boisk , przedmiotów, by uwolnić je spod władzy i wpływu złego ducha, jest to równocześnie  akt uproszenia o opiekę nad osobami przebywającymi w danym miejscu i używających określonych przedmiotów.
Do poczytania TUTAJ

I tak się zastanawiam, co złego może spotkać ucznia w sali języków obcych lub płaskorzeźbę na korytarzu szkolnym? Przypominam, że święceń dokonano w świeckich szkołach publicznych, gdzie uczą się dzieci różnych wyznań i niewierzące, że o pracownikach nie wspomnę.
Co przyjdzie Bogu z poświęcenia mu sklepu , gdzie codziennie sprzedaje się alkohol, papierosy, prezerwatywy, a ludzie na wiele sposobów utrudniają sobie wzajemnie życie?

Z innej nieco beczki.

Zajęta pracami kuchennymi, włączam telewizor i pilot trafia na telewizję TRWAM.
Już mam przełączyć kanał, gdy moją uwagę przykuwa napis NAGRODA IM. PROF.SZYSZKO - 
tak, tego samego, co lasy błyskawicznie i dla naszego dobra wycinał.
Przemawia ojciec dyrektor z Torunia, przemawia kapelan myśliwych. 
Wręczono nagrodę za rok ubiegły - nieodebrana z powodu pandemii. Nie wiem za co.
Wręczono wreszcie nagrodę tegoroczną. otrzymał ją dyrektor jednej ze szkół wraz z uczniami za: przygotowywanie kiełbasek i grochówki dla myśliwych w czasie corocznego Hubertusa oraz za to, że sam pan dyrektor w końcu został myśliwym i jego uczniowie także.
Przytoczyłam dosłownie, nóź niemal wypadł mi z ręki. 
I mam do Was pytanie : czy to ja jestem dziwna czy tu jednak coś jest nie tak?


To zdjęcie świetnie pasuje do stwierdzenia, że alkohol na polowaniach uratował więcej zwierząt, niż aktywiści Greenpeace. 

czwartek, 3 września 2020

W oparach...

Obiecałam kilku osobom, że napiszę o pierwszych wrażeniach po rozpoczęciu pracy w nowym roku szkolnym.

Nie jest tajemnicą, że priorytetem covidowej szkoły jest bezpieczeństwo i zdrowie osób przebywających na terenie placówki, reszta schodzi na plan dalszy.

Niedługo wszyscy będziemy chodzić w oparach płynów dezynfekujących, a sens szkoły utonie w oparach absurdu.

Nie wiem od czego zacząć, mam mętlik w głowie od wiecznej dezynfekcji wszystkiego i miliona procedur, które trudno zapamiętać.

Zrobię sobie chyba ściągę, bo gdy pójdę na zastępstwo, to muszę mieć w głowie takie rzeczy jak:
• Do której strefy zaprowadzić uczniów na przerwę i którym wyjściem ich wyprowadzić
• Jak odszukać kolejną klasę, którą muszę zaprowadzić do przydzielonej im sali, bo każda grupa jest w innej strefie
• Gdy uczniowie wracają z przerwy, najpierw muszą skorzystać z toalety i zdezynfekować ręce pod okiem nauczyciela, a będzie to trwało, bo sal na piętrze jest kilka, a toalety dwie (po 4 stanowiska), ciekawe czy ktoś policzył, ile zostanie czasu na naukę...

Jest wiele jeszcze procedur do uszczegółowienia, jak choćby kwestia obiadów, bo nie wiadomo, ile dzieci będzie obiady jadło w stołówce.
Nauczyciel obiadu nie zje, bo musi z klasą przebywać na przerwie, napić się może jedynie wody, herbaty nie zrobi, bo nie ma kiedy i nie ma pokoju socjalnego. Ten został zamieniony w salę lekcyjną, by dzieci nie musiały mieć zajęć do wieczora.

Tam, gdzie uczniowie zmieniają sale, musi być godzina przerwy na dezynfekcję pomieszczenia.
Gdy pada deszcz uczniowie nie wychodzą na korytarz, bo jest zbyt wąski dla zachowania dystansu, siedzą w salach, niezależnie od tego, ile mają lekcji.

Do utrzymania szkoły w reżimie sanitarnym jest za mało pracowników. Połowa pracowników obsługi pracuje rano, przy dezynfekcji pomaga nawet kuchnia, więc do sprzątania całej szkoły po południu zostaje druga połowa obsługi. Nie chcę nawet myśleć, co będzie, gdy zaczną się obiady, mleko i owoce dla uczniów, bo ktoś to wszystko musi roznieść do sal.
Dziś pilnowałam przez kilka minut klasy na prośbę nauczyciela, by ten mógł skorzystać z toalety.

Gdy ogarnę się z rozdawaniem podręczników uczniom, muszę dopasować procedury szkolne do pracy w bibliotece lub odwrotnie…

Nie narzekam, obserwuję i współpracuję. Czasami się dziwię.

Żal mi tylko najmłodszych uczniów, bo nie tak powinien wyglądać ich pierwszy kontakt ze szkołą.
Wszyscy chodzimy w maseczkach lub przyłbicach, uczniom wolno je zdjąć tylko w sali lekcyjnej, gdy zasiadają w ławkach.
Tam, gdzie to możliwe, ławki są pojedyncze.

Przypomniało mi się jeszcze, że obowiązkowa jest także od września segregacja śmieci w szkole, tzn. już od dawna, ale teraz w każdej sali będzie kilka pojemników na surowce wtórne, gdyż za mało mamy pracowników, by poza salami te śmieci segregować...

Starałam się być obiektywna w relacji, może później napisze o różnych dziwnych sytuacjach, które się zdarzają...

piątek, 27 października 2017

Antyjanosik

Historia mrożąca krew w żyłach, ale wcale nie w stylu Halloween.
Szlaczek mnie trafił pewnego dnia, gdy w skrzynce na listy znalazłam kopertę z pieczątkami Urzędu Skarbowego i Poczty Polskiej.
W kopercie nie list był ani też wygrana w konkursie.
Koperta zawierała powiadomienie, iż w imię prawa i w świetle dnia codziennego, ode mnie czyli szarej obywatelki ściągnięto haracz na rzecz telewizji polskiej w kwocie 380 zł.

Dlaczego? Bo zalegałam z opłatą, co skutkowało odsetkami i byłam na tyle naiwna, że kiedyś uczciwie założyłam książeczkę abonamentową, więc w/w urzędy miały na mnie namiar i mogły haracz ściągnąć z mojego konta.

Czytałam kiedyś, że ileś tam milionów posiadaczy odbiorników nie płaci i nie zamierza, więc tacy jak ja muszą wspomagać zarząd TVP w utrzymywaniu fanaberii pana Kurskiego.
Tak więc ostrzegam wszystkich zarejestrowanych, którzy o płaceniu haraczu zapomnieli, by nie zdziwili się, gdy zniknie im z konta spora sumka, którą przeznaczyć mogli na bardziej zbożny cel...
WIELKI BRAT CZUWA !

środa, 12 kwietnia 2017

Wszystkim nie dogodzisz....

Jak trudno dogadać się w zespole wiedzą ci wszyscy, którzy kiedykolwiek próbowali zorganizować imprezę lub wycieczkę dla kilkunastu lub kilkudziesięciu osób. Demokracja nie zawsze się sprawdza, nawet jeśli ludzie dobrze się znają, ale mają różne oczekiwania i przyzwyczajenia.

Tak się składa, że byłam kiedyś odpowiedzialna za organizowanie różnych imprez oraz paczek świątecznych dla pracowników. Działka socjalna - działalność społeczna, ale bardzo niewdzięczna, bo nawet tam, gdzie dostajemy coś za darmo od pracodawcy wymagania pracowników bywają nie do pogodzenia.

Weźmy na przykład upominki świąteczne - jedni nie piją kawy, inni nie jedzą słodyczy, kilka osób wolałoby zamiast paczki żywnościowej talony do sklepu, a kilka następnych po prostu ekwiwalent gotówkowy.
Podobnie z organizowaniem wyjść do kina. Kupić bilety na film , który wszyscy chętnie by obejrzeli i jeszcze odpowiednio obdzielić miejscami w kinie to zadanie prawie niewykonalne. Nie mówiąc o tym, że słyszy sie alternatywę w postaci wyjazdu do filharmonii lub teatru zamiast kina.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy pada hasło: organizujemy wyjazd, oczekujemy propozycji. Propozycje oczywista padają, ale tak różne, ile jest w danej instytucji osób, a więc część chce jechać na wycieczkę gdzieś blisko, inni na wycieczkę zagraniczną, kilku pracowników zadowoli się imprezą z grillowaniem, panie chciałyby do SPA, panowie na paint-balla.

Nie bez zgrzytów odbywają się zawsze imprezy w lokalach gastronomicznych. Czy ma to być impreza z tańcami do rana, czy tylko tradycyjna kolacja z lampką wina, czy też spotkanie przy kawie połączone z wręczaniem upominków? Nie wspomnę już o osobach, które zapisują się na listę imprezową w ostatniej chwili lub wcale, nie rozumiejąc, że z dużym wyprzedzeniem trzeba zamówić lokal, menu i ustalić szczegóły, a nie każdy lokal dysponuje salami, w których można dostawić dodatkowe stoły i krzesła. Wszelkie pretensje zaś trafiają do organizatora...

Zgodnie z przysłowiem JESZCZE SIĘ TAKI NIE URODZIŁ, KTÓRY BY WSZYSTKIM DOGODZIŁ trzeba być stanowczym i mieć grubą skórę, by z takiego szaleństwa wyjść cało...

sobota, 23 lipca 2016

Poseł stażysta...

Z góry przepraszam za niezgodny z profilem bloga temat dzisiejszego posta, ale gdy obejrzałam wiadomości po powrocie z wojaży, to myślałam, że to prima aprilis!
Bo kto mógłby przypuszczać, że w naszym parlamencie obu izb takie rzeczy się dzieją. Myślałam, że nic mnie już nie zdziwi, ale okazuje się, że inwencja naszych posłów i senatorów bywa niewyczerpywalna.
Nie będę wyliczać, czego owi parlamentarzyści sie dopuszczają, bo niektórzy pewnie oglądali lub słyszeli.
Innych zachowań wymaga sie już nie tylko od posła, ale od człowieka cywilizowanego w ogóle. Jaki przykład idzie do młodego pokolenia, skoro z mównic sejmowych takie inwektywy padają i jak mamy uczyć dzieci demokracji i śmiałego zadawania pytań (bo kto wszak pyta, nie błądzi), skoro słyszymy od marszałków, że w sejmie i senacie nie wolno dyskutować, co niektórych wycisza się, a jeszcze inni środkowe palce pokazują...
Wywołani do raportu na temat swego zachowania zaprzeczają jak dzieci w szkole, a gdy ktoś mówi : ale ja widziałem! odpowiadają, że to tamci zaczęli pierwsi. Ludzie , czy to sejm czy szkoła podstawowa?

Abstrahując od tego, kto tych przedstawicieli narodu wybierał (trudno poznać kogoś z listy wyborczej, a na spotkania z kandydatami mało kto chodzi) zadam pytanie: czy kandydaci na posłów i senatorów nie powinni odbywać stażu? Przecież od nowo zatrudnionych na wszelakich stanowiskach wymaga sie sprawdzenia w sytuacjach różnych, doszlifowania umiejętności praktycznych, pokazania sie od każdej strony. Tymczasem posłowie/senatorowie, nie dość, że nie mają przygotowania do pełnienia swoich funkcji, a niektórzy nawet wysłowić poprawnie się nie potrafią, to "zatrudniani" są od razu na całą kadencję i czasem ani razu nie zaistnieją na parlamentarnej scenie. A kasa sie należy czy pracują efektywnie czy nie.
Siedzą tylko, pół biedy jeśli słuchają i guziki naciskają. Może naiwna jestem, ale gdyby sprawdzić co niektórych w okresie stażowym, to pewnie trzeba by towarzystwu podziękować i brać następnych.
Ale z tego co obserwuję, pewna grupa posłów wybierana jest od lat na każdą kadencję, jakby abonament wykupili i nikt nie wymaga od nich sprawozdań, co porabiali w parlamencie przez 4 lata, a sale sejmowe pustawe, przynajmniej w ciągu dnia, bo porą późną to zbierają się wszyscy jak na sabat czarownic. Żadna z przepychanek w dodatku nie kończy sie niczym konstruktywnym, a nieliczni posłowie wiedzą w ogóle, o co chodzi, bo przysypiają.
Największy jednak mój sprzeciw budzi praca posłów w tzw. komisjach śledczych - czy wybrani do udziału w śledztwie mają dostateczne kwalifikacje, czy mają jakie takie pojęcie w czym rzecz, czy wiedzą, jakie pytania zadać, aby tezę udowodnić lub jej zaprzeczyć...wątpię.
Na koniec taka jeszcze refleksja z posiedzeń rządu i wcale nie o kompetencje mi chodzi. Zdziwiło mnie, że gdy ministrowie zbierają sie w sali obrad, to na stołach czeka na nich nie tylko kawa, herbata i inne drinki, ale ciasteczka, owoce itd. itp.
Powie ktoś : ważni ludzie, ciężko pracują. Jak my wszyscy, ja też pracuję, głową i fizycznie, szkolenia odbywam, na zebrania biegam i robotę do domu nieraz zabieram, a pies z kulawą nogą nie zapyta czy herbatki na zebranie zrobić i czy po całym dniu pracy, a przed zebraniem połączonym ze szkoleniem obiad jadłam. Herbatę robię sobie sama, kanapki przynoszę z domu, a gdy czajnik elektryczny odmówi współpracy robimy zrzutkę na nowy. Sponsorów brak, niestety...

środa, 27 stycznia 2016

Tradycyjne wartości?

Oglądamy sobie z mężem wiadomości w Tv i przecieramy uszy...w zdumienie wprowadza nas informacja o zdjęciu z emisji spotu o segregacji śmieci Ministerstwa Ochrony Środowiska. Właściwie nie samo zdjęcie z emisji, ile argumentacja wiceministra, bo najpierw myślałam, że chodzi o jakieś błędy merytoryczne , przecież chyba nie o wysoki koszt realizacji, skoro kasa już wydana. Okazało się, że drugie dno tkwi w osobach występujących w spocie. Najpierw myślę, co jest nie tak, kurczę? Za grubi, źle ubrani, za czyści? Nie, pan wiceminister objaśnił widzów na konferencji prasowej, że w wymienionym spocie, a właściwie we dwóch (bo był też drugi, świąteczny) ulokowano GENDER, a było to lokowanie miękkie. Gdzie ten gender? Pan z ministerstwa nie wyjawił wprost, tylko skierował do Internetu, aby sobie wygooglać, kim jest jedna z osób występujących w spocie. Okazuje się, że chodzi o zdeklarowanego geja, a tak w ogóle teatrologa i krytyka kulinarnego. Ale jak to wpływa (jego homoseksualizm znaczy) na segregację śmieci?
Mój mąż najpierw zrozumiał, że chodzi o dwóch facetów ( a właściwie trzech, bo jeszcze chłopiec) w kuchni przy pieczeniu ciastek i stąd ten miękki gender, więc krzyknął: to jak nazwać to, że Ty siedzisz z laptopem w fotelu, a ja obiad robię? Nie wiem, kochanie, może to już twardy gender?
Oburzenie pewnych środowisk na galopujący gender bardzo jest dziwne, powołują się zresztą na tradycyjne wartości, ale które? Bo jeżeli męskie gotowanie to jest gender, jak zaklasyfikować faceta pilnującego mięcha na grillu? Nie mówiąc o tym, że najsłynniejsi kucharze to mężczyźni.
W tym temacie przychodzą mi do głowy takie oto pytania:
1. czy noszenie przeze mnie spodni, a długich włosów przez mężczyzn to gender?
2. czy urlop tacierzyński, z którego korzysta wielu ojców, to gender?
3. czy gender to mycie przez faceta podłogi, a szorowanie samochodu to już nie gender?
4. czy remontowanie mieszkania przez kobietę, bo jej mąż narzędzi się nawet nie tyka, ale woli zrobić zakupy to też gender?
Ktoś dowcipnie zauważył, że gender rozpoczął się już w epoce haseł DZIEWCZYNY NA TRAKTORY... ale wydaje mi się, że zaczęło się to już dużo wcześniej, na przykład w średniowieczu, gdy kobiety w męskim przebraniu próbowały zdobyć wykształcenie, choć mężczyznom wolno było występować w rolach kobiecych na scenie...być moze jeszcze wcześniej? A nasza Maria Skłodowska? Gdyby pozostała wierna tradycyjnym wartościom, nie dostałaby nagród Nobla.
W radiu reklamowano jakieś pismo "dla kobiet ceniących tradycyjne wartości", więc ja się pytam, jakie to są te tradycyjne wartości? Pewnie dla każdego inne...

sobota, 5 września 2015

Podwójnie darmowy koszmar

Minął pierwszy tydzień roku szkolnego i nie wypożyczyłam żadnej książki( nie licząc lektury dla nauczyciela), nie spotkałam się z uczniami w czytelni, żeby jak zwykle porozmawiać o wakacjach, o przeczytanych książkach, nie znalazłam chętnych do spotkań na kółku przyjaciół biblioteki, nie przeglądałam czasopism z prenumeraty, które nagromadziły się przez wakacje, nie zaplanowałam kalendarza imprez na najbliższe miesiące....
Dlaczego? Bo od 21 sierpnia zajmuję się wyłącznie darmowymi podręcznikami dla uczniów. Mamy 12 klas I i II oraz 4 klasy czwarte, dla których pani minister przewidziała darmowe podręczniki. Nie mam nic przeciw uldze w zakupach dla rodziców, gdybym sama miała dziecko w wieku szkolnym też cieszyłabym się z takiej ulgi dla budżetu domowego. Ale dlaczego cały ciężar przekazania owych podręczników (dla wszystkich uczniów na wszystkie przedmioty) zrzuca się na barki bibliotekarzy? Księgarnie zajmowały się tym całe wakacje, wydawnictwa miały czas na dodruki, czasem książek poszukiwało się jeszcze we wrześniu.
Teraz wszystkimi czynnościami (zamawianiem, przyjmowaniem dostaw, rozpakowywaniem, księgowaniem i dystrybucją) zajmują się szkoły. Powstaja przy tym różne kwestie organizacyjne:
1. Kto ciężkie (22kg) paczki ma nosić do biblioteki?
2. Gdzie znaleźć miejsce, aby kartony wypakować i poukładać książki wg przedmiotów.
3. Gdzie znaleźć w szkole miejsce, żeby potem przechować podręczniki przez wakacje?
4. Jak zdążyć ze wszystkim do pierwszych dni września, biorąc pod uwagę, że w niektórych bibliotekach obcięto etaty o połowę, a kartony z książkami napływały jeszcze po 1 września?
Zadałam sobie trud i policzyłam ile podręczników i ćwiczeń przeszło przez moje ręce w ostatnich 2 tygodniach, gdy trzeba było wykładać, segregować, wydawać wpisywać na listy, liczyć, liczyć, liczyć,liczyć.....
Wyszła mi liczba 4750 sztuk, a pomnożyć to trzeba przez wielokrotność przekładania ich z miejsca na miejsce. Za rok dojdą podręczniki i ćwiczenia dla klas 3 i 5, a szkoła z gumy nie jest, a ja nie jestem coraz młodsza i chociaż dbam o kondycję, to jednak podnoszenia ciężarów nie trenuję.
Nie traktujcie proszę tego wpisu jak skargi, każda praca ma swoje plusy i minusy, zaraz ktoś może wypomni mi wakacje, ferie itp.
Ale pisałam już kiedyś, że chciałabym przede wszystkim dbać o rozwój dzieci i młodzieży, współorganizować życie kulturalne w szkole, uczestniczyć w akcjach na rzecz czytelnictwa i nowoczesnej edukacji, podnosić kwalifikacje w zakresie nowych technologii, pogłębiać wiedzę psychologiczną tak ważną w naszej pracy, a tymczasem zrobiono z nas magazynierów od podręczników. Jeszcze tydzień pewnie będę wydawać podręczniki uczniom, którzy są chorzy lub nie wrócili z wakacji, w ciągu roku będą dostarczane kolejne części elementarza dla klasy 2, a w czerwcu trzeba będzie ten cały bałagan ogarnąć i załadować do szaf, których jeszcze nie ma.
P.S.
Przepraszam za taki maruderski wpis, ale dla zdrowia psychicznego musiałam to z siebie wyrzucić, bo mnie krew zalewa...

Dlaczego podwójnie darmowy? Darmowe są podręczniki dla uczniów i za darmo (bez dodatkowego wynagrodzenia) wykonałam kawał fizycznej roboty...

wtorek, 11 sierpnia 2015

Kowalski i Nowak

Dwa najpopularniejsze nazwiska w Polsce (chociaż Nowak podobno częściej spotykane)posłużą do przedstawienia równie popularnego ( w negatywnym sensie) problemu czyli redukcja etatów. Nie jest istotne w jakiej firmie i z jakiego powodu, ale istotne są kryteria decydujące o typowaniu kandydatów do zwolnienia.
Siłą rzeczy nie jestem w stanie napisać o wszystkich przykładach, ale napiszę o tym, z którym zetknęłam się w swoim środowisku. Być może gdzieś funkcjonują inne zasady, być może gdzieś redukcje są konieczne. Na pewno nie jest łatwo "podziękować" komuś za dotychczasową pracę, żeby zrobić to po ludzku, ale niektórzy pracodawcy doszli do perfekcji w poniżaniu pracownika. Słyszałam np. o wymówieniu w postaci sms-a, wymianie zamków w drzwiach i biurkach czy wysłaniu listu pocztą. No cóż, przynajmniej nie trzeba patrzeć ludziom w oczy lub narażać się na kilka słów prawdy o szefie.
Mój przykład dotyczy dwóch osób pracujących w jednej firmie, nazwijmy ich Kowalski i Nowak. Podobny staż pracy, podobne stanowiska, uposażenie wyższe u Nowaka, bo podnosił kwalifikacje, ciągle kończył jakies kursy, podyplomówki, finansowane w części lub w całości z własnych funduszy. Kowalski w tym czasie pomagał żonie wychowywać 2 dzieci, nie brał nigdy dodatkowo płatnych prac, bo on musi do żony, do dzieci. I chociaż nie powodziło im się zbyt dobrze, bo żona nie pracowała, to pojawiło się trzecie dziecko, więc Kowalski tym bardziej musiał w domu pomóc, a zamiast zarobić na rodzinę, brał zapomogi i należne dodatki rodzinne.
Zapytany, czemu nie podnosi kwalifikacji, bo mógłby mieć wyższą pensję odpowiadał: a po co? nie mam co w domu robić? Wówczas etat był jak w banku, a jego żona nie pracowała zawodowo z wyboru. Nadszedł jednak czas, gdy redukcje stały się nagminne, także w firmie Nowaka i kowalskiego. Rozmowa w kręgu decyzyjnym na temat kogo zwolnić w pierwszej kolejności: Nowak ma najwyższe kwalifikacje, kreatywny, pracowity, lubiany, chętnie zatrudniany na godziny w innej firmie, ale ... Kowalski ma 3 dzieci, niską pensję, żona nie pracuje, nie poradzi sobie, a żona Nowaka pracuje zawodowo, mają jedno dziecko, w razie czego dadzą radę...
Decyzja nie została jeszcze podjęta, jak myślicie, co decydenci zrobią, bo ja się domyślam...

piątek, 7 sierpnia 2015

Niech mnie ktoś uszczypnie...

... bo nie wierzę!
Upały mamy afrykańskie, jak to podkreślają spece od meteo, każdy radzi sobie jak może, dużą ulgę przynosi częsty prysznic i kurtyny wodne, spacery w zalecanych godzinach itd. A co ja czytam na kartce w gablocie po wejściu na schody? W dniach 10-14 sierpnia brakować ma ciepłej wody z powodu wymiany zaworów, uszczelek czy czego tam jeszcze w osiedlowym wodociągu. W takie upały? Czerwiec zimny, lipiec pogodowo zmienny, za to teraz, gdy skwar i żar leje się z nieba zakręcą nam wodę, a na mycie garów i ablucje mamy grzać wodę w przegrzanej już kuchni. Czy nie można zrobić tego we wrześniu? Oczywiście, mogłaby (odpukać) zdarzyć się awaria i nie mielibyśmy wcale wody, ale zawsze może być gorzej, a awaria - siła wyższa, ale celowo zakręcać w takie upały ciepłą?
Tu przypomniał mi się dowcip o bacy, który oprowadzał turystów, a ci pytają: co ten kapelusz tak po jeziorze w tę i w tamtą pływa? A baca na to, że to Jondruś Gąsienica, powódź pole mu zalała, ale Jondruś pedzioł: powódź nie powódź, pole zaorać trza i orze.
Poczułam się jak na Alternatywy 4, plan to plan, myć się będziecie jak upały się skończą.

sobota, 27 czerwca 2015

Mandatem w rodzica

Po prostu muszę napisać o zenicie nieżyczliwości ludzkiej.
A było tak.Szkoła, w której pracuję ma parking na kilka tylko samochodów. Nie starcza miejsca nawet na auta naszych pracowników, nie mówiąc o gościach, rodzicach, dostawcach itp. Pod drzwi szkoły nie da się podjechać, bo jest tylko chodnik i wejście na plac zabaw, więc bramę otwiera się rzadko, np. dla służb miejskich. Po sąsiedzku mamy biurowiec spółdzielni mieszkaniowej i bloki mieszkalne i wielokrotnie nasyłano na naszych pracowników i gości straż miejską, chociaż donosiciele też korzystali z naszego parkingu, ale nikt z nas na nich nie donosił. Radzimy sobie, woźny szkoły dysponuje kluczykami do samochodów naszych pracowników i bawi się w parkingowego, bo ciągle ktoś kogoś zastawia. Wczoraj zakończenie roku szkolnego, wszyscy przyjechali na jedną godzinę, do tego rodzice z uczniami. Nawet jeśli nie zaparkowali, bo i tak nie było gdzie, to jakoś pod szkołę dojechać musieli. I co? Prezes sąsiadującej z nami spółdzielni zadzwonił na policję z doniesieniem, że dojeżdżające pod szkołę auta tarasują przejazd dla interesantów biurowca, jakby od 8 rano do biur spółdzielni ruszały tłumy klientów. Radiowóz przyjechał ochoczo, z kogutem na dachu i rodzice uczniów na dzień dobry przy tak uroczystej okazji byli zatrzymywani z lizakami do kontroli. Interweniowała nasza szefowa, tłumacząc, że sytuacja wyjątkowa i nie potrwa to przecież cały dzień, a dojazdu do szkoły innego nie ma, co widać gołym okiem. Na to funkcjonariusze, że zgłoszenie było, więc musieli przyjechać. Nie wiem czy rodzice płacili mandaty czy otrzymali upomnienia, ale widzi mi się, że prezes spółdzielni musi być z PISu. Jak Wam się wydaje?

czwartek, 26 lutego 2015

Targi o pomnik

Dziennikarze powinni być zadowoleni, bo znowu dzieje się, to znaczy rozpętała się nowa kłótnia o pomnik upamiętniający ofiary katastrofy lotniczej. Tym razem nie chodzi o to czy w ogóle ma być to pomnik, czy tylko tablica. Kiedy ustalono, że jednak pomnik, to powstała kwestia: gdzie i jak duży?
Jak stwierdził prezes, w grę wchodzi tylko Krakowskie Przedmieście, a wielkość odpowiednia (czyli dla każdego inna).Poseł Niesiołowski nieco złośliwie zasugerował, że tylko wielkość wieży Eiffla zadowoli prezesa, a żeby było ciekawiej toczą się też spory o to, dlaczego tylko część rodzin smoleńskich zaproszono na rozmowy w sprawie pomnika.
Nie chce mi się nawet dociekać, skąd takie zacietrzewienie niektórych.Tragedia stała się straszna, ale ile lat jeszcze trwać będą te spory, które tak naprawdę uwłaczają pamięci ofiar.
Żeby zadowolić niektóre skrajne opcje, najlepiej byłoby zamienić pałac prezydencki na mauzoleum pamięci Lecha i Marii, oczywiście z wielkim krzyżem przed wejściem... Tylko kto wówczas zajmie ich miejsce na Wawelu?
(grafika „Tour Eiffel au coucher de soleil” autorstwa Momostardust - Praca własna. Licencja CC BY-SA 3.0 na podstawie Wikimedia Commons)

piątek, 20 lutego 2015

Dotacje na kulturę...

NIK zabrał się za kontrolę dotacji, które przekazywane są lub raczej powinny być na konta instytucji tworzących kulturę przez duże K z Ministerstwa Kultury. Okazało się, że z ponad 130 mln złotych należnych tym instytucjom przekazano mniej niż połowę i nikt nie wie, co stało się z resztą należnej kwoty. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż sporo z tych funduszy przekazano na Świątynię Opatrzności Bożej(oczywiście cały czas jest mowa o tym, że to głównie muzeum, a nie kościół).Dyrektorzy szkół muzycznych na przykład przyznają, że nawet nie znali wysokości dopłat z ministerstwa, o które mogliby się ubiegać, a luki w dofinansowaniu łatali, sięgając do kieszeni wychowanków. Rodzice tychże łożyli chętnie na naukę, ale już budynki często popadają w ruinę. kwitnie za to budowa świątyni, jakby tych rzeczywiście w Polsce brakowało. Spojrzeć wystarczy na stan wielu zabytkowych budowli czy szkół w małych miejscowościach, aby zadać sobie pytanie: jak długo jeszcze ilość kościołów w Polsce będzie przeważać nad placówkami dbającymi o rozwój ludzi młodych? Niedawno oglądaliśmy protest mieszkańców małej miejscowości przeciwko likwidacji tamtejszego domu kultury, gdzie dzieciaki mogły sensownie spędzać czas. A słyszał ktoś o likwidacji kościoła, bo mało wiernych lub nieopłacalne utrzymanie? A przecież wszyscy do tego dopłacamy. Gdyby kościół miał utrzymywać się tylko z datków od wiernych, wtedy pewnie okazałoby się, ilu tak naprawdę mamy w kraju katolików, bo niektórzy twierdzą, że 99% ! To reszta chyba w podziemiu...

sobota, 7 lutego 2015

Ustawa przeciw głupocie

Oglądałam wczoraj relacje z sejmu z debaty przed zatwierdzeniem ustawy przeciwko przemocy i przecierałam oczy, a raczej uszy ze zdumienia.
Gdybym nie słyszała wcześniej o tej ustawie, to mogłabym wczoraj odnieść wrażenie,że toczy się batalia o zachowanie prawa do płci. Z wystąpień posłów prawicy wynikało bowiem, że po wprowadzeniu w/w ustawy będziemy zmuszani do zmiany płci na przeciwną, tak dla eksperymentu lub panowie przejmą wszelkie obowiązki gospodyń domowych, a panie złapią za wiertarki, wsiądą na koparki i miny będą rozbrajać.
W żonglowaniu frazesami wyspecjalizowali się posłowie PiS, którzy straszą zamachem na uświęcone tradycyjne wartości, a zwłaszcza na tradycyjnie polski model rodziny, do pielęgnowania którego namawiają tez hierarchowie kościoła. Nie będę się rozwodzić nad tym, że nie wszyscy w Polsce są katolikami, a nasze religijne zapatrywania, to sprawa każdego obywatela z osobna. Pytam, jakiego modelu rodziny bronimy? W którymś z programów informacyjnych pokazano protestującego przeciw ustawie pana w wieku emerytalnym, który stał na ulicy z transparentem. Na transparencie zdjęcia- symbole męskości i katolickiej tradycji:kardynał Wyszyński, napakowany model z siłowni z dzieckiem na ramieniu (czytaj macho), Jan Paweł II, a czwartego zdjęcia nie widziałam. Pozostawię bez komentarza, bo chyba się nie da...
Znany mi tradycyjny model rodziny w Polsce to kobieta, która nie pracuje zawodowo, rodzi kolejne dzieci, podstawia ślubnemu obiad pod nos, bo sam sobie nawet nie nałoży, bo wrócił zmęczony z pracy ( a ona była w spa!). Ów ślubny chadza czasami do baru na piwo lub już z roboty wraca pod wpływem i jak coś mu nie pasuje to i przylać potrafi(bo jak się żony nie bije, to w niej wątroba gnije), a o swojej towarzyszce życia mówi przeważnie: moja stara. Ustawodawstwo w Polsce pozwala na to, aby awanturujący się gospodarz domu pozostawał spokojnie w ciepłym domu, póki nie wytrzeźwieje, a to kobieta z dziećmi musi uciekać gdzie oczy poniosą, byle dalej od awanturnika.
Czy w istocie takiego modelu rodziny bronią posłowie PiS? Argumentem prawicy przeciw ustawie było zmuszanie obywateli, właściwie nie wiem do czego.
Tu przypomniały mi się dyskusje radnych i drobnych przedsiębiorców z mojego miasta, gdy miała u nas powstać restauracja MacDonald's:że śmieciowe jedzenie, że zły przykład dla dzieci, że plajtują małe punkty gastronomiczne. I co? Punkty ze śmierdzącymi frytkami jakoś nie splajtowały, o tym, co jedzą dzieci powinni decydować rodzice, a poza wszystkim jedzenie w MacDonaldzie nie jest obowiązkowe. Wybudowali tez KFC, a jeszcze tam nie byłam, nie muszę, nie lubię itd.
Zawsze kiedy kościół grzmi przeciwko różnym sytuacjom, osobom, książkom itp. zastanawiam się, jak słaba jest ta religia katolicka czy wiara przeciętnego człowieka, że trzeba pilnować wszystkich wyznawców zakazami, nakazami, groźbami i straszyć piekłem. Czy czegoś Wam to nie przypomina. Bo mnie tak i nie czuję się z tym komfortowo.

wtorek, 3 lutego 2015

Przebój medialny

I znów straż miejska strzeliła sobie samobója. Doniesienia o kolejnych wyczynach strażników stały się przebojem medialnym. Kiedy wydaje się, że minione wpadki powinny zmusić tych panów(czasami też panie)co najmniej do refleksji, a do podniesienia kompetencji na pewno, znowu słyszymy o jakimś absurdzie. Dzięki temu mogę nieustannie zdumiewać się ludzką bezmyślnością. Bo nie trzeba być funkcjonariuszem, żeby wiedzieć w określonych sytuacjach jak zareagować. Wystarczy oglądać odpowiednie programy lub zwyczajnie poczytać o zachowaniach ludzi w niektórych schorzeniach. Swoją drogą nie wiem też, czemu kierowca autobusu zamiast pogotowia wezwał strażników. Ode mnie w pracy wymaga się, abym pogłębiała wiedzę z medycyny, psychologii, ratownictwa medycznego, BHP, P-poż, z wszelkich dziedzin związanych z edukacją. W każdej firmie pracownik otrzymuje zakres obowiązków i wymaga się określonych kompetencji. A czy wie ktoś jakie są wymagania wobec kandydatów do straży miejskiej? Zawieźć kogoś na izbę wytrzeźwień bez wnikania czy to działanie zasadne, bez sprawdzenia ewentualnych dolegliwości psychosomatycznych?
Nie jest usprawiedliwieniem niewiedza. W pewnych zawodach kształcenie ustawiczne jest obowiązkiem, niezbędnym wymogiem. Jak to mówią prawnicy? Nieznajomość przepisów prawa nie zwalnia od odpowiedzialności. Noszenie munduru i procedury nie zwalniają od myślenia.

sobota, 17 stycznia 2015

Od przybytku głowa boli...

Podobno wszystkie dzieci są nasze i powinniśmy robić wszystko, aby ich życie było lepsze. Stąd też rządowy program wspierający rodziny wielodzietne, bo niż demograficzny z jednej strony, a emigracja zarobkowa z drugiej.Nie mam nic przeciwko pomocy socjalnej dla potrzebujących, nigdy nie wiadomo, w jakiej sytuacji znajdzie się każdy z nas. Nie jestem jednak pewna, czy taka pomoc należy się wszystkim, którzy się o nią ubiegają. Z moich obserwacji prywatnych i zawodowych wynika, że wiele osób ze swojej trudnej sytuacji życiowej uczyniło sposób na zdobywanie pieniędzy z naszej wspólnej kasy. Rodziny wielodzietne korzystają z takiej pomocy na kilku frontach, a na dodatek uważają, ze taka pomoc należy im się z urzędu, bo skoro rodzice dostarczają państwu obywateli, to państwo winno na nich łożyć. Gdy zapytać tych rodziców w trudnej sytuacji, dlaczego decydują się na kolejne dzieci, odpowiadają, że dzieci bardzo kochają, a o resztę niech martwi się państwo. Wielu z moich znajomych zdecydowało że będzie mieć 1-2 dzieci, na miarę właśnie swoich możliwości finansowych, aby zapewnić tym dzieciom w sposób odpowiedzialny normalne warunki i dobrą przyszłość.
Niektórzy natomiast postępują w myśl zasady, że jak dał Pan Bóg dzieci, to da i na dzieci. Jakoś nie daje i musimy dawać my wszyscy.
Jeżeli dziecko chodzące do szkoły dostaje wyprawkę, śniadania, obiady, paczki na święta, dary z fundacji, kolonie, pomoc świetlic socjoterapeutycznych to jaki jest w takim razie obowiązek rodziców w zakresie wychowania i zapewnienia bezpieczeństwa codziennego bytu oprócz przyjemności wynikającej z aktów prokreacji?
I nikt nie zaprotestuje, bo nie wypada, bo co są winne dzieci? Dzieci niczym nie zawiniły, ale może zacząć uzależniać pomoc dla potrzebujących także od ich starań o byt rodziny. Zachodzi obawa, że dzieci pochodzące z rodzin niewydolnych, przyzwyczajone, że wcale nie trzeba pracować ani starać się o zapewnienie bytu samodzielnie i uczciwie, wyrosną na obywateli, którym się od państwa wszystko należy:zasiłek, mieszkanie, paczki żywnościowe itp. W dodatku nie mamy pewności czy pomoc finansowa lub materialna będzie dobrze wykorzystana. Przychodziła do mnie kiedyś młoda sąsiadka pożyczać pieniądze na mleko dla dzieci, ale zawsze miała za co kupić wódę i papierosy. Urodziła troje dzieci, a po rozwodzie znów jest z facetem i słyszałam, że urodziła czwarte dziecko... nadal nigdzie nie pracuje, utrzymuje się z zasiłków na dzieci. Nic dodać, nic ująć.

środa, 10 grudnia 2014

Pacjencie lecz się sam lub bądź cierpliwy...

I właściwie tytuł wyczerpuje treść posta...
Mówi się ostatnio o nowym pomyśle ministerstwa zdrowia: szybka diagnoza, wysoka uleczalność. Tylko jakoś nie widać tego w praktyce. Podobno sami znamy swój organizm najlepiej i każdą niepokojącą zmianę mamy sygnalizować lekarzowi pierwszego kontaktu, aby mógł nas skierować do specjalisty, a ten podjąć szybkie i skuteczne leczenie. Brzmi pięknie, ale nie jest stosowane. Sama tego doświadczyłam, a teraz przekonał się o tym mój mąż.
Najpierw trzeba mieć szczęście być przyjętym w przychodni, bo albo komplet pacjentów(?) albo nie ma naszego lekarza, a inny nie ma obowiązku przyjąć. Potem, jeśli lekarz łaskaw to wypisze skierowanie na badania lub do specjalisty, a ten z kolei na kolejne badania lub do innego specjalisty.
Swoją drogą po co chirurg ma gabinet, skoro USG nie zrobi, opatrunku nie zmieni, gipsu nie zdejmie? Ma za to asystentkę, która za niego wypisuje dokumenty. Na dalsze badania lub wizytę u kolejnego specjalisty czeka się np.4 do 6 miesięcy, chyba że zapłacimy prywatnie. To na co idą moje składki? Chyba na etat asystentki do wypisywania recept.
Na rezonans głowy czekałam pół roku, a w tym czasie ewentualny guz mógł urosnąć do rozmiarów arbuza.
Dziwią się znawcy,że Polacy kupują najwięcej w Europie leków bez recepty. Też tak robię i dopiero jak nie mogę wyleczyć się sama idę po prośbie najpierw do rejestracji, a później do gabinetu, żeby zapytać, czy lekarz łaskawie jeszcze przyjmie.
Dzięki opatrzności funkcjonuję bez łaski NFOZ, ale współczuję ludziom, którzy bez leków, terapii i regularnych badań żyliby krócej lub cierpieli bardziej...
(grafika:wikimedia commons na licencji CC BY-SA 3.0)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dyskusje

Pani minister od edukacji napisała do szkół pismo i rozgorzały dyskusje.
Z pisma wynika, że nauczyciele mają za dużo wolnego, bo oprócz ferii i świąt są jeszcze inne okazje, kiedy uczniowie mają wolne od lekcji. Rodzice dzieci w tym czasie pracują i uczeń w domu nudzi się.
Co trzeba zrobić? Zatrudnić nauczycieli na tzw.dyżury, żeby nie mieli za dobrze i ściągnąć uczniów do szkoły ( chociaż nie ma lekcji ustawowo )
i zapewnić im zajęcia opiekuńcze. Tak to się nazywa, ale nikt nie potrafi sprecyzować, co uczeń miałby w tym czasie robić? Byle się nazywało, że szkoła "pracuje".
Nie będę się rozwodzić nad tym, ile faktycznie kto pracuje i ile zarabia, bo nie warto - minister i obywatele wiedzą lepiej. Może tylko powiem, że niechętnie spoglądam na akcje typu: noc w szkole, noc w bibliotece, noc z Andersenem, noc z Harrym Potterem - każdy psycholog potwierdzi, że noce dziecko winno spędzać w domu.
Szkoła i tak organizuje uczniom wiele czasu wolnego, choć według niektórych rodziców ciągle za mało ( jedna z moich uczennic chodzi na 8 kółek), a do tego szkoła muzyczna, karate, judo, konie, basen, wolontariaty itd.
Przypomina mi się niedawna dyskusja w mediach o żłobkach i przedszkolach tygodniowych, które cieszą się wśród rodziców coraz większym powodzeniem. Mam w związku z tym pomysł: zaraz po urodzeniu oddajmy nasze dzieci do żłobka i odbierzmy je dopiero w wieku 18 lat lub po maturze, a wówczas nasze życie zawodowo - towarzyskie nie poniesie straty i obowiązek wobec państwa zostanie spełniony...

(grafika:Rob Shenk, Flickr, licencja CC BY-NC-ND 2.0)

sobota, 6 grudnia 2014

Karuzela

Chciałam kupić na święta kolorowe pisma, żeby w świątecznym okresie poczytać i pooglądać, ewentualnie rozwiązać krzyżówkę, ale przejrzałam na oczy. W kolejnych egzemplarzach te same teksty, ba, te same lub podobne zdjęcia, jakby redakcje odkurzyły numery sprzed roku i zmieniły tylko okładki, jak w bombonierach z czekoladkami. Przecież dokładnie rok temu i pewnie wcześniej też pojawiały się podobne tematy: jak wysprzątać dom na święta, kiedy zacząć piec pierniki, co komu kupić pod choinkę i jak zapakować, są tez wkładki z przepisami, no i oczywiście, jak się ubrać i umalować. Ciekawe, że większość tych porad skierowana jest do pań, panowie mają tylko przywieźć choinkę i zabić karpia. Po świętach przygotowania do sylwestra czyli jak po świątecznym obżarstwie zmieścić się w kieckę kupioną wcześniej.W styczniu we wszystkich pismach będzie o karnawale, gdzie wyjechać lub gdzie się bawić, jakie drinki są trendy, czy brokat na włosy czy gdzie indziej. A od lutego już każą się nam odchudzać, bo wiosna blisko...
Podobnie w Tv: porady jak przygotować się na zakupy w galeriach, bo wszystko kusi i nęci, zestawienia - ile wydamy kasy w tym roku,co zrobić, żeby w święta nie przytyć, co gotują "gwiazdy" i gdzie wyjeżdżają na narty.
Istna karuzela i lawina wydumanych problemów, przygnębiających zwłaszcza dla tych, którzy i portfel maja skromny i nie bardzo mają kogo na tego karpia zaprosić...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Przejedzone fundusze

Rozmawiałyśmy dziś z koleżankami o kursach i szkoleniach, na których niektórzy z nas bywają, z własnej inicjatywy lub z przypadku, odpłatnie lub w ramach rożnych grantów, chętnie lub przymuszeni. Wiele z tych szkoleń jest niestety mało przydatnych, ktoś je wymyśla, ktoś inny prelegentom słono płaci, przymuszeni słuchacze tolerują, byle wytrwać do przerwy na kawę. Zaświadczenia z odbytych szkoleń mnożą się, teczki osobowe puchną, a że często zda się to przysłowiowemu psu na budę...no cóż. Pracodawca ma czyste sumienie, pracownik jest posiadaczem stosownego zaświadczenia, prelegentowi wzrosło na koncie, nie ma się do czego przyczepić.
Pół biedy, jeśli koszty poboczne nie są kuriozalne, a z takiego szkolenia coś się jednak wyniesie.
Bywają jednak różnorakie imprezy grantowe, sponsorowane wcale nie prywatnie, a przez UE, gdzie przejada się wielkie kwoty w sposób nieuzasadniony. Seminaria i konferencje, których uczestnicy nocują w drogich hotelach, jadają bliny z kawiorem oraz inne bażanty, gdzie każdy otrzymuje w prezencie torbę gadżetów do niczego nieprzydatnych, w przerwach baseny i inne atrakcje. Prelegenci nie tylko dobrze zarobią, ale podróżują luksusowo i za cudze. Czy to musi być aż z takim przepychem, albo czy kluby poselskie muszą obradować wyjazdowo w luksusowych ośrodkach? Tymczasem zwykły śmiertelnik na zebranie przychodzi z własna herbatą, za szkolenie płaci, po zdobyciu dodatkowych kwalifikacji mu nie dołożą, a gdy prosi o fundusze na podstawowe środki pracy, to słyszy odpowiedź: znajdź sobie sponsora.

sobota, 29 listopada 2014

Awantura o Puchatka

Zawsze sobie powtarzam, że nic mnie już nie zdziwi i zawsze świat mnie zaskoczy. Dziś rano kolejna dyskusja o płci i ubrankach dla pluszowych misiów, tudzież niedźwiadków z kreskówek. Oczywiście problem zaczął się jak zwykle od dorosłych, bo dzieci problemu nie widzą.Zapytałam dużą grupę 8-latków czy Puchatek to chłopiec, czy dziewczynka i odpowiedziały chórem ze dziwieniem na buziach, że oczywiście chłopiec. Zapytani czy nie przeszkadza im, ze miś nie ma spodenek tylko koszulkę, jedni odpowiedzieli, że nawet tego nie zauważyli, inni że miś Yogi też ma tylko krawat i kapelusz, a cała reszta popatrzyła na mnie z politowaniem, jakbym pytała czy nie przeszkadza im to, że deszcz jest mokry.
Spodobała mi się wypowiedź w porannej Tv znanego rysownika i satyryka Andrzeja Mleczki, który doradza, aby każdy plac zabaw oraz inne place nazywać imieniem Jana Pawła II i nikt nie będzie protestował ani się dziwił. Mam nadzieję...