Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2026

Weekend z wnukiem

 Tym razem nie wyjeżdżaliśmy nigdzie, to wnuk zawitał na mini wakacje do dziadków. Odkładane kilka razy, bo albo choroby, albo wyjazdy z rodzicami... Tym razem się udało, odebraliśmy największy skarb i w drogę, dobrze że mieliśmy w aucie czasoumilacze, bo korek z powodu wypadku był długi.


Przerwa w Macu mile widziana dla wszystkich, mimo późnej pory sporo klientów, dzieci też niemało.
W domu mała kolacja, obejrzenie dziadkowych aut z klocków Lego i czytanie przed snem.
Już nie pierwszy raz spotykam się z tym, że dziś dzieciaki nie znają mydła w kostce, wszędzie mydła płynne z pompką. U nas takie i takie, ale gdy wnuk zobaczył mydło w kostce, zapytał: babciu, a co to za gąbeczka?


Sobota zaplanowana w pełni, z małymi  korektami, bo kto to widział, by osiedlowy plac zabaw był zamknięty w połowie marca, gdy na zewnątrz 16 stopni. Nie tylko my odbiliśmy się od zamkniętej furtki, na której wisiała kartka: Zapraszamy wiosną...
Na szczęście jest park miejski , także z atrakcjami.


Park kusi nie tylko urządzeniami do ćwiczenia sprawności i zwinności, ale i płatnymi atrakcjami typu: dmuchańce, popcorn , stragany z balonami itp.
Na szczęście nasz wnuk bardziej zwracał uwagę na kaczki i pędził na hulajnodze, no i czekał cierpliwie na obiecane lody!


Po aktywnościach na świeżym powietrzu, mile widziane aktywności umysłowe. 
Nauka gry w warcaby, gry planszowe grzybobranie oraz drabiny i węże, zagadki, prace plastyczne i filmy edukacyjne.
Zrobiłam sobie powtórkę z nazw dinozaurów i głowiłam się, jak wytłumaczyć maluchowi  proces powstawania mumii, by za bardzo go nie przerazić.

No takie ma zainteresowania. W tym wszystkim milion pytań:
- dlaczego umierały dinozaury?
- czy umarły wszystkie razem czy jeden po drugim?
- czy mumie się ruszają?
- a co jedzą mumie
 - a kto je zabandażował?
Ulubione nazwy - ichtiozaur , archeopteryks, tygrys szablozębny...


Mniej zabaw autami, co było częste wcześniej, teraz wymyślił zabawę w odkrycia archeologiczne i wystawy muzealne. Musieli być i złodzieje kradnący eksponaty!
No i dyskusja o ewolucji i następstwie gatunków, a gdyby tak słoń zmienił się znowu  w mamuta i dlaczego ludzie polowali na mamuty?
Cały czas głowa na najwyższych obrotach!


Ale hitem okazały się krótkie filmiki na kanale youtube, ukazujące temat dinozaurów od pojawienia się na Ziemi po ich wymieranie, na poziomie maluchów właśnie. 
Interesujące były ciekawostki z dziedziny najnowszych odkryć archeologicznych, dla mnie samej niektóre stanowiły nowość. Cały czas nauka się zmienia.

Weekend pełen wrażeń , czułości i opowieści dobiegł końca, ale wkrótce spotkamy się na wyjeździe wielkanocnym i poszalejemy w basenach:-)

Siemanko!

środa, 14 stycznia 2026

Alfabetycznie...


Uwielbiam blogowe inspiracje. Tyle pomysłów niesie czytanie o tym, co robicie na co dzień i od święta. Czasami to poważne sprawy służące rozwojowi w różnych dziedzinach, a czasami zabawy, które także nie są tylko rozrywką, ale czymś więcej.

O zabawach już było, ale dzisiejsza propozycja, to pomysł od Ireny, który bardzo mi się spodobał i zmotywował do spróbowania własnych sił. 

Autorka uczęszcza na warsztaty twórczego pisania i tym razem podzieliła się zadaniem stworzenia opowiadań, w których każde zdanie zaczyna się kolejną literą alfabetu. Napisałam tak kiedyś życzenia świąteczne, ale opowiadania jeszcze nie próbowałam.

Usiadłam więc z długopisem w dłoni i na kartce pojawiały się kolejne zdania. Zawsze piszę najpierw ręcznie, później przepisuję na klawiaturze, z wyjątkiem krótkich tekstów na blog lub podpisów pod zdjęciami. Nie potrzeba do tego aż takiego skupienia.

Moje opowiadanie poniżej:

Zjazd rodzinny

A gdyby tak zaprosić ich wszystkich na niedzielę?

Będzie się działo, rozrywka gwarantowana lub całkowita porażka.

Cała rodzinka razem pod jednym dachem, to mieszanka wybuchowa.

Dziadek, to silny charakter, babcia wręcz przeciwnie, szara myszka.

Elżbieta na pewno przywiezie swoje psy, bez nich się nie rusza.

Franciszek tez nie zostawi swoich persów w domu, nawet sąsiadce nie ufa.

Grono wyjątkowych indywidualności wymaga odpowiednich przygotowań.

Herbatę z melisy podam wszystkim na początek, tak profilaktycznie.

I ciasteczka według przepisu prababci, wszyscy je lubią!

Jeśli pogoda dopisze, zjemy obiad na werandzie lub w ogrodzie.

Krzeseł na pewno mi zabraknie, ale pod jabłonią można postawić skrzynie lub ławy.

Lepiej od razu sprawdzić prognozy, by uniknąć zaskoczenia.

Łatwiej będzie zorganizować grilla, panowie lubią doglądać mięsa, a panie zrobią sałatki.

Może o zmierzchu pójdziemy wszyscy na spacer?

Nad jeziorem najlepiej podziwiać zachód słońca.

Ostatnio przybyło tam ławek i miejsce na ognisko.

Podobno to prywatna inicjatywa, byle terenu nie ogrodzili.

Ruszymy ścieżką wzdłuż sadu i pastwiska, kawałek drogą, to niedaleko.

Stryj Stefan nie lubi spacerów, z pewnością wymyśli jakąś wymówkę.

Trzeba przygotować odpowiednią zachętę dla wszystkich seniorów.

Ulubionym trunkiem skuszę panów, a panie może wolą tańce wokół ogniska?

Wiara czyni cuda! Chcieć, to móc!

Zjazd rodzinny to moja misja, ale czy dam radę? 

Żal tylko, że co roku jest nas coraz mniej...

Jeśli znajdziecie chęci i czas, spróbujcie sami, chętnie poczytam na Waszych blogach lub w komentarzach poniżej. 

A może ktoś uczestniczył w takim rodzinnym zjeździe?

Do poczytania!


poniedziałek, 7 października 2024

Zabawa guzikami

 

Maria zainspirowała mnie do powspominania swoich zabaw dziecięcych, och kiedy to było...
Dziś dwoimy się i troimy, by dzieci zainteresować nowymi zabawkami, gadżetami, filmami, a zapominamy o najprostszych sposobach i przedmiotach, które mamy w domu, w każdej szafie i szufladzie. Nawet papierowe rurki z papieru toaletowego mogą posłużyć do wymyślenia świetnych zabaw.
Sama zapisuję pomysły na tablicy Pinterest, by później wykorzystać je w zabawach z wnukiem.

Powie ktoś, że dziś inne czasy. Nieprawda - mój wnuk ma sporo zabawek, bo jedynak i z różnych źródeł dostaje, ale nadal chętnie przystaje na zabawy zaproponowane przez dorosłych i sam fajne zabawy wymyśla, także z użyciem przedmiotów codziennego użytku. Wystarczy duży karton po jakiejś przesyłce i już zabawa na kilka dni...
Podobnie było z synem, najlepsze okazały się zabawy przyborami kuchennymi, do których miał dostęp, gdy ja musiałam coś ugotować. Nie mówiąc o stertach kolorowych czasopism czy albumach ze zdjęciami.

Ale miało być o zabawach z moich wspomnień.
Babcia ze strony taty była krawcową, nie profesjonalną, ale szyła dużo i dobrze , miała wiele klientek, ale i sporo pracy. Każda krawcowa używa guzików, zamków błyskawicznych oraz innych drobiazgów krawieckich , które babcia kupowała w pasmanterii, a część dostawała od klientek.
Spędzałam u dziadków każde ferie i wakacje, lubiłam bawić się szyciem dla lalek , ale i zabawy guzikami bywały zajmujące.
W naszym mieście istniała niegdyś fabryka guzików i czasami babcia dostawała od kogoś całe worki guzików z tzw. odpadów pokontrolnych. W stertach wybrakowanych znalazły się zawsze dobre, które można było wykorzystać przy kolejnych projektach.

Jaka moja w tym była rola? najlepsza! najpierw segregowanie guzików kolorami, później podział na kształty i wielkości, wreszcie wciąganie posegregowanych guzików na pałąki z drutu, które robił dziadek. A guziki produkowano w tylu kształtach i kolorach, że mieniło się w oczach, tak jak na poniższym zdjęciu, które przedstawia regał w pasmanterii. Nawet dziś mnie to zachwyca!

Gdy byłam starsza, od babci nauczyłam się szycia podstawowych krojów ubrań, jeszcze na starym deptanym Singerze. Z czasem nowoczesność zawitała do babcinej kuchni i pojawiła się maszyna elektryczna. Dlaczego do kuchni? Bo kiedyś w kuchni toczyło się całe życie domu, a dziadkowie mieli wielki stół z rzeźbionymi nogami, na którym świetnie robiło się wykroje, segregowało guziki, prasowało...

Pamiętacie swoje zabawy z dzieciństwa, te improwizowane z byle czego i na szybko?


piątek, 19 stycznia 2024

Zabawa klockami

 Zabawy z dzieckiem mogą być nie tylko frajdą dla naszych dzieci czy wnuków. My sami chętnie, przynajmniej niektórzy,  pobawilibyśmy się od czasu do czasu , wiadomo przecież, że kolejki lub sterowane auta tatusiowie kupują także dla siebie, a mamy ćwiczą szycie i szydełkowanie na lalkach swoich córek.

Tym, co łączy wszystkie pokolenia domowników są klocki, a zwłaszcza klocki Lego. To lepsza rozrywka, niż krzyżówki, a łamania głowy nawet więcej. Ilu jest pasjonatów klocków wśród dorosłych, to widać chociażby po programie Lego Masters. Podziwiam uczestników za kreatywność, radość tworzenia i empatyczne podejście do rywali.


W naszym domu też nazbierało się trochę klocków, które kiedyś  trafiły do wielkiego pudła, a to do pawlacza i czekały na narodziny wnuka. Kiedyś te klocki były bardzo drogie, kupowane na ważne okazje, bo z finansami bywało krucho. Taki pojemnik miał sporą wartość, ale nie trzymaliśmy go w sejfie...


Gdy wnuk nieco podrósł zaczęliśmy składać niektóre elementy, na razie bez instrukcji, bo jeszcze ich szukamy ;-)
Maluch na razie testuje Duplo, ale mniej skomplikowane Lego też się nadaje.
 

Jest miłośnikiem wszystkiego, co ma koła , światło i dźwięk tez mile widziane!


Z takich zestawów można układać niezłe historyjki , co bardzo podkręca wyobraźnię , a i wiedza historyczna na jakimś etapie się przydaje.


Elementy baśniowe, botaniczno-zoologiczne, fantastyczno-naukowe , czy można nie lubić tych klocków? Gdy przeglądałam w sklepach nowe propozycje producentów Lego i Duplo, także i w wersji dla najmłodszych, to naprawdę jestem pełna podziwu dla pomysłodawców....


W bardziej zaawansowanych zestawach Lego Technic bywają elementy robotyki, elektroniki, pneumatyki i czego dusza zapragnie!


Mój mąż miał widocznie niedosyt klockowania, ba zakupił nowy zestaw, specjalnie dla siebie, a bywają takie zestawy dla dorosłych, które kosztują po kilkaset lub kilka tysięcy złotych.
Rozrywka przednia, pożyteczna i wielowymiarowa.
Jak się pobawi, to pewnie podaruje wnukowi...


A to gotowy pojazd, nie znam szczegółów, bo nie mam mnie w domu, dostałam tylko zdjęcie:-)

poniedziałek, 5 grudnia 2022

Wspólnie...

Mysza w sieci zainspirowała mnie do napisania  o aktywnościach, które możemy realizować razem z dzieckiem. Mój syn wprawdzie dawno już dorosły, ale zachowaliśmy nasze pamiątki ze wspólnych podróży, pierwszych szczytów zdobytych w Tatrach, prób pisania pamiętnika i pierwszych prac graficznych wykonanych ołówkiem.

Podróżowanie samo w sobie już dla dziecka bywa atrakcyjne, zwłaszcza gdy podróżuje się różnymi środkami lokomocji :  kuszetką, autokarem, tramwajem lub dorożką, kolejką wąskotorową lub wyciągiem krzesełkowym....

W czasie zdobywania szlaków górskich czy zwiedzania zabytków zbieraliśmy pieczątki , bilety, pamiątki, dyplomy.

 

 Zachęciliśmy syna do prowadzenia kroniki wycieczek i to od najwcześniejszych lat (miał wtedy 4,5 roku), nawet gdy jeszcze nie umiał pisać, to rysował, a my pomagaliśmy podpisywać rysunki.




Jako ciekawostkę wkleiliśmy do kroniki tekst wróżby wylosowanej dla syna na Krupówkach przez papugę kataryniarza. Gdyby nie to, pewnie fakt losowania uleciałby z pamięci.



Kiedyś w prezencie syn dostał pięknie oprawiony zeszyt , w którym zaczął prowadzić zapiski z codzienności. Nie były to jakieś spektakularne zdarzenia, ale prowadzenie "pamiętnika" pozwoliło na bezbolesne ćwiczenie kaligrafii i ortografii, z którymi przez pewien czas miał problem, a kto lubi nudne ćwiczenia?


Równolegle niejako odkrył w sobie pasje rysowania komiksów, opartych na filmach i grach komputerowych  i tu także potrzebna była pomoc w zapełnianiu dymków dla mówiących postaci.


Nieco starszy już zaczął ćwiczyć rysowanie twarzy, martwej natury itp.

Oprawiłam w ramkę i codziennie spoglądam na rysunek, który zamieściłam poniżej, wykonany ręką ucznia technikum, podobny zrobił później dla swojej narzeczonej...


Do dziś przechowujemy także książeczki i liściki syna, które wykonał w dzieciństwie, może przyjdzie czas, by je kiedyś pokazać wnukowi?

Jest wiele pasji, które możemy dzielić wspólnie z dziećmi, wnukami, siostrzeńcami, sąsiadami, uczniami. Sama nauczyłam się szycia od babci, dziergania na drutach od cioci, z tatą braliśmy udział w zawodach latawcowych. Poznałam uczniów, z których jeden biegał codziennie przed szkołą razem z tatą, inny jeździł z dziadkiem na ryby. W różnych programach podziwiam dzieci, które realizują swoje pasje kulinarne, ogrodnicze, taneczne, plastyczne przy aktywnym wsparciu lub udziale rodziców.

czwartek, 9 kwietnia 2020

Z dnia na dzień...

Wreszcie pierwszy dzień bez zdalnej pracy, bo legalna przerwa świąteczna.
Podobno ma być przedłużona przerwa w szkołach, a wszystko przeniesione na wrzesień.
Podobno, a już chodzą słuchy z dobrze poinformowanych źródeł, że będą ogromne cięcia finansowe w oświacie...
Przymiarki już są.
Ja w każdym razie zamierzam wrócić do mojej biblioteki, siedzę tam sama, zrobię inwentaryzację, szkoła odkażona, osób jak na lekarstwo, nie muszę się z nikim kontaktować, chyba że na odległość.
Od zdalnej pracy już mnie plecy bolą, w końcu wyląduję u lekarza...

Póki co, dziergam zawzięcie, czytam jak wszyscy.
Mąż ściągnął jakieś filmy, kilka nam polecono, ale na razie oglądamy jakieś powtórki - taki paradoks, czas jest, skupić się nie można.

Spacerujemy na pola, widujemy sarny, słuchamy skowronków...
Wczoraj zawędrowaliśmy bocznymi dogami do bardzo znanego domu - do chaty, w której urodził się Jan Kasprowicz.
Kiedyś stała we wsi Szymborze, nadal tam stoi, tyle że Szymborze to już dzielnica miasta.
Miejsc związanych z imieniem poety u nas sporo - ulica, biblioteka, dwa pomniki, szkoła średnia, tablica upamiętniająca matkę piewcy Kujaw.

Kto nie czytał o starej szymborskieJ tradycji wielkanocnej odsyłam TUTAJ - PO RAZ PIERWSZY CHYBA W HISTORII NIE ODBĘDĄ SIĘ PRZYWOŁÓWKI!

Co poza tym?
Bawię się słowami, przeglądam stare zdjęcia, kombinuję w kuchni, piekę placki na zmianę z mężem.
Zdjęcie z babcią posłużyło do napisania posta wspomnieniowego, który czeka na publikację.
Dziś sesja kamerkowa z rodzinką w Poznaniu, mąż zdmuchnie świeczkę na torcie, zaśpiewamy mu sto lat:-)

Miejcie się dobrze, nie martwcie na zapas, szukajcie radości w każdym dniu i w każdej sytuacji:-)



niedziela, 19 lutego 2017

Zabawy bez zabawek

Media doniosły o wystawie zabawek w Nowym Jorku, czego tam nie było! Co roku producenci prześcigają się wymyślaniu coraz to droższych i bardziej wymyślnych zabawek, które rodzicom spędzają sen z powiek, zwłaszcza przed Gwiazdką.
I tu pojawia się refleksja - czy naszym dzieciom potrzebne są te wszystkie zabawki? Dziecko powinno także umieć zająć się samo, by dać odetchnąć rodzicom, a i kupowanie ciągle nowych wynalazków powoduje rozleniwienie naszych milusińskich i zamiast pogłówkować, jaką zabawę wykreować, suszą rodzicom głowę o kupno nowości z reklam telewizyjnych. Mój syn też dostawał zabawki, zwłaszcza od dziadków (takie ich prawo i radość), ale najwięcej frajdy sprawiało mu odkrywanie skarbów w szufladzie kuchennej, układanie guzików i innych drobiazgów z moich zbiorów
( o dziwo nigdy niczego nie połknął) czy budowanie z tatą fortec z najprostszych klocków.
Czasami budowaliśmy też szałas z koca rozciągniętego między krzesłami i w tym szałasie był piknik i czytanie bajek i rozmowy o wszystkim, co dzieci interesuje.
Zabawki są fajne, często kształcące, ale nie powinniśmy zapominać, że dobrze jest nauczyć dzieci, że można bawić się bez zabawek, nawet na ulicy, w parku, w kolejce do lekarza.
Nauczyciele czasami narzekają, że dzieci nie potrafią głoskować, nie znają kolorów, nie umieją posługiwać się nożyczkami, nie ulepią kulki z plasteliny. To nie żart...bo w domu im tego zabrakło z różnych powodów: plastelina i farby brudzą, nożyczkami jeszcze się skaleczy itd.
Wybaczcie mi odwoływanie sie do czasów mojego dzieciństwa, ale chyba sie starzeję. Gdy słyszę czasem, jak dzieci mówią, że w domu się nudzą, bo brat zajął komputer, albo mają karę, albo nie ma co robić, bo na zabawki są za starzy, a poza komputerem nic nie potrafią wymyślić, to przypominają mi się moje zabawy.
Od wczesnej wiosny do późnej jesieni ganianie na świeżym powietrzu: wrotki, rower, fikołki na trzepaku, zabawa w czterech pancernych, budowanie szałasów, zabawa w chowanego - zresztą sami wiecie...
O zimie nie wspomnę, bo teraz trudno o śnieg.
Wyszperałam w domowym albumie dwa zdjęcia, na pierwszym wakacje na wsi i zabawy przy poidle dla koni. Na wsi człowiek nigdy się nie nudził: szukanie jajek, przejażdżki wozem po siano z łąki, karmienie królików, zrywanie czereśni, obserwowanie zajęć gospodarskich.
Najbardziej lubiliśmy, gdy ciocia z wujkiem na motorze jechali do miasta po lizaki i murzynki.


Na drugim zdjęciu mój tato utrwalił równie ciekawe zajęcie czyli pomaganie dziadkowi w malowaniu pokoju, a ile ciekawych rzeczy można było się przy okazji nauczyć: jak urabiać klej do tapet, który robiło się z mąki żytniej, jak kolorować farbę do nakładania wzorów wałkiem, jak równo położyć pasek pod sufitem. To wszystko było bardzo ciekawe...
Ulubionym zajęciem mojego brata była gra w karty z dziadkiem, oczywiście dziadek dawał wnukowi fory. Ja wolałam u boku babci uczyć sie szycia, najpierw dla lalek, później tez dla siebie. Matce chrzestnej zawdzięczam naukę robótek z włóczki, siadywało sie u cioci w kuchni, na stole pachniały jabłka antonówki, a wujek opowiadał, jak walczył z bandami UPA w Bieszczadach.


Dzisiaj dorośli często zapominają, że zamiast kupować dzieciom kolejne zabawki, lepiej podarować im wspólnie spędzony czas i nauczyć wymyślania zabaw z tego, co jest akurat pod ręką czy w zasięgu wzroku.
A jakie są Wasze refleksje na ten temat?

piątek, 27 listopada 2015

Za stary na misia...

Moja misja w tym tygodniu to Święto Pluszowego Misia i takie misje lubię najbardziej w mojej pracy. Stać się dzieckiem chociaż na kilka godzin w tygodniu i bezwstydnie bawić się, śpiewać o Colargolu, wyzwalać w dzieciakach salwy śmiechu do łez.
z biurokratycznego punktu widzenia jestem kiepskim bibliotekarzem, bo wolę pracę z czytelnikiem i promocję czytelnictwa od ksiąg inwentarzowych, protokołów i jałowych kurso-konferencji.
Ale powoli przestaję chyba pasować do tego świata, bo okazuje się, że nawet młodzi czytelnicy robią się coraz dziwniejsi. Niektórzy przychodzą do czytelni porozmawiać, a nie poczytać, w Internecie słuchają muzyki lub oglądają filmiki o grach, zamiast szukać informacji o świecie, w książkach szukają ilustracji, a nie tekstu... ale w osłupienie wprawiła mnie sytuacja następująca: wchodzę do sali umówiona na zajęcia z uczniami II klasy. Dzieci poproszone zostały o przyniesienie na lekcję swoich pluszaków. Okazało się, że chłopcy niemal w całej ich liczbie nie przynieśli maskotek(jeden pożyczył od siostry, ale chowa pod ławką).Pytam: chłopaki, co się dzieje? zapomnieliście?! Przecież mamy Święto Pluszowego Misia!
A oni mi na to: Nie zapomnieliśmy, JESTEŚMY ZA DOROŚLI NA ZABAWĘ MISIAMI. To dla małych dzieci i co to za święto?
Gdybyście mieli wątpliwości, to nie chodzi o uczniów II klasy gimnazjum, ale o 8-letnie dzieci, a niektóre 7-letnie, bo zaczęły szkołę w wieku 6 lat. Pocieszyło mnie tylko to, że bawili się świetnie, historii Puchatka słuchali z zapartym tchem i nic nie wskazywało na to, że są zbyt starzy by bawić się misiami. Dodam, że zjawisko powtórzyło się w kilku klasach. Zdarzyły się nawet jednostki zbyt "stare" na zabawy w kręgu, że o kolorowankach nie wspomnę. To ja już nie wiem: bać się czy martwić? Bo ja na widok słodkich pluszaków w sklepach staję się na chwilę dziecinna i muszę chociaż pomacać, a tu słyszę:za dorośli...
Niechaj się więc ludzie z kręgu pana Prezesa nie martwią o Gender, tacy 8-letni macho potrafią przerazić dojrzałe kobiety...

czwartek, 11 czerwca 2015

Magia w młynie

Miałam okazję odwiedzić nieznane mi dotąd miejsce w Toruniu, a mianowicie Młyn Wiedzy. Piękna architektura, wewnątrz wszystko na wysokim poziomie, czysto, jasno, robi wrażenie. 6 pieter sal wystawowych, każde piętro poświęcone innej dziedzinie wiedzy: optyka, woda, budowanie, magnetyzm itd. Będąc w grupie można zapisać się na zajęcia warsztatowe, my uczestniczyliśmy w zajęciach Magia dwutlenku węgla.
Mnóstwo różnych instalacji dla małych i całkiem dorosłych. Schodziłam nogi, bawiłam się świetnie, a po 3 godzinach jeszcze wszystkiego nie przetestowałam. Musze kiedyś powtórzyć indywidualnie. Jedyne czego mi brakowało, to barku z dobrą kawą, bo ta z automatu to raczej nie.
W ubiegłym roku byłam w Centrum Nauki Kopernik w stolicy, ale gdyby mnie zapytano, to doradziłabym raczej Toruń: taniej, czyściej, ciekawiej.
W Centrum Kopernika zbyt tłumnie, nie mogłam dopchać się do niektórych instalacji, z których duża część była nieczynna, a cena biletu nie zachwyciła. Poza tym Młyn Wiedzy nastawiony jest na dobrą zabawę, w Koperniku warszawskim większość instalacji była multimedialna, czego nawet dzieci maja teraz przesyt. Tutaj mogły zmęczyć się, pomoczyć,zbudować, zburzyć, poprzeciskać itd.
Poza tym dobra organizacja i doradcy na wyciągnięcie ręki, pokazali co i jak robić, nawet gdy dziecko nie przeczyta instrukcji, to mu wytłumaczą.
fajna alternatywa na zwiedzanie gdy pada lub jest zbyt upalnie...



sobota, 6 czerwca 2015

Dzieciństwo i latawce

Obejrzałam w Tv materiał o zabawach z latawcami i przypomniały mi się czasy dzieciństwa, kiedy to z moim tatą chodziliśmy puszczać latawce, braliśmy nawet udział w zawodach latawców na lotnisku. Przy okazji przyszła refleksja, jak inne mieliśmy dzieciństwo w porównaniu z dziećmi dzisiaj. Wiele czasu spędzało się na wspólnych zajęciach z rodzicami, którzy też przecież pracowali, większość czasu spędzało się na powietrzu od wczesnej wiosny do późnej jesieni, a nie przed telewizorem. Dziś młodzież narzeka na zbyt dużą ilość zajęć i kiepską ofertę rozrywkową. My chodziliśmy do szkoły nawet w soboty, a w tygodniu: zajęcia plastyczne w klubie osiedlowym, zajęcia w bibliotece miejskiej, chór szkolny, chór kościelny, harcerstwo, korepetycje dla kolegów i na wszystko był czas. Rower, wrotki, basen, jadło się byle co, bo na obiad w domu szkoda było czasu. Więzi rodzinne kształtował wspólnie spędzany czas: najpierw robienie latawca, później próby na łąkach, emocje zawodów latawcowych! Mój tato był członkiem towarzystwa fotograficznego w klubie osiedlowym i gdy szedł na swoje zajęcia zabierał mnie na zajęcia dla dzieci. razem też jeździliśmy na wycieczki, gdy mój brat był jeszcze za mały.Lato spędzałam u dziadków lub u rodziny na wsi, gdzie jadło się owoce prosto z drzewa, szukało się jajek, które kury znosiły gdzie popadnie, a smaku masła z kropelkami wody i placka prosto z pieca nigdy nie zapomnę.
Teraz dzieci wieś znają z telewizji, na spacery chodzą do galerii, a bawią się dżojstikiem przed telewizorem. Gdy pytam czasem dzieci w szkole gdzie bywają z rodzicami, to okazuje się, że niektóre nigdy nie były w lesie, w parku, a rodziny na wsi nie mają. I nie jest to kwestia pieniędzy. Do lasu jeździ komunikacja miejska. Ja też nie zawsze, a raczej późno miałam samochód i z naszym dzieckiem jeździliśmy pociągiem i tramwajem.
A jakie są Wasze wspomnienia z dzieciństwa?