poniedziałek, 3 marca 2025
Na własnych warunkach...
piątek, 1 września 2023
Pudełko wspomnień...
Zdjęcia i niektóre przedmioty niosą w sobie pamięć dawnych wydarzeń, które zostałyby może zapomniane, gdyby nie te pamiątki.
Znalazłam w jednej z szuflad metalowe pudełko po czekoladkach Wedla. No i ruszyła machina wspomnień...
Powiecie: co może być niezwykłego w bombonierce, oprócz wytłoczonego pomnika Chopina z warszawskich Łazienek?
Te czekoladki miały polecieć do Australii, stąd wybitnie polski akcent na pudełku i znana firma.
Moi rodzice zostali zaproszeni przez brata mamy, który mieszkał na Antypodach, ściślej na Tasmanii. Trafił tam zaraz po II wojnie, a legenda rodzinna głosi, że wracając z wojny wsiadł na niewłaściwy statek i zamiast do Anglii, dotarł do Australii.
Odwiedził Polskę tylko raz w wakacje w 1972 roku. Nie zobaczył się już z ojcem, a moim dziadkiem, bo ten zmarł w Wielkanoc. Przebywał w Polsce całe wakacje, odwiedził bliższą i dalszą rodzinę, każdemu kupując jakieś prezenty.
Wróciwszy do Australii uradził z rodziną, że zaprosi do siebie najmłodszą siostrę czyli moją mamę z mężem. W owych czasach było to niemałe przedsięwzięcie, bo młode pokolenie nie może pamiętać, jak trudno było zdobyć pozwolenia i dewizy na wyjazd.
W każdym razie minęło kilkanaście lat i wreszcie wyjazd miał dojść do skutku, a ja miałam zająć się mieszkaniem i psem rodziców. Wszystko było kupione, umówione, nawet ta bombonierka przygotowana, aż tu przychodzi telegram, że wujek nie żyje!
Ale jak to? Okazało się, że czas jakiś pokasływał, a palił sporo i ciotka Mary kazała mu iść do lekarza, bo jak taki kaszlący będzie siostrę po Tasmanii woził?
Diagnoza była miażdżąca - rak płuc, a od diagnozy przeżył zaledwie dwa tygodnie!
Lekarz wujostwa stwierdził, że emocje związane z wizytą ukochanej siostry i całe to zamieszanie przyspieszyły rozwój choroby. Cios dla wszystkich straszny, tym bardziej, że dziadek zmarł na raka krtani.
Pudełko czekoladek zostało więc w kraju, ciotka Mary przeniosła się do dzieci w Perth, a dewizy wydane w Pewexie pokolorowały nam szarą PRL-owską codzienność.
Moja mama zmarła na raka płuc w 2005 roku. Jak się domyślacie, nigdy nawet nie sięgnęłam po papierosy, z takimi genami lepiej licha nie kusić...
niedziela, 16 października 2022
Po drugiej stronie ulicy....
Trafiłam w telewizorze na nowelę obyczajową, tym razem był to krótki film z przesłaniem. Nie znam jednak tytułu bo nie oglądałam od początku, zaciekawił mnie jednak na tyle, że spowodował kilka refleksji.
piątek, 5 sierpnia 2022
Trza się chyba upić...
Spotkałam znajomą w sklepie. Zawsze elegancka, pogodna, rozmowna, tym razem smutna, nieumalowana, może chora?
sobota, 9 kwietnia 2022
Trzeba mieć zdrowie...
Mój ojciec mawiał, że aby leczyć się w Polsce, trzeba mieć końskie zdrowie i anielską cierpliwość.
poniedziałek, 21 lutego 2022
Ile można znieść ?
Gdy obserwuję , ile nieszczęść czy trudności życiowych dopada niektórych ludzi, to zastanawiam się czy to zbieg okoliczności czy jakaś inna niewyjaśniona przyczyna.
poniedziałek, 7 czerwca 2021
3 razy NIE
Miał być post o pałacach, ale przeczytałam u Karoliny wpis o cierpieniu i muszę zabrać głos szerzej, niż tylko w komentarzu.
Karolina jest dzielną i wrażliwą osobą, pisze o chłopcu, który zmarł w wieku 15 lat, a wiele czasu przed śmiercią zmagał się z wyniszczającą chorobą.
Nie zgadzam się jednak z tytułem postu , który sugeruje, że mały chłopiec uczył nas jak znosić cierpienie.
Napisałam w komentarzu, że bardzo współczuję rodzicom chłopca, bo nie wyobrażam sobie patrzeć na wieloletnie cierpienia własnego dziecka, w poczuciu bezsilności i z mieczem nieuchronnej śmierci syna nad głową.
Wykracza także poza moje wyobrażenie, jak można z takiej sytuacji czerpać naukę typu - uczmy się od chorego dziecka, jak znosić cierpienie!
Cierpienie w wyniku choroby nie jest bohaterstwem, które powinno się wynosić na piedestał!
To tak, jakbyśmy akceptowali tortury czy eksperymenty medyczne!
Obserwowałam latami lub miesiącami, co przeżywają bliskie mi osoby chore na nowotwory. Obserwowałam, jak długo i boleśnie mój wujek dochodził do siebie, rozjechany na rowerze przez kierowcę w TIRze.
Nie śmiem porównywać swoich dwudniowych migren z cierpieniem odczuwanym na skutek nieuleczalnej choroby, ale dwa dni ciężkiej migreny wystarczą, bym chciała wydłubać sobie oko, obciąć ucho lub po prostu zjeść truciznę.
Moja bliska koleżanka, krótko przed śmiercią wyznała - wiesz, ja nawet pogodziłam się ze śmiercią, ale nigdy nie pogodziłam się z tym, co robi ze mną ta choroba; straciłam urodę, nogi mi puchną, w brzuchu mam wodę, umieram z głodu...
Nie przekona mnie więc NIKT, że cierpienie uszlachetnia, że powinniśmy uczyć się od kogokolwiek, jak bohatersko cierpieć na oczach publiczności i dla przykładu.
Nie przekona mnie nikt, że cierpienie dziecka umierającego na oczach rodziców jest po coś!
Medycyna nie jest doskonała, ale naukowcy wciąż szukają nowych leków, robią wiele, także w hospicjach, by chory nie cierpiał!
Dlaczego 3 razy Nie?
NIE dla pochwały cierpienia i męczeństwa.
NIE dla bólu i męki w umieraniu.
NIE dla odnajdywania głębszego sensu w powyższym...
czwartek, 29 października 2020
W oku cyklonu
Słyszałam wiele historii o korzystaniu z porad lekarskich w czasie pandemii. W niektóre trudno uwierzyć, ale miałam okazję sama przetestować, jak to wygląda.
W czwartek bardzo bolały mnie plecy, czułam nawet jakiś stan zapalny, wszak w szkole przeciągi, wietrzenie, nie byłam pewna czy to plecy czy grypa ...
Myślę sobie - w piątek pewnie mniej pacjentów, dzwonię do przychodni, już wiedziałam, że nie grypa, tylko kręgosłup.
Wykonałam tak na oko ze 150 połączeń, raz mnie rozłączyło, gdy już byłam w kolejce oczekujących, ale nareszcie sukces - usłyszałam w słuchawce - jesteś trzeci w kolejce.
Recepcjonistka odebrała, zapytała do jakiego lekarza i przystąpiła do uzupełniania ankiety, nie dziwota, że to tak długo trwa. Przerwałam jej w połowie, mówiąc, że mam problem z kręgosłupem.
Usłyszałam, że pani doktor oddzwoni między 11.00 a 13.00
Telefon zadzwonił przed 11.00 , numer nieznany, pani krótko i mało sympatycznie zażądała wyniku prześwietlenia, które robiłam w marcu i kazała niezwłocznie przyjść do przychodni. Byłam w szoku!
Gorączkowo zaczęłam szukać koperty ze zdjęciem i opisem badania, dowlokłam się jakoś do przychodni, myśląc, że dziwne to, skoro z bolącym kręgosłupem muszę iść, a dla grypy czy anginy teleporada.
Weszłam w oko cyklonu, bo było otwarte, a tam na wejściu zmierzono mi temperaturę, pytając podejrzliwie czy na pewno pani doktor obiecała mnie zbadać, zaprowadzono do pokoju oczekiwań, pielęgniarka zaniosła moją kartotekę i wyniki, ponownie zmierzono mi temperaturę i ciśnienie, i kazano siedzieć samej w wielkiej poczekalni.
Po kilku minutach wyszła pani doktor, już bardziej sympatyczna i życzliwa, choć miałam wrażenie, że gdyby mogła, badałaby mnie przez szybę.
Wreszcie po krótkich oględzinach sprawności moich kończyn kazała wstać i znowu czekać w poczekalni.
Wyszła po kilkunastu minutach z plikiem papierów, które podała niemal w powietrzu, ledwie chwyciłam, gdy zbliżyłam się nieco, bo nie słyszałam co do mnie mówi , ostrzegła - proszę tam stać!
Czekając w poczekalni zauważyłam, że lekarze siedzą w swoich gabinetach, a pielęgniarki uwijają się jak w ukropie, nosząc kartoteki, mierząc temperaturę i ciśnienie, dezynfekując wszystko bez przerwy, odbierając telefony, pilnując porządku przed wejściem do przychodni, bo czasem jednak pacjenci pojawiali się z różnymi problemami.
Byłam świadkiem załamania nerwowego u jednej z pielęgniarek, która na korytarzu popłakała się w rozmowie z inną - że nie daje już rady fizycznie i psychicznie, bo miota się między lekarzem na piętrze, a pacjentami na parterze, wszyscy mają pretensje, w "umundurowaniu" duszno, a ona już niemłoda...
piątek, 2 października 2020
Tak na marginesie...
Nasłucha się człowiek różnych rzeczy na temat pandemii i Sanepidu.
I tylko nie wiem czy śmieszne to wszystko czy przerażające?
A liczba zarażonych wzrasta...
Historia I
Pracownik biura jednej z dużych firm odbiera telefon od urzędnika z Sanepidu:
- zostało panu 5 dni kwarantanny, po tym czasie, jeśli nie będzie objawów, może pan wracać do pracy...
- ale ja nic nie wiem o kwarantannie, czy na pewno o mnie chodzi?
- a czy to pan Iksiński?
- tak, Zenon Iksiński, ale nikt do mnie nie zadzwonił i z jakiego powodu ta kwarantanna?
- ktoś pana zgłosił z kontaktu...
- ale ja normalnie chodzę do pracy w firmie...
Historia II
Szkoła średnia, trzy klasy na kwarantannie.
Jeden z nauczycieli pracuje w dwóch placówkach.
W tej drugiej szkole koleżanka po przeczytaniu informacji z Internetu zwraca się do niego z pytaniem:
- a ty nie na kwarantannie?
- a nie, bo u nas przerwy tylko do 15 minut i Sanepid stwierdził, że mała możliwość zarażenia dla nauczycieli
- ale lekcja trwa 45 minut!
- z Sanepidem chcesz dyskutować?
Historia III
Właścicielka małej firmy zatrudniającej pracowników z Ukrainy postanowiła przyspieszyć badania covidowe i zgodnie z instrukcją urzędnika miała sama pobrać próbki od przyjezdnych i zawieźć do stacji Sanepid.
Czas to pieniądz, więc pani pobrała 15 wymazów od siebie samej, próbki zawiozła gdzie trzeba i jakie było jej zdziwienie, gdy otrzymała wyniki badań - 10 próbek dało wynik negatywny, pięć pozytywny...
Życzę wszystkim zdrowia z dala od wirusów wszelkich.
niedziela, 6 września 2020
Przeciw grypie...
Wspomniana rozmowa uzmysłowi może niektórym, jak to jest w rzeczywistości i co nas czeka na jesieni.
Koleżanka zdobyła szczepionkę przeciw grypie i postanowiła się zaszczepić w piątek, by w razie czego odchorować przez weekend i nie stwarzać problemów w pracy.
Od wczesnego ranka próbowała dodzwonić się do przychodni, dobrze, że lekcje zaczyna później.
Wreszcie ktoś odebrał telefon, najpierw rozmowa z rejestratorką:
- Dzień dobry, chciałabym się dziś zaszczepić przeciw grypie, czy może mnie pani umówić na badanie?
- proszę pani, dziś absolutnie wykluczone, to tak nie działa, dziś pani zgłasza i czeka na telefon od lekarza, lekarz zadzwoni 3 razy, jeśli pani nie odbierze, to porada online przepada, numer telefonu będzie zastrzeżony
- to skąd mam wiedzieć, że dzwoni lekarz, a po drugie jestem w pracy, nie mogę w czasie lekcji odbierać telefonu
- nic nie poradzę, to pani problem!
Koleżanka chodziła jak w amoku. Traf chciał, że telefon zadzwonił na przerwie, uczniowie zostali w klasie, bo padał deszcz.
- Halo, dzwonie z przychodni, ze szczepieniem może być problem, bo mam przed sobą pani wyniki, nie są najlepsze...
- ale pani doktor, ja nie robiłam ostatnio żadnych badań!
- a jak pani godność?
- Kowalska
- o nie, ktoś włożył do pani kartoteki wyniki badań pani Kowalewskiej
- ????????????
- dobrze więc, proszę się zjawić punktualnie na 13.50, mam dla pani 10 minut
- ale ja mam lekcje do 14.25
- ...........
Nie wiem czy poszła (jeśli znalazła zastępstwo), czy się zaszczepiła, bo byłam zajęta wydawaniem podręczników, ale po tej historii nie wyobrażam sobie akcji masowych szczepień na cokolwiek...
piątek, 31 lipca 2020
Dwie sprawy...
Obie dają do myślenia.
Idę przez osiedle, z bloku wychodzi starszy pan, z laską i torbą na kółkach.
Spotyka dużo młodszego mężczyznę. Słysze taki dialog:
- I jak Zyguś, moja koperta dostarczona?
- A tak, witam. Wczoraj byłem w Toruniu i zawiozłem swoją, pana kopertę i moich teściów.
- A to dobrze, będę oglądać telewizję, to może darczyńców z nazwiska wymienią?
- Tak pan myśli, ale chyba za dużo tego...
- Zobaczymy, za datki wypada podziękować!
- Zdrowia życzę, do widzenia!
Spojrzałam na starszego pana i moja refleksja była taka, że zamiast wysyłać koperty do Torunia, lepiej by sobie nowe buty kupił lub kapelusz od słońca...
Ale cóż, nie moja kasa, nie mnie boli głowa.
Za to jeden ojciec z Torunia zaciera ręce i prosi o jeszcze.
*****
Druga sprawa zdziwiła mnie nie mniej.
Słyszę mianowicie w TV wypowiedź z ministerstwa zdrowia, jak to urzędnicy przygotowują nas na sezon zachorowań jesienią.
Na pierwszą linię pójdą lekarze rodzinni, do których będzie należało rozróżnienie zwykłej grypy od covid-19.
Ciekawe jak to zrobią, czyżby przez telefon?
Bo u nas przychodnie zawarte przed pacjentami na amen, pielęgniarki jak na barykadach strzegą dostępu nawet do rejestracji.
Zapotrzebowania na recepty wrzuca się do skrzynki.
O dziwo, prywatnie lekarze się nie boją i przyjmują, w dodatku jest drożej, bo to pacjenci płacą za dodatkowe środki ostrożności.
Gdyby ktoś nie wiedział, jak wygląda wizyta w przychodni na telefon ( o ile uda się dodzwonić):
- Dzień dobry, pani doktor, boli mnie gardło
- to na pewno od noszenia maseczki
- ale co z tym dalej?
- proszę wziąć lusterko i zajrzeć głęboko
- ale ja nic nie widzę, słabe światło mam chyba
- to proszę wziąć latarkę i lusterko powiększające
- na mam i co?
- gardło czerwone tylko czy z nalotem?
- czerwone, ale nalotu chyba nie ma...
- pani kupi coś do płukania, a jak nie przejdzie, to słyszymy się znowu...
Nie jest to scena kabaretowa, to autentyczna rozmowa z lekarzem pierwszego kontaktu.
Z ostatniej chwili - liczba zakażeń rośnie, minister przerwał urlop, ale pan premier nie widzi problemu...
czwartek, 4 czerwca 2020
Nie będę leczył idiotów...
Jakiś włoski lekarz o specjalności anestezjolog miał powiedzieć, że obserwując beztroskę ludzi po zniesieniu obostrzeń pandemicznych w jego kraju i tłumy na ulicach, nie zamierza podejmować leczenia kretynów, którzy dobrowolnie narażają się na złapanie wirusa.
Z jednej strony rozumiem jego zdenerwowanie. Siedział zamknięty z chorymi w szpitalu w oku cyklonu epidemicznego, czasem pewnie musiał podejmować decyzję, kogo podłączyć do respiratora, a komu pozwolić umrzeć.
Chciał także zapewne wstrząsnąć niektórymi osobami, co to zbytnio zawierzyły rządowym ulgom od zakazów, posłuchały głosu serca, uległy tęsknocie za spotkaniami i normalnym życiem...
Z drugiej strony, żadna sytuacja nie usprawiedliwia takiego przekazu.
Taka to profesja, podobnie jak kilka podobnych, że ratuje się biednych i bogatych, rozsądnych i głupich, chorych przewlekle i okazjonalnie, ofiary wypadków i kaleki od urodzenia.
Idąc bowiem tokiem rozumowania tego lekarza nie powinno się udzielać pomocy nierozsądnym turystom , idącym o zmierzchu zimą na Zawrat; kierowcy, który z powodu zbyt szybkiej jazdy złamał kręgosłup; palaczowi, który umiera na raka płuc; dziewczynie, która chciała schudnąć i najadła się szkodliwych pigułek spalających tłuszcz; samobójcy pokonanemu przez depresję lub zawód miłosny.
Wymieniać można długo, prawda?
Sama często jestem wkurzona na ryzykowne zachowania niektórych rodaków, może niektórym z nas przemknie przez głowę myśl - ma to kalectwo na własne życzenie, nie trzeba było skakać do wody w nieoznaczonym miejscu...
Ale czy to znaczy, że my tacy rozsądni i ostrożni mamy odwracać się od tych mniej rozsądnych, słabszych, pod wpływem ?
Nawet seryjny morderca ma prawo do obrony, sprawiedliwego procesu i leczenia w więzieniu.
Nasz stosunek do chorych, kalekich i wszystkich potrzebujących pomocy odróżnia nas właśnie od istot barbarzyńskich, które za nic mają życie i cierpienie ludzkie.
Takie jest moje zdanie, a Waszego jestem ciekawa w komentarzach.
sobota, 23 maja 2020
Leczenie zdalne i szpilki...
Pojechały autem, w lesie przebrały się w obuwie sportowe, bu pobiegać i poćwiczyć formę.
Kuzynka pani O. była bardziej wprawiona w bieganiu i po krótkiej rozgrzewce pomknęła niczym sarenka, zostawiając nasza bohaterkę daleko w tyle.
Różnica rozbiegania u obu pań była widoczna, więc umówiły się, że co kawałek pomaszerują, a więc będzie to raczej marszobieg.
Po paru kilometrach pani O. nabawiła się jednak kontuzji i wróciła na parking, by oczekiwać na powrót kuzynki.
W domu noga dokuczała coraz bardziej, zatem pani O.zadzwoniła do lekarza.
Polecono jej zrobić komórką zdjęcie nogi i widocznie nie wypadło dobrze, skoro wezwano pacjentkę na godz.12.00 do szpitala.
Przed szpitalem namiot, gdzie pani O. udzieliła obszernego wywiadu, odkażono ją dokładnie i kazano czekać na lekarza ortopedę.
Lekarz pojawił się ubrany jak kosmita, obejrzał nogę z daleka, udzielał porad, wypisał recepty.
Pani O. wróciła do domu, by podjąć leczenie przy pomocy zaordynowanych leków.
Zwolnienie nie było potrzebne, nie pracowała w czasie pandemii.
Na szczęście leki zrobiły swoje i ćwiczenie nogi w domu, ale ciągle lekko utykała.
Gdy dostała wezwanie do stawienia się w pracy, długo myślała jakie założyć buty, by JAKOŚ wyglądać , ale by noga nie ucierpiała za bardzo.
W swej próżności i zgodnie z upodobaniami pani O. założyła szpilki, nie mogła się oprzeć.
I tu stał się cud!
Noga nagle ozdrowiała, a pani O. pomknęła do pracy niczym łania, zastanawiając się, czy to nie płaskie buty biegowe tak jej zaszkodziły?
środa, 25 marca 2020
Bywa i tak...
Nabiał i owoce się skończyły.
Na spacery chodzimy z mężem razem, po zakupy osobno.
Wczesnym rankiem ludzi niewielu, panie wykładają towar, spokojnie wybieram to i owo.
Do sklepu wchodzi bardzo starsza pani.
Od progu zagaduje do każdego, także do mnie.
- już otwarte, a mieli dopiero od ósmej, a te surówki to świeże?
Pani podchodzi bardzo blisko, lekko się odsuwam, jak każą.
Po chwili staruszka zagaduje do sprzedawczyni, do sąsiadki, którą rozpoznaje z daleka.
Nikt nie kwapi się do dłuższej rozmowy, zajęty pracą w sklepie lub wybieraniem towarów z listy , no i z wiadomych względów bezpieczeństwa.
Między regałami słyszę nagle taki dialog:
- nie boi się pani sama chodzić po zakupy? w pani wieku to niebezpieczne, ten wirus teraz...
- nie mam nikogo, a obcych nie chcę fatygować... zresztą co mi zostało? siedzę sama jak palec, jedyna radość to wyjść z domu i do ludzi zagadać, a dzisiaj nawet na ulicach i w sklepach pusto...do przychodni tylko na telefon!
- a jak pani się zarazi?
- trudno, albo umrę na wirusa, albo ze zgryzoty, nie wiem co gorsze...
piątek, 20 marca 2020
Plusy dodatnie i ujemne...
Każda nietypowa sytuacja przymusu ma swoje wady i zalety.
Nie wiem, jak u Was, ale my staramy się ciągle coś robić, trzymać dyscyplinę czyli nie zapuszczać się i pielęgnować pogodę ducha.
O obserwacjach zewnętrznych nieco pisałam, teraz skupię się na plusach i minusach czasu zarazy… (okropna nazwa)
Plusy dodatnie:
+ mieszkanie wysprzątane, usterki naprawione, góra prania wyprasowana
+ wkrótce piwnica będzie uporządkowana, teraz mąż nie ma wymówki
+ odżywiamy się zdrowiej, bo jest czas i ochota na przygotowanie różności, zamiast opychania się kanapkami w pracy
+ na telefon i pocztę elektroniczną dostaję mnóstwo memów , zdjęć i dowcipów, które poprawiają humor
+ odkryłam w domowej bibliotece książki i albumy, które czekają na docenienie
+ chodząc na spacery w nieznane, byle z dala od ludzi odkrywamy nieznane, ciekawe zakątki, polanki fiołków, stokrotek, zagajniki brzozowe itp.
+ trafiam na promocje owoców i kwiatów, z zaopatrzeniem nie ma problemów
+ obserwuję spore zdyscyplinowanie obywateli w sklepach i na ulicach, sąsiadki odpoczywają od opieki nad wnukami
+ na osiedlu spokój, nikt nie hałasuje na podwórkach i boiskach
Plusy ujemne:
- zalewa nas rzeka niesprawdzonych informacji, hipotez, spekulacji
- niepokoi niepewność jutra i długotrwałość przymusowej sytuacji
- brak informacji o dostępie do lekarza, dentysty, badań – przecież ludzie chorują nie tylko na korona wirusa
- wątpliwości budzi skuteczność niektórych zabezpieczeń – nie da się unikać wszelkich kontaktów - co z tego, że ludzie dezynfekują dłonie, skoro wirus przenosi się w powietrzu…
- nigdzie nie ma drożdży, nawet w hurtowniach, ale dlaczego, nikt nie wie…
- z prędkością światła zapełniają się kontenery na śmieci, bo wszyscy robią wiosenne porządki, w dodatku niektórzy podrzucają wielkogabarytowe śmieci innym, o czym donosi nawet nasza lokalna telewizja, straż miejska tropi złoczyńców
- wszystkie instytucje ograniczają kontakty i korespondencję papierową, ale ilość ulotek reklamowych w skrzynkach na listy nadal spora
Dbajcie o siebie, róbcie sobie drobne przyjemności, trzymajcie się z dala od zarazków!
Każda wojna kiedyś się kończy, oby strat było jak najmniej.
(grafika - pixabay.com)
sobota, 22 lutego 2020
Pusto w przychodni?
W piątek rano tabletka przeciwbólowa, ubranie do pracy... a tu ledwo mogłam zejść ze schodów.
Dotarłam jakoś do przychodni, a pani w rejestracji mówi, że moja lekarka na emeryturze.
Podsunęła deklarację, by zapisać się do innej, wybrałam tę, która przyjmuje rano, dostałam drugi numerek.
Ucieszona, jak z wygranej na loterii weszłam na piętro, patrzę - pusto, tylko jedna osoba pod "moim"gabinetem, lekarz przyjmuje.
Co z tego, gdy przed pierwszą pacjentką wszedł ktoś na konsultację, siedział do 9.00.
Pacjentka nr 1 też sporo czasu zajęła, koniec końców wyszłam ok.10
Nowa pani doktor nawet spodobała mi się. Doświadczona, specjalista chorób płuc, przy okazji mnie osłuchała, choć plecy mnie bolały, przejrzała kartotekę i ostatnie badania, zrobiła szczegółowy wywiad, dała skierowania na prześwietlenie i do neurologa, wypisała recepty i poinstruowała co i jak brać, nie patrzyła tylko w biurko czy monitor.
Miałam iść jeszcze na prześwietlenie, ale punkt czynny od 11.00, nie miałam siły czekać, pójdę jak mi się polepszy.
Nie dziwi mnie więc, że tak długo czekałam, mimo że była druga w kolejce.
Z jednej strony chcielibyśmy szybko, z drugiej narzekamy na lekceważenie ze strony personelu medycznego.
Wolę już uważne podejście do pacjenta, niż taśmę na akord.
O dziwo nie było w poczekalniach ludzi kaszlących, smarkających itp.
Sami seniorzy, niektórzy pod opieką bliskich.
Czyżby młodsi pacjenci przenieśli się do innej przychodni?
piątek, 3 stycznia 2020
Właściwe słowa...
Czasami ktoś umiera, ale to nie znaczy, że mamy trzymać się tej ciemnej strony mocy.
Inaczej trzeba by usiąść na kanapie i czekać na najgorsze.
Wkurzyłam się na sąsiadkę.
Za pesymizm i czarnowidztwo.
Wiemy przecież, że słowa mają moc, że wiara czyni cuda, że właściwe podejście ma znaczenie itd.
Ale od początku:
Nasz sąsiad jest w wieku mojego męża, aktywny, zawsze pogodny, uczynny.
W ubiegłym roku zasłabł w pracy, pogotowie, szpital. Stwierdzono wylew.
Długo nie było go widać, ale rehabilitacja w takich razach nie trwa ekspresowo, każdy organizm jest inny, wiek też robi swoje.
Na pierwszy rzut oka nie widać spustoszenia w organizmie sąsiada, gdy spotkaliśmy go na schodach sam stwierdził, że miewa lekkie zawroty głowy i słaby jest strasznie.
Czas mijał, mężczyzna stawał się coraz bardziej aktywny, zaczął wychodzić z domu, dużo spacerował, jeszcze tylko do roweru nie palił się specjalnie.
Za każdym razem staramy się dodać mu otuchy, chwalimy za postępy, co go bardzo cieszy, bo to widać.
Upewnia się w rozmowie czy na pewno nie widać, że miał wylew, czy jego chód nie wygląda ślamazarnie.
Pociesza się nawet tym, że inny sąsiad, też po wylewie, po pół roku wrócił do pracy. Wprawdzie trochę kuleje, ale nie przeszkadza mu to w normalnym funkcjonowaniu.
Tuż przed Nowym Rokiem wracamy ze spaceru, żona sąsiada zamyka drzwi, idzie popilnować wnuki.
Składamy sobie życzenia noworoczne, prosimy o przekazanie życzeń sąsiadowi, a jego zona na to:
- To już nie ten człowiek, już skończone życie, wolniej wszystko robi, czasami zapomina, jeszcze nie taki stary, ale już po nim...
- Ale trzeba być dobrej myśli, mąż dobrze sobie radzi, cieszy się z każdej samodzielnej czynności.
- Tak pani mówi, ale to już po życiu!
Byłam tak zdołowana jej reakcją, że opadło we mnie wszystko do podłogi i powiedziałam do mojego męża:
- Mam nadzieję, że ona mu tego nie mówi, bo takim gadaniem nie pomaga mężowi dojść do formy!
- Oby nie, bo ja w podobnym stanie nie chciałbym tego usłyszeć...
A chłopisko tak się stara, w niepogodę nawet po schodach maszeruje, byle być w ruchu, byle się nie dać! Trzymamy z mężem za niego kciuki, by odpędzić negatywną energię sąsiadki!
środa, 21 marca 2018
Uciekła mi pamięć...
Dzień był zimny, wietrzny, a Ona bez czapki, szalika i rękawic, prowadziła psa na smyczy, a właściwie to pies ciągnął swoją panią.
- Witaj Mireczko!
Chwyciła mnie za ręce, nawet przez rękawiczki czułam, jakie ma skostniałe dłonie.
- Jak ładnie wyglądasz!
Patrzyła na mnie, chyba mnie poznała, ale nie mogła przypomnieć sobie imienia i te smutne oczy…
- Ładnie wyglądasz i nic się nie zmieniasz, a ja – widzisz, stara baba jestem!
- Mireczko, wszyscy się starzejemy, ale grunt, to mieć dobry humor i kondycję!
Pies szarpnął się zniecierpliwiony…
- A ty jak zwykle z psem na spacerze, dużo chodzisz, jak zawsze.
Spojrzała na mnie smutnymi oczami, skurczona, zziębnięta, ale jakby nie zauważając tego zimna odpowiedziała:
- Pamięć mi uciekła, nawet imienia psa nie pamiętam, chodzę tymi samymi ścieżkami, by trafić do domu, przez ponad rok tak się posunęłam, że sama siebie nie poznaję…
Skurczyła się, włosy w strąkach, zniknęła energia i wieczny uśmiech na twarzy, oczy uparcie patrzą w chodnik.
- Tak mi przykro, a nie zimno Ci? taka paskudna pogoda.
- Zimno?
Spojrzała na swoje zgrabiałe dłonie…
- Zimno, ale zapomniałam, gdzie leżą rękawiczki… to mój czwarty pies, młodziutki, musi się wybiegać.
- Uważaj na siebie!
I poleciała za psem, który rwał się do biegu za kawkami.
Była wychowawczynią mojego brata, moją koleżanką z pracy. Nauczycielem z powołania, który wszystkie siły i każdą wolną chwilę oddawał pracy. Niepocieszona, gdy musiała odejść na emeryturę, bo taki nastał czas, bo zabrakło etatu, bo nie miała nic innego poza pracą, może tylko synów, ale i oni poszli swoimi drogami, gdy dorośli.
Teraz opiekują się matką, każdy na swój sposób, ale pamięci jej wrócić nie mogą, a Ona resztkami świadomości trzyma się tego świata i nie może pogodzić się z diagnozą – Alzheimer.
niedziela, 1 stycznia 2017
Zakwas na twarzy czyli ciało i dusza...
Jeśli wszystko dobrze funkcjonuje, nie przywiązujemy wagi do tych wszystkich nerwów, najcieńszych żyłek, stawów i ścięgien.
Jak powiedział kiedyś Piotr Bałtroczyk, do 40-ki nie zdajemy sobie sprawy z istnienia niektórych organów.
Gdy zaczyna dokuczać nam kręgosłup, mamy problemy ze snem, nagle zaboli żołądek lub duży palec u nogi szukamy przyczyny i lekarstwa. Najpierw oczywiście włączamy Internet, by wysłuchać porad doktora Google.
Tymczasem nasze ciało , które cierpliwie kumulowało w sobie negatywne emocje nagle mówi STOP – zatrzymaj się, zastanów się, co robisz !
Lekceważąc sobie zdrowie, „upychamy” ile się da pomiędzy te nasze wnętrzności: smutki, radości, kłótnie, złość, zdradę, samotność, stratę, tęsknotę, pośpiech, zazdrość…
Ileż to razy mówimy:
• mam tyle na głowie, że czuję jak mózg trzeszczy
• od tych zmartwień boli mnie serce
• ze strachu dostałam biegunki
• w pracy tyle się dzieje, że spać nie mogę
• muszę komuś przywalić, bo mi się krew zagotuje
• muszę wywalić, co mam na wątrobie
• od tej niepewności żołądek mnie boli
• przed egzaminem nogi mam jak z galarety
A to po prostu nasze emocje , te pozytywne i te negatywne przenoszą się na twarz i organy wewnętrzne. Czasami mówimy, że ktoś ma smutne czy wesołe oczy, że po twarzy poznać możemy, ile kto w życiu przeszedł. Osiwieć można w jeden dzień, a nawet w kilka minut, na skutek tragicznej wiadomości.
Patrząc na twarz obcego człowieka domyślamy się, czy jest osobą pogodną, życzliwą, czy wręcz przeciwnie. Osoby, które dużo się śmieją mają zmarszczki wokół oczu, te zaś, które się zamartwiają mają głębokie zmarszczki pionowe na czole, a osoby mało empatyczne maja tzw. zakwas na twarzy.
Nie na darmo mówi się, że komuś dobrze z oczu patrzy, bo oczy ponoć są zwierciadłem duszy.
Szukając porzekadeł na potwierdzenie związku między duszą i ciałem znalazłam takie przykłady:
Im mniej nienawiści, tym więcej zdrowia.
W zdrowym ciele zdrowy duch.
Złość piękności szkodzi.
Zdrowie i czyste sumienie waż sobie nad dobre mienie.
Śmiech to zdrowie.
Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą – tak mawiała moja babcia, mając na myśli, że gdy człowiek przygarbiony, to imają się go choroby, a przygarbiony to inaczej stary lub od zmartwień przygnieciony do ziemi…
Wiele ludowych mądrości powstało z obserwacji naszego postępowania, bo oprócz tych o wątrobie i czystym sumieniu pamiętam jeszcze sformułowania typu:
• za dużo bierzesz na swoje barki (a nie chodzi wcale o dźwiganie ciężarów)
• ta pazerność bokiem mu wyjdzie
• od przybytku głowa boli
Istotą dobrej fotografii, a zwłaszcza portretowania jest uchwycenie tego, co jest obrazem naszego wnętrza, a zdradza nas twarz, gesty, spojrzenie, ułożenie głowy czy rąk. Podobnie z malarstwem, sztuką jest podobno namalować portret, który oddaje nie tyle urodę portretowanego, co jego ciekawe wnętrze.
Jak ważny jest stan naszego ducha wiedzą ci, którzy zmagali się z ciężką chorobą lub towarzyszyli bliskim w walce – gdy poddaje się duch, tracimy nadzieję, żadne lekarstwa nie są w stanie nam pomóc i odwrotnie, czasem znajdujemy w sobie takie pokłady sił i chęci życia, że lekarzy wpędzamy w zdumienie.
Czytałam kiedyś anegdotę o Wisłockiej , tej od SZTUKI KOCHANIA, która leżała ciężko chora w szpitalu i lekarze nie dawali jej większych szans. Nagle po wizycie przyjaciółki zaczęła wracać do sił. Przyjaciółka zapytana, co stało się lekarstwem dla pacjentki, odpowiedziała, że opowieść o byłym mężu Wisłockiej i chora postanowiła wyzdrowieć na złość swojemu ex …
Mówi się także, że pogodni ludzie żyją dłużej, tak nawet twierdzi wielu stulatków, zapytanych o receptę na dobre zdrowie i długie życie – często się śmiać, nie przejmować się za bardzo, nie zazdrościć nikomu i ciężko pracować.
Tak więc, walcząc z zakwasem twarzy, podchodząc nie za bardzo poważnie do wielu spraw i ludzi, sprawiając sobie czasami trochę przyjemności i zwalczając lenistwo rozpocznijmy dobrze Nowy Rok.
wtorek, 27 września 2016
To tylko łzy...
Wiersz dedykuję wszystkim, którzy sami chorują lub zmagają się z cierpieniem najbliższych. Pocieszanie innych jest bardzo trudnym zadaniem, bo nigdy nie wiemy jakich użyć słów, a czasami nie słów potrzeba, a drobnych gestów...
Dziś więc tylko tych kilka słów przynoszę z myślą o tych, którzy czasami łzę uronią nad własną bezsilnością lub wybuchają płaczem na znak ulgi.
Płacz do woli
żar łez
serce ukoi
słony smak
zmysły zadziwi.
Płacz gdy niemoc
tak bardzo boli,
że łez
pragną oczy
wypatrywaniem
nadziei zmęczone.
Płaczmy razem
gdy odległość
zbyt duża aby
ręce połączyć
w kojącym uścisku.
Płaczmy nawet
gdy strach
niemy
ustępuje powoli
przed nadzieją
na lepsze jutro.
Bo za łez kurtyną -
być może,
do radości
odnajdziemy drogę...



































