Lubię wracać do domu, spać we własnym łóżku, pić z ulubionego kubka, zanurzyć się w wygodnym fotelu. Nie wszystkie aspekty powrotu do blokowiska są niestety miłe.
Po wejściu na klatkę schodową rzucił mi się na oczy znajomy bałagan ulotkowy, pełna skrzynka śmieci, wśród których znalazła się pognieciona do granic możliwości korespondencja, nie wyrzucona o mały włos do kosza. Krok dalej ukradziona lampa oświetlająca wejście na schody. Rozpakowuję torby podróżne, marząc o pysznej herbacie, a nad głową znajomy dźwięk młotka i wiertarki.
W ubikacji wita nas popsuta spłuczka, którą mąż musiał naprawić po powrocie z garażu. Tu i ówdzie ślady imprezowego bytowania naszego syna. Mąż twierdzi, że posprzątali, ale moje sokole oko dojrzało to i owo, zwłaszcza, że przed wyjazdem sprzątałam dokładnie, bo nie lubię wracać do brudnego domu. Z lodówki musiałam wyrzucić zawartość 3 pojemników, bo syn nie dojadł resztek i do naszego przyjazdu już zaczęły wędrować same do kosza. Fuj!
Nie wspomnę o telefonie z pracy jeszcze w drodze powrotnej, bo okazało się, że muszę pojawić się nazajutrz, aby załatwić sprawę, którą nawet dziecku można powierzyć. No cóż... Jeszcze wczoraj, w górach miałam za oknem piękny widok, ptaki i szmer strumyka (płynął pod naszym oknem) a dziś już typowe odgłosy blokowiska i bzdury w telewizji...Za to pralka ma co robić, pierze, pierze, pierze. Na szczęście ja tylko wrzucam i wieszam. Oczywiście potem ktoś (czyli ja) będzie musiał to wszystko wyprasować. Swoją drogą uwielbiam wieszać pranie (taki chybzik) i bardzo podobała mi się reklama jakiegoś proszku do prania, na której pani wiesza pranie na łące, słoneczko świeci, a ona wiesza.... kilometrami:-)
Dziś jeszcze fajna okazja , imieniny męża (spóźnione), przyjedzie syn, zjemy torcik owocowy i obejrzymy zdjęcia z gór.
Home sweet home! Dobrze wracać do domu, mimo wszystko!

