Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porządki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porządki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 marca 2026

Puszki, pudełka, przydasie...

Lubię nadawać przedmiotom drugie życie. To nie tylko oszczędność, ale i chęć zatrzymania ładnych opakowań, które często są ładniejsze i trwalsze, niż specjalnie kupowane pojemniki na różności.

Solidne pudełka , ciekawe wzory - można w nich przechowywać wszystko - od nici i przyborów do szycia po biżuterię czy elementy do tworzenia art żurnala.


Równie praktyczne są puszki, świetne do przechowywania ciastek, herbaty, kawy oraz przypraw i drobiazgów kuchennych.



Niektóre pudełka czy puszki, przypominają kogoś lub coś.
Mąż tez posiada pojemniki na swoje skarby, ale jakoś bałagan w śrubkach i kabelkach nie chce go opuścić.

W puszkach na zdjęciu poniżej trzymam guziki, szydełka, agrafki oraz różne drobiazgi do szycia...


Z dawnych lat zostały mi dwa puzderka, kupowane w pierwszych butikach z różnościami. W Toruniu pojawiały się malutkie sklepiki, gdzie można było kupić ręcznie robione ceramiki. Miałam jeszcze jedno, ale nie wytrzymało próby czasu. Te puzderka idealne są do przechowywania drobiazgów typu: łańcuszek, obrączki, cenna broszka itd.


Oczywiście to nie wszystkie moje zbiory, ale część pochowana głęboko w szafach, wiec pokazuje tylko przykładowe egzemplarze.
Taka pudełkomania pozwala zaprowadzić porządek w zbiorach, które najczęściej tworzą bałagan w szufladach...

 A jak tam u Was, pudełka i puszki czy szufladowy chaos?

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Natura chomika...

Zawsze uważałam siebie bardziej za minimalistkę, niż chomika, bo z łatwością wyrzucam niepotrzebne lub zniszczone rzeczy, w przeciwieństwie do mojego męża.
Nastąpił postęp jednak z tym jego chomikowaniem, bo zrobił porządek w swojej części szafy, gdzie gromadził tzw. przydasie i teraz mamy więcej miejsca na buty, które powkładałam do kartonów i opisałam, by łatwiej było znaleźć odpowiednia parę.

Pisałam już , że czeka nas remont na przełomie stycznia i lutego, oby ekipa nie wystawiła nas do wiatru.
W związku z tym zaczęliśmy przeglądać szafy i inne schowki, bo zamierzamy też wymienić meble. Później, ze skromnej emerytury będzie to trudne.
I tutaj okazuje się, ile niepotrzebnych przedmiotów gromadzimy w domach przez lata, bo gdy już zaczęłam, to nie poprzestałam na tzw.salonie, poszłam dalej i... wyrzuciłam kilkanaście toreb różnych przydasi, które zalegały szafki, szuflady, schowek w kanapie, komody w przedpokoju i zakamarki w kuchni.

Obiecałam sobie, że 4 razy się zastanowię, zanim kupię kolejny gadżet do domu.
Ale to nie tylko moja wina, wśród owych przydasi były także przez lata gromadzone nietrafione prezenty, bo żal wyrzucić, bo może coś z tym zrobię, może komuś oddam...
Syn doradził, by wystawić na OLX, ale to wymaga jakiegoś jednak zachodu, bycia w domu, wysyłania paczek itd. a ja nie mam na to siły, ani ochoty.
Część naczyń oddałam córce sąsiadki do domku letniskowego, milion kubków zaniosłam do pracy.

Na swoją kolej czeka przepastna szuflada z dokumentami, które trzeba dokładnie przejrzeć i wyrzucić stare gwarancje, PiTy sprzed 10 lat i wszystko, co się tam wrzuca ( to znaczy ja wrzucam, a mąż próbuje zaprowadzić ład).

Najbardziej cieszę się z uporządkowania książek, co zajęło mi dwa dni i najstarsze mąż zawiózł do biblioteki publicznej,lektury zabrałam do biblioteki szkolnej, a my mamy wreszcie trochę wolnego miejsca na nowe.

Pewnie przed wywiezieniem mebli jeszcze coś tam wyrzucimy, wtedy poczuję się lżejsza o nadbagaż życiowy :-)

A jak to jest z Wami, jesteście minimalistami czy macie raczej naturę chomika?


wtorek, 31 stycznia 2017

Co wyrzucić czyli porządki w szafie...

Nie wiem jak Wy, ale ja co jakiś czas robię porządki w szafach, ale nie takie, że sprzątam dokładnie na każdej półce i myję wszystko, co się zakurzyło... Taka pracowita to nie jestem.
Mam na myśli raczej wyrzucanie z szaf ubraniowych wszystkiego, co powinno zwolnić miejsce dla nowej garderoby. Bo ile ubrań byśmy nie mieli, zawsze fajnie kupić coś nowego, zwłaszcza na wiosnę.
W tym roku wzięło mnie na porządki tuż po Nowym Roku, jakoś taki poczułam zew, bo z reguły robi się takowe z nadejściem wczesnej wiosny.
Przypomniała mi się moja bliska koleżanka, która zrobiła rewolucję w szafach na jesieni i wiosną okazało się, że poszukiwała w czeluściach komód i pawlaczy tego, co jesienią wywaliła na śmietnik...
Oczywiście są osoby, którym trudno rozstać się nawet ze zniszczoną torebką sprzed 20 lat czy śpioszkami po dzieciach, które mają juz 30 lat, ale rety! Szafy z gumy nie są, a ja już wielokrotnie przekonałam się, że:
1. Upychanie starych, znoszonych ubrań do walizek, pawlaczy, a potem zanoszenie do piwnicy, to tylko strata czasu. Koniec końców i tak trafiają na śmietnik.
2. Ubrania, których nie założyłam przez dwa lata odchodzą w zapomnienie lub "wstąpiły" w praniu.
3. Jeśli coś nie zakładane nigdy zalega w szafie z metką jeszcze, to może warto zadać sobie pytanie: czy na pewno kupilibyśmy to dzisiaj? Podarujmy lub wymieńmy się z kimś...
4. Oszczędzanie ubrań i dzielenie na te do pracy i te do kościoła nie ma sensu, wyjdą w końcu z mody lub mole je zjedzą.
5. Białe koszule, bluzki i inne białe rzeczy strasznie żółkną, więc nie warto mieć stu tysięcy białych bluzek, które zakładamy raz do roku. Podobno mniej żółkną, jeśli wkładamy je do szaf bez prasowania.


Bywają osoby, które z lekkim sercem rozstają się z ubraniami, a bywają takie, które ubolewają nad każdą sztuką garderoby, jak nad stratą przyjaciela. Ja należę do pierwszej kategorii, mój mąż do drugiej.
Ileż to razy naszykowałam stos starych koszul czy swetrów z przeznaczeniem do utylizacji i co? Po dokładnym przejrzeniu każdej sztuki ich właściciel połowę przynajmniej wkładał na powrót do szafy.
Zapytany, dlaczego nie pozbędzie się tych starych zmechaconych swetrów odpowiadał: ten będzie na rower, tamten do trzepania dywanów, a ten niebieski w razie czego. W razie czego, pytam? Oj tam, lubię go i już. Nieważne, że rękawy mają rozciągnięty ściągacz, a na łokciach siateczka, przez którą świat widać...
Wobec powyższego, teraz zdradziecko wywalam, jak mąż nie widzi. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Nie będę wspominać o metrach gromadzonych kabli do niczego, pojemnikach pełnych wielce przydatnych rzeczy, których nawet nie umiem nazwać, bo tak ma chyba każdy facet, który umie majsterkować.
W piwnicznej graciarni został zrobiony porządek po awanturze na temat roweru, który musiałam odgruzowywać jak z barykady, by móc pojechać na przejażdżkę. A potem słyszę, czemu nie idziesz na rower? Bo dłużej będę go wyciągać z piwnicy, niż na nim jeździć...
A jak u Was z porządkami, jesteście chomikami czy wręcz przeciwnie?

niedziela, 16 października 2016

Bez prądu...

Pisałam o książce opowiadającej historię produkcji lodów w Ameryce.
Już w trakcie pisania tego posta powstawał pomysł na następny, a mianowicie odpowiedź na pytanie, jak z pracami domowymi radzili sobie ludzie w przeszłości,jak przechowywali żywność,jak sprzątali gdy nie było prądu. A przecież nawet w czasach nie bardzo odległych nie każdego stać było na zakup lodówki czy pralki.
Ludzie od najdawniejszych czasów robili zapasy żywności i z jej przechowywaniem w okresach ciepłej aury bywały największe problemy. Swoją drogą, zwiedzając pałace i dwory zazdroszczę czasem naszym przodkom tych wielkich spiżarń, piwnic oraz innych schowków, gdzie wszystko było pod ręką i nie trzeba było chodzić do sklepu.
Widywałam nawet specjalne piwniczki na wino, z higroskopijną posadzką, aby utrzymywała odpowiednią wilgotność powietrza. Gdy jeździłam do krewnych na wieś, zauważyłam, że ciocia przechowuje masło, śmietanę i mleko w wiadrze spuszczanym do głębokiej studni, w ten sam sposób chłodziła także napoje dla domowników. Właściciele domów czy pensjonatów miewają czasami takie piwnice i spiżarnie. Byłam kiedyś u znajomych na wsi, którzy w specjalnym pomieszczeniu gospodarczym przechowywali takie własnie zapasy, sami kisili kapustę w beczce, przetwarzali i zamrażali mięso ze świniobicia.
Kiedyś w starych miejskich kamienicach bywały takie spiżarnie i nie mam pojęcia, w jaki sposób utrzymywano tam , nawet latem tak niską temperaturę?
Zachwycają jak dzieła sztuki te szynki i kiełbasy wiszące u powały , beczki kapusty, ogórki w kamionkach, garnki smalcu lub gęsiego tłuszczu, który dodawało sie do wypieków, bo długo trzymały wilgoć. Warkocze czosnku, wiązki suszonych ziół, jabłka w koszach wyściełanych sianem, ziemniaki w stertach...
Znalazłam stronę w sieci, gdzie poczytać można o takich spiżarniach i piwnicach, chłodzonych nawet lodem:
http://ciekawostkihistoryczne.pl/2012/12/08/jak-radzono-sobie-w-czasach-przed-wynalezieniem-lodowek/
W spadku po przodkach przejęliśmy zamiłowanie do robienia przetworów, aby w słojach zamknąć smak letnich owoców i warzyw, a niektórzy zainstalowali w piwnicach zamrażarki, aby warzywa i owoce z działki nie zmarnowały sie przez zimę, chociaż za prąd do tych zamrażarek płacą pewnie więcej, niż te frukta są warte. Ale nie bądźmy drobiazgowi. Przetwory to jednak nie był jedyny sposób, suszono i solono nawet mięso i ryby.
Ale gospodarstwo domowe to nie tylko przechowywanie żywności, to także pranie, prasowanie, odkurzanie, czyszczenie sreber, garnków itp. Tu też polecam blog, gdzie znajdziecie mnóstwo ciekawostek na ten temat.
http://www.lisak.net.pl/blog/?p=3510
Sama pamiętam pranie na tarze czy w pralce z wyżymaczką i chodzenie z wysuszonym praniem do magla. Kiedyś w ogóle pranie w domu było rodzinnym wydarzeniem, do nas przychodzili dziadkowie ze swoim praniem, rodzina zbierała sie w pralni, a dla wszystkich piorących gotowało się posiłki i ja je zanosiłam do pralni, tam patrzyłam jak gotuje się prześcieradła i krochmali firany ręcznie robione.
A kto znał znał kiedyś żelazka z parą lub odkurzacze? Aż trudno wyobrazić sobie dziś jak ciężką pracę wykonywały niegdyś gospodynie domowe. Moim wspomnieniem z dzieciństwa było pastowanie podłóg w soboty i zapach placka pieczonego na niedzielę. Całe życie podzielone było na stałe rytuały, a jednak ludzie na wszystko mieli czas i byli bardziej ze sobą.
Teraz mamy wiele urządzeń ułatwiających życie, nawet leczymy się szybko, rozmawiamy na odległość i krótko, a jednak ciągle słyszymy o braku czasu.