Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pasja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 kwietnia 2021

Joga śmiechu ?

 

W sam raz na te czasy, w sam raz na każdy czas.
Wielu z nas narzeka, że tak trudno dziś o powody do radości, że chandra, rozleniwienie i ogólnie marazm.

Za zgodą bohaterki zdjęcia przedstawiam niesamowitą kobietę, która urodziła się z niecodziennym talentem - budzenia radości w największych ponurakach.

Poznałam Julitę wirtualnie,  dzięki innej blogerce i tak spodobała mi się jej sylwetka i wywiad na blogu Gabrysi, że postanowiłam przekazać dalej na czym polega Trening Bezwarunkowej Radości.

Może wśród czytelników znajdzie się ktoś, komu Julita pomoże lub ten post wyzwoli energię do własnych poszukiwań?

A tak mówi Julita o sobie:

"Kiedyś na całodniowym szkoleniu miałam przyjemność wziąć udział w 10 min przerywniku opartym na jodze śmiechu. 

To było moje pierwsze spotkanie z tego typu ćwiczeniami, ale wywarło na mnie szczególne i niezapomniane wrażenie. 

Wrażenie tak silne, że zrobiłam kurs instruktora jogi śmiechu. Po kilku latach uzyskałam certyfikat trenera personalnego i znowu stanęłam przed decyzją wyboru specjalizacji... 

Jednak tym razem już nie było to takie trudne. 

Od początku wiedziałam, że chcę połączyć zdobytą wiedzę trenerską z umiejętnościami instruktora jogi śmiechu i tak powstał pomysł na Trening Bezwarunkowej Radości."


Julita ponad 30 lat pracowała jako pielęgniarka w szpitalu, napatrzyła się na ludzkie nieszczęścia i chyba ona najlepiej wie, co choremu obok zdrowia najbardziej potrzebne i co pomaga w wyzdrowieniu - RADOŚĆ i pozytywne nastawienie !


"Zawsze starałam się przekierować uwagę pacjenta z lęku, bólu i niepewności, na

odrobinę odprężenia i humoru.

Praca na bloku operacyjnym jest bardzo obciążająca fizycznie i psychicznie. 

Z czasem moje zasoby psychofizyczne zaczęły się kurczyć, aż w końcu doszłam do

ściany, uległam wypaleniu zawodowemu. Ten kryzys stał się początkiem mojej

nowej drogi zawodowej. To właśnie wtedy nauczyłam się profesji coacha i wkrótce

porzuciłam etat w szpitalu, na rzecz realizacji swojej ,,śmiesznej” pasji."


Trudno tak określić w dwóch słowach, na czym polega joga śmiechu, sama miałabym problem, więc posłużę się słowami Julity po raz kolejny:


"Działam w dwóch odrębnych nurtach, tzn. udzielam indywidualnych sesji w ramach wsparcia coachingowego oraz prowadzę Treningi Bezwarunkowej Radości i są to zajęcia zarówno indywidualne, jak i zbiorowe.  Treningi oparte są na jodze śmiechu, wykorzystuję w nich również techniki oddechowe i relaksacyjne. Joga śmiechu to specyficzna gimnastyka, która przebiega w formie zabawy. "


Jeśli zainteresował Was ten rodzaj terapii, to warto zajrzeć TUTAJ  lub napisać do Julity:


e-mail: coach.julita@gmail.com




poniedziałek, 1 czerwca 2020

Nie tylko kosze...

Któż z nas nie ma w domu wikliny? Czegokolwiek...
Ja mam kilka koszy, koszyków do przechowywania różnych drobiazgów, w tym jeden stoi w piwnicy i czeka na wyprawę po grzyby.
Widuję wyroby z wikliny na różnych festynach w skansenach, nawet torebki damskie z wikliny w sklepach spotkacie.

Wiklina – młode pędy kilku gatunków wierzb, które po obróbce wykorzystywane są w wikliniarstwie (plecionkarstwie). Nazwa ta jest także zwyczajowym określeniem wierzby purpurowej - tyle Wikipedia...
Kiedyś była bardzo popularnym rękodziełem, królowała w Cepeliach i na bazarach, eksportowano mnóstwo wyrobów z wikliny do Niemiec, zwłaszcza mebli ogrodowych.
Później przyszła moda na plastik, zamykano sklepy i warsztaty wikliniarskie.
Teraz, mam wrażenie wraca do łask, na zdjęciach widać wyroby przeróżne.

Ostatnio widuję także wyroby z tzw. wikliny papierowej, równie pracochłonnej i podobno równie trwałej, po odpowiedniej impregnacji.
Obok zdjęcia wiklinowej ramy lustra widzicie własnie kosze z wikliny papierowej.
Ale wiklina to także surowiec dla artystów plastyków, czego dowodem prace dwojga "wikliniarzy" Beaty Borek i Tomasza Maja, które mogliśmy podziwiać w parku w Gołuchowie.
Wiklinowy parkan z wplecionymi kawałkami drewna oraz wiklinowe kwiaty.
Pamiętam, że widywałam także wiklinowe ule, kojce dla kurczaków, ale nie mogę odszukać zdjęcia.
Natomiast poniżej ciekawostka - wiklinowy zamek lub twierdza.

Zamek wiklinowy w Solcu nad Wisłą
Slawomir Duda-Klimaszewski / CC BY-SA (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)

Wikliniarstwo
może stać się nie lada pasją, sposobem na życie, środkiem wyrazu dla artystów, trzeba tylko to polubić i poznać tajniki rzemiosła.
Zapraszam także na blog Uli, która lubi nowe wyzwania, robi piękne rzeczy, którymi ozdabia swój dom, a teraz wikliniarstwo to Uli i Jej męża nowa pasja!

A jak u Was z wikliną w domu, macie choć jeden kosz?

czwartek, 19 września 2019

Na walizkach...

Są ludzie, którzy chyba urodzili się do podróżowania i to nie takiego weekendowego, ale na wielką skalę.
Znajomy młody człowiek zawsze fascynował się tym, co oglądał w czasopismach i programach podróżniczych.

Od małego dojrzewało w nim marzenie, by zobaczyć na własne oczy widziane w National Geographic ciekawostki i cuda natury.
Nie był na tyle naiwny, by nie wiedzieć, że potrzeba na to pieniędzy. Pracował więc od kiedy mógł, studiował zaocznie, by zarobić na podróże. Nie było mu lekko, ale motywacja była silna.

Zaczął od bliskich dystansów - głównie Europa, ale nie były to kierunki pospolite. Jeśli Europa to Islandia z nocowaniem pod namiotem; Węgry, ale na rowerze wokół Balatonu; Hiszpania, ale autostopem...

Poznał dziewczynę, która podzielała jego pasję, z jednym wyjątkiem - bała się latać samolotem.
Znaleźli i na to radę, poradziła się terapeuty, opanowała na tyle lęk, by latać najpierw na krótszych dystansach.

Zamieszkali razem, oszczędzali, przedmiotów zgromadzili mało, mieszkanie wynajmowali. Pracowali praktycznie po to, by móc podróżować. Jedynie telefon musiał być dobry, bo pomocny w nawigacji i kontaktach ze światem.
Każdy wyjazd zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach, zobaczyli mnóstwo krajów, także te najbardziej egzotyczne, podziwiałam zdjęcia, pomysły, odwagę i ciągły głód poznawania innych kultur.

Ostatni
pomysł dwojga młodych obieżyświatów to roczny wyjazd na antypody w ramach specjalnego programu dla ludzi do 31 roku życia.
Roczny urlop bezpłatny w pracy, sprzedanie zbędnych przedmiotów, przechowanie reszty u rodziców obojga, spieniężenie auta, bo niepotrzebne, a każdy grosz potrzebny, załatwienie wizy i biletów.
Będą oczywiście pracować w miejscu docelowym, nie dłużej jednak,niż 3 miesiące u jednego pracodawcy.
Głównym celem są dla nich podróże, ale i nowe doświadczenia.

Po roku zdecydują co dalej, cieszą się bardzo, rodzice mniej, bo to tak daleko...
Kibicuję tym planom i czekam na relacje, bo to może być ciekawa opowieść.




wtorek, 25 października 2016

Poznajcie proszę Grażynkę...

W proteście antycelebryckim postanowiłam rozpocząć serię o zwykłych niezwykłych ludziach, których ciekawe osobowości i życiorysy zasługują na poznanie i uwiecznienie na łamach bloga. Napisałam już o pani Basi, która brała udział w Powstaniu Warszawskim, teraz pora na Grażynkę .
Uzyskałam Jej zgodę i przedstawiam Wam z radością osobę poznaną dzięki blogowi. Grażynka odnalazła mnie w blogosferze, wymieniamy się listami, które czytam z przyjemnością, nie daje się jednak namówić na założenie bloga, przypuszczam, że z czystej skromności, a pisze bardzo ciekawie o ciekawych sprawach.
Chciałabym, aby ten wpis był dla Grażynki z Dukli prezentem urodzinowym :-)
Tak napisano o naszej bohaterce we wstępie do wystawy, na której prezentowała swoje prace hafciarskie:
" Mieszka w Dukli od 1979 roku, od 2014 jest szczęśliwą emerytką. Przygodę z haftem zaczęła w 2008 od prezentu dla mamy. Wykonała ok. 18 prac haftem krzyżykowym, na naszej wystawie prezentujemy wzory kwiatowe. Największą pasją autorki jest jednak czytanie książek oraz podróżowanie i odkrywanie kapliczek i krzyży przydrożnych, które uwiecznia na fotografiach."
Zamiłowanie czytelnicze Grażynki przejawia sie w niesamowitej liczbie przeczytanych książek, które często wygrywa w konkursach, ale wypożycza także w zaprzyjaźnionej bibliotece, gdzie panie zostawiają Jej niemal wszystkie nowości i proszą o pierwszą recenzję dla innych czytelniczek. W listach mailem Grażynka bardzo ciekawie pisze o tych swoich lekturach i ciągle namawiam Ją, aby swoje przemyślenia i polecenia odnotowała na blogu, ale nadal się waha. Może ktoś z czytelników niniejszego posta zdoła Ją namówić, by dołączyła do blogosfery...

Trzecia już z kolei pasja mojej blogowej komentatorki to podróże w poszukiwaniu kapliczek, krzyży i świątków przydrożnych.
Grażynka nie tylko je odkrywa i fotografuje, ale bardzo rzetelnie przygotowuje się do tego zadania, gromadząc wiedzę teoretyczną.
Tak mi napisała w jednym z listów:

W lesie "Dębina" przy drodze wiodącej do Krosna stoi figura "Chrystusa bez ręki" (liczy ponad półtora wieku). Ufundował ją Franciszek Hollstein prawdopodobnie w 1884 roku. Legenda głosi, iż pewien śmiałek z Krosna założył się z kolegą , że rzuci w figurę kamieniem, spełnił zakład i utrącił rękę Chrystusowi. Wkrótce skończył marnie ( dostał obłędu, rzucił się z okna mieszkania i zginął). W niedługim czasie w 1935 roku przeszedł tu ogromny huragan, który trwając zaledwie pół godziny zniszczył ponad 600 potężnych wiekowych dębów. Obecnie zostało 5 drzew, które pamiętają czasy Fredry, Goszczyńskiego i Pola. Figura "Chrystusa bez ręki" jest mocno wrośnięta w krajobraz. Za nią wciąż szumią potężne dęby-świadkowie zdarzeń sprzed lat.
Wśród nich jest WINCENTY (poświęcony Wincentowi Polowi, który tu bywał). Ten dąb zajął II miejsce w plebiscycie "drzewa roku 2014
"

Niedawno Grażynka wzięła udział w konkursie fotograficznym "Karpacki Szlak Ogrodów i Domów Historycznych", na który przesłała takie oto prace, wykonane w czasie swoich wojaży:

Grażynka zwiedziła już dokładnie okolice swojej miejscowości, wypuszcza się więc w dalsze podróże, planując wraz z mężem trasę wycieczki, ale równie chętnie towarzyszy mu w spacerach po lesie w poszukiwaniu grzybów. Zdjęcia, które przysyła wpędzają w kompleksy mojego męża, który także uwielbia zbierać grzyby.
Dzięki siostrze, mieszkającej w Warszawie Grażynka często bywa w stolicy, gdzie nadrabia zaległości towarzysko-kulturalne. Zawsze otoczona jest rodziną i przyjaciółmi, a to z racji swego pogodnego usposobienia, szczerego serca i talentu kulinarnego. Słynne są jej przetwory, ciasteczka, soki i przysmaki z grilla, które serwuje bliskim na rodzinnych spotkaniach w ogrodzie. Niedawno urządziła "Pożegnanie lata" dla ponad 20 osób i psa Bąbla :-)
Nie wiem kiedy znajduje na to czas i siły, może emerytki tak mają?
Wyszedł bardzo długi post, ale to i tak skrócona maksymalnie wersja tego, co mogłabym napisać o Grażynce z Dukli:-)

Grażynko, jeśli spodobał Ci sie ten portret, przyjmij go wraz z życzeniami wielu lat w zdrowiu , oby sprzyjało rozwijaniu pasji i dzieleniu radości z bliskimi Ci osobami.

czwartek, 8 września 2016

Niezwykły ogród

Wróciło upalne lato, więc postanowiłam napisać o niezwykłym ogrodzie i fantastycznych ludziach, których poznałam.
W ostatni weekend wakacji gościliśmy u znajomych pod Poznaniem, którzy obok swojego domu mają kawałek lasu i w miłym chłodzie drzew iglastych spędzaliśmy czas. Po urokach grillowania na świeżym powietrzu pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, położonej nad jeziorem, gdzie mieszkają rodzice naszych gospodarzy. Nie dość, że ich działka przylega do jeziora, to są posiadaczami niezwykłego ogrodu, który urzekł mnie od pierwszego wejrzenia.
Moim oczom ukazał się klomb z trawami różnych gatunków, jak dżungla, pośród których stały ptaki, wykonane przez syna właścicieli metodą łączenia kamieni z metaloplastyką. Artysta wykonał tych ptaków mnóstwo, wyposażył je nawet w gniazda z jajami do wysiadywania. Lampy oświetlające ogród mają kształt kwiatów, ale zieleń wokoło nie jest pielęgnowana na kształt wymuskanych, pałacowych alejek, nosi pewne cechy dzikości.
Obok domu właścicieli stoi stara chata, w której syn gospodarzy urządził pracownię artystyczną, a wejścia do niej strzeże groźny smok. Biegałam z aparatem i strzelałam fotki, jak dziecko w sklepie z zabawkami.
Tuż obok zamieszkała urocza rodzina flamingów, podobne instalacje spotykałam zresztą co krok, a ogród jest spory.Schodząc do jeziora mijalismy ogród warzywny, gdzie dumny gospodarz prezentował swoje dynie, cukinie, pomidory, paprykę i kwiaty.
Za klombem z ptakami wśród traw napotykam staw z żywymi rybkami i gdy podeszłam do małego pomostu, do wody wskoczyła wielka żaba.
Znalazłam też śpiewające drzewo - wśród gałęzi porozwieszano szklane i metalowe naczynia, pomalowane na bajeczne kolory i zamienione na dzwonki, grające na wietrze.
Przy oszklonej werandzie przycupnął przepiękny motyl...
...a nad wszystkim unosi się bocianie gniazdo, jako symbol szczęścia, miłości i długowieczności
Siedząc tak sobie nad jeziorem rozmyślałam o właścicielach tego wspaniałego ogrodu i teraz o nich opowiem:
dwoje emerytowanych nauczycieli, on 84-latek, jego żona 82-letnia, elegancka pani (powitała nas w pięknej sukience i perłach na szyi), niezwykle pogodni, życzliwi, mówiący z dumą o swym ogrodzie. Mimo poważnego wieku, starszy pan wozi swoją żonę na wycieczki nowym samochodem, kupili też sobie rowery na przejażdżki po okolicy, czym zadziwiają sąsiadów. Wkrótce świętować będą 60-ą rocznice ślubu, a każdą chwilę cenią sobie podwójnie, gdyż starsza pani po poważnej operacji chirurgicznej zapadła w śpiączkę i rokowania w jej wieku były kiepskie. Starszy pan odwiedzał żonę codziennie, czytał jej na głos, rozmawiał i doczekał się wybudzenia ukochanej ze śpiączki.
I czyż mogłam przypuszczać, że jeden wyjazd będzie obfitował w tyle atrakcji towarzyskich i wizualnych?

wtorek, 16 czerwca 2015

Wielkie pasje małych ludzi

Aby podziwiać pasje młodych ludzi nie muszę oglądać programów tv typu "Mam talent", obserwuję na co dzień jakie fajne dzieciaki mnie otaczają i czym się interesują. Myślę, że niejednego dorosłego mogłyby zawstydzić.
Jeden z czytelników, Filip już od 2 klasy interesuje się historią II wojny światowej i wyczytał z mojej biblioteki wszystkie książki na ten temat, a pasję swą dzieli z tatą, który go zaraził.
Daria każdą wolną od nauki chwilę poświęca papieroplastyce i gdy wydaje mi się, że jej pomysły muszą się chyba w końcu wyczerpać, ona przynosi nową pracę, równie oryginalną jak poprzednie. Od września jej prace będą pewnie cieszyć oczy nauczycieli w gimnazjum.
Agnieszka zaraziła się od dziadka pasją obserwowania ptaków i jej zamiłowanie stało się tak silne, że dostała od rodziców odpowiedni sprzęt i robi piękne zdjęcia.
Magda gra i śpiewa, nic nadzwyczajnego powie ktoś. Ale Magda gra na organach kościelnych, żadnych elektrycznych, w tygodniu uczy się nowych utworów, żeby w niedziele od 7 rano zasiąść do organów w małym wiejskim kościele i grać do mszy. Opowiadała nam kiedyś jak trudna jest gra na prawdziwych organach, a ona ma dopiero 12 lat.
Dominika prowadzi blogi o zwierzętach, a jeden z tych blogów ma charakter literacki, gdyż dziewczynka z kilkunastoma osobami w sieci pisze opowiadania o koniach. Blog nazywa się Stado Magnificent Horses. Oczywiście dziewczynka jeździ też konno w stadninie, bo miłością do koni zapałała od pierwszego wejrzenia.
Livia dzieli swoje pasje po równo między grę w piłkę nożną, grę na gitarze i śpiew. Ostatnio wykazała się logistyczną ekwilibrystyką, gdyż występowała jednocześnie w imprezie artystycznej i w meczu piłkarskim. Przed występem, gdzie miała grać na gitarze, broniła bramki, w przerwie między dwoma meczami zaliczyła występ muzyczny, po czym wróciła na drugi mecz, bez zadyszki.
Hubert chodzi z dziadkiem na ryby i wcale nie narzeka, że musi wcześnie wstawać, w dodatku wiedzę uzupełnia z książek, żeby zaimponować dziadkowi.
Julka zainspirowana wyczynami starszego brata układa na czas kostkę Rubika i Piraminx (układankę w kształcie piramidy). Patrząc z jaką szybkością poruszają się jej palce może rozboleć głowa...
I ostatni, o którym chcę napisać, powiedzmy Janek biega z tatą codziennie od 6 do 7 rano! Kiedyś miał problem z wyjazdem na wycieczkę, bo trening rzecz święta, a wyjazd o 7 rano właśnie.
Myślę, że znalazłabym takich pasjonatów więcej, napisałam o tych, z którymi spotykam się w bibliotece.

wtorek, 14 kwietnia 2015

Zwiedzanie - moja pasja

To, że podróże kształcą, to stare porzekadło, ale sprawdza się w 100%, a nawet więcej. Bywa wszak, że wracając do miejsc znanych odkrywamy je na nowo. Mój mąż żartuje, że ja oprócz zabytków i przyrody zwiedzam także ludzi. Coś w tym jest, bo lubię się przyglądać mijanym osobom, obserwować zachowania małych i dużych w różnych sytuacjach. Pisałam już o wypadzie do Poznania, a tym razem zaniosło nas do Gołuchowa, pogoda letnia, chociaż kwiecień, chęć podróżowania i zdrowie dopisują, więc wsiadamy do auta z koszem piknikowym i ruszamy w drogę. Kosz z prowiantem zabieramy zawsze, bo bywało, że w miejscach, gdzie się dociera jedynie sklepik mały funkcjonuje, ale za to bez pieczywa, a pragnienie najlepiej gasi owocowo-miętowa herbata z termosu. Jedyne czego nie zabieramy to kawa, bo tę można kupić na stacji benzynowej nawet i to dobrą, a fast foodów nie lubię.
Jeśli nie był ktoś w Gołuchowie, to warto wybrać się (między Kaliszem a Pleszewem) i zwiedzić zespół zamkowo-parkowy, a dodatkową atrakcją jest zagroda żubrów, danieli i koników polskich. Jest gdzie kawę wypić, są pyszne desery lodowe i obiady także. Jest gdzie przenocować. Bywamy tam dwa razy do roku co najmniej, bo miło jest obserwować zmiany przyrody w pięknym parku, większym chyba nawet, niż ten w Kórniku.
Zamek był siedzibą Czartoryskich, nakręcono w jego komnatach niektóre sceny serialu "Królowa Bona", ale zwiedzić można też pałacyk myśliwski, mauzoleum Izabelli Czartoryskiej oraz zabudowania gospodarcze, gdzie dziś mieści się muzeum leśnictwa.
W Wielkopolsce wiele jest miejsc godnych uwagi, polecam...


Wiecej zdjęć na zachętę zamieściłam w zakładce Galeria powyżej. Następnym razem zamierzamy odwiedzić Kalisz i muzeum ziemiaństwa w Dobrzycy.

piątek, 30 stycznia 2015

Pochwała radości.

Podobno optymiści żyją dłużej. Nie wiem czy to fakt sprawdzony naukowo, ale wszyscy długowieczni zapewniają w wywiadach, że mają pogodne usposobienie. Z moich obserwacji i przemyśleń wynika też, że ludzie, którzy potrafią cieszyć się z drobiazgów są lepsi, życzliwsi, nie miewają chandry i w najgorszej sytuacji znajdują pozytywne cechy. Każdego dnia staram się pielęgnować w sobie takie podejście do życia i przekazywać dalej. Napisałam staram się, bo nie jestem urodzoną optymistką, ale przekonałam się, że to naprawdę ułatwia życie. Jest takie powiedzenie, które warto zacytować tym, którzy lubią się martwić na zapas: Jak ci źle idź na cmentarz, tam się zaraz opamiętasz.
Zachwyciłam się ostatnio tym, jak moje własne podejście do trudnych wyzwań motywuje innych do tego samego. Osoby, które obawiają się nowych zadań z różnych powodów, czasami wynikających z braku wiary w siebie ( i martwią się na zapas czy im się uda), odpowiednio zmotywowane jednak próbują, a ich radość z tego, że się nie tylko udało, ale nawet efekt działania przeszedł ich oczekiwania warta jest każdego wysiłku, jaki wkładamy w jakieś wspólne przedsięwzięcie. Doświadczam takich emocji ostatnio na niwie zawodowej. Uwielbiam taką współpracę, która daje radość i satysfakcję wszystkim zaangażowanym. Sceptyków i malkontentów spotkamy wszędzie, ale gdyby nie zapaleńcy, gorące głowy, pozytywnie zakręceni, czy jak ich nazwiemy świat stałby w miejscu, a nasze dusze byłyby mroczne jak otchłań hadesu.
Tak właśnie wymyśliłam, że praca zawodowa stała się( a nie zawsze była)moją pasją i jeszcze mi za to płacą i doceniają. A że czasami ktoś złośliwie podgryza pięty? To też może dawać kopa, żeby właśnie na przekór zrobić jeszcze więcej i lepiej i mieć z tego radość, swoje własne słoneczne poletko.
(grafika: openclipart)

wtorek, 4 listopada 2014

Ludzie z pasją

Ludzie z pasją są jak kwiaty, gdy spotykasz ich na swej drodze rzeczywistość staje się możliwa do zniesienia. Poznałam ostatnio (chociaż na razie w sieci) dwoje interesujących ludzi: Elę z Gdyni i Tomka z Bielska-Białej. Pasjonaci swojej pracy, o szerokich zainteresowaniach, niezwykle twórczy ( to widać we wszystkim, co robią i prezentują), dobrze patrzy im z oczu, wymiana korespondencji jest niewymuszona, mam wrażenie, jakbyśmy znali się od lat...
Prześledziłam ich dorobek i myślę, że mnóstwo się od nich nauczę, a jestem głodna wszelkich nowości.
Cieszę się na współpracę z Elą i Tomkiem, bo są jak latarnie dla błądzących w ciemności, a moje doświadczenie jest w tym trójkącie chyba najskromniejsze.
P.S.
A zaczęło się od Agaty z Warszawy, która też jest pasjonatką i dzięki której mogliśmy się poznać. Dziękuję jej za zaufanie i możliwość poznania tak wspaniałych osób.
Moje blogowo-Tikowe inspiracje zawdzięczam z kolei Teresie z Bolesławca.
Czyż świat nie jest globalną wioską?
( ilustracja:http://www.sublackwell.co.uk/)