Taki sobie dialog na ulicy:
- jak dobrze cię widzieć, co tam u W. ?
- chyba dobrze, zadzwoń i zapytaj sam!
- on nie dzwoni, nie będę się narzucał!
- skoro jesteś ciekawy, co u niego, to ty zadzwoń, przecież W. nigdy wylewnością nie grzeszył, ma sprawę, to dzwoni lub życzenia składa...
- zadzwonię i co powiem? zresztą on jest młodszy, powinien pierwszy się odezwać...
- i w tym cały jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz - jeśli obaj wyjdziecie z takiego założenia, to nigdy nie porozmawiacie!
I tak w kółko - niech ktoś pierwszy zadzwoni, niech ktoś pierwszy napisze, tylko nikt się nie kwapi, by zrobić pierwszy krok.
Gdy zmarła moja teściowa, teść czekał, aż cały świat przyjdzie do niego i zauważy, że on potrzebuje towarzystwa. Pytaliśmy jego znajomych, jak to jest z tą samotnością wdowca. Odpowiedzieli, że dzwonili z propozycjami spotkań, najpierw odmawiał, bo wiadomo - żałoba, ale później stracili cierpliwość - ileż razy można wyciągać rękę i dostać kosza?
Pytaliśmy teścia, czy nie czuje się samotny? odpowiedział, że nikt do niego nie dzwoni, a on nie będzie się narzucał... no masz babo placek!
A wystarczy odrobina dobrej woli i wzajemność. Czujesz się samotny, wyjdź do ludzi, zaproś ludzi do siebie, napisz, zadzwoń!
Inaczej to także wygląda, gdy mamy dużo czasu, a ta druga strona pracuje czasem na dwóch etatach lub w dziwnych godzinach. Sama wiem, że do mojego syna mogę zadzwonić dopiero po osiemnastej, chyba że coś ważnego, to wysyłam sms-a, jeśli może, oddzwoni.
Gorzej, gdy dzwonimy, a abonent wiecznie zajęty i w dodatku nie oddzwania...
Inne priorytety i potrzeby mają tzw. single, a inne - osoby żyjące w związkach.
Wzajemność w relacjach to też miła cecha.
Miałyśmy w pracy kółko koleżanek, z którymi spotykałyśmy się co roku w czerwcu, w kolejnych latach każda z nas zapraszała pozostałe na kawę i deser do lokalu. Taka tradycja.
Zdarzyło się, ze dwa razy, że gdy przyszła kolej M., to zawsze jej coś wypadło, płaciła więc następna z kolei. Żaden problem, ale trzeciego razu nie było, nie powiadomiono M. o spotkaniu.
Czytam czasami w komentarzach na blogach zaproszenie gospodarza do komentowania postów i wtedy jedna z osób komentujących pisze - zaglądam, czytam, ale nie komentuję.
O.K. nie ma obowiązku, ale gdyby wszyscy wyszli z tego samego założenia, to po co pole komentarzy pod postami, będziemy czytać jak gazetę lub tylko zerkniemy czy aby post nie za długi, zamkniemy i zapomnimy...