Lato i wyjazdy wakacyjne przynoszą rozmaite niespodzianki.
Nocowaliśmy gościnnie w pokoju z widokiem na pole i miejscowe ogrody. Noc duszna, okno szeroko otwarte. Położyłam się wcześniej, by poczytać w spokoju, wieczór jasny, w ogrodzie ciche rozmowy...
Czytając, słyszę od czasu do czasu a to stuknięcie, a to szuranie, podejrzane bardzo. Wyskoczyłam z łóżka w poszukiwaniu myszy, bo u sąsiadów obok bywały.
Nic nie znalazłam, żadnych śladów, pomyślałam, że kabelek od telefonu spadł, bo ładowałam albo moja wyobraźnia płata figle...
Gdy wrócił mąż i położył się obok, zgasiliśmy światło i zaczęliśmy oddawać się opiece Morfeusza.
nagle poczułam, jak mąż podskakuje , za chwilę znów macha ręką, pytam co jest, a on na to, że coś dużego po pokoju lata...
Matko boska, nietoperz! Zapaliłam światło i zaczęliśmy szukać intruza. Okazało się, że na stercie ubrań siedział sobie spokojnie konik polny, patrzył na nas i szykował się do startu. Wzięłam koszulkę męża, nakryłam delikatnie owada i przeniosłam ostrożnie do okna balkonowego, przez które wytrzepałam zawartość na zewnątrz.
Odleciał w stronę łanów żyta i tylko żałowałam, że nie zrobiłam mu zdjęcia z tak bliska. Ale przyjrzałam się uważnie - owad sporych rozmiarów, cudownie zielony, z długimi skrzydłami, szkoda że dla nas nie zagrał, a może zbyt wcześnie zapaliliśmy światło?
W każdym razie cieszyłam się, że to konik polny był, a nie nietoperz!

