Jeśli ci ciasno, kup sobie kozę - znacie to?
Ja też to znam, a mimo to zafundowałam sobie remont, a ściślej mąż mnie namówił, może i słusznie, póki siły jeszcze jako takie...
Gdyby robić remont samemu, to i pretensje można mieć tylko do siebie i terminy sobie człek sam wyznaczy.
Gdy jednak zamawia się firmę, to trzeba liczyć na szczęście lub uzbroić się w cierpliwość i stalowe nerwy.
Jeśli i Wy macie cierpliwość na dłuższą opowieść, to zaczynam...
Zamówiliśmy usługę już w listopadzie, a początek prac miał nastąpić 27 stycznia.
Sam szef wymierzył, obejrzał, ustalił szczegóły.
Krótko przed terminem mąż upewnił się, że firma jeszcze istnieje i usługa zostanie wykonana.
Przygotowaliśmy się solidnie, wywieziono stare meble, wszystko zabezpieczone folią i kartonami, czekamy. W niedzielę wieczorem sms, że jutro nie przyjadą, bo popsuł się samochód.
Mąż nie zdenerwował się nawet, bo w niedzielę źle się poczuł i cały poniedziałek leżał z jelitówką wśród tego bałaganu.
Ekipa pojawiła się we wtorek. Ekipa czyli dwóch panów z drabiną i materiałami na sufit. Został jeden i działał. Nie powiem - pracowity, od 7 rano do 17, tylko przerwa na obiad.
Sufit powstał w nowej szacie w dwa dni, zaczął pan robić ściany i to trwało już znacznie dłużej, z przerwą na weekend.
Obiecany termin zakończenia prac przedłużył się do środy następnego tygodnia.
Posprzątaliśmy pół pokoju, bo mieli przywieźć nowe meble, poza tym mąż umówił się z majstrem, że pomoże przy wnoszeniu mebelków.
W środę rano pan nie pojawił się, przyjechał jego szef z informacją, że pracownik ma problemy z zębami i szuka pomocy. Szef zabrał kilka przedmiotów, obejrzał ścianę, która wymagała poprawki i już go nie było.
Mąż więc za telefon, by poszukać ekipy do wniesienia mebli na 3. piętro, bo na szczęście przewóz ze sklepu zapewniony.
Gdy ekipa tragarzy została ugadana, mąż zabrał się za zakładanie listew przypodłogowych, byle prace pchnąć do przodu.
Okazało się, że druga ściana kiepsko wygląda, więc znowu telefon do szefa firmy remontowej, który pojawił się, pół ściany zwalił i zniknął (bo panie musi wyschnąć).
Opowiadam w maksymalnym skrócie, ale opowieść nie pokazuje, ile telefonów i ile nerwów nas to kosztowało.
Wreszcie meble w kartonach i folii stanęły pośrodku remontowego bałaganu ( a nie tak miało być).W czwartek przybył stały pracownik, bez żadnego tłumaczenia przystąpił do pracy, naprawił usterki, z którymi nie poradził sobie jego szef i obiecał w piątek pomalować co trzeba i zakończyć.
Dodam tylko, że nie ruszone były kaloryfery, maskownice na metalowe framugi oraz inne drobiazgi.
Powie ktoś, trzeba było nie płacić i domagać się wykonania reszty prac.
My natomiast marzyliśmy, by ekipa wreszcie zabrała wszystkie klamoty, poszła w siną dal, bo urlop nam się skończył, a my w połowie roboty jeszcze.
Gdy rozliczyliśmy się za wykonane prace i dostaliśmy zwrot za nadmiar zakupionych materiałów, zamknęliśmy drzwi za fachowcami z okrzykiem - NIGDY WIĘCEJ!
Robota paliła nam się w rękach przy sprzątaniu, by w sobotę mąż mógł zacząć składanie mebli z tysięcy klepek i milionów śrubek.
Wszystkie prace w doprowadzeniu mieszkania do ładu trwały jeszcze tydzień, bo wracaliśmy z pracy ok.17.30, więc ileż w naszym wieku można zrobić do wieczora?
Na koniec pochwalę się tylko, jaki kącik urządziłam sobie do czytania i blogowania.
Jeszcze tylko tulipany w wazonie, jakieś obrazy na ścianę i pełnia szczęścia!
Wnioski:
1. Cieszę się, że remont dobiegł końca.
2. Nigdy już nie zamówię żadnej ekipy remontowej.
3. Część drobnych prac i tak mąż musi wykonać sam.
4. Efekt nie jest wart nerwów, energii i zmarnowanego urlopu.
5. Pozostałe pokoje odnowimy we własnym zakresie.