Nie wiem jak Wy, ale ja co jakiś czas robię porządki w szafach, ale nie takie, że sprzątam dokładnie na każdej półce i myję wszystko, co się zakurzyło... Taka pracowita to nie jestem.
Mam na myśli raczej wyrzucanie z szaf ubraniowych wszystkiego, co powinno zwolnić miejsce dla nowej garderoby. Bo ile ubrań byśmy nie mieli, zawsze fajnie kupić coś nowego, zwłaszcza na wiosnę.
W tym roku wzięło mnie na porządki tuż po Nowym Roku, jakoś taki poczułam zew, bo z reguły robi się takowe z nadejściem wczesnej wiosny.
Przypomniała mi się moja bliska koleżanka, która zrobiła rewolucję w szafach na jesieni i wiosną okazało się, że poszukiwała w czeluściach komód i pawlaczy tego, co jesienią wywaliła na śmietnik...
Oczywiście są osoby, którym trudno rozstać się nawet ze zniszczoną torebką sprzed 20 lat czy śpioszkami po dzieciach, które mają juz 30 lat, ale rety! Szafy z gumy nie są, a ja już wielokrotnie przekonałam się, że:
1. Upychanie starych, znoszonych ubrań do walizek, pawlaczy, a potem zanoszenie do piwnicy, to tylko strata czasu. Koniec końców i tak trafiają na śmietnik.
2. Ubrania, których nie założyłam przez dwa lata odchodzą w zapomnienie lub "wstąpiły" w praniu.
3. Jeśli coś nie zakładane nigdy zalega w szafie z metką jeszcze, to może warto zadać sobie pytanie: czy na pewno kupilibyśmy to dzisiaj? Podarujmy lub wymieńmy się z kimś...
4. Oszczędzanie ubrań i dzielenie na te do pracy i te do kościoła nie ma sensu, wyjdą w końcu z mody lub mole je zjedzą.
5. Białe koszule, bluzki i inne białe rzeczy strasznie żółkną, więc nie warto mieć stu tysięcy białych bluzek, które zakładamy raz do roku. Podobno mniej żółkną, jeśli wkładamy je do szaf bez prasowania.
Bywają osoby, które z lekkim sercem rozstają się z ubraniami, a bywają takie, które ubolewają nad każdą sztuką garderoby, jak nad stratą przyjaciela. Ja należę do pierwszej kategorii, mój mąż do drugiej.
Ileż to razy naszykowałam stos starych koszul czy swetrów z przeznaczeniem do utylizacji i co? Po dokładnym przejrzeniu każdej sztuki ich właściciel połowę przynajmniej wkładał na powrót do szafy.
Zapytany, dlaczego nie pozbędzie się tych starych zmechaconych swetrów odpowiadał: ten będzie na rower, tamten do trzepania dywanów, a ten niebieski w razie czego. W razie czego, pytam? Oj tam, lubię go i już. Nieważne, że rękawy mają rozciągnięty ściągacz, a na łokciach siateczka, przez którą świat widać...
Wobec powyższego, teraz zdradziecko wywalam, jak mąż nie widzi. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Nie będę wspominać o metrach gromadzonych kabli do niczego, pojemnikach pełnych wielce przydatnych rzeczy, których nawet nie umiem nazwać, bo tak ma chyba każdy facet, który umie majsterkować.
W piwnicznej graciarni został zrobiony porządek po awanturze na temat roweru, który musiałam odgruzowywać jak z barykady, by móc pojechać na przejażdżkę. A potem słyszę, czemu nie idziesz na rower? Bo dłużej będę go wyciągać z piwnicy, niż na nim jeździć...
A jak u Was z porządkami, jesteście chomikami czy wręcz przeciwnie?