Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2026

Z poczekalni...

 

Poczekalnia to czekanie, czasem bardzo długie, niekiedy całkiem  krótkie, a i miejsc oczekiwania na coś może być wiele ( przychodnia, dworzec, kolejka w sklepie, lotnisko, restauracja).

Czy wiecie, że nawet CZEKANIE doczekało się badan naukowych?

Okazuje się, że w różnych poczekalniach spędzamy od roku do dwóch lat!
90% czasu oczekiwania znosimy bez problemu, najgorsza jest końcówka. Gdy to przeczytałam, to faktycznie przyznaję, że najgorszy był rok do emerytury, ciągnął się strasznie...

Dzisiaj czas oczekiwania, nawet bardzo długi, upływa nam znośniej dzięki postępowi technicznemu, mamy do dyspozycji telefon z Internetem, audiobooki, tablety, wreszcie książki lub czasopisma. Rozmowy też należą do czasoumilaczy (chyba że trafisz na trudnego rozmówcę ), w dodatku w wielu miejscach oczekiwania, wyświetlają nam informacje  typu: czas oczekiwania, zmiany w opóźnieniu, numer klienta itd.

Pandemia covidowa spowodowała, że w wielu miejscach już obowiązują zapisy godzinowe, a nawet minutowe i jak najmniej ludzi w poczekalni, zdarzają się jednak poślizgi, a wówczas w poczekalni przydają się czasopisma. Często z tego korzystam, bo jednak do książki potrzebny jest inny rodzaj skupienia.

Nawet te rewelacje o czekaniu wynotowałam z czasopisma, bodajże Świat Wiedzy.

Zwróciło moją uwagę podsumowanie na temat turystyki. Podano miasta, które najwięcej zarabiają na turystach z całego świata:
Dubaj - 29 mld dolarów
Londyn - 16,1 mld
Amsterdam - 13,6 mld

Barcelona - 12,7 mld
Nowy Jork - 12,5 mld
Paryż - 9,8 mld

Liczby te mogą przyprawić o ból głowy!
A czym jest ból głowy? jest doznaniem wywołanym przez podrażnienie receptorów bólowych w obrębie opon mózgowych, w naczyniach krwionośnych w głowie oraz w tkankach otaczających np. mięśniach karku.
W dziewięciu na 10 przypadków jest to ból napięciowy, spowodowany najczęściej stresem. Bardziej dotkliwa bywa migrena, gdyż towarzyszą jej dodatkowe elementy, jak mdłości, dreszcze, wrażliwość na światło, dźwięki i zapachy... jak mawiała moja babcia - najgorszemu wrogowi nie życzę.
Równie ciekawym jest, co powodować może ból głowy?
Zimno, kaszel, ciasna gumka do włosów, zmiany w obrębie odcinka szyjnego kręgosłupa, wady wzroku, nocny bezdech, alkohol, hormony, brak snu, strach, podekscytowanie...
A leki? najczęściej środki przeciwbólowe, ale i akupunktura, sok z selera, ruch na świeżym powietrzu....


Jeśli macie jeszcze trochę cierpliwości, to warto poczytać o dzięciurach!
Dzięciury, to kuzyni naszych dzięciołów, występujące w obu Amerykach. Nasze swojskie dzięcioły są przy tych amerykańskich leniwe, bo robią jeden lub kilka otworów w drzewie, zjadają robala, soku popiją, a te za oceanem potrafią w jednym dębie zrobić 50 tysięcy otworów i naupychać w nich zapasy na bardzo długo.
W dodatku, ich spiżarnie liczą nieraz ponad 100 lat, bo są dziedziczone! w okresie lęgowym dzięciury żywią się owadami, owocami i sokiem drzew.

Na koniec, już dla najbardziej wytrwałych, kilka ciekawostek o wskrzeszaniu. Na szczęście nie o ludzi tu chodzi, a o próby przywracania wymarłych gatunków zwierząt, takich jak ptak dodo, ptak moa, wilk workowaty.
Powstał bowiem zespół pod nazwą COLOSSAL, który zajmuje się ratowaniem gatunków zagrożonych wyginięciem. Szacuje się , że do 2050 roku zniknie z naszej planety 1/3 dzisiejszych gatunków zwierząt.
Zespół naukowców (m.in.biolog ewolucyjny, genetyk) twierdzi, iż możliwym byłoby reaktywowanie niektórych zwierząt uznanych za wymarłe. Jest oczywiście wielu przeciwników tego zamierzenia, bo problemem byłoby znalezienia miejsca we współczesnym ekosystemie dla przywróconych przedstawicieli fauny.
Na razie, uczeni skupiają się na modyfikacjach genetycznych pod kątem zwiększenia odporności zwierząt na choroby. Około 80% populacji diabła tasmańskiego wyginęło z powodu nowotworów pyska. Naczelnym celem badań stało się maksymalne przyspieszenie  prac naukowych tak, by ocalić jak najwięcej  znikających gatunków...

Niebawem znów będę w poczekalni, może coś ciekawego znajdę:-)


poniedziałek, 18 marca 2024

Wspomnienie...

 

Czasami jeden dźwięk czy obraz wywołują w nas wspomnienia głęboko ukryte. Dziwna jest ta pamięć i często nas zaskakuje.

Tym razem wspomnienia dwa.
 
Moi rodzice mieli ogródek działkowy.  Mój ojciec był działaczem społecznym i między innymi z jego inicjatywy przydzielono działkowiczom  rozległy teren, na którym powstawały w mozole działki pracownicze. Pomagaliśmy z mężem w niektórych pracach, a dużo później korzystaliśmy z uroków działki w upalne dni.

Przyjemnie było siedzieć pod jabłonią lub jeść porzeczki prosto z krzaczków, a dla małego dziecka to był istny raj. Niekiedy ciszę na działkach zakłócał pan Marian, wdowiec, który przygrywał sobie na akordeonie na swojej ławeczce przed działkową altaną. 
Pan Marian fałszował niesamowicie i był niezmordowany w swej muzycznej pasji. Wiele osób zwracało mu uwagę, że niekoniecznie przychodzimy na działki, by  słuchać jego popisów, ale interwencje pomagały na krótko. Z drugiej strony, muzyk amator zdawał się być tak szczęśliwy, gdy grał, że z czasem nikt już nie uciszał pana Mariana, wtopił się w koloryt działkowego bytowania, a cisza zaczynała wręcz niepokoić...

Inne wspomnienie jest także związane z muzyką.
Gdy mieszkałam z rodzicami, naszą sąsiadką była pani Maria, emerytowana nauczycielka szkoły muzycznej, która udzielała lekcji gry na pianinie w swoim mieszkaniu. Dorabiała zapewne do skromnej emerytury.
Przychodzili do niej uczniowie w różnym wieku, z mieszkania słychać było zarówno fragmenty pięknych melodii, jak i plumkanie początkujących pianistów.
U nas mało było słychać, bo mieszkaliśmy dwa pietra wyżej, ale sąsiedzi mieszkający obok pani Marii na pewno słyszeli to i owo. Pani Maria była sympatyczną starszą panią, miała pieska i czasami prosiła swoich uczniów o wyniesienie śmieci lub wyprowadzenie pieska. W dniu imienin odwiedzali ją zawsze absolwenci szkoły muzycznej z kwiatami.

Jaka pointa z tych historii? Warto czasami przymknąć oko na niedogodności wynikające z sąsiedztwa, jeśli dzięki temu czyjeś życie będzie radośniejsze i lepsze...  

Wyobrażam sobie system nerwowy rodziców, których dzieci uczą się gry na instrumentach, w dodatku na przykład jedno na pianinie, drugie na skrzypach.

Przypomniała mi się też opowieść mojej teściowej, której sąsiad co jakiś czas ćwiczył z synami różne utwory przed występem na weselach, to był dopiero kosmos!


poniedziałek, 11 grudnia 2023

Fachowiec na 3+

 

Jest problem lub niebawem będzie.

O czym mowa? O kształceniu zawodowym.
Wiele się mówi o szkolnictwie branżowym, o braku nauczycieli zawodu, zwłaszcza w niektórych profesjach, bo raz, że słabo płacą, a odpowiedzialność spora. 

Po drugie , nawet jeśli znajdzie się dobry fachowiec, chętny do nauczania przyszłego narybku, to zniechęcają go : konieczność ukończenia kursu pedagogicznego , papierologia, szkolenia, zebrania, brak funduszy na materiały szkoleniowe i narzędzia. Jeden z z elektroników, w rozmowie o pracę stwierdził, że posiadając prężną firmę nie ma czasu na dodatkowe nasiadówki wieczorami, a przez tydzień zarobi więcej, niż przez cały miesiąc, szkoląc uczniów.
Podobnie jak w resorcie pielęgniarskim, w kształceniu zawodowym pracuje wielu nauczycieli w wieku emerytalnym, więc gdy skorzystają z prawa do emerytury, będzie kiepsko.

Po trzecie, wykształceni w zawodzie uciekają z polskiego rynku, z różnych powodów.
Może się zdarzyć, że ktoś okazuje się być dobrym fachowcem, choć samouk, ważne by usługę dobrze wykonał.
W czym jeszcze problem?

Z roku na rok obserwuje się większą liczbę uczniów z rozmaitymi dysfunkcjami  w zakresie przyswajania wiedzy i umiejętności, od ogólnych  po specjalistyczne, co zresztą idzie z sobą w parze, bo trudno nauczyć młodego człowieka posługiwania się specjalistycznymi narzędziami i procesami różnych branż, jeśli ma on kłopoty z opanowaniem podstawowych pojęć matematyczno-technicznych, ze skupieniem uwagi, logicznym myśleniem czy zwyczajnie z punktualnością i poczuciem odpowiedzialności.

Każda placówka, także kształcąca fachowców rzemiosła i przemysłu jest zobowiązana dostosowywać wymagania do poziomu swych wychowanków.  Poradnie psychologiczno-pedagogiczne szczegółowo określają , w jaki sposób kreować podejście do ucznia, indywidualizować treści kształcenia, organizować dodatkowe  konsultacje , konstruować programy naprawcze...

Trudno się z tym nie zgodzić, bo uczeń powinien być traktowany podmiotowo. Wytyczne określają więc, co dany wychowanek powinien umieć by zaliczyć kurs kształcenia zawodowego na daną ocenę i zdać egzamin z przygotowania do zawodu.

I tutaj, jako klient ślusarza, hydraulika, cukiernika, krawca, mechanika, fryzjera zadaję sobie pytanie - skoro pewien procent uczniów posiada specjalne dostosowanie trybu nauki w zawodzie, bo mają określone dysfunkcje, które nie pozwalają opanować w pełni programu nauczania, jak to się przekłada na jakość świadczonych później usług?

Taki na przykład piekarz, potrafi upiec chleb i bułki, a chałki i drożdżówki już nie? 

A ślusarz? Otworzy zamek, który się zaciął, ale klucza do drzwi już nie dorobi?

A fryzjerka? Nakręci włosy na wałki i uczesze, ale jak ze strzyżeniem lub obliczaniem ilości farby do koloryzacji włosów?

Podobne rozterki miewam czasami, jeśli chodzi o kształcenie lekarzy i farmaceutów czy fizjoterapeutów. Bo jeśli medyk kończy studia z ocenami w średnim przedziale skali, to czego nie potrafi?

Z tym pytaniem zostawiam Was , może jakieś refleksje się narodzą? 

sobota, 12 grudnia 2020

Grafit czy diament?

 

Sukces to podobno 1% talentu i 99% ciężkiej pracy. 

Układ procentowy bywa rozmaity, zależy kto układa słupki.

Część z nas rodzi się z jakimś talentem lub nawet wieloma , ale nie wszyscy mają równe szanse na starcie.

Wiele czynników składa się na to,  czy zostaniemy pożytecznym, ale szarym grafitem czy będziemy błyszczeć jak diamenty.

Wnuk mojej koleżanki to chłopiec obdarzony wielką pasją do nauki i to niezależnie od tego czy są to przedmioty ścisłe czy humanistyczne.

Kończy szkołę podstawową dopiero, a już zdobył dwa stypendia naukowe , od stycznia 2021 czeka na niego nowe stypendium, także za wyniki w nauce.

Chłopiec zna doskonale angielski i hiszpański, poprosił rodziców o możliwość nauki arabskiego i żałuje tylko, że nie ma olimpiady przedmiotowej w tym zakresie.

Ma bardzo dużą podzielność uwagi, czasami uczy się , jeżdżąc na rolkach lub słuchając muzyki, w przerwach od nauki czyta lub raczej pochłania książki.

Nie myślcie, że to kujon przyrośnięty do fotela. Pływa, gra w szachy, jeździ na nartach, zwiedza z rodzicami i siostrą różne kraje i polskie zakątki. 

J. i jego siostra uczęszczają do prywatnej  szkoły. Rodziców stać na taki wydatek, ale nie przymuszali syna do nadmiernego wysiłku i zapisywania się na wszystkie koła zainteresowań i projekty. On tak po prostu ma. 

Siostra J. jest kilka lat młodsza, ale zdolności i potrzeby ma inne. Interesują ją raczej balet, gra na instrumentach, no i oczywiście moda.

Jestem pełna podziwu dla wnuka koleżanki i mądrości jego rodziców, którzy tak kierują zainteresowaniami syna, żeby rozwijał się wszechstronnie i poznawał wszystkie opcje , zanim wybierze coś na czym się skupi.

I tu wracamy do porównania grafitu z diamentem.

Znam osobiście równie zdolnych, ale leniwych lub pozbawionych motywacji młodych ludzi, których teraźniejszość nie wróży wielkiego sukcesu w przyszłości.

Bywają także talenty, które bez wsparcia  finansowego lub  opieki mentora nigdy nie wyjdą poza pewne ramy i ograniczenia, bo urodzili się w niewłaściwej rodzinie, w zabitej dechami wsi pod lasem lub zwyczajnie liczne choroby czy kalectwo fizyczne nie pozwalają na rozwijanie choćby pojedynczych uzdolnień.

Oczywiście powie ktoś, że nauka czy sukcesy nie gwarantują szczęścia .

Być może nie, ale  można tego szczęścia szukać na swój sposób, a sukces nie musi być spektakularny, tym bardziej, że dla każdego z nas czym innym jest sukces i z innych powodów bywamy szczęśliwi.



piątek, 18 maja 2018

Ciekawość świata...

Dziś będzie krótko o obserwacji poczynionej w czasie zajęć ze starszymi dziećmi.
Poproszona o nagłe zastępstwo wzięłam najnowsze numery czasopisma ODKRYWCA - National Geographic i wyruszyłam na zmagania z szóstoklasistami.
Wyjaśniłam cel mojego przybycia i zasady pracy na lekcji, po czym jak satelita krążyłam po sali, przyglądając się zajęciom uczniów.

W jakimś programie z pogranicza psychologii i pedagogiki podano , że na podstawie obserwacji zachowań w trakcie podejścia dzieci do nowego zadania można wywnioskować, kim to dziecko zostanie w przyszłości w sensie ewentualnej kariery.

Moi uczniowie mieli do wyboru kilka różnych numerów popularnonaukowego czasopisma i mogli zająć się tymi jego aspektami, które interesują ich najbardziej. Niektórzy zwracali uwagę już na okładki, inni szukali ciekawostek, ale zniechęcały ich długie teksty, jeszcze inni skupili się na samych zdjęciach, czytali jednak podpisy pod fotografiami, nieliczni zaczęli rozwiązywać łamigłówki lub krzyżówki.

Przysiadłam obok chłopca, który bardzo widać potrzebował rozmowy i zachwycił mnie znajomością wielu informacji o przyrodzie spoza czasopisma, które miał przed sobą.

Ale tak naprawdę chcę napisać o chłopcu, którego nazwać można wolnym elektronem. Jest nadpobudliwy, ma to w papierach, więc normalne, że czasami spaceruje po klasie lub wymaga dodatkowego zajęcia bo nie wytrzymuje w ławce.
Podchodził do grup, ale nie miał wiele do zaoferowania poza rozśmieszaniem kolegów.
Pytam więc - dlaczego nie przeglądasz pisma, można w nim znaleźć wiele ciekawych rzeczy, wymienić się uwagami z kolegą?
On na to, że właściwie po co?
Chociażby po to, odpowiadam, że przyda ci się to w trakcie ewentualnych podróży... gdy będziesz w Afryce, zabłyśniesz wiedzą o żyrafach na przykład.
Nie muszę, on na to, wynajmę przewodnika, a zresztą gdy wyjeżdżamy z rodzicami, to nie wychodzimy z hotelu, wie pani ile atrakcji jest w takim hotelu?

Pytanie zostawiłam bez odpowiedzi...

A swoja drogą, nie wiedziałam, że są 4 rodzaje żyraf, które różnią się wzorem plam na skórze!

poniedziałek, 29 lutego 2016

Słowa obce czy dziwaczne?

Czy studiowanie słownika wyrazów obcych może być zajmujące? Jak najbardziej. Zaglądając od czasu do czasu do wyżej wymienionego odkryjemy co następuje (chyba, że już to wiemy):
1. wiele wyrazów jest nam znanych, ale nie wszystkie znaczenia potrafimy wyjaśnić książkowo czyli podać definicję
2. niektóre nazwy na pierwszy rzut oka znaczą coś zupełnie innego, niż czytamy w definicji
3. im dalej w las, tym więcej grzybów czyli dopada nas świadomość, jak mało jeszcze wiemy
4. większość wyrazów obcego pochodzenia wywodzi się z łaciny lub greki, bo cała nasza kultura i nauka mają swe korzenie w starożytności
Aby nie być gołosłowną wynotowałam kilka przykładów, które mnie naprawdę zdziwiły, więc jeśli ten temat was nie zniechęca, zapraszam do lektury:

ampelologia - nauka o uprawie winorośli (oczywiście z greckiego: ampelos- winorośl, logos - nauka), a brzmi jak nauka o budowie lamp ( w moim mieście był kiedyś sklep z lampami o nazwie AMPLA )

amuzja - niezdolność rozumienia muzyki, rozpoznawania melodii, także zaburzenie umiejętności śpiewu lub gry na instrumentach, więc to chyba o mnie - nigdy nie mogłam zapamiętać kolejności nut, o nauce gry na instrumencie nie mówiąc, chociaż śpiewałam w chórze.

bibliotaf - potocznie GRABARZ KSIĄŻEK czyli właściciel biblioteki, nie pozwalający nikomu korzystać ze zgromadzonego księgozbioru, czy są wśród Was jacyś? Nie będę tego ganić za bardzo, bo są różni wypożyczacze, którym aż strach coś pożyczyć...

kraniologia - to nie nauka o kranach i uszczelkach, ale nauka o budowie czaszki! (kranion +logos)

łoktusza - chusta zarzucana na plecy przez wieśniaczki w niektórych rejonach Polski, dawniej też gruba płachta, prześcieradło ( z niem.)A Wam z czym się skojarzyło?


melchior - z franc. od nazwisk wynalazców - stop miedzi, niklu i cynku, odporny na korozję, używany na płaszcze pocisków karabinowych. A co na to poczciwy Wańkowicz?

pompier - dawniej strażak obsługujący sikawkę , ale także artysta, którego dzieła pełne są pompatyczności, przesady. Powiem szczerze, że czasem pisząc cokolwiek staram się nie być pompierem i nie lubię tego u innych. Zawsze warto być sobą.

szmuklerz inaczej pasamonik - rzemieślnik wyrabiający pasmanterię...obydwie nazwy różne nasuwają skojarzenia.

zoochoria - zjawisko rozsiewania nasion przez zwierzęta, tu przypomniał mi się pobyt w poznańskiej palmiarni, gdzie przewodnik pokazał nam czerwone nasionko jakiejś egzotycznej rośliny, które wykiełkuje tylko wtedy, gdy przejdzie przez system trawienny jednego gatunku ptaka, szczegóły wyleciały mi z pamięci.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam, a może podzielicie się w komentarzach, jakie słowa was kiedykolwiek zadziwiły?

czwartek, 11 czerwca 2015

Magia w młynie

Miałam okazję odwiedzić nieznane mi dotąd miejsce w Toruniu, a mianowicie Młyn Wiedzy. Piękna architektura, wewnątrz wszystko na wysokim poziomie, czysto, jasno, robi wrażenie. 6 pieter sal wystawowych, każde piętro poświęcone innej dziedzinie wiedzy: optyka, woda, budowanie, magnetyzm itd. Będąc w grupie można zapisać się na zajęcia warsztatowe, my uczestniczyliśmy w zajęciach Magia dwutlenku węgla.
Mnóstwo różnych instalacji dla małych i całkiem dorosłych. Schodziłam nogi, bawiłam się świetnie, a po 3 godzinach jeszcze wszystkiego nie przetestowałam. Musze kiedyś powtórzyć indywidualnie. Jedyne czego mi brakowało, to barku z dobrą kawą, bo ta z automatu to raczej nie.
W ubiegłym roku byłam w Centrum Nauki Kopernik w stolicy, ale gdyby mnie zapytano, to doradziłabym raczej Toruń: taniej, czyściej, ciekawiej.
W Centrum Kopernika zbyt tłumnie, nie mogłam dopchać się do niektórych instalacji, z których duża część była nieczynna, a cena biletu nie zachwyciła. Poza tym Młyn Wiedzy nastawiony jest na dobrą zabawę, w Koperniku warszawskim większość instalacji była multimedialna, czego nawet dzieci maja teraz przesyt. Tutaj mogły zmęczyć się, pomoczyć,zbudować, zburzyć, poprzeciskać itd.
Poza tym dobra organizacja i doradcy na wyciągnięcie ręki, pokazali co i jak robić, nawet gdy dziecko nie przeczyta instrukcji, to mu wytłumaczą.
fajna alternatywa na zwiedzanie gdy pada lub jest zbyt upalnie...



poniedziałek, 8 czerwca 2015

Tititkiem do baby

Ciepłe dni spowodowały wysyp mam i babć spacerujących z dziećmi w różnym wieku. Podsłuchane rozmowy dorosłych z pociechami zawsze napawają mnie zdumieniem lub raczej rozbawiają, bo najczęściej opiekunowie milusińskich zwracają się do nich w dziwnym języku, wzorowanym na dziecięcej nowomowie. W filmie "I kto to mówi" jest fajna scena, gdy babcia malca pochylona nad wózkiem dziwnie ćwierka do malca i niemal gaworzy, a malec dziwi się, że pani przemawia do niego jak do upośledzonego. Jak świat światem dzieci tworzą własne określenia na czynności i przedmioty, ale chyba powinniśmy mówić do nich normalnie, bez zbytniego rozpieszczenia. W końcu nasz język ma być dla dzieci wzorem poprawnego mówienia. Tymczasem mówimy do malców ich językiem, dorośli mówią między sobą inaczej, a panie w żłobku i przedszkolu jeszcze inaczej. Istna kołomyja!
Często słyszy się bowiem takie dialogi:
- O popatrz, jedzie titit, pojedziemy naszym tititkiem do baby. A może chcesz psipsi? Nie bój się tego hałka, nie gryzie!
- Na buju nie idziemy, wracamy do domku, bo Misiu musi dostać am i pójdzie lulu. Potem pójdziemy na inne bujawki .
Z drugiej strony trudno jest czasami zrozumieć nasze dzieci, jeśli tworzą swoisty język zrozumiały dla nich samych. Gdy moim synem opiekowała się moja mama, spisywałam dla niej w specjalnym zeszycie nowe słowa, jakie syn wymyślał, żeby babcia wiedziała co do niej mówi, żeby była na bieżąco.
Długo zresztą posługiwał się pojedynczymi wyrazami, aż razu pewnego, gdy jeździł na grzbiecie taty-konika i mąż udawał, że koń z jeźdźcem wywrócili się, mój syn krzyknął: duła kanini pitala bam!
W jego języku znaczyło to: duży koń przewrócił się na dywan. Dlaczego dywan nazwał "pitala", tego nikt nie wie do dziś.
Kiedyś obejrzałam audycję o nauce mowy u dzieci i padła tam uwaga, że powinno się mówić do dzieci normalnie, językiem dorosłych, bo to przyspiesza przyswajanie mowy. Wyobraźmy sobie, że uczylibyśmy się języka obcego podsłuchując zacytowanych wyżej dialogów lub podobnych...
Jeśli w dodatku innych zdrobnień używają rodzice, a innych dziadkowie, to niezły galimatias.

piątek, 29 maja 2015

Nauka poszła w las...

Jeszcze raz sprawdziła się teoria, że dawanie komuś rybki zamiast wędki nie daje na dłuższą metę dobrych rezultatów i nie mówię tu o wędkowaniu. Chcę opisać incydent, który podkopał(nieco) ideę pomagania bliźnim lub raczej udowodnił, że pomagać powinno się pośrednio, a nie poprzez dawanie wszystkiego na tacy.
Wyobraźcie sobie ucznia klasy 5. Smutne oczy, buła w ręku, na imię ma Arek. Rodzina biedna, chłopiec obiady i śniadania dostaje z MOPSu. Za wstawiennictwem pani pedagog pomogłyśmy Arkowi zrobić album o roślinach trujących ( a właściwie koleżanka zrobiła za niego, bo nie ma biedak na ksero, bo praca na wczoraj - ale nie mówcie nikomu).
Arek dostał też segregator i koszulki. Pani od przyrody oceniła, chłopiec dostał piątkę, my przeszczęśliwe, że mogłyśmy pomóc. I co? Następnego dnia Arek przychodzi z zapytaniem czy zrobimy następny album, tym razem o szlachcie polskiej na historię. Pytam na kiedy? Na jutro! Tu mną trochę wstrząsnęło, bo wiem, że takich prac nie zadaje się dziś - na jutro, a historia raz w tygodniu. Pytam więc od kiedy wie i czemu na ostatnią chwilę? On mi na to, że mama kazała. A ty? Wzruszył ramionami.
Próbowałam dotrzeć do niego gadką umoralniającą, że pomogłyśmy, bo wyjątkowa sytuacja, bo czas naglił, ale teraz może sam spróbuje przy naszej pomocy itd.
Nie skorzystał...