Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 marca 2025

Na własnych warunkach...

Inspiracją do tego wpisu było doniesienie o tajemniczej śmierci aktora Gene'a Hackmana i jego żony w ich posiadłości. Martwego znaleziono także ich psa. 
Od razu przyszło skojarzenie z książką, którą kilka dni temu skończyłam czytać.
"Mamy jeszcze czas" M.Zadooriana, to powieść drogi, historia podróży dwojga osiemdziesięciolatków przez USA słynną drogą 66. Napisana z humorem, ale i pełna refleksji o życiu i przemijaniu.

Ona chora na raka, on dotknięty chorobą Alzheimera, postanawiają odbyć podróż wspomnieniową w miejsca niegdyś odwiedzane, swoim starym kamperem i wbrew woli swoich dzieci, zatroskanych o zdrowie rodziców. Nie zamierzam opowiadać całej książki, skupię się jedynie na zakończeniu. Jest to o tyle niefortunne, że popsuje odbiór ewentualnym przyszłym czytelnikom, ale jest niezbędne, by nawiązać do tego, co napisałam na początku.

W czasie podróży małżonkowie wspominają swoje życie, przydarzają im się różne niespodzianki, ale na finiszu zdrowie obojga znacznie się pogarsza. Ostatecznie, to żona podejmuje decyzję o zakończeniu ich podróży życia, dosłownie i w przenośni. Przygotowuje wszystko starannie, by wszystkim postronnym sprawić jak najmniej kłopotu. Ponieważ sama nie chciała poddawać się uporczywemu leczeniu, a mężowi obiecała, że nie do odda go do domu opieki, zadbała o równoczesne i spokojne zejście z tego świata na własnych warunkach. 

"Wspólnie ułożyliśmy sobie życie i zadowoleni przejdziemy przez to, co ma nastąpić. Skoro miłość łączy nas za życia, to dlaczego nie może nadal łączyć nas po śmierci?
Mieliśmy udane wakacje. Świetnie się bawiłam. Gdybyśmy zostali w domu, wszystko pogorszyłoby się dużo wcześniej, cierpiałabym dużo, dużo bardziej. Musiałabym znosić poniżające zabiegi, jakie ma do zaoferowania współczesna medycyna... w końcu odesłaliby mnie do domu, żebym tam umarła.
A potem, wbrew swojemu życzeniu John trafiłby do domu opieki, tam przeżył rok, dwa, trzy...do ostatecznego kresu.
Taki koniec byłby smutny. Jedno z nas zostałoby samo. Do tego by doszło, gdybym nie zakończyła tej historii inaczej. Może trudno wam się z tym pogodzić, ale to jest szczęśliwe zakończenie. Takie,  jakiego pragniemy, ale nigdy nie jest nam dane.
Miłość nie zawsze oznacza coś takiego, lecz właśnie to oznacza dla nas dzisiaj.
Nie wam wypowiadać sądy! "

O eutanazji na życzenie wiele było dyskusji , wielu wybitnych medyków, filozofów, duchownych i polityków zabierało w tej sprawie głos. 
Rozstrzygnięcia nie ma i pewnie nie będzie, bo różne są poglądy, przepisy prawa, religie i pojemność ludzkiego sumienia. 
Jestem jednak zdania, że każdy ma prawo do decydowania o swoim życiu w obliczu niewyobrażalnego cierpienia i niewiadomego końca. 

Co innego jednak zamysł, a co innego odwaga zrealizowania takiego czynu. Jeszcze  czym innym jest udział osób trzecich w przeprowadzeniu eutanazji, bo tu dopiero zakrada się mnóstwo wątpliwości i zawirowań prawnych.

Zostawiając jednak poza dyskusją prawne i etyczne aspekty - nie nam wydawać sądy o decyzjach, gdy iskra życia przygasa na tyle, że nie widać światła w tunelu, a jedynym wyjściem wydaje się przekroczenie granicy snu,  ku światu bez bólu i cierpienia... choć wielu twierdzi, że to nadzieja umiera ostatnia.

piątek, 1 września 2023

Pudełko wspomnień...

 Zdjęcia i niektóre przedmioty niosą w sobie pamięć dawnych wydarzeń, które zostałyby może zapomniane, gdyby nie te pamiątki.

Znalazłam w jednej z szuflad metalowe pudełko po czekoladkach Wedla. No i ruszyła machina wspomnień... 

Powiecie: co może być niezwykłego w bombonierce, oprócz wytłoczonego pomnika  Chopina z warszawskich Łazienek?

Te czekoladki miały polecieć do Australii, stąd wybitnie polski akcent na pudełku i znana firma.

Moi rodzice zostali zaproszeni przez brata mamy, który mieszkał na Antypodach, ściślej na Tasmanii. Trafił tam zaraz po II wojnie, a legenda rodzinna głosi, że wracając z wojny wsiadł na niewłaściwy statek i zamiast do Anglii, dotarł do Australii.

Odwiedził Polskę tylko raz w wakacje w 1972 roku. Nie zobaczył się już z ojcem, a moim dziadkiem, bo ten zmarł w Wielkanoc. Przebywał w Polsce całe wakacje, odwiedził bliższą i dalszą rodzinę, każdemu kupując jakieś prezenty. 

Wróciwszy do Australii uradził z rodziną, że zaprosi do siebie najmłodszą siostrę czyli moją mamę z mężem. W owych czasach było to niemałe przedsięwzięcie, bo młode pokolenie nie może pamiętać, jak trudno było zdobyć pozwolenia i dewizy na wyjazd. 

W każdym razie minęło kilkanaście  lat i wreszcie wyjazd miał dojść do skutku, a ja miałam zająć się mieszkaniem i psem rodziców. Wszystko było kupione, umówione, nawet ta bombonierka przygotowana, aż tu przychodzi telegram, że wujek nie żyje!

Ale jak to? Okazało się, że czas jakiś pokasływał, a palił sporo i ciotka Mary kazała mu iść do lekarza, bo jak taki kaszlący będzie siostrę po Tasmanii woził?

Diagnoza była miażdżąca - rak płuc, a od diagnozy przeżył zaledwie dwa tygodnie!

Lekarz wujostwa stwierdził, że emocje związane z wizytą ukochanej siostry i całe to zamieszanie przyspieszyły rozwój choroby. Cios dla wszystkich straszny, tym bardziej, że dziadek zmarł na raka krtani.

Pudełko czekoladek zostało więc w kraju, ciotka Mary przeniosła się do dzieci w Perth, a dewizy wydane w Pewexie pokolorowały nam szarą PRL-owską codzienność.

Moja mama zmarła na raka płuc w 2005 roku. Jak się domyślacie, nigdy nawet nie sięgnęłam po papierosy, z takimi genami lepiej licha nie kusić...


niedziela, 16 października 2022

Po drugiej stronie ulicy....

 

Trafiłam w telewizorze na nowelę obyczajową, tym razem był to krótki film z przesłaniem. Nie znam jednak tytułu bo nie oglądałam od początku, zaciekawił mnie jednak na tyle, że spowodował kilka refleksji.

Mieszkają obok siebie dwie pary: starsze małżeństwo ma dzieci, młodzi sąsiedzi cieszą się sobą i brakiem rodzinnych obowiązków.

W noweli, para z dziećmi podgląda młodszych sąsiadów, co umożliwiają okna bez zasłon i lornetka. Różne sytuacje, różne okresy życia, różne pory dnia. Pewnego razu przystojny młodzieniec ukazuje się sąsiadom z ogoloną głową, co ich dziwi, bo miał piękne lokowane włosy. Za czas jakiś - sąsiad wychudzony, leżący w łóżku. Młoda żona chodzi coraz bardziej zmartwiona.
Gdy sąsiadka wysyła męża z dziećmi do ZOO, zauważa w oknie naprzeciwko smutny obrazek - chory sąsiad umiera, żegnany czule przez żonę, przyjeżdżają przedstawiciele zakładu pogrzebowego.

Kobieta wychodzi na ulicę, widzi rozpacz młodszej sąsiadki, zaczynają rozmowę. Okazuje się, że obie pary znają się z widzenia, również młodzi podglądali sąsiadów z dziećmi.
Obie pary zazdrościły sobie czegoś - rodzice zazdrościli bezdzietnym wolności i młodości, spokoju i wieczorów przy świecach. Bezdzietni zazdrościli udanej rodziny i radosnego gwaru w mieszkaniu naprzeciwko, bo przez chorobę mężczyzny taki stan nie był im dany.

Chyba nietrudno wpaść na to, jaki przekaz niesie ta nowela - uważajmy, czego zazdrościmy innym!
Być może Wasze skojarzenia będą zupełnie inne...



piątek, 5 sierpnia 2022

Trza się chyba upić...

 

Spotkałam znajomą w sklepie. Zawsze elegancka, pogodna, rozmowna, tym razem smutna, nieumalowana, może chora?

Okazało się, że miała wypadek uliczny, ratując dziewczynkę przed zderzeniem z elektryczną hulajnogą, wyszła ze zdarzenia prawie ze zmiażdżoną stopą, pojechała do szpitala wprost z ulicy.

A w szpitalu, wiadomo. Kolejka oczekujących, różne dolegliwości, różne stany bólowe, spory rozrzut wiekowy, różny poziom cierpliwości... Znajoma została oznaczona opaską, pielęgniarka wytarła stopę, by nie brudziła podłogi i poleciła cierpliwie czekać.

Kobieta czekała na obdukcję lekarską od 16 do 21, okazało się, że ma złamany paluch w prawej stopie, stłuczenia i otarcia, paluch usztywniono, przepisano leki, sama wróciła do domu, pewnie taksówką...

Dlaczego w tytule o piciu? Bo w trakcie oczekiwania w szpitalnej izbie przyjęć  zaobserwowała , że bez kolejki i zbędnych formalności przyjmowani są klienci pod znaczącym wpływem alkoholu, zabierani przez karetki z ulicy, bo upał, bo zagrożenie życia, bo pijak to też człowiek.

Nawet pielęgniarka zajmująca się znajomą stwierdziła, że teraz trzeba by  się upić do nieprzytomności, zalec na ławce, a ktoś z rodziny zadzwoni po karetkę, która do szpitala zawiezie i na cito nawet badania robią, bo pacjent z karetki wymaga szczególnego traktowania.

Zrobiła więc znajoma dwa błędy - była trzeźwa i do szpitala pojechała sama....


P.S.
Jestem w górach, więc wybaczcie, jeśli nie wszędzie zajrzę i wpiszę komentarz, WiFi mam  takie sobie, ale nadrobię wkrótce.

sobota, 9 kwietnia 2022

Trzeba mieć zdrowie...

 

Mój ojciec mawiał, że aby leczyć się w Polsce, trzeba mieć końskie zdrowie i anielską cierpliwość.

Inna opcja to znajomości i gruby portfel.

Druga opcja u mnie odpada, wiec wybrałam się do przychodni. Tydzień temu, wieczorną porą bardzo rozbolało mnie gardło, w nocy to już koszmar zupełny, rano klucha jak przy śwince.
Zarejestrowałam się do lekarza, bo i samopoczucie niewyraźne, do tego ból głowy.

W rejestracji poprawa, nie czekałam przy telefonie godzinami. O wyznaczonej porze poszłam do przychodni, obsuwa w czasie ok.1,5 godziny, ale nic to.
W gabinecie pani doktor zapytała o nazwisko i cisza, siedzę 5 m od biurka, ona pisze na klawiaturze komputera zawzięcie. Gdy próbowałam coś wydukać, przerwała mi, bo ONA pisze, czekałam więc cierpliwie. Po pewnym czasie:
- w recepcji napisano, że ból gardła i głowy
- tak i ogólne rozbicie
Nie powiem, do gardła zajrzała, plecy osłuchała. zapisała płyn do płukania gardła. Poprosiłam o zwolnienie, bo pracuję.
- Nie wydaje się zwolnień na jeden dzień, trzeba było wziąć urlop na żądanie!
- Ale ja w szkole pracuję, u nas nie ma urlopów na żądanie...
Znowu cisza, pani pisze, pisze, pisze...
Podeszła na odległość ręki, wręczyła kartkę z nazwą leku, bo bez recepty i rzuciła tylko - zwolnienie poszło online. Był piątek, myślę - przez weekend podleczę się, a jak znam swój organizm zapowiadało się na zapalenie gardła, ale przecież nie wolno niczego sugerować lekarzowi.

W poniedziałek poszłam w masce do pracy, bo wcale lepiej nie było, więc maseczka , by koleżanek nie zarazić. W połowie dnia już nie mówiłam, pot na plecach, kaszel, ból głowy.
We wtorek więc znów do przychodni, wariatkowo!
Przed wejściem do gabinetu lekarza mierzą ciśnienie, ale gdy pielęgniarka usłyszała mój kaszel, to zaprowadzono mnie na test covidowy. Wynik negatywny! Dobre i to!

Żeby się nie rozpisywać - pani doktor zajrzała w kartę - miała pani zwolnienie do wczoraj...
- nie, tylko na piątek, wczoraj byłam w pracy
- a dziś dlaczego panie nie poszła?
- bo czuję się gorzej
Pani doktor powtórzyła procedurę badania, poszła umyć ręce, gdy próbowałam opisać inne objawy choroby, to albo leciała woda i zagłuszała, albo znów pisanie, więc skupienie.

Po wypisaniu zwolnienia i recept ( o dziwo antybiotyk, skierowanie na badanie krwi i moczu i skierowanie na RTG płuc) zapytałam nieśmiało czy mogę poprosić o jeszcze jedną receptę, na zawroty głowy, które czasami miewam., ale nie pamiętam nazwy leku, bo sporo czasu był spokój.
Pani doktor na to, że w komputerze żadnej informacji nie ma, a poprzedni lekarz , który jest na emeryturze miał nieczytelne pismo., więc z kartoteki ona nic nie wyczyta.
Muszę więc odszukać wyniki badań sprzed lat i zgłosić się znowu.

Zamiast więc wyleżeć chorobę, idę na badanie krwi, drugi raz na RTG, bo wszystko w innym miejscu, w innych godzinach. W domu szukam wyników badań - są, nawet zdjęcia na płytach.
Po raz trzeci muszę wytrwać przy telefonie, by zapisać się na wizytę kontrolną.

Zapisano na wizytę kontrolną, czekam w poczekalni, znów opóźnienie i nagle pani doktor wychodzi z gabinetu z informacją, że jedzie na wizytę domową.
Pytam czy mam czekać czy przyjść w poniedziałek?
- może pani czekać lub wrócić za godzinę, pilna wizyta domowa...
Idę więc na spacer, nie uśmiecha mi się czekać w masce w poczekalni.

Pani wraca po godzinie, bardzo przeprasza, jest miła, zainteresowana, analizuje zebrane wyniki badań, wystawia dalsze zwolnienie, poleca nowy niedrogi lek, przy okazji wzmacniający odporność, zaleca prześwietlenie kręgów szyjnych. 
Normalnie doktor Jekyll i pani Hyde...

Każdy ma lepsze i gorsze dni, ale dlaczego ma to się odbijać na pacjentach?

poniedziałek, 21 lutego 2022

Ile można znieść ?

 

Gdy obserwuję , ile nieszczęść czy trudności życiowych dopada niektórych ludzi, to zastanawiam się czy to zbieg okoliczności czy jakaś inna niewyjaśniona przyczyna.

Ile trzeba mieć samozaparcia, dobrej woli, optymizmu, zdrowia by przetrwać łańcuch złych wydarzeń w naszym życiu? 
Nie zawsze mamy to wszystko na własne życzenie, tak się po prostu dzieje, bo nie sami mamy wpływ na to, co nas spotyka.

Życie  B. nigdy nie było łatwe, najpierw rozwiedli się jej rodzice i to wcale nie było rozstanie w przyjaźni. Męża trafiła zaradnego, ale im szybciej robił karierę i mnożył majątek, tym bardziej był nieprzyjemny dla żony i wymagający dla dzieci. Nie zostawiła go w zasadzie dla dzieci, obiecywała sobie, że po maturze syna, odejdzie już na pewno. Nie odeszła, bo zachorowała jej teściowa, którą opiekowała się do śmierci starszej pani , a stosunki między nimi zawsze były dobre.

Być może decyzję o odejściu od męża opóźniła także choroba przyjaciółki, rak jelita. Nie dość, że opiekowała się koleżanką, załatwiała leczenie, podtrzymywała na duchu, to jeszcze troszczyła się o jej rodzinę, bo dla dzieci chorej była najmilszą ciocią. Przyjaciółka zmarła, a B. została bez jedynej bratniej duszy...

Nie odeszła także później, bo wesele syna, opieka nad matką, która zaczęła niedomagać... a mąż z wiekiem zrobił się jakby łagodniejszy. 
Gdy już wszystko wychodziło na prostą i zaczęła myśleć o sobie, matka  B. zachorowała na raka, opieka spadła znowu na nią, bo brat nie mieszkał w Polsce. 

Pandemia też nie ułatwiła jej życia, zachorowała sama na covid, ciężko przeszła chorobę, do tej pory odczuwa jej skutki. Gdy odwoziła mamę do szpitala dostała wiadomość o śmierci bratanka. Młody chłopak zmarł nagle na zator płucny, jej ukochany chrześniak...

Po pogrzebie  bratanka czekała na powrót mamy ze szpitala, by znów zorganizować  opiekę, bo sama pracuje przecież zawodowo, gdy okazało się, że nie może matki odwiedzić nawet, bo leży w izolacji - zarażona covidem. Lekarz doradził załatwienie opieki paliatywnej dla mamy,  o ile przeżyje covid, bo słaba bardzo i niezaszczepiona.

Jakby tego było mało, dowiedziała się o problemach zdrowotnych syna, który potrzebuje operacji, ale zabieg odraczany jest w nieskończoność przez restrykcje covidowe.

Gdy rozmawiałam z B. ostatnio, doradziłam wizytę u lekarza, bo wygląda jak zdjęta z krzyża, oczy podkrążone, nie je, nie  sypia,  wszystko ją drażni, skupienia na pracy zero. 
Zadzwoniła do przychodni, pani doktor łaskawie dała 3 dni wolnego i zapisała prochy.
Obawiam się, że w końcu te wszystkie zdarzenia odbiją się na jej zdrowiu, odpukać!

I pomyśleć, że czasami  narzekam na fatalną pogodę...




poniedziałek, 7 czerwca 2021

3 razy NIE

 

Miał być post o pałacach, ale przeczytałam u Karoliny wpis o cierpieniu i muszę zabrać głos szerzej, niż tylko w komentarzu.

Karolina jest dzielną i wrażliwą osobą, pisze o chłopcu, który zmarł w wieku 15 lat, a wiele czasu przed śmiercią zmagał się z wyniszczającą chorobą.

Nie zgadzam się jednak z tytułem postu , który sugeruje, że mały chłopiec uczył nas jak znosić cierpienie.

Napisałam w komentarzu, że bardzo współczuję rodzicom chłopca, bo nie wyobrażam sobie patrzeć na wieloletnie cierpienia własnego dziecka, w poczuciu bezsilności i z mieczem nieuchronnej śmierci syna nad głową.

Wykracza także poza moje wyobrażenie, jak można z takiej sytuacji czerpać naukę typu - uczmy się od chorego dziecka, jak znosić cierpienie! 

Cierpienie w wyniku choroby nie jest bohaterstwem, które powinno się wynosić na piedestał! 

To tak, jakbyśmy akceptowali tortury czy eksperymenty medyczne!

Obserwowałam latami lub miesiącami, co przeżywają bliskie mi osoby chore na nowotwory. Obserwowałam, jak długo i boleśnie mój wujek dochodził do siebie, rozjechany na rowerze przez kierowcę w TIRze.

Nie śmiem porównywać swoich dwudniowych migren z cierpieniem odczuwanym na skutek nieuleczalnej choroby, ale dwa dni ciężkiej migreny wystarczą, bym chciała wydłubać sobie oko, obciąć ucho lub po prostu zjeść truciznę.

Moja bliska koleżanka, krótko przed śmiercią wyznała - wiesz, ja nawet pogodziłam się ze śmiercią, ale nigdy nie pogodziłam się z tym, co robi ze mną ta choroba; straciłam urodę, nogi mi puchną, w brzuchu mam wodę, umieram z głodu...

Nie przekona mnie więc NIKT, że cierpienie uszlachetnia, że powinniśmy uczyć się od kogokolwiek, jak bohatersko cierpieć na oczach publiczności i dla przykładu.

Nie przekona mnie nikt, że cierpienie dziecka umierającego na oczach rodziców jest po coś!

Medycyna nie jest doskonała, ale naukowcy wciąż szukają nowych leków,  robią wiele, także w hospicjach, by chory nie cierpiał!

Dlaczego 3 razy Nie?

NIE dla pochwały cierpienia i męczeństwa.

NIE dla bólu i męki w umieraniu.

NIE dla odnajdywania głębszego sensu w powyższym...


czwartek, 29 października 2020

W oku cyklonu

 

Słyszałam wiele historii o korzystaniu z porad lekarskich w czasie pandemii. W niektóre trudno uwierzyć, ale miałam okazję sama przetestować, jak to wygląda.

W czwartek bardzo bolały mnie plecy, czułam nawet jakiś stan zapalny, wszak w szkole przeciągi, wietrzenie, nie byłam pewna czy to plecy czy grypa ...

Myślę sobie - w piątek pewnie mniej pacjentów, dzwonię do przychodni, już wiedziałam, że nie grypa, tylko kręgosłup.

Wykonałam tak na oko ze 150 połączeń, raz mnie rozłączyło, gdy już byłam w kolejce oczekujących, ale nareszcie sukces - usłyszałam w słuchawce - jesteś trzeci w kolejce.

Recepcjonistka odebrała, zapytała do jakiego lekarza i przystąpiła do uzupełniania ankiety, nie dziwota, że to tak długo trwa. Przerwałam jej w połowie, mówiąc, że mam problem z kręgosłupem.

Usłyszałam, że pani doktor oddzwoni między 11.00 a 13.00

Telefon zadzwonił przed 11.00 , numer nieznany, pani krótko i mało sympatycznie zażądała wyniku prześwietlenia, które robiłam w marcu i kazała niezwłocznie przyjść do przychodni. Byłam w szoku!

Gorączkowo zaczęłam szukać koperty ze zdjęciem i opisem badania, dowlokłam się jakoś do przychodni, myśląc, że dziwne to, skoro z bolącym kręgosłupem muszę iść, a dla grypy czy anginy teleporada.

Weszłam w oko cyklonu, bo było otwarte, a tam na wejściu zmierzono mi temperaturę, pytając podejrzliwie czy na pewno pani doktor obiecała mnie zbadać, zaprowadzono do pokoju oczekiwań, pielęgniarka zaniosła moją kartotekę i wyniki, ponownie zmierzono mi temperaturę i ciśnienie, i kazano  siedzieć samej w wielkiej poczekalni.

Po kilku minutach wyszła pani doktor, już bardziej sympatyczna i życzliwa, choć miałam wrażenie, że gdyby mogła, badałaby mnie przez szybę.

Wreszcie po krótkich oględzinach sprawności moich kończyn kazała wstać i znowu czekać w poczekalni.

Wyszła po kilkunastu minutach z plikiem papierów, które podała niemal w powietrzu, ledwie chwyciłam, gdy zbliżyłam się nieco, bo nie słyszałam co do mnie mówi , ostrzegła - proszę tam stać!

Czekając w poczekalni zauważyłam, że lekarze siedzą w swoich gabinetach, a pielęgniarki uwijają się jak w ukropie, nosząc kartoteki, mierząc temperaturę i ciśnienie, dezynfekując wszystko bez przerwy, odbierając telefony, pilnując porządku przed wejściem do przychodni, bo czasem jednak pacjenci pojawiali się z różnymi problemami. 

Byłam świadkiem załamania nerwowego u jednej z pielęgniarek, która na korytarzu popłakała się w rozmowie z inną - że nie daje już rady fizycznie i psychicznie, bo miota się między lekarzem na piętrze, a pacjentami na parterze,  wszyscy mają pretensje, w "umundurowaniu" duszno, a ona już niemłoda...

piątek, 2 października 2020

Tak na marginesie...

Nasłucha się człowiek różnych rzeczy na temat pandemii i Sanepidu.

I tylko nie wiem czy śmieszne to wszystko czy przerażające? 

A liczba zarażonych wzrasta...

Historia I

Pracownik biura jednej z dużych firm odbiera telefon od urzędnika z Sanepidu:

- zostało panu 5 dni kwarantanny, po tym czasie, jeśli nie będzie objawów, może pan wracać do pracy...

- ale ja nic nie wiem o kwarantannie, czy na pewno o mnie chodzi?

- a czy to pan Iksiński?

- tak, Zenon Iksiński, ale nikt do mnie nie zadzwonił i z jakiego powodu ta kwarantanna?

- ktoś pana zgłosił z kontaktu...

- ale ja normalnie chodzę do pracy w firmie...

Historia II

Szkoła średnia, trzy klasy na kwarantannie. 

Jeden z nauczycieli pracuje w dwóch placówkach.

W tej drugiej szkole koleżanka po przeczytaniu informacji z Internetu zwraca się do niego z pytaniem:

- a ty nie na kwarantannie?

- a nie, bo u nas przerwy tylko do 15 minut i Sanepid stwierdził, że mała możliwość zarażenia dla nauczycieli

- ale lekcja trwa 45 minut!

- z Sanepidem chcesz dyskutować?

Historia III

Właścicielka małej firmy zatrudniającej pracowników z Ukrainy postanowiła przyspieszyć badania covidowe i zgodnie z instrukcją urzędnika miała sama pobrać próbki od przyjezdnych i zawieźć do stacji Sanepid. 

Czas to pieniądz, więc pani pobrała 15 wymazów od siebie samej, próbki zawiozła gdzie trzeba i jakie było jej zdziwienie, gdy otrzymała wyniki badań - 10 próbek dało wynik negatywny, pięć pozytywny...

Życzę wszystkim zdrowia z dala od wirusów wszelkich.


niedziela, 6 września 2020

Przeciw grypie...

Nie zamierzałam już pisać o epidemii, ale byłam świadkiem ciekawej rozmowy i musiałam przytoczyć ten przykład, choćby z uwagi na to, że specjaliści nawołują do masowych szczepień, a wokoło wszyscy dyskutują, a to o szczepieniu przeciw grypie, a to przeciw meningokokom.

Wspomniana rozmowa uzmysłowi może niektórym, jak to jest w rzeczywistości i co nas czeka na jesieni.

Koleżanka zdobyła szczepionkę przeciw grypie i postanowiła się zaszczepić w piątek, by w razie czego odchorować przez weekend i nie stwarzać problemów w pracy.
Od wczesnego ranka próbowała dodzwonić się do przychodni, dobrze, że lekcje zaczyna później.

Wreszcie ktoś odebrał telefon, najpierw rozmowa z rejestratorką:
- Dzień dobry, chciałabym się dziś zaszczepić przeciw grypie, czy może mnie pani umówić na badanie?
- proszę pani, dziś absolutnie wykluczone, to tak nie działa, dziś pani zgłasza i czeka na telefon od lekarza, lekarz zadzwoni 3 razy, jeśli pani nie odbierze, to porada online przepada, numer telefonu będzie zastrzeżony
- to skąd mam wiedzieć, że dzwoni lekarz, a po drugie jestem w pracy, nie mogę w czasie lekcji odbierać telefonu
- nic nie poradzę, to pani problem!

Koleżanka chodziła jak w amoku. Traf chciał, że telefon zadzwonił na przerwie, uczniowie zostali w klasie, bo padał deszcz.
- Halo, dzwonie z przychodni, ze szczepieniem może być problem, bo mam przed sobą pani wyniki, nie są najlepsze...
- ale pani doktor, ja nie robiłam ostatnio żadnych badań!
- a jak pani godność?
- Kowalska
- o nie, ktoś włożył do pani kartoteki wyniki badań pani Kowalewskiej
- ????????????
- dobrze więc, proszę się zjawić punktualnie na 13.50, mam dla pani 10 minut
- ale ja mam lekcje do 14.25
- ...........

Nie wiem czy poszła (jeśli znalazła zastępstwo), czy się zaszczepiła, bo byłam zajęta wydawaniem podręczników, ale po tej historii nie wyobrażam sobie akcji masowych szczepień na cokolwiek...

piątek, 31 lipca 2020

Dwie sprawy...

Obie sprawy podsłuchane, jedna z realu, druga z mediów.
Obie dają do myślenia.

Idę przez osiedle, z bloku wychodzi starszy pan, z laską i torbą na kółkach.
Spotyka dużo młodszego mężczyznę. Słysze taki dialog:
- I jak Zyguś, moja koperta dostarczona?
- A tak, witam. Wczoraj byłem w Toruniu i zawiozłem swoją, pana kopertę i moich teściów.
- A to dobrze, będę oglądać telewizję, to może darczyńców z nazwiska wymienią?
- Tak pan myśli, ale chyba za dużo tego...
- Zobaczymy, za datki wypada podziękować!
- Zdrowia życzę, do widzenia!
Spojrzałam na starszego pana i moja refleksja była taka, że zamiast wysyłać koperty do Torunia, lepiej by sobie nowe buty kupił lub kapelusz od słońca...
Ale cóż, nie moja kasa, nie mnie boli głowa.
Za to jeden ojciec z Torunia zaciera ręce i prosi o jeszcze.

*****
Druga sprawa zdziwiła mnie nie mniej.
Słyszę mianowicie w TV wypowiedź z ministerstwa zdrowia, jak to urzędnicy przygotowują nas na sezon zachorowań jesienią.
Na pierwszą linię pójdą lekarze rodzinni, do których będzie należało rozróżnienie zwykłej grypy od covid-19.

Ciekawe jak to zrobią, czyżby przez telefon?
Bo u nas przychodnie zawarte przed pacjentami na amen, pielęgniarki jak na barykadach strzegą dostępu nawet do rejestracji.
Zapotrzebowania na recepty wrzuca się do skrzynki.

O dziwo, prywatnie lekarze się nie boją i przyjmują, w dodatku jest drożej, bo to pacjenci płacą za dodatkowe środki ostrożności.

Gdyby ktoś nie wiedział, jak wygląda wizyta w przychodni na telefon ( o ile uda się dodzwonić):
- Dzień dobry, pani doktor, boli mnie gardło
- to na pewno od noszenia maseczki
- ale co z tym dalej?
- proszę wziąć lusterko i zajrzeć głęboko
- ale ja nic nie widzę, słabe światło mam chyba
- to proszę wziąć latarkę i lusterko powiększające
- na mam i co?
- gardło czerwone tylko czy z nalotem?
- czerwone, ale nalotu chyba nie ma...
- pani kupi coś do płukania, a jak nie przejdzie, to słyszymy się znowu...

Nie jest to scena kabaretowa, to autentyczna rozmowa z lekarzem pierwszego kontaktu.


Z ostatniej chwili - liczba zakażeń rośnie, minister przerwał urlop, ale pan premier nie widzi problemu...

czwartek, 4 czerwca 2020

Nie będę leczył idiotów...

Pojawiła się kilka dni temu w sieci pewna informacja, która umknęła uwadze czytelników, a mi nie daje spokoju.

Jakiś włoski lekarz o specjalności anestezjolog miał powiedzieć, że obserwując beztroskę ludzi po zniesieniu obostrzeń pandemicznych w jego kraju i tłumy na ulicach, nie zamierza podejmować leczenia kretynów, którzy dobrowolnie narażają się na złapanie wirusa.

Z jednej strony rozumiem jego zdenerwowanie. Siedział zamknięty z chorymi w szpitalu w oku cyklonu epidemicznego, czasem pewnie musiał podejmować decyzję, kogo podłączyć do respiratora, a komu pozwolić umrzeć.

Chciał także zapewne wstrząsnąć niektórymi osobami, co to zbytnio zawierzyły rządowym ulgom od zakazów, posłuchały głosu serca, uległy tęsknocie za spotkaniami i normalnym życiem...

Z drugiej strony, żadna sytuacja nie usprawiedliwia takiego przekazu.
Taka to profesja, podobnie jak kilka podobnych, że ratuje się biednych i bogatych, rozsądnych i głupich, chorych przewlekle i okazjonalnie, ofiary wypadków i kaleki od urodzenia.

Idąc bowiem tokiem rozumowania tego lekarza nie powinno się udzielać pomocy nierozsądnym turystom , idącym o zmierzchu zimą na Zawrat; kierowcy, który z powodu zbyt szybkiej jazdy złamał kręgosłup; palaczowi, który umiera na raka płuc; dziewczynie, która chciała schudnąć i najadła się szkodliwych pigułek spalających tłuszcz; samobójcy pokonanemu przez depresję lub zawód miłosny.

Wymieniać można długo, prawda?

Sama często jestem wkurzona na ryzykowne zachowania niektórych rodaków, może niektórym z nas przemknie przez głowę myśl - ma to kalectwo na własne życzenie, nie trzeba było skakać do wody w nieoznaczonym miejscu...
Ale czy to znaczy, że my tacy rozsądni i ostrożni mamy odwracać się od tych mniej rozsądnych, słabszych, pod wpływem ?
Nawet seryjny morderca ma prawo do obrony, sprawiedliwego procesu i leczenia w więzieniu.

Nasz stosunek do chorych, kalekich i wszystkich potrzebujących pomocy odróżnia nas właśnie od istot barbarzyńskich, które za nic mają życie i cierpienie ludzkie.

Takie jest moje zdanie, a Waszego jestem ciekawa w komentarzach.

sobota, 23 maja 2020

Leczenie zdalne i szpilki...

Pani O. znudzona siedzeniem w domu w czasie kwarantanny, dała się namówić kuzynce na wypad do lasu, skoro już można było.
Pojechały autem, w lesie przebrały się w obuwie sportowe, bu pobiegać i poćwiczyć formę.

Kuzynka pani O. była bardziej wprawiona w bieganiu i po krótkiej rozgrzewce pomknęła niczym sarenka, zostawiając nasza bohaterkę daleko w tyle.
Różnica rozbiegania u obu pań była widoczna, więc umówiły się, że co kawałek pomaszerują, a więc będzie to raczej marszobieg.
Po paru kilometrach pani O. nabawiła się jednak kontuzji i wróciła na parking, by oczekiwać na powrót kuzynki.
W domu noga dokuczała coraz bardziej, zatem pani O.zadzwoniła do lekarza.
Polecono jej zrobić komórką zdjęcie nogi i widocznie nie wypadło dobrze, skoro wezwano pacjentkę na godz.12.00 do szpitala.
Przed szpitalem namiot, gdzie pani O. udzieliła obszernego wywiadu, odkażono ją dokładnie i kazano czekać na lekarza ortopedę.
Lekarz pojawił się ubrany jak kosmita, obejrzał nogę z daleka, udzielał porad, wypisał recepty.

Pani O. wróciła do domu, by podjąć leczenie przy pomocy zaordynowanych leków.
Zwolnienie nie było potrzebne, nie pracowała w czasie pandemii.
Na szczęście leki zrobiły swoje i ćwiczenie nogi w domu, ale ciągle lekko utykała.

Gdy dostała wezwanie do stawienia się w pracy, długo myślała jakie założyć buty, by JAKOŚ wyglądać , ale by noga nie ucierpiała za bardzo.
W swej próżności i zgodnie z upodobaniami pani O. założyła szpilki, nie mogła się oprzeć.
I tu stał się cud!
Noga nagle ozdrowiała, a pani O. pomknęła do pracy niczym łania, zastanawiając się, czy to nie płaskie buty biegowe tak jej zaszkodziły?

środa, 25 marca 2020

Bywa i tak...

Wybrałam się w poniedziałek do sklepu na większe zakupy, by nie chodzić codziennie po coś.
Nabiał i owoce się skończyły.
Na spacery chodzimy z mężem razem, po zakupy osobno.
Wczesnym rankiem ludzi niewielu, panie wykładają towar, spokojnie wybieram to i owo.
Do sklepu wchodzi bardzo starsza pani.

Od progu zagaduje do każdego, także do mnie.
- już otwarte, a mieli dopiero od ósmej, a te surówki to świeże?
Pani podchodzi bardzo blisko, lekko się odsuwam, jak każą.
Po chwili staruszka zagaduje do sprzedawczyni, do sąsiadki, którą rozpoznaje z daleka.
Nikt nie kwapi się do dłuższej rozmowy, zajęty pracą w sklepie lub wybieraniem towarów z listy , no i z wiadomych względów bezpieczeństwa.

Między regałami słyszę nagle taki dialog:
- nie boi się pani sama chodzić po zakupy? w pani wieku to niebezpieczne, ten wirus teraz...
- nie mam nikogo, a obcych nie chcę fatygować... zresztą co mi zostało? siedzę sama jak palec, jedyna radość to wyjść z domu i do ludzi zagadać, a dzisiaj nawet na ulicach i w sklepach pusto...do przychodni tylko na telefon!
- a jak pani się zarazi?
- trudno, albo umrę na wirusa, albo ze zgryzoty, nie wiem co gorsze...

piątek, 20 marca 2020

Plusy dodatnie i ujemne...


Każda nietypowa sytuacja przymusu ma swoje wady i zalety.
Nie wiem, jak u Was, ale my staramy się ciągle coś robić, trzymać dyscyplinę czyli nie zapuszczać się i pielęgnować pogodę ducha.

O obserwacjach zewnętrznych nieco pisałam, teraz skupię się na plusach i minusach czasu zarazy… (okropna nazwa)

Plusy dodatnie:


+ mieszkanie wysprzątane, usterki naprawione, góra prania wyprasowana
+ wkrótce piwnica będzie uporządkowana, teraz mąż nie ma wymówki
+ odżywiamy się zdrowiej, bo jest czas i ochota na przygotowanie różności, zamiast opychania się kanapkami w pracy
+ na telefon i pocztę elektroniczną dostaję mnóstwo memów , zdjęć i dowcipów, które poprawiają humor
+ odkryłam w domowej bibliotece książki i albumy, które czekają na docenienie
+ chodząc na spacery w nieznane, byle z dala od ludzi odkrywamy nieznane, ciekawe zakątki, polanki fiołków, stokrotek, zagajniki brzozowe itp.
+ trafiam na promocje owoców i kwiatów, z zaopatrzeniem nie ma problemów
+ obserwuję spore zdyscyplinowanie obywateli w sklepach i na ulicach, sąsiadki odpoczywają od opieki nad wnukami
+ na osiedlu spokój, nikt nie hałasuje na podwórkach i boiskach

Plusy ujemne:

- zalewa nas rzeka niesprawdzonych informacji, hipotez, spekulacji
- niepokoi niepewność jutra i długotrwałość przymusowej sytuacji
- brak informacji o dostępie do lekarza, dentysty, badań – przecież ludzie chorują nie tylko na korona wirusa
- wątpliwości budzi skuteczność niektórych zabezpieczeń – nie da się unikać wszelkich kontaktów - co z tego, że ludzie dezynfekują dłonie, skoro wirus przenosi się w powietrzu…
- nigdzie nie ma drożdży, nawet w hurtowniach, ale dlaczego, nikt nie wie…
- z prędkością światła zapełniają się kontenery na śmieci, bo wszyscy robią wiosenne porządki, w dodatku niektórzy podrzucają wielkogabarytowe śmieci innym, o czym donosi nawet nasza lokalna telewizja, straż miejska tropi złoczyńców
- wszystkie instytucje ograniczają kontakty i korespondencję papierową, ale ilość ulotek reklamowych w skrzynkach na listy nadal spora

Dbajcie o siebie, róbcie sobie drobne przyjemności, trzymajcie się z dala od zarazków!
Każda wojna kiedyś się kończy, oby strat było jak najmniej.
(grafika - pixabay.com)

sobota, 22 lutego 2020

Pusto w przychodni?

Bolało, bolało, smarowałam maścią, według mądrości męża - samo wlazło, samo wyjdzie.
W piątek rano tabletka przeciwbólowa, ubranie do pracy... a tu ledwo mogłam zejść ze schodów.
Dotarłam jakoś do przychodni, a pani w rejestracji mówi, że moja lekarka na emeryturze.
Podsunęła deklarację, by zapisać się do innej, wybrałam tę, która przyjmuje rano, dostałam drugi numerek.

Ucieszona, jak z wygranej na loterii weszłam na piętro, patrzę - pusto, tylko jedna osoba pod "moim"gabinetem, lekarz przyjmuje.
Co z tego, gdy przed pierwszą pacjentką wszedł ktoś na konsultację, siedział do 9.00.
Pacjentka nr 1 też sporo czasu zajęła, koniec końców wyszłam ok.10

Nowa pani doktor nawet spodobała mi się. Doświadczona, specjalista chorób płuc, przy okazji mnie osłuchała, choć plecy mnie bolały, przejrzała kartotekę i ostatnie badania, zrobiła szczegółowy wywiad, dała skierowania na prześwietlenie i do neurologa, wypisała recepty i poinstruowała co i jak brać, nie patrzyła tylko w biurko czy monitor.
Miałam iść jeszcze na prześwietlenie, ale punkt czynny od 11.00, nie miałam siły czekać, pójdę jak mi się polepszy.

Nie dziwi mnie więc, że tak długo czekałam, mimo że była druga w kolejce.
Z jednej strony chcielibyśmy szybko, z drugiej narzekamy na lekceważenie ze strony personelu medycznego.
Wolę już uważne podejście do pacjenta, niż taśmę na akord.

O dziwo nie było w poczekalniach ludzi kaszlących, smarkających itp.
Sami seniorzy, niektórzy pod opieką bliskich.
Czyżby młodsi pacjenci przenieśli się do innej przychodni?



piątek, 3 stycznia 2020

Właściwe słowa...

Choroby chodzą po ludziach.
Czasami ktoś umiera, ale to nie znaczy, że mamy trzymać się tej ciemnej strony mocy.
Inaczej trzeba by usiąść na kanapie i czekać na najgorsze.
Wkurzyłam się na sąsiadkę.
Za pesymizm i czarnowidztwo.

Wiemy przecież, że słowa mają moc, że wiara czyni cuda, że właściwe podejście ma znaczenie itd.
Ale od początku:
Nasz sąsiad jest w wieku mojego męża, aktywny, zawsze pogodny, uczynny.
W ubiegłym roku zasłabł w pracy, pogotowie, szpital. Stwierdzono wylew.
Długo nie było go widać, ale rehabilitacja w takich razach nie trwa ekspresowo, każdy organizm jest inny, wiek też robi swoje.
Na pierwszy rzut oka nie widać spustoszenia w organizmie sąsiada, gdy spotkaliśmy go na schodach sam stwierdził, że miewa lekkie zawroty głowy i słaby jest strasznie.

Czas mijał, mężczyzna stawał się coraz bardziej aktywny, zaczął wychodzić z domu, dużo spacerował, jeszcze tylko do roweru nie palił się specjalnie.
Za każdym razem staramy się dodać mu otuchy, chwalimy za postępy, co go bardzo cieszy, bo to widać.
Upewnia się w rozmowie czy na pewno nie widać, że miał wylew, czy jego chód nie wygląda ślamazarnie.
Pociesza się nawet tym, że inny sąsiad, też po wylewie, po pół roku wrócił do pracy. Wprawdzie trochę kuleje, ale nie przeszkadza mu to w normalnym funkcjonowaniu.

Tuż przed Nowym Rokiem wracamy ze spaceru, żona sąsiada zamyka drzwi, idzie popilnować wnuki.
Składamy sobie życzenia noworoczne, prosimy o przekazanie życzeń sąsiadowi, a jego zona na to:
- To już nie ten człowiek, już skończone życie, wolniej wszystko robi, czasami zapomina, jeszcze nie taki stary, ale już po nim...
- Ale trzeba być dobrej myśli, mąż dobrze sobie radzi, cieszy się z każdej samodzielnej czynności.
- Tak pani mówi, ale to już po życiu!

Byłam tak zdołowana jej reakcją, że opadło we mnie wszystko do podłogi i powiedziałam do mojego męża:
- Mam nadzieję, że ona mu tego nie mówi, bo takim gadaniem nie pomaga mężowi dojść do formy!
- Oby nie, bo ja w podobnym stanie nie chciałbym tego usłyszeć...

A chłopisko tak się stara, w niepogodę nawet po schodach maszeruje, byle być w ruchu, byle się nie dać! Trzymamy z mężem za niego kciuki, by odpędzić negatywną energię sąsiadki!

środa, 21 marca 2018

Uciekła mi pamięć...

Spotkałam Ją w drodze z pracy.
Dzień był zimny, wietrzny, a Ona bez czapki, szalika i rękawic, prowadziła psa na smyczy, a właściwie to pies ciągnął swoją panią.
- Witaj Mireczko!
Chwyciła mnie za ręce, nawet przez rękawiczki czułam, jakie ma skostniałe dłonie.
- Jak ładnie wyglądasz!
Patrzyła na mnie, chyba mnie poznała, ale nie mogła przypomnieć sobie imienia i te smutne oczy…
- Ładnie wyglądasz i nic się nie zmieniasz, a ja – widzisz, stara baba jestem!
- Mireczko, wszyscy się starzejemy, ale grunt, to mieć dobry humor i kondycję!
Pies szarpnął się zniecierpliwiony…
- A ty jak zwykle z psem na spacerze, dużo chodzisz, jak zawsze.
Spojrzała na mnie smutnymi oczami, skurczona, zziębnięta, ale jakby nie zauważając tego zimna odpowiedziała:
- Pamięć mi uciekła, nawet imienia psa nie pamiętam, chodzę tymi samymi ścieżkami, by trafić do domu, przez ponad rok tak się posunęłam, że sama siebie nie poznaję…
Skurczyła się, włosy w strąkach, zniknęła energia i wieczny uśmiech na twarzy, oczy uparcie patrzą w chodnik.
- Tak mi przykro, a nie zimno Ci? taka paskudna pogoda.
- Zimno?
Spojrzała na swoje zgrabiałe dłonie…
- Zimno, ale zapomniałam, gdzie leżą rękawiczki… to mój czwarty pies, młodziutki, musi się wybiegać.
- Uważaj na siebie!
I poleciała za psem, który rwał się do biegu za kawkami.

Była wychowawczynią mojego brata, moją koleżanką z pracy. Nauczycielem z powołania, który wszystkie siły i każdą wolną chwilę oddawał pracy. Niepocieszona, gdy musiała odejść na emeryturę, bo taki nastał czas, bo zabrakło etatu, bo nie miała nic innego poza pracą, może tylko synów, ale i oni poszli swoimi drogami, gdy dorośli.
Teraz opiekują się matką, każdy na swój sposób, ale pamięci jej wrócić nie mogą, a Ona resztkami świadomości trzyma się tego świata i nie może pogodzić się z diagnozą – Alzheimer.

niedziela, 1 stycznia 2017

Zakwas na twarzy czyli ciało i dusza...

Każdy z nas orientuje się, jakie organy ma w środku swego młodego lub starszego ciała : nerki, serce, wątroba, mięśnie, tętnice itd.
Jeśli wszystko dobrze funkcjonuje, nie przywiązujemy wagi do tych wszystkich nerwów, najcieńszych żyłek, stawów i ścięgien.
Jak powiedział kiedyś Piotr Bałtroczyk, do 40-ki nie zdajemy sobie sprawy z istnienia niektórych organów.
Gdy zaczyna dokuczać nam kręgosłup, mamy problemy ze snem, nagle zaboli żołądek lub duży palec u nogi szukamy przyczyny i lekarstwa. Najpierw oczywiście włączamy Internet, by wysłuchać porad doktora Google.
Tymczasem nasze ciało , które cierpliwie kumulowało w sobie negatywne emocje nagle mówi STOP – zatrzymaj się, zastanów się, co robisz !
Lekceważąc sobie zdrowie, „upychamy” ile się da pomiędzy te nasze wnętrzności: smutki, radości, kłótnie, złość, zdradę, samotność, stratę, tęsknotę, pośpiech, zazdrość…
Ileż to razy mówimy:
• mam tyle na głowie, że czuję jak mózg trzeszczy
• od tych zmartwień boli mnie serce
• ze strachu dostałam biegunki
• w pracy tyle się dzieje, że spać nie mogę
• muszę komuś przywalić, bo mi się krew zagotuje
• muszę wywalić, co mam na wątrobie
• od tej niepewności żołądek mnie boli
• przed egzaminem nogi mam jak z galarety


A to po prostu nasze emocje , te pozytywne i te negatywne przenoszą się na twarz i organy wewnętrzne. Czasami mówimy, że ktoś ma smutne czy wesołe oczy, że po twarzy poznać możemy, ile kto w życiu przeszedł. Osiwieć można w jeden dzień, a nawet w kilka minut, na skutek tragicznej wiadomości.
Patrząc na twarz obcego człowieka domyślamy się, czy jest osobą pogodną, życzliwą, czy wręcz przeciwnie. Osoby, które dużo się śmieją mają zmarszczki wokół oczu, te zaś, które się zamartwiają mają głębokie zmarszczki pionowe na czole, a osoby mało empatyczne maja tzw. zakwas na twarzy.
Nie na darmo mówi się, że komuś dobrze z oczu patrzy, bo oczy ponoć są zwierciadłem duszy.


Szukając porzekadeł na potwierdzenie związku między duszą i ciałem znalazłam takie przykłady:

Im mniej nienawiści, tym więcej zdrowia.

W zdrowym ciele zdrowy duch.

Złość piękności szkodzi.

Zdrowie i czyste sumienie waż sobie nad dobre mienie.

Śmiech to zdrowie.


Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą – tak mawiała moja babcia, mając na myśli, że gdy człowiek przygarbiony, to imają się go choroby, a przygarbiony to inaczej stary lub od zmartwień przygnieciony do ziemi…

Wiele ludowych mądrości powstało z obserwacji naszego postępowania, bo oprócz tych o wątrobie i czystym sumieniu pamiętam jeszcze sformułowania typu:
• za dużo bierzesz na swoje barki (a nie chodzi wcale o dźwiganie ciężarów)
• ta pazerność bokiem mu wyjdzie
• od przybytku głowa boli

Istotą dobrej fotografii, a zwłaszcza portretowania jest uchwycenie tego, co jest obrazem naszego wnętrza, a zdradza nas twarz, gesty, spojrzenie, ułożenie głowy czy rąk. Podobnie z malarstwem, sztuką jest podobno namalować portret, który oddaje nie tyle urodę portretowanego, co jego ciekawe wnętrze.

Jak ważny jest stan naszego ducha wiedzą ci, którzy zmagali się z ciężką chorobą lub towarzyszyli bliskim w walce – gdy poddaje się duch, tracimy nadzieję, żadne lekarstwa nie są w stanie nam pomóc i odwrotnie, czasem znajdujemy w sobie takie pokłady sił i chęci życia, że lekarzy wpędzamy w zdumienie.
Czytałam kiedyś anegdotę o Wisłockiej , tej od SZTUKI KOCHANIA, która leżała ciężko chora w szpitalu i lekarze nie dawali jej większych szans. Nagle po wizycie przyjaciółki zaczęła wracać do sił. Przyjaciółka zapytana, co stało się lekarstwem dla pacjentki, odpowiedziała, że opowieść o byłym mężu Wisłockiej i chora postanowiła wyzdrowieć na złość swojemu ex …

Mówi się także, że pogodni ludzie żyją dłużej, tak nawet twierdzi wielu stulatków, zapytanych o receptę na dobre zdrowie i długie życie – często się śmiać, nie przejmować się za bardzo, nie zazdrościć nikomu i ciężko pracować.

Tak więc, walcząc z zakwasem twarzy, podchodząc nie za bardzo poważnie do wielu spraw i ludzi, sprawiając sobie czasami trochę przyjemności i zwalczając lenistwo rozpocznijmy dobrze Nowy Rok.

wtorek, 27 września 2016

To tylko łzy...


Wiersz dedykuję wszystkim, którzy sami chorują lub zmagają się z cierpieniem najbliższych. Pocieszanie innych jest bardzo trudnym zadaniem, bo nigdy nie wiemy jakich użyć słów, a czasami nie słów potrzeba, a drobnych gestów...
Dziś więc tylko tych kilka słów przynoszę z myślą o tych, którzy czasami łzę uronią nad własną bezsilnością lub wybuchają płaczem na znak ulgi.



Płacz do woli
żar łez
serce ukoi
słony smak
zmysły zadziwi.
Płacz gdy niemoc
tak bardzo boli,
że łez
pragną oczy
wypatrywaniem
nadziei zmęczone.

Płaczmy razem
gdy odległość
zbyt duża aby
ręce połączyć
w kojącym uścisku.
Płaczmy nawet
gdy strach
niemy
ustępuje powoli
przed nadzieją
na lepsze jutro.

Bo za łez kurtyną -
być może,
do radości
odnajdziemy drogę...