Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie ludzkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historie ludzkie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Opłakiwacz...

 Chyba to za sprawą tej deszczowej pogody, jakoś trafiają się niezbyt wesołe tematy. Tym razem,  temat jest   jednocześnie ciekawy kulturowo. Oglądam cykl programów francuskiego podróżnika, który zwiedza świat pociągami i dociera do najróżniejszych zakątków i ludzi.

Tym razem zwiedzał Litwę i na jednym z cmentarzy spotkał człowieka, który za opłatą opłakuje zmarłych, których nawet nie zna. Jest to usługa, za którą płaci rodzina zmarłego, można to opłacić na kilka lat z góry.


Pan OPŁAKIWACZ, bo tak go nazwałam, wprowadza się jakby w trans żalu, płyną prawdziwe łzy, czasami cicho coś śpiewa, zaciska dłonie, pogrąża się w głębokim smutku.


Czasami opłakuje zmarłych na dwóch lub więcej grobach. Na cmentarzu towarzyszy mu żona, która pomaga po seansie wyjść Opłakiwaczowi z tego żałobnego transu.
Jak to określiła żona bohatera reportażu, mąż był zawsze bardzo wrażliwy, szybko się wzruszał, a zajmuje się zawodowo opłakiwaniem zmarłych od 1986 roku.
Na co dzień jest podobno pogodnym człowiekiem, choć w trakcie filmu trudno to stwierdzić.


Sam cmentarz bardzo skromny, dużo starych nagrobków.
Zdjęcia zrobiłam z ekranu telewizora, stąd kiepska jakość.
Opłakiwanie musi być bardzo wyczerpującym zajęciem, bo pan Opłakiwacz miał tego dnia drugie zlecenie, ale nie potrafił znaleźć grobu, stwierdził, że jest zbyt zmęczony...

Co kraj to obyczaj, a myślałam, z płaczki żałobne już nie istnieją.

Z tego, co wiem, u nas można opłacić opiekę nad grobem, ale opłakiwanie zmarłych za pieniądze?


piątek, 12 czerwca 2026

Synowie - jej duma...

 

Pani B. urodziła troje dzieci. Jednak to z synów była najbardziej dumna, o nich ciągle opowiadała, później także o wnukach, krew z krwi męskich potomków rodziny.

Co innego córka, ani zdolna, ani wnuka nie urodziła, jedynie wnuczkę, no i rozwiodła się, bo zięć uciekł do innej. Widocznie nie umiała go zatrzymać....

Męża też raczej za nieudacznika miała, tyle lat na jednej posadzie, ani auta, ani domu z ogródkiem. Tyle potrafił, a ludziom za darmo pomagał, no ofiara losu!

Za to o sobie, mniemanie pani B. miała wysokie, mogłaby wszystko, gdyby chciała, znała tyle właściwych osób, wszystko umiała załatwić. Lubiła być w centrum uwagi, ale nie wszędzie chętnie ją goszczono, bo mącić lubiła, podjudzać. Zawiść, to jej drugie imię, mawiano.

Lata mijały, synowie okrzepli na swoich włościach, wnuki rozjechali się po świecie, starość i choroby dopadły panią B. bez litości. Zaczęła narzekać na synów, że matkę zaniedbują, że wieści o wnukach nie ma, że do siebie na wieś nie wezmą, a tak by posiedziała w sadzie...

Uwięziona na ostatnim piętrze w blokowisku, zrzędliwa, czasami agresywna, skazana na pomoc córki i towarzystwo męża. Ten w swojej dobroci nie chce zgodzić się na dom opieki, choć córka widzi, że ojciec marnieje w oczach, a i ona sama najmłodsza już nie jest i sił brak na zabiegi higieniczne przy matce. Renta córki nie wystarcza, by pomagać finansowo rodzicom, sama potrzebuje leków i rehabilitacji.

A synowie? mają się dobrze, bez wyrzutów scedowali opiekę nad matką młodszej siostrze, w końcu jest na miejscu, nie pracuje, a jeśli jej ciężko, to od czego są domy opieki?

********************************************************************************

Chyba tylko życie pisze podobne scenariusze, pewnie wszyscy znamy ich mnóstwo. 
Bo życie nie jest czarno-białe i nigdy nie wiemy, jak potoczy się nasza historia...

środa, 22 kwietnia 2026

Dwie staruszki...

Wzruszający obrazek.

 Jedna pani starsza od drugiej,  bardziej pochyła i cieplej ubrana, widocznie krążenie wolniejsze...

Spacerowały wolniutko, trzymając się za ręce, jedna milcząca, z oczami zmrużonymi od słońca, druga śmielej kroczyła chodnikiem, jakby była przewodniczką tej starszej.

Ile wyczytać można z twarzy, ruchu całego ciała i oczu, żywych i wesołych w pomarszczonej twarzy.

Młodsza opowiadała starszej o kwiatach w osiedlowych ogródkach, o Słońcu, które mocno już grzeje, o ptakach na drzewach i kotach na balkonach...

Widać było czułość w każdym geście, a to uwaga na krawężnik, a to apaszkę trzeba poprawić lub chusteczkę podać, bo oczy łzawić zaczęły.

Nie wiem, jakie więzy łączyły te spacerowiczki, bo podobieństwa rysów nie widziałam, ale jeśli to tylko sąsiadki lub przyjaciółki, to pozazdrościć takiego wsparcia na starość. Obie panie czerpią zapewne z tej relacji wiele dobrego. 

Nie każdy ma rodzinę, która zadba o pogodną starość dziadka, babci, ciotki czy kuzyna. Zaprzyjaźniona duszyczka, z którą mamy serdeczne relacje, to może sposób na samotność w tzw. jesieni życia...


środa, 25 lutego 2026

Wspomnienie...

Nie każdy miał to szczęście, że studiował w rodzinnym mieście i nie musiał wynajmować stancji, a nie wszystkim studentom spoza miasta uniwersyteckiego przysługiwał akademik. 
Ile razy jestem w Toruniu, przypominają mi się moje stancje, ich poszukiwanie i historie z tym związane.
Gdy dostałam się na studia, pojechałyśmy z koleżanką oglądać pokoje oferowane studentom przez prywatnych właścicieli, bo akademik niestety nam nie przysługiwał.

Co to była za pielgrzymka! wszelkie grzechy powinny nam zostać darowane!
Dziś chyba takie kwatery nie miałyby racji bytu, choć nie jestem pewna...
Ludziom wydawało się, że łózko i dostęp do toalety, to wszystko, czego student potrzebuje, jeść i myć się nie musi, pranie wozi do mamusi.


Wierzcie mi, że powyższy mem wcale nie jest przesadzony, widywałam gorsze kwatery.
Ale stancje, to nie tylko warunki bytowe, to także właściciele i ich stosunek do studentów.
Pierwsza moja stancja była na osiedlu Wrzosy, w nowym domku jednorodzinnym, do którego skierowała nas starsza pani, bo u niej już pokój był zajęty, za to córka otworzyła działalność.

Dom zasobny, wielki salon z kominkiem, a dla studentek pokoik z dwoma łóżkami, stołem i szafką, dostęp do łazienki z prysznicem.
Niby nie tak źle, ale właściciele okazali się trunkowi, a po kielichu kłócili się strasznie, on wojskowy, ona gospodyni domowa i tylko dzieci żal, że musiały tych kłótni słuchać.
O porzuceni tejże stancji myślałam od jakiegoś czasu, ale szalę przeważył jeden incydent.
Po powrocie na stancję z jakiegoś weekendu zauważyłam ślady bytności w naszym pokoju, a w łóżku plamę na prześcieradle.
Spakowałam się natychmiast, klucz i kartkę  z wyjaśnieniem wrzuciłam do skrzynki na listy i tyle mnie widzieli...
Resztę roku akademickiego dojeżdżałam pociągiem, na szczęście już była wiosna.

**********************

Kolejna stancja, był to pokój u emerytowanych nauczycieli, przemiłych i towarzyskich bardzo, ale skrajnie oszczędnych, co przekładało się na komfort życia studentek, zwłaszcza zimą.
Generalnie oszczędzali na ogrzewaniu, czasami ucząc się do egzaminów siedziałyśmy pod kołdrami, rozgrzewając się herbatą. W "naszej" łazience była tylko zimna woda i umywalka, uprosiłyśmy o możliwość skorzystania raz w tygodniu z wanny, po basenie, by zmyć z siebie chlor!
Jeden raz zastałyśmy dom nagrzany jak nigdy, wszędzie zapalone światła i zapach ciasta.
Okazało się, że w tym dniu była kolęda i na cześć księdza te wszystkie zbytki.
W innych porach roku mieszkało się przyjemnie, a i za drogo nie było...

W sumie przez 4 lata studiów, 2,5 mieszkałam na stancji, bo na ostatnim roku zajęć było niewiele, głównie pisanie pracy magisterskiej i dojeżdżałam pociągiem.

U koleżanek w akademikach bywało się oczywiście, no i w czasie praktyk studenckich też mieszkaliśmy w akademikach. Ciekawe to było doświadczenie...

********************************

Gdy mój syn szukał kwatery, sytuacja była już inna, albo od razu dobrze trafił.
Wynajęli z kolegami mieszkanie, jedynie meble i co nieco do kuchni trzeba było kupić, ale od czego Ikea? Wszystko później odsprzedał kolejnym lokatorom.

Podobno teraz ceny strasznie wysokie, ale i akademiki tanie nie są...

piątek, 19 grudnia 2025

Ulica jak bezludna wyspa...

 

Środek dnia, ruchliwa ulica.
Starszy pan, stał wsparty o rower, głową dotykając słupa sygnalizacji świetlnej. Pewnie czekał na zmianę świateł. 

Szliśmy do galerii handlowej, na pocztę i po chleb. Nasz ulubiony.
Wracamy, a pan nadal stoi. Podchodzę, bo coś mnie w jego staniu niepokoi.
Pytam, czy wszystko dobrze. Pan prosi by zadzwonić po taksówkę. 
Jego oddech i ogólny stan świadczą raczej za tym, by dzwonić po pogotowie.

Mąż się ze mną zgadza, wyjmuję telefon i dzwonię na 112. Kilka sygnałów, odbiera dyspozytorka, opowiadam, co zaszło, pani łączy z pogotowiem.
Tu już czekam dłużej, na dworze zimno, czekam cierpliwie. Odbiera kolejna dyspozytorka, jeszcze raz seria pytań. Pan podpowiada, że jest trzeźwy! Wreszcie zgłoszenie odebrane.

Pan ocknął się i prosi by zadzwonić do córki, w kieszeni ma telefon. Wyjmuję aparat z jego kurtki, córka nie odbiera, piszę smsa: ojciec zasłabł na ulicy, czekamy na pogotowie.
Pytam pana czy choruje na cos, tak na serce, ale ma w kieszeni lekarstwo. Sięgam do drugiej kieszeni, jest buteleczka z kroplami, podaje panu do ust, wypija kilka kropel.

Stoimy na środku ulicy, auta jadą jeden za drugim do galerii. Nikt się nie zainteresował, zaczynamy główkować, skąd tu wziąć krzesło, by pan usiadł, bo zaczął jęczeć, prosi by dzwonić znowu, bo on chyba umiera...może z pobliskiej apteki? Ręka mu opadła i nie ma siły położyć jej z powrotem na kierownicy roweru. Do apteki nie dojdzie...

- Niech pan jeszcze wytrzyma, dzwonię jeszcze raz, taksówka przyjechałaby szybciej!

Znowu wyciągam telefon, ale ręka zmarznięta, nie mogę go włączyć, palce sztywne! Mąż wypatruje ambulansu z wszystkich kierunków. Ja w myślach powtarzam zasady pierwszej pomocy, w razie czego.

 Jedzie karetka, macham z chodnika, ale jadą dalej w kierunku apteki, mąż biegnie na czerwonym świetle by ich zawrócić.

Wreszcie mogę odetchnąć. Dwóch panów wyskakuje z karetki, łapią mężczyznę pod ręce, ten osuwa się na chodnik, wyjmują nosze, bo nie mogą go wsadzić do auta. Obiecali zabrać też rower.
Pytam tylko czy możemy już iść, sanitariusz potwierdza, więc szybkim krokiem wracamy do domu, zmarznięci na kość.

Mam nadzieję, że pan przeżył i ma się lepiej, a córka zaopiekowała się nim po powrocie ze szpitala.



piątek, 24 października 2025

Lepkie rączki...

 Dlaczego musi być tak, że niemal wszystko trzeba monitorować, ogradzać, pilnować, bo ktoś lubi niszczyć, zabierać, wyrywać, śmiecić, przestawiać.

Jak nie kamery, to ochroniarze, bramy, kłódki, zamki cyfrowe, psy, ogrodzenia pod prądem.

A mawiała babcia - nie twoje, nie rusz!

Co trzeba mieć w głowie, by przewrócić przenośną toaletę, połamać świeżo wsadzone drzewka, wywalić zawartość kubła na śmieci, zdewastować podjazd dla niepełnosprawnych, popsuć zamek w wiacie śmietnikowej, zbić szyby na przystanku autobusowym?

Pewnie to czyny o małej szkodliwości społecznej, ale czy na pewno małej?

Często zaczyna się od drobiazgów, by opieszałość ścigania ośmieliła złodziei i wandali.

Byłam kiedyś świadkiem, jak pewna pani zrywała lawendę z miejskiego skweru. Chyba zdawała sobie sprawę, że to niezbyt chwalebne, bo szybko się oddaliła, jakby ze wstydem. Powie ktoś : komu szkodzi, że sobie te kwiatki zerwała? dziś ta pani, jutro jej sąsiadka i za chwilę klombu nie będzie, bo jeszcze ktoś inny wykopie jakieś byliny lub drzewko, bo przecież tyle tego nasadzili...


Na lokalnej stronie internetowej znalazłam kiedyś informację o kradzieży w parku miejskim. W części rekreacyjnej parku postawiono palenisko do grillowania lub ogrzewania w porze jesienno-zimowej, obok są ławeczki, leżaki do opalania, staw z kaczkami.
Pewnej nocy palenisko skradziono i mimo zainstalowania kamer, nie udało się znaleźć złodziei.


Kiedyś już wspominałam o kradzieży figurki żaczka z deptaku głównego w centrum miasta. Odnaleziono go w skupie złomu, nieco zniszczonego, ale wrócił na swoje miejsce.

W regionie natomiast najbardziej bulwersująca była chyba kradzież koła ratunkowego. Kilka takich kół rozmieszczono wzdłuż bulwaru nad Wisłą w Toruniu. Komu przydało się takie koło? 

Ale co się dziwić, że skradziono koło ratunkowe, skoro złodzieje nie pogardzą nawet defibrylatorem, ratującym życie, wyposażeniem wozu strażackiego czy łodzią ratowników WOPR. 


Fantazja złodziei nie ma chyba granic, potrafią ukraść wszystko, co da się sprzedać legalnie lub poprzez paserów: od włazów od studzienek, po szyny kolejowe czy kable elektryczne.

A jaką trzeba być hieną, by okradać pacjentów w szpitalu, groby na cmentarzu czy pozbawiać osoby niepełnosprawne ich sprzętu, ułatwiającego poruszanie się?

Kiedyś okradziono moją koleżankę, złodzieje włamali się przez okno i zostawili tylko telewizor, bo był za duży, by wynieść go przez otwór okienny.
Bywały tez włamania do mieszkań na parterze , gdy właściciele smacznie spali.

Rekordem są chyba kradzieże rowerów z balkonów na wyższych piętrach...


 Oby nikomu z nas nie przydarzyły się podobne historie!


niedziela, 20 kwietnia 2025

Mądry chłopczyk

 

W oczekiwaniu na przyjazd rodzinki, wybraliśmy się na przedświąteczną kawę do cukierni. Pogoda wspaniała, prawie letnia, więc po długim spacerze kawa smakowała znakomicie.

W cukierni kolejka po ciasta i baby, przy stolikach różni klienci, nie tylko pijacy kawę czy jedzący śniadanie. Kolorowe desery, lody, radość ze spotkań.

Do kolejki podchodzi chłopczyk, na oko 5-letni, wita się z ciocią, przy stoliku siedzi jego ciężarna mama. Ciocia wręcza chłopcu banknot 10-cio złotowy, malec dziękuje i chowa pieniądze do plecaczka.

Mama chłopca upewnia się u siostry/ przyjaciółki czy czasami maluch nie dopraszał się o pieniądze, ta zapewnia, że w żadnym razie - dała z okazji świąt, by kupił sobie lody.

Po chwili chłopiec podchodzi do lady, by wybrać swój deser. Ciocia próbuje mu wetknąć do rączki kolejny banknot, tym razem 20-to złotowy.

Chłopczyk oddaje pieniądze, mówiąc: 

- ciociu, mam już pieniążki, dałaś mi, a teraz to będę miał naprawdę za dużo, nie potrzebuję aż tyle!

Ciocia schowała więc banknot do portfela i i patrzyła jak malec opowiada coś mamie, a ta głaszcze go po główce i mówi mu coś na ucho.

Chyba domyślam się, co mama mówiła synkowi...

Czasami warto odnaleźć w sobie dziecko!

środa, 9 kwietnia 2025

Bajka dla dorosłych...

Trzy przyjaciółki - Iza, Elwira i Lena razem kończyły studia zaoczne, razem spędzały urlopy, zawsze miały o czym pogadać, choć nie we wszystkim jednomyślne, ale wszystkie singielki. 

Kiedyś,  po dziewczyny przyjechał po zajęciach nowy chłopak Elwiry. Iza i Lena były w szoku, bo elegancki, szarmancki, nawet na kawę wszystkie zaprosił i zapłacił. Elwira nie uprzedziła, że kogoś poznała i jakby sama była zdziwiona, że X pofatygował się do innego miasta. A i auto miał niczego sobie, taki młody... W każdym razie, zrobił na dziewczynach świetne wrażenie. Elwira nie za wiele o nim później opowiadała, zdradziła tylko, że niedawno się spotykają, więc znajomość jest w fazie rozpoznawczej.

Przyjaciółki kilka razy miały okazję być odwiezione przez nowego znajomego. Po odstawieniu studentek do domów, chłopak jechał do mieszkania Elwiry, bo ta miała samodzielną kawalerkę kupioną przez rodziców.

Pewnej niedzieli odwołano zajęcia dla zaocznych na uczelni, więc Lena postanowiła odwiedzić babcię i spełnić obietnicę zaprowadzenia staruszki do kościoła, bo babcia miała problemy z chodzeniem, a msza w telewizorze, to nie to samo.

Usiadły blisko ołtarza, bo starsza pani słabo słyszała. Mszę sprawował stary proboszcz, nawet Lenie przemknęło przez myśl, że powinien już chyba być na emeryturze. Asystował mu młody wikary i tu zdziwienie odebrało dziewczynie mowę, bo wikarym okazał się znajomy Elwiry!

Lena siedziała jak na rozgrzanych węglach i gdyby nie babcia, wypadłaby z kościoła jak błyskawica. Dotrwała jednak do końca, odprowadziła babcię do domu i wymigała się ze wspólnego obiadu z powodu nagłego bólu głowy. Ledwo wyszła na ulicę, chwyciła za telefon, by zadzwonić do Izy.

Spotkały się w pobliskiej kawiarni i Lena opowiedziała przyjaciółce o swoim odkryciu.

- No i teraz nie wiem, jak powiedzieć o tym Elwirze! Iza, ratuj, wymyśl coś, trzeba ją uprzedzić, żeby nie zabrnęła za daleko! Ale delikatnie, żebyśmy nie miały jej na sumieniu!

- No masz, ja jestem w szoku, a co dopiero ona! Może zapytamy , czy ten chłopak nie jest czasem kościelnym, bo widziałaś jak zbiera na tacę?

- A wiesz, to chyba nieźle, bo przecież nie zapytam wprost?

Jak ustaliły, tak zrobiły. Elwira była w domu, więc poszły za ciosem. Nie bardzo wiedziały jak zacząć rozmowę, ale Elwira sama zagadnęła:

- A wy co, z zakupów, czyżby dziś niedziela handlowa była?

- A nie, z kościoła. I wyobraź sobie kogo widziałyśmy?

- No nie wiem, na pewno nie papieża, cha cha!

- Twojego chłopaka i to w koloratce... omal nie zemdlałam, ale afera!

-  Jaka afera? od początku wiem, że X jest księdzem, macie z tym problem ? bo ja nie! Nie mam już 15 lat, a jeśli już, to on powinien mieć problem... Ja męża nie szukam, wierząca nie jestem, a X sam mówi, że ksiądz to zawód, jak każdy inny.

( na podstawie prawdziwej historii )

******************************************************************************

Tu przypomniał mi się film  (choć nigdzie nie trafiłam na tytuł, a zapomniałam), w którym młoda kobieta poznaje mężczyznę i spędza z nim noc, potem jedzie na ślub brata i tam odkrywa, że jej kochanek udziela ślubu młodej parze. Typowa komedia pomyłek, bo okazało się, że ksiądz ma brata bliźniaka. Był więc happy end. 

No, może nie do końca, bo okazało się że ksiądz jednak jest uzależniony od hazardu. No cóż, ksiądz też człowiek, no nie? Górale w każdym razie mu wybaczyli, mimo że pieniądze z tacy przehulał!

*******************************************************************************

 " Znane są liczne przykłady jeszcze z XIII stulecia, jak wyrozumiała była Stolica Apostolska wobec lokalnie zakorzenionych związków księży z kobietami. Biskupi Rzymu pozwalali np. polskim kapłanom otrzymywać beneficja po ojcach, również duchownych. Interesująca jest przy tym argumentacja papieży, którzy twierdzili, że w Polsce od zawsze tolerowane były małżeństwa kapłanów, legaci Stolicy Apostolskiej rzadko przybywali do państwa Piastów, więc nie mogli skutecznie informować o reformach. Mimo więc licznych zakazów soborowych polscy kapłani zawierali legalne małżeństwa, dopuszczali się bigamii sukcesywnej, przejmowali beneficja po swoich ojcach. Kościół polski jeszcze przez kilkaset lat będzie musiał zmagać się z konkubinatem księży."

" Wydaje się, że po ważnych reformach w XI w., a następnie po gorącym czasie kontrreformacji, po raz kolejny staje, tym razem przed współczesnym Kościołem, pytanie: czym jest celibat oraz czy jest on niezbędny do sprawowania godności kapłańskiej?" 

źródło: https://www.polityka.pl/pomocnikhistoryczny/1640239,1,skad-sie-wzial-celibat.read

środa, 12 lutego 2025

Wczoraj i dziś...

Pamięć ludzka jest przedziwna, co rusz otwierają się zakurzone szufladki i przypomina się coś nieoczekiwanie, bez konkretnej przyczyny.

Tym razem o sąsiadach.

Gdy mieszkałam jako dziecko z rodzicami, znało się wszystkich sąsiadów z bloku, każdemu mówiło się dzień dobry, nawet wiedzieliśmy, gdzie kto pracuje lub przynajmniej jaki ma zawód.

A różnorodność w tym zakresie była spora. Jak teraz pomyślę, to w takim jednym bloku przegląd profesji był niesamowity. W naszej klatce, licząc od parteru: milicjant i urzędniczka, budowlaniec i gospodyni domowa, nauczycielka muzyki (pianino), nauczycielka matematyki i pan KO w dużych zakładach chemicznych, pielęgniarka, pracownica banku i stroiciel fortepianów,  krawcowa, no i moi rodzice czyli księgowa i mechanik autobusowy.

Druga klatka: niewidomy masażysta, górnik kopalni soli, urzędniczka i znów nauczycielka, emeryci... tu pamiętam mniej.  Jedno jest pewne, wszędzie mieszkało sporo samotnych osób lub tzw. niekompletne rodziny: ojciec z córką, wdowa z dziećmi, babcia z wnuczką itd. Psów w blokach było mało, nie znałam nikogo, kto miał kota. Zdarzały się akwaria z rybkami.
O aucie i kolorowym telewizorze można było pomarzyć, szczytem luksusu był rower lub jeszcze lepiej motorower, tzw. Komar.

W tych czasach często spotykało się rodziny wielodzietne i gospodynie niepracujące zawodowo. Mieszkała z nami babcia, do której przychodziły znajome sąsiadki. Jedna po obierki od ziemniaków, bo na działce mąż hodował nutrie ( na mięso i skóry). W domu było 7 dzieci, a żona nie pracowała zawodowo, wiec dorabiał hodowlą gryzoni.

Pamiętam inną babci znajomą, która przychodziła po ubrania, z których z bratem wyrastaliśmy. Miała 5 dzieci, ale przy sobie tylko dwoje najmłodszych, bo starsze "rozdała" po rodzinie. Jedno na wieś, drugie do dziadków, trzecie już pracowało. 

Jako dzieci musieliśmy pomagać rodzinie i sąsiadom w różnych sprawach: pójść po papierosy dla dziadka do kiosku, po bułkę paryską dla stroiciela fortepianu, po gazety codzienne i tabletki z krzyżykiem dla babci, po wodę do sąsiadów na parterze lub do piwnicy, bo słabe ciśnienie było w rurach i na wyższe piętra woda nie dochodziła, oczywiście obowiązkowe były wyjścia z psem i wyrzucanie śmieci.

Jak jest dziś? 
Niektórych sąsiadów znam tylko z widzenia, nie wiem gdzie pracują, co najwyżej widzę, o której wracają z pracy. Każda niemal rodzina ma po 2 samochody, w każdym bloku psy, koty i cała menażeria. Wspólnoty mieszkaniowe odgradzają się od reszty osiedla, co z jednej strony nie dziwi, ale z drugiej - kurczą się miejsca dostępne do spacerów dla wszystkich, a zielone trawniki zastępowane są parkingami.

Kiedyś mieszkało się w danym miejscu do śmierci (chyba, że wiatr historii sprawił inaczej) , teraz nawet w moim bloku wiele mieszkań zmieniło właścicieli i zanim kogoś lepiej poznam, już przeprowadzka w toku...
Bywa, że umierają właściciele, a ich dzieci wynajmują mieszkanie młodym rodzinom lub obcokrajowcom. 

Udane sąsiedztwo, to jak wygrana na loterii, gdyby jeszcze wszyscy przestrzegali zasad współżycia w blokowisku, byłoby idealnie. 


sobota, 4 stycznia 2025

Sensacyjnie...

Nowy rok zaczął się na osiedlu niemal sensacyjnie. Ale na wstępie kilka słów wyjaśnienia. 

W bloku po sąsiedzku zauważałam od jakiegoś czasu wiszące na balkonie kartki z zeszytu, częściowo zapisane, przypięte do sznurków klamerkami. Pomyślałam, że ktoś suszy zalany kajet, ale padał deszcz, więc szanse wysuszenia marne.

Kartki wisiały na balkonie stale, a kiedyś przechodziliśmy z mężem i jakaś pani z owego balkonu coś do nas krzyczała, trudno było jednak zrozumieć słowa.

Po pewnym czasie, oprócz kartek na sznurach pojawiły się książki i czasopisma na trawniku pod balkonem. Wymsknęła mi się nawet uwaga: oby ta pani nie zaczęła papierów palić!


Mówisz, masz! W Nowy rok rankiem nadjechała straż pożarna i policja, prawdopodobnie sąsiedzi wezwali pomoc, choć nie wiem czy o palenie książek chodziło. Może lokatorzy nie mogli dopukać się do drzwi sąsiadki, a poczuli niepokój jej zachowaniem.


Strażacy dzielnie dźwigali drabinę w asyście policjantów...


... i gdy ustawiali ją pod balkonem, policjanci rozmawiali z sąsiadami.


W międzyczasie zeszło się sporo gapiów, bo nie co dzień wszystkie służby zjeżdżają na osiedle, przybyło też pogotowie.
Policjant wszedł chyba do mieszkania i wpuścił ratowników z pogotowia, a co było dalej pozostanie w domysłach, bo dalsza część akcji działa się poza zasięgiem moich okien.
Następnego dnia zniknęły kartki ze sznurów i śmieci z trawnika, okna zasłonięte...

Szybka reakcja sąsiadów być może zapobiegła większej tragedii!


środa, 5 czerwca 2024

Dobry gospodarz...

 

Gdy słucham doniesień o roztrwonionych milionach, rozdanych willach i nieuzasadnionych nagrodach, to wyświetla mi się neon z napisem DOBRY GOSPODARZ. 

Bo to nie o politykę tu chodzi, ale o zwyczajny szacunek dla wspólnej własności i inteligencji obywateli, którym wmawia się, że niektórym należy się więcej, z racji li tylko odpowiednich koneksji.

A że można było za te roztrwonione fundusze zrobić wiele dobrego? Bliższa ciału koszula. Ile porzekadeł znamy na każdą okazję, ale mądrości ludowe niczego nas nie uczą.

Podobnych przykładów marnotrawstwa mamy pod dostatkiem na każdym kroku - nietrafionych decyzji, zmarnowanych szans czy pieniędzy, a przecież dotyczą one każdego z nas, to nie są jakieś wirtualne sytuacje czy osoby, a urzędnicy bywają bezkarni. Symbolem może tu być ten zardzewiały traktor, porzucony w zaroślach...

Ile razy próbowałam dowiedzieć się, kiedy w bloku będą wymieniane rury, bo przecież nie zrobię remontu przed ich wymianą, by potem poprawiać po fachowcach ze spółdzielni. Tak trudno zrobić plan i poinformować lokatorów?

Na jednym ze skwerów posadzono piękne dorodne tuje, zrobiono skalnik, po miesiącu ktoś zarządził wykopy i wymianę rur w tym miejscu, połowa drzewek uschła. Nie wiadomo czy płakać czy złorzeczyć na głupotę?

Na innym skwerze posadzono krzewy, młodziutkie łodyżki, zapowiedź zielonego żywopłotu. Przyjechał traktor z wielką kosiarą i zgolił te krzewy, bo przecież z kabiny kierowcy tych młodych krzewów nie widać. Żal roślin, żal człowieka, który te rośliny sadził cały dzień.

Rolnik z małej wsi zebrał plony, całkiem nieźle zarobił, ale zamiast zainwestować w chłodziarki do mleka, a krów hoduje sporo i mleko odstawia, to zakupił mercedesa i telefony dla rodziny. Dziś ma żal do całego świata, bo mleka nie chce nikt od niego skupić, nie spełnia norm...sprzedaje małe ilości okolicznym gospodarzom i na ryneczku w mieście.

Małżeństwo kupiło sklepik na osiedlu , dobra miejscówka, stali klienci, a oni woleli pracować na swoim. Sklepik nie przetrwał długo pod nowymi rządami, bo gospodarze , zamiast inwestować w rozwój i towar dobrej jakości, woleli imprezować (życia szkoda, trzeba poszaleć póki czas). Klienci wykruszali się , sklepik upadał, właściciele poszli z torbami...ale według nich zawiniły duże sklepy sieciowe.

W naszym mieście, lata temu trwała długo dyskusja, czy bardziej mieszkańcom potrzebne są tężnie czy raczej budowa kanalizacji w starych kamienicach. Wybór niby prosty, kto chodził do wychodka na zewnątrz, wie w czym rzecz. Tężnie ostatecznie powstały, budowana jest też sukcesywnie kanalizacja, a dzięki inhalacjom solankowym przybywa kuracjuszy i turystów odwiedzających Inowrocław.

Z własnego doświadczenia wiemy, że każdy kredyt trzeba spłacić, a z pustego i Salomon nie naleje.
Tym bardziej każda decyzja powinna być przemyślana, bo wiadomo, że prowizoryczne rozwiązania są krótkowzroczne, a za bylejakość płacimy dwa razy.

Pewnie każdy z czytających zna podobne przykłady niegospodarności w swym otoczeniu...

piątek, 17 maja 2024

Od drzwi do drzwi...

 

Miałam w życiu pewien epizod, całkiem prozaiczny, ale kazał mi zastanowić się nad odbiorem ludzi, których spotykamy. 
Nie szata zdobi człowieka... znacie to. Inna wersja tego porzekadła jest taka, że dana osoba wydaje się miła i elegancka, póki się nie odezwie.

Już wyjaśniam, o co chodzi. moi rodzice zajmowali się kiedyś prowadzeniem administracji działkowej na ogrodach pracowniczych. Od czasu do czasu trzeba było rozesłać pisma działkowcom, którzy zalegali z opłatami. Dla oszczędności , zamiast wysyłać pisma pocztą lepiej było doręczyć je do rąk własnych. Podjęłam się tego zadania, bo sił i czasu miałam sporo, jakiś groszowy zarobek chętnie widziany, trzeba było tylko znaleźć mało znane ulice. Dzięki temu dowiedziałam się także, gdzie szukać takich nazw, jak Boczna, Okrężek, Objazdowa, Czarna droga...

Nie wszyscy adresaci witali mnie z uśmiechem, o nie! Wiadomo - zaległe opłaty to nie przyjemność, ale w końcu także czynsz płacić trzeba. Zdziwiłam się w kilku przypadkach, że właściciele domów z ogrodem uprawiają jeszcze ogródki działkowe, ale nie moja sprawa, może była to lokata kapitału lub praca we własny ogrodzie im nie wystarczała...

Taka pielgrzymka po domach i mieszkaniach to ciekawe zajęcie, a ile listonosze poznają różnych lokatorów! 

Jedna z adresatek mieszkała na ostatnim piętrze bloku, nigdy nie zamykała drzwi, bo rak kości przykuł ją do łózka, a dobre sąsiadki donosiły to i owo. Widać było, że ma ochotę na dłuższą rozmowę, ale ja miałam jeszcze wiele listów do rozniesienia. Mimo choroby i samotności, pani zachowała pogodne usposobienie i gości witała z uśmiechem.
Kolejne pismo zaniosłam do domku z ogródkiem, drzwi domu otworzyli bracia bliźniacy, starsi panowie, którzy nie mogli zdecydować się na sprzedaż działki, bo często każdy z nich zmieniał zdanie. Chyba co do opłat również. Nie zaprosili nawet do ogrodu, rozmawialiśmy przez furtkę.
Pewnego adresata zapamiętałam długo. Mieszkanie niemal pod dachem wieżowca, nawet winda tam nie docierała, otworzył mi napakowany jegomość z tatuażami i groźną miną. Kolana mi zmiękły, w gardle zaschło. Okazało się, że pan groźny z wyglądu, był bardzo grzeczny i sympatyczny, obiecał przekazać swojej mamie pismo, bo to ona zajmuje się działką, a o opłatach to zapomniał on i pewnie dostanie mu się bura od mamy.
Z kolei elegancka pani z mieszkania na parterze, miała pretensje, że nachodzę ją w domu, a w ogóle to działka już jej nie interesuje i o co ten raban. Zwróciłam pani uwagę, że póki nie zrezygnuje i nie sprzeda działki, jest zobowiązana do przestrzegania regulaminu ogródków działkowych i wnoszenia opłat. W tym wypadku elegancki wygląd nie szedł w parze z życzliwością.
Było też spotkanie smutne. Jedna z adresatek otworzyła cała w czerni. Dopiero co owdowiała , nie bardzo kojarzyła o czym mówię, bo to mąż zajmował się wszystkim i on głównie na działkę jeździł rowerem. Pani nie była zainteresowana i zapytała, co z tym fantem zrobić. Skierowałam ją do zarządu działek, gdzie załatwi formalności, może też swój ogródek sprzedać, na pewno będą chętni.

Aneks
Był okres, gdy wiele działek stało nieużywanych, bo minęła jakby moda na spędzanie czasu w ogródkach działkowych. Moda na wczasy pod gruszą wróciła wraz z początkiem pandemii covid. Gdy ogłoszono lockdown, wielu właścicieli działek i ogródków przydomowych doceniło posiadanie kawałka ziemi i możliwość spędzania czasu na świeżym powietrzu...


poniedziałek, 25 marca 2024

Plotka

 

Plotka jest jak śnieżna kula, im więcej ust powtórzy daną wiadomość, tym bardziej obrasta ona w dodatkowe, najczęściej nieprawdziwe szczegóły.

Do napisania tej notki sprowokowały mnie doniesienia o chorobie księżnej Kate. 

Gdy okazało się, że żona księcia Wiliama choruje na nowotwór, co sama w oficjalnym wystąpieniu potwierdziła, wielu wścibskich trolli zaczęło przesyłać przeprosiny na różnych portalach. A przedtem plotkowano, ile się da: a to zdrada Wiliama, a to porzucenie dworu przez parę książęcą i rozwód, a to konflikt w rodzinie królewskiej itd.

Co niektórzy oczywiście przy tej okazji, chcieliby poznać intymne szczegóły choroby i leczenia. Zresztą cały chyba świat dziennikarski funkcjonuje na podobnej zasadzie, a ty weź człowieku udowodnij, że nie jesteś wielbłądem.

Czy jednak poczytność gazet i portali warta jest spokoju czy nawet życia człowieka? Mówi się, że popyt określa podaż, więc to niejako odbiorcy tych wszystkich sensacji wymuszają na twórcach fake newsów określone działania. Coś w tym jest... podobnie bywa z serialami i literaturą, które tworzone są masowo, ale jaka jest ich wartość?

W związku z opisanym zdarzeniem przypomniała mi się historia z pracy. Jedna z koleżanek wpadła kiedyś do mnie na kawę w okienku między lekcjami i przyciszonym głosem, nieco zakłopotana mówi, że widziała wczoraj panią X, którą ktoś pijaną prowadził do taksówki. Ledwo stała na nogach! 

Zapytałam czy podzieliła się tą informacją z kimś znajomym? Na szczęście nie miała sposobności, pracowała zresztą u nas od niedawna. Wytłumaczyłam jej, że pani X czasami miewa problemy z kręgosłupem i tak się składa, że miała wczoraj atak rwy kulszowej, więc mąż zawiózł ją do szpitala na izbę przyjęć po zastrzyk, a dziś nie ma jej w pracy i pewnie kilka dni nie będzie.

Mina koleżanki - bezcenna! Uznała to za jakiś znak, że przyszła z tym do mnie. 

Łatwo sobie wyobrazić te plotki, szeptanie po kątach, podejrzenia, gdyby wiadomość o pijanej nauczycielce rozeszła się szeroko, a jeszcze każdy dodał  coś swojego, tak dla podkreślenia sensacyjności informacji ...

Ilu ludziom podobne plotki zniszczyły życie, karierę, małżeństwo, relacje z sąsiadami, spokój wewnętrzny?


środa, 6 marca 2024

A miało być tak pięknie...

 

Znacie na pewno powiedzenie: opowiedz panu Bogu o swoich planach, a zobaczysz co się stanie!
Czasami nie da się nie planować w ogóle, zwłaszcza gdy w grę wchodzi jakiś większy budżet, wyjazd, pobyt w szpitalu itd.
Ale realizacja dłuższych planów życiowych zależy od tylu okoliczności obiektywnych, że  wszystko może się zdarzyć i zniweczyć owe plany.

Gdy zbliżał się czas mojej emerytury, obiecałam sobie niczego w związku z tym nie planować i przynajmniej przez rok odpoczywać, cieszyć się każdym dniem, podreperować zdrowie. Zobowiązania rodzinne też mają jakiś priorytet, więc za wiele planować nie warto.
Jak powiedział ktoś mądry - rozczarowania biorą się z wygórowanych oczekiwań, więc lepiej nie mieć zbyt wielu oczekiwań, to uniknie się zbędnych rozczarowań.
Wysłuchałam kiedyś opowieści o planach różnych osób na czas ich emerytury. Co z tego wynikło?
Przedstawiam poniżej trzy historie, samo życie. Imiona zmieniłam, wiadomo dlaczego...

Halina
Szykowała się do emerytury stopniowo, zaplanowała remont mieszkania przy pomocy niedawno poznanego partnera, razem planowali wiele innych rzeczy, choć jemu do bycia emerytem jeszcze trochę zostało. Halina cieszyła się odnowionym mieszkaniem, niebawem partner miał się do niej wprowadzić, zawsze to oszczędniej zamieszkać razem.
Traf chciał, że przyszło Halinie zostać rodziną zastępczą dla własnych wnuczek, bo ich matka przegrała walkę z uzależnieniem i sąd odebrał jej prawa rodzicielskie. By dziewczynki nie trafiły do obcych ludzi, ich babcia, czyli Halina postanowiła wziąć je do siebie, swoje plany przekładając, ale zważywszy na młody wiek wnuczek, to plany nie zostaną odroczone w czasie, a raczej porzucone...

Siergiej
Przyjechał do Polski na początku wojny na Ukrainie. Uciekali z żoną i córką z Charkowa, zostawiwszy dorobek całego życia. Po przejściu na emeryturę Siergiej wyremontował mieszkanie, by wygodnie żyć z żoną, która nie pracowała zawodowo, a córka była już dorosła i samodzielna.
Urządzili się jakoś w Polsce, dobrzy ludzie pomogli, nawet mieszkanie wynajęli. Sergiej podjął pracę na pół etatu, córka pracuje na cały i nieźle zarabia.
Gdy polscy znajomi spotkali Siergieja po dłuższym czasie, zmartwił ich widok mężczyzny, myśleli, że może jakieś problemy rodzinne lub praca ponad siły.
Okazało się, że Ukrainiec zachorował na nowotwór, a badania wykazały złośliwą odmianę choroby i rokowania nie dają niestety nadziei.

Ewa
Zawsze lubiła podróże, jej mąż nie bardzo, więc często wyjeżdżała z koleżankami.
Pracowała dużo, zrobiła dodatkowy fakultet, liczyła na dobrą emeryturę, by móc w przyszłości spełniać podróżnicze marzenia.
Tuz po przejściu na emeryturę koleżanki namówiły Ewę na sanatorium, bo trzeba zadbać o zdrowie, wszak podróże , zwłaszcza te dalekie wymagają kondycji.
Po powrocie z sanatorium kobieta dopingowała męża, by zainteresował się zdrowiem i też pojechał się rehabilitować, bo coś ostatnio marnie wygląda.
Wyjazd do sanatorium wymaga zrobienia badań, które wykazały u męża Ewy ciężką chorobę układu pokarmowego i od dwóch lat mężczyzna jest pacjentem leżącym, dokarmianym pozajelitowo. 
Ewa zrobiła uprawnienia do zajmowania się mężem w domu, ale choroba  uniemożliwiła realizację jej planów. Nie mają dzieci, rodzina daleko, a nie stać ich, by zatrudnić prywatną opiekę dla tego typu pacjenta. Nikt ze znajomych ani dalszej rodziny nie pali się do pomocy przy chorym.

Cieszmy się każdym dniem, bo nigdy nie wiadomo, kiedy staniemy wobec trudnych życiowych wyborów...

czwartek, 8 lutego 2024

Na małym ekranie...

 Lubię książki i filmy, które  rozwijają, pomagają uporać się z własnymi emocjami lub wyzwalają refleksje na temat rozmaitych życiowych sytuacji. Często oglądamy z mężem filmy, po których następuje dyskusja, jeśli nie bezpośrednio po projekcji, to podczas spacerów lub picia kawy sobotniego poranka.

Nie zawsze kierujemy się treścią, recenzje bywają zresztą mylące, czasami wybieramy film z powodu aktorów, których cenimy i znamy z innych produkcji. Powody wyborów mogą być różne, oceny na portalach dla widzów czy napisane przez krytyków nie zawsze zgadzają się z naszymi odczuciami.

Każdy w końcu lubi co innego, inne filmy wybieramy zależnie od nastroju, niektóre lepiej obejrzeć w kinie, inne w zaciszu domowym na kanapie.

Dziś wspominam o filmach, które według mnie są warte obejrzenia. Niektóre to filmy drogi, inne typowo psychologiczne. Tematyka niełatwa, ale historie ciekawe, niejednokrotnie z zaskakującym zakończeniem, gra aktorska przednia...

Oczywiście to moja subiektywna ocena, być może oglądaliście coś z poniższych propozycji i wasze odczucia są inne. Jestem ich ciekawa...


Green Sea - tytuł jak na plakacie, klimaty greckie, nietypowa fabuła, ciekawe relacje między ludźmi...


Niewybaczalne - aktorka niebyt lubiana przeze mnie, ale tu zagrała świetnie, historia niesamowita, z zaskakującym zakończeniem.


Stillwater - tu jeden z ulubionych aktorów, historia zagmatwana, odwieczny konflikt pokoleniowy, kryzys zaufania i długa dyskusja po filmie...


Nowiny ze świata - jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w ostatnim czasie!


Niebo o północy - arktyczna scenografia, psychologicznie zajmuje do ostatniego kadru,  obejrzeć warto, opis na Filmweb w ogóle nie oddaje klimatu filmu!


Niedokończone życie - świetni aktorzy, problemy stare jak świat,  może być pomocny w uporaniu się ze swoimi zmorami, jeśli takowe macie... 


Cztery dobre dni - rewelacyjna rola Glenn Close, uzależnienie w rodzinie, kryzys zaufania, fabuła nie wpędza widza w depresję...


Nasze noce - pogodny film o przezwyciężaniu samotności, , scenariusz chyba pisany pod dojrzałych aktorów, do obejrzenia w walentynkowy wieczór, o ile jesteś seniorem:-)

(Wszystkie fotosy i recenzje znajdziesz TUTAJ)

poniedziałek, 5 lutego 2024

Będzie pan ojcem...

 

Jeden z odcinków oglądanego serialu, przypomniał mi autentyczne zdarzenie z mojego otoczenia.

Pan G. i pani J. poznali się na jakimś wiejskim festynie i chociaż on z miasta, to zawsze marzył o pracy na wsi. Pobrali się i ostro wzięli do pracy, zmieniając podupadające gospodarstwo rodziców pani J. w fermę indyków.

Do szczęścia brakowało im tylko dziecka. Pani J. była kobietą sporych rozmiarów, prawdopodobnie przez problemy hormonalne, a i jelita dokuczały jej od dawna. Badania wykazały, że państwo młodzi, ale już coraz starsi, dzieci mieć nie będą, niestety. O in vitro nikt wtedy nie słyszał, o adopcji czy rodzinie zastępczej nie myśleli. Na wsi nikt  nie miał czasu na procedury, próby, wizytacje...

Lata mijały, ferma rozwijała się, nawet rodzina już nie męczyła pytaniami o potomstwo. Gdyby nie problemy jelitowe i hormonalne pani J. żyliby jak w raju. Ciągłe nawroty choroby i wizyty u lekarzy stawały się męczące i coraz droższe.

Od pewnego czasu panią J. zaczął niepokoić twardy brzuch , bulgotanie w jelitach i zmienność nastrojów. Pomyślała najpierw, że to rak, ale przecież badała się regularnie, a nawet jelita jakby się uspokoiły. Może to była cisza przed burzą? 
Chodziła jak struta, apetyt szlag trafił, wszystko ją denerwowało. W końcu mąż zdecydował, że pojadą do najlepszego specjalisty, bo lepiej znać diagnozę, niż żyć w strachu.

Gabinet lekarski był świetnie wyposażony, badanie USG na miejscu, lekarz utytułowany.
Mąż został w poczekalni, bo krępowały go takie sytuacje, w końcu każdy potrzebuje odrobiny intymności.

Po długim badaniu pan G, został poproszony do gabinetu, wchodził na miękkich kolanach, ale trzymał fason, by mężnie znieść diagnozę.
- panie G. , mam dobrą wiadomość, która wprawi w osłupienie nie tylko pana, za trzy miesiące zostanie pan ojcem, gratuluję!
- ale jak to, przecież żona, my  - nie możemy mieć dzieci!
- jak widać nawet w medycynie zdarzają się pomyłki lub raczej cuda!

Pan G. prawie zemdlał, usiadł powoli, musiał przetrawić usłyszane słowa, spojrzał na żonę, której łzy leciały po policzkach i zdołała powiedzieć tylko:
- to będzie syn!

Matko jedyna, nie dość, że dziecko, to jeszcze syn! spadkobierca i G. junior! czy można znieść na raz tyle szczęścia? Ręce mu się trzęsły, myśli kołowały jak szalone helikoptery... muszą iść po badaniu na jakiś obiad, by uspokoić emocje. Nawet napić się nie mógł, bo autem trzeba wrócić do domu.

Po urodzeniu wspaniałego syna, pani J. dwukrotnie jeszcze była w ciąży, ale to pierwszy syn był ulubieńcem całej rodziny, a energii miał tyle, co mały reaktor :-)!  

Aneks:
Oglądałam kiedyś dokument o kobietach, które do dnia porodu nie wiedziały, że są w ciąży i sam poród zaskakiwał je w rozmaitych sytuacjach i miejscach. Gdybym nie znała wcześniej historii opisanej powyżej, nie uwierzyłabym, że to możliwe...

sobota, 2 grudnia 2023

Nagle i niespodziewanie...

 

Czasami robimy plany na przyszłość, bliższą lub dalszą. Miewamy zobowiązania, marzenia, jesteśmy w trakcie remontu, kursu, projektu...

Nagle jedna chwila, przypadek, choroba niweczą wszystko, co miało dotychczas znaczenie.

Nasze życie jest kruche, nie zawsze daje się je uratować, nie zawsze pomoc przychodzi w porę.

Może gdybyśmy więcej uwagi poświęcili znakom, jakie daje nasz organizm, wszystko potoczyłoby się inaczej?
Z drugiej strony, niektórzy z nas bardzo dbają o zdrowie, badają się i wykluczają kolejne zagrożenia, a nieszczęście przychodzi z zupełnie innej strony. Sami zdrowi lub bez obciążeń dostajemy rykoszetem i w jednej sekundzie nasz świat zmienia się diametralnie.

Dlaczego o tym piszę? Z dwóch powodów. 
Po pierwsze, oglądam ostatnio filmy o tematyce medycznej, które pokazują wiele różnych sytuacji zdrowotnych i rodzinnych, w których każdy może się znaleźć, a przy okazji polecam książkę "Niewyjaśnione okoliczności" R.Sheperda. Autor jest lekarzem i wyjaśnia, od jakich drobiazgów i zbiegów okoliczności zależy czy w danej sytuacji przeżyjemy...
Po drugie, jestem w wieku, gdy zaczynają umierać moi znajomi, koleżanki z pracy, gdy choroby dopadają nas kolejno, ograniczając aktywność, a tak trudno się z tym pogodzić...

Przykład:

 Pani K. osiągnęła wiek emerytalny, ale nie zamierzała szybko odejść na emeryturę, zawsze aktywna, pomysłowa, o pogodnym usposobieniu. Poznałyśmy się na konkursach i egzaminach, miło się z nią rozmawiało. Wiedziałam, że opiekuje się mamą staruszką na wózku inwalidzkim, często spotykałam je na spacerach. Dziwiło mnie, skąd tak krucha osoba bierze siłę na pchanie ciężkiego wózka , na pielęgnację chorej, zakupy itp.
Kiedyś trafiłam w markecie na zbiegowisko , jedna z klientek zasłabła, zadzwoniono po pogotowie, pracownicy sklepu zaopiekowali się klientką, która wydała mi się znajoma.
Była to pani K. Próbowałam się później czegoś dowiedzieć na temat jej zdrowia, miałyśmy wszak wspólne znajome.  Okazało się , że stan jej  matki pogorszył się, a więc i pracy przy staruszce przybyło, ale po incydencie w sklepie pani K. odeszła na emeryturę, by wreszcie odpocząć, może i wymagała jakiegoś leczenia? 
Gdy wróciłam od wnuka dowiedziałam się, że kilka dni temu odbył się pogrzeb pani K. Zmarła we śnie, matka nie mogła się jej rankiem dowołać. Na szczęście sąsiadka zaglądała do obu pań, wspierały się wzajemnie. Pytanie, co będzie z matką zmarłej? Nie wstaje z łózka, ma ponad 90 lat, na pogrzebie córki nie była...

Nie pierwszy to przypadek nagłej śmierci i nie ostatni. Każdy z nas pewnie zna podobne, a bywa, że owa nagła śmierć bliskiej  lub znajomej osoby to dopiero początek kolejnych problemów...



Dopisek:
Serdeczne wyrazy współczucia dla zaprzyjaźnionych blogerek i wspaniałych matek, które musiały zmierzyć się ze śmiercią swoich synów: Szarabajki oraz Iwony Zmyslonej.

środa, 29 listopada 2023

Kobieta skuteczna

 

Dziś o przedstawicielce znanego polskiego rodu i o wystawie na temat jej działalności.  Wystawę obejrzeliśmy w kórnickim zamku, a okazją do jej zorganizowania są obchody  roku poświęconego  kobiecie nietuzinkowej - Jadwidze Zamoyskiej.

Kobieta  skuteczna, bo odważna i zdecydowana, nie trwoniła czasu na błahostki i toalety, założyła fundację Zakłady Kórnickie oraz szkołę dla młodych kobiet, wychowana w atmosferze Biblioteki Kórnickiej i wśród patriotów z rodzin Działyńskich, Zamoyskich i Czartoryskich. 
Odznaczona Orderem Odrodzenia Polski Polonia Restituta.

Była córką Tytusa Działyńskiego  i Gryzeldy z Zamoyskich.
Rodzina, po udziale Tytusa w Powstaniu Listopadowym musiała uciekać do Galicji , dopiero w 1840 roku pozwolono im wrócić do Wielkopolski.

Ważną postacią dla Jadwigi była jej angielska guwernantka Anne Birt, która zajmowała się nią od 6 roku życia, a w dorosłym życiu Jadwigi została jej powiernicą i przyjaciółką.
"Panna Birt nauczyła mnie myśleć, chcieć i kochać"

Jadwiga długo nie mogła zdecydować się na posiadanie potomstwa, gdyż poczucie odpowiedzialności nie pozwalało jej na pochopne podjęcie decyzji o macierzyństwie, a chciała zdziałać wiele dla kraju i innych ludzi. Ostatecznie została matką czworga dzieci.

Życie i działalność Jadwigi Zamoyskiej trudno streścić w jednym wpisie blogowym, ale może przybliżą Wam jej postać ciekawostki, które poznałam na wystawie. 

Rodzina Zamoyskich, jak wiele rodów w Europie  uległa modzie na picie kawy. Jadwiga lubiła kawę mocną i czarną, przyrządzaną wedle tureckiego przepisu w specjalnie sprowadzonych naczyniach, co podpatrzyła w czasie podróży do Stambułu. Do kawy zawsze podawano słynne ciasteczka panny Birt.

Anegdota:
Zamoyscy, jako przedstawiciele polskiej arystokracji podróżowali po Europie. W trakcie pobytu w Wielkiej Brytanii, goszcząc u księcia Agryll, Jadwigę poczęstowano śledziami, za którymi nie przepadała. Gospodarze przeprosili za podanie gorszej ryby, z braku ryb szlachetniejszych. Jadwiga, nie chcąc zrobić przykrości gospodyni zapewniła, że to jej ulubione ryby. To ją zgubiło, bo za każdym razem, gdy przebywała u księstwa Agryll, zawsze dostawała śledzie, gdy inni jedli ryby bardziej cenione na stołach. 
Jadwiga słynęła z ponadczasowego i minimalistycznego stylu ubierania się, lubiła tkaniny i dodatki w dobrym gatunku, nie przesadzała z ozdobami, słabość miała do butów i rękawiczek. Po śmierci męża zakupiła 13 czarnych sukien, by zawsze wyglądać "porządnie". 
Uznano ja za prekursorkę mody modułowej, bo w kwadrans potrafiła przebrać się ze stroju do jazdy konnej, w strój wieczorowy.

Z podróży przywoziła liczne pamiątki, być może już z myślą o udostępnianiu zbiorów kórnickich : zdobne fajki, naszyjniki, kałamarze, fotografie orientalnych widoków, unikatowe wydania Koranu.


W 1882 roku z inicjatyw Jadwigi Zamoyskiej powstała Szkoła Domowej Pracy Kobiet, jednak nie była to placówka kształcąca gospodynie domowe. Marzeniem założycielki i jej córki Marii była szkoła, gdzie bezpłatnie kształciłyby się dziewczęta wszystkich stanów. Uczono tam ortografii, rachunków, przyrody, historii Polski, śpiewu. Szkoła dawała także podstawy przedsiębiorczości - uczennice prowadziły własną cukiernię i sklep mydlarski.



Po takich korytarzach zapewne przechadzała się Jadwiga, obmyślając swoje plany w służbie dla kraju .
A nie było łatwo! nawet prowadzenie szkoły dla dziewcząt wadziło zaborcom. 
Z powodu polityki władz pruskich placówkę przeniesiono z Kórnika do Lubawki, z kolei do Kalwarii Zebrzydowskiej, do Zakopanego i wreszcie do Kuźnic. 
Szkoła Jadwigi Zamoyskiej przetrwała 70 lat, zlikwidowana w 1952 roku przez władze PRL.
(grafika - wikimedia, domena publiczna)

Władysław Zamoyski, syn Jadwigi właśnie z matką konsultował zakup Zakopanego, które wystawiono na aukcji. Prosił ją o radę, gdyż musiałby zaręczyć majątkiem kórnickim, ukochaną rodową siedzibą. Jadwiga całkowicie oddała decyzje jego gestii. 
Władysław kupił Zakopane 9 maja 1889 roku, dzięki czemu uratował te strony od zagłady ekologicznej i doprowadził do stworzenia enklawy kultury polskiej pod zaborami.
Dzięki zabiegom rodziny Zamoyskich, międzynarodowy trybunał uznał roszczenia Polski do własności Morskiego Oka.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni - Jadwiga wychowała swoje dzieci w duchu patriotyzmu i posługi dla bliźnich, a jej zasługi docenił polski parlament, ogłaszając rok 2023 rokiem Jadwigi Zamoyskiej, w 100 rocznicę śmierci arystokratki.