Zainspirowana wpisem Petry o wizycie u lekarza postanowiłam napisać o wrażeniach męża z pobytu w szpitalu na urologii. Petrę, słusznie zresztą zdegustowały szczegółowe opowieści o oddawaniu moczu przez męża pewnej pani. Podobne obserwacje poczynił mój małżonek. Przebywał w szpitalu w związku z problemami nerkowymi i nasłuchał się rozmaitych rzeczy w temacie prostata, pęcherz itd. Warto tez przypomnieć, ze w czasie upałów ludzie generalnie za mało piją płynów i wiele osób w tym czasie trafia do szpitali z problemami nerkowymi.
Ale wracając do urologii, najśmieszniejsze były uwagi powracających z toalety pacjentów, przeważnie w starszym wieku:
- dzisiaj mocz był i to pełnym strumieniem!
- tak? a u mnie nietęgo, parę kropelek zaledwie!
- nie narzekaj pan, ja to chodzę, chodzę i nic!
To przypomniało mi historię o dwóch starych pannach z małej mieściny, które mieszkały razem i były ciotkami mojej koleżanki. Klara i Pelagia bardzo troszczyły o siebie wzajemnie i gdy Pelagia korzystała z toalety wołała: Klarciu, chodź zobacz, jaką kupkę dzisiaj zrobiłam (na fakcie).
Z ciotkami związana jest jeszcze jedna anegdota. Po śmierci jednej z sióstr, druga gościła przez dłuższy czas u mojej koleżanki i jej mama narzekała, że ciotunia nie zmywa fluidu z twarzy przed snem, no i oczywiście brudzi pościel. Mama koleżanki znalazła jednak rozwiązanie i posłużyła się fortelem. Mianowicie zasugerowała cioci, że chyba zachorowała na żółtaczkę, bo nawet pościel pożółkła jakoś i koniecznie muszą iść do lekarza.
Ciocia lekarzy bała się jak diabeł wody święconej i szybko zniknęła w łazience. Po wyjściu nie miała już fluidu na twarzy, a i pościeli odtąd nie brudziła. Sprytnie?
Zawsze też śmieszył mnie obchód lekarski, gdy ja leżałam w szpitalu i padało sakramentalne codzienne pytanie: stolec był? Jakby pytano o wizytę dalekiego kuzyna, który lekarzowi winien jest kasę. A jak nie było, to czułam się winna...
Mam nadzieje, że nikogo ten wpis nie uraził...
