Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypadek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypadek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 listopada 2018

Kumulacja zdarzeń...

Opowieść koleżanki zmroziła mnie kompletnie, tym bardziej, ze sytuacja może zdarzyć się każdemu, tak niewiele dzieli nas od tragedii.
Mama znajomej, 81-letnia pani wstając rano z łózka poczuła pod stopami wodę.
Spojrzała na sufit - kompletnie zalany, nawet po ścianie spływała strużka wody.
Założyła więc szlafrok i ruszyła po schodach na górę do sąsiada.
Nie doszła jednak, bo na mokrych schodach wywróciła się i upadła tak pechowo, że nie mogła się podnieść.

Na szczęście sąsiedzi już nie spali i poratowali starszą panią w kłopocie.
Koleżanka zwolniła się z pracy, by towarzyszyć mamie w szpitalu. Spędziły tam czas w poczekalni od 9 do 14, zanim zostały przyjęte przez lekarza.
Okazało się po badaniach, że mama znajomej ma ogólne potłuczenia, krwiak w oczodole, pękniętą kość oczodołu z przemieszczeniem fragmentów kości do zatoki nosowej i w dodatku złamaną szczękę.
Już od pisania tego mam ciarki na plecach!

Z plikiem dokumentów wypisano staruszkę do domu - jak dla mnie to dziwne bardzo - kierując jednocześnie do szpitala w Bydgoszczy na oddział chirurgii szczękowej.
Brat koleżanki następnego dnia zawiózł mamę do Bydgoszczy, gdzie w recepcji szpitala usłyszał, że powinni udać się do Torunia.
Zdenerwował sie bardzo, a niemłody już i serce słabe.
Po zapewnieniach, że siostra umawiała mamę z lekarzem i na pewno to nie pomyłka, łaskawie pani z recepcji skontaktowała się z panem chirurgiem telefonicznie.
Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby trafiło na samotną starszą panią, której nie miałby kto zawieźć do innego miasta i tam jej towarzyszyć...

Ostatnio wokół mnie kumulacja zdarzeń ze schodami lub wodą w roli głównej, więc uważajcie, proszę na siebie!

poniedziałek, 11 czerwca 2018

A miało być tak pięknie...

Młoda kobieta zakochała się.
Zakochała się w mężczyźnie i motocyklach.
Mężczyzna odwzajemnił uczucie, a nawet się oświadczył, ślub zaplanowano, wszyscy byli szczęśliwi.
Do pełni sielanki brakowało kobiecie własnego pojazdu, wymarzony motocykl jako dopełnienie wspólnego szczęścia.

Na drodze do realizacji owego marzenia stanął ojciec:
- Po moim trupie! chuchro z ciebie takie, a motocykl jak dla harleyowca w skórze ci się marzy! zabijesz się na pierwszym zakręcie...
- Ale tato, pomożesz mi wybrać, doradzisz, sam kiedyś miałeś motocykl, znasz się!
- Nie ma mowy! Nie wezmę na siebie takiej odpowiedzialności.

Młoda kobieta charakter miała po ojcu, uparta była, pieniądze składała długo, część dostała od dziadków.
Po motocykl pojechali razem z narzeczonym, on nie miał uprawnień na motor, więc ona miała wracać wymarzoną maszyną.

Zakończenie wyprawy nikomu nie mieściło się w głowie. Dlaczego nie kobieta prowadziła motocykl, tylko jechała za narzeczonym w aucie?
Czy maszyna okazała się za wielka dla drobnej dziewczyny, czy narzeczony chciał się przejechać kawałek?
Traf chciał, że w motocyklu zablokowała się podobno kierownica i mężczyzna nie mógł wyminąć przeszkody...

W wypadku
poturbował się strasznie, stracił nogę, a w lipcu miał być ślub.
Usłyszałam tę historię od znajomej ojca dziewczyny, który z jednej strony cieszy się, że córce nic się nie stało, a z drugiej...
Wyobraźcie sobie naszą dyskusję na ten temat...może gdy oboje dojdą do siebie, śledztwo wykaże, co zdarzyło się naprawdę.
Oprócz konsekwencji opisanych tutaj dojdą jeszcze prawne i długotrwała trauma powypadkowa.
Na razie wszyscy są pod opieką psychologiczną. Jedno zdarzenie na szosie zmieniło życie dwóch rodzin...

poniedziałek, 31 lipca 2017

Trudno uwierzyć...

Takie historie to splot wydarzeń jak z filmu akcji. Sami zresztą oceńcie.
Mąż znajomej wybrał się w delegację, miał lecieć samolotem do Szwecji. Wylot zaplanowano z Warszawy, pojechał więc dzień wcześniej i po nocy w hotelu udał się na lotnisko. Wsiadł do samolotu, wszystko odbyło się jak zwykle.
Tego samego ranka znajoma szykowała się do pracy, córka spała w pokoju obok.
Poranny rytuał zakłócały ciągle telefony, numer nieznany, więc znajoma pomyślała, że to znów jakiś natrętny sprzedawca nowego konta w banku lub pani z telefonii komórkowej.
Ponieważ telefon dzwonił natrętnie, a makijaż był skończony postanowiła wreszcie odebrać i zrugać tego kogoś po drugiej stronie. Okazało się, że to dzwoni jej mąż z pożyczonego aparatu, bo jego własny został w samolocie, który kazano im opuścić w pośpiechu. Najpierw wyszła stewardesa i nakazała założyć maseczki, bo gdzieś ulatniał się dym, później jednak kapitan podjął decyzję o opuszczeniu przez wszystkich samolotu. A nie były to ćwiczenia. Pasażerowie mieli oczekiwać na podstawienie następnego samolotu.

Gdy opowiadał w szczegółach przebieg zdarzenia, znajoma czuła się coraz słabiej i gdy wstała nagle by włożyć spodnie, poczuła jak coś chrupnęło jej w plecach. Zawołała więc córkę, streściła w skrócie kto dzwonił i co mówił i poprosiła o pomoc w założeniu spodni, bo nie mogła się ruszyć.
Córka na to , że coś jej słabo i zemdlała, szczęśliwie upadając na łóżko w sypialni. Znajoma zaczęła główkować, jak ją ocucić, bo nadal nie mogła się ruszyć. Wymyśliła, że jeśli uda jej się nogą zrzucić córkę z łóżka, to ta odzyska przytomność i tak się stało.
Upewniwszy się, że córce nic nie jest, zadzwoniła po kogoś do opieki, by córka, choć dorosła nie została sama w domu i taksówką jakoś pojechała do pracy, rejestrując się w międzyczasie do lekarza. Nie zawsze można tak sobie po prostu nie zjawić się w pracy...a zaczęła przynajmniej chodzić. O prowadzeniu auta samodzielnie nie było jednak mowy.
Tego samego dnia mąż wrócił ze stolicy. Zrezygnował z lotu służbowego, stwierdzając, że spotkania w Szwecji nie były na tyle ważne, że musi tam być, chociaż podejrzewam, że z innego powodu...
Znajoma długo chodziła na rehabilitację kręgosłupa, a u córki stwierdzono anemię. Poza tym większych ekscesów nie było...

Na prośbę zaprzyjaźnionej blogerki zamieszczam jej apel o przygarnięcie kotków i jeśli możecie, podajcie info dalej...

A TUTAJ link do jej bloga.

sobota, 22 lipca 2017

Krew na trawie...

Miał być ciąg dalszy doniesień z wyjazdu, ale komentarz Stokrotki pod ostatnim postem przypomniał mi pewną dawną historię, którą chcę się podzielić, jednak osoby o słabych nerwach proszone są o łyknięcie positivum...
Moi teściowie mieli kiedyś działkę, na której bywaliśmy, pomagaliśmy w różnych pracach, czasami jeździł tam mój mąż sam. Tak też wybrał się kiedyś by pomóc teściowi w usuwaniu starych drzewek owocowych.
Do dyspozycji miał skromne narzędzia, ale sił i ochoty do pracy sporo. Doświadczenia w pracy z siekierą nie miał zbyt wiele lub wcale, więc zdarzyło się, że w trakcie operowania siekierą sporych rozmiarów obciął sobie koniuszek palca.

Koniuszek mały, ale krwi było sporo. Mąż zostawił wszystko, pobiegł do pobliskiej przychodni przy zakładach chemicznych, gdzie na swoje szczęście trafił na życzliwego lekarza i doświadczoną pielęgniarkę. Koniuszek przyszyto, opatrunek jak złoto, miał tylko codziennie przychodzić na zmianę opatrunku. Jakoś wtedy nikt o ubezpieczenie i pesele nie pytał.

Były to czasy bez telefonów komórkowych, więc wyobraźcie sobie miny moich teściów, gdy przyjechali na działkę i zobaczyli taki widok - na środku działki stoi pieniek, na nim siekiera, dookoła mnóstwo krwi i ślady po bytności ich syna.
Sama w takiej sytuacji nie wiedziałabym, co robić. Na szczęście, zanim zdecydowali gdzie biec i co robić, mąż zdążył wrócić na działkę, bo wszystko zostawił jak stał, nawet się nie przebrał, aż dziw, że niczego nie ukradli.

Ja dowiedziałam sie o wszystkim ostatnia, bo byłam w domu. Poszkodowany chodził na zmiany opatrunku, nie będę Wam opisywać co robiła z palcem pielęgniarka, bo na samo wspomnienie mi słabo, ale dzięki temu nie ma PRAWIE śladu po tym wypadku.
Jedyne, czego nie udało się zarejestrować to miny teściów, wiele bym dała by je zobaczyć. Wiem - jestem bez serca...ale taki mały diabełek chyba tkwi w każdym z nas?

środa, 4 listopada 2015

Gość w szpitalu, łazienka do remontu...

Zanim zaprosicie kogoś do siebie na nocleg, zastanówcie się czy stać was na remont.
Wcale nie przesadzam i nie mówię o gościu awanturującym się czy jakiejś libacji. Podzielę się historią opowiedzianą przez koleżankę, którą odwiedził jej brat, mieszkający w innym mieście. Nie widzieli się długo, w dodatku miał za sobą rozstanie z żoną i zapowiadała się przegadana noc.
Było więc oczywiste, że koleżanka zaproponowała bratu nocleg, miejsca w domu dużo, weekend wolny, nie wiadomo kiedy znów się spotkają. Brat chętnie z zaproszenia skorzystał, można więc było winko sączyć i auto pod domem siostry zostawić. Przed udaniem się na spoczynek brat koleżanki postanowił się wykąpać, a ściślej wziąć prysznic. Gdy brat skierował kroki do łazienki, koleżanka ładował naczynia do zmywarki i nagle... usłyszała trzask, huk i krzyk, niekoniecznie w tej kolejności. Dodać należy, że gość w łazience był słusznej postury i wagi.
Domownicy zaniepokojeni pobiegli do łazienki, na szczęście gość nie zamknął się na klucz. To co ujrzeli niemal pozbawiło ich tchu...
Gość zakrwawiony leżał na podłodze, umywalka i muszla klozetowa rozbite, lustro pęknięte. Wykonali najpierw telefon na pogotowie, a gdy gościa zabrano do szpitala w celu oględzin i opatrzenia ran, gospodarze dokonali oględzin łazienki.
Cóż się okazało? Pan biorący prysznic poślizgnął się w wannie (osobnej kabiny nie było) i aby zamortyzować upadek złapał się z całym impetem umywalki, która oberwana pod solidnym ciężarem spadła na stojącą tuż obok muszlę klozetową, rozbijając ją także. A skąd rany na ciele gościa? Na wannie zainstalowano panel szklany w celu zapobiegania popryskaniu łazienki w trakcie brania prysznica i tenże rozbity panel poranił delikwenta.
Jak domyślacie się wycena strat poniesionych przez gospodarzy w wyniku wypadku nie dała im zasnąć do rana, choć równie mocno martwili się o stan zdrowia swego gościa.
Nie na darmo mówią, że najwięcej nieszczęśliwych wypadków spotyka nas w domu...