Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

Synowie - jej duma...

 

Pani B. urodziła troje dzieci. Jednak to z synów była najbardziej dumna, o nich ciągle opowiadała, później także o wnukach, krew z krwi męskich potomków rodziny.

Co innego córka, ani zdolna, ani wnuka nie urodziła, jedynie wnuczkę, no i rozwiodła się, bo zięć uciekł do innej. Widocznie nie umiała go zatrzymać....

Męża też raczej za nieudacznika miała, tyle lat na jednej posadzie, ani auta, ani domu z ogródkiem. Tyle potrafił, a ludziom za darmo pomagał, no ofiara losu!

Za to o sobie, mniemanie pani B. miała wysokie, mogłaby wszystko, gdyby chciała, znała tyle właściwych osób, wszystko umiała załatwić. Lubiła być w centrum uwagi, ale nie wszędzie chętnie ją goszczono, bo mącić lubiła, podjudzać. Zawiść, to jej drugie imię, mawiano.

Lata mijały, synowie okrzepli na swoich włościach, wnuki rozjechali się po świecie, starość i choroby dopadły panią B. bez litości. Zaczęła narzekać na synów, że matkę zaniedbują, że wieści o wnukach nie ma, że do siebie na wieś nie wezmą, a tak by posiedziała w sadzie...

Uwięziona na ostatnim piętrze w blokowisku, zrzędliwa, czasami agresywna, skazana na pomoc córki i towarzystwo męża. Ten w swojej dobroci nie chce zgodzić się na dom opieki, choć córka widzi, że ojciec marnieje w oczach, a i ona sama najmłodsza już nie jest i sił brak na zabiegi higieniczne przy matce. Renta córki nie wystarcza, by pomagać finansowo rodzicom, sama potrzebuje leków i rehabilitacji.

A synowie? mają się dobrze, bez wyrzutów scedowali opiekę nad matką młodszej siostrze, w końcu jest na miejscu, nie pracuje, a jeśli jej ciężko, to od czego są domy opieki?

********************************************************************************

Chyba tylko życie pisze podobne scenariusze, pewnie wszyscy znamy ich mnóstwo. 
Bo życie nie jest czarno-białe i nigdy nie wiemy, jak potoczy się nasza historia...

niedziela, 14 kwietnia 2024

Sentymentalnie....

 W trakcie moich wędrówek po mieście natrafiam na miejsca związane z przeszłością, dawno minioną, ale w pamięci żywą. Może to takie znamię upływającego czasu, im mamy go mniej, tym częściej wspominamy...


W tym miejscu stał dom mojej cioci. Wychowały się w nim trzy pokolenia, bywałam tam i ja częstym gościem, bywał tam i mój syn z babcią czyli moja mamą.
Widoczne wysokie drzewa zasadził wujek, najpierw po narodzinach  syna, potem córki.


Dziś niewiele zostało z budynku. Kuzynka wyprowadziła się na bloki, zabierając mamę ze sobą, dom upadał, ogród dziczał. Teren ogrodzono, może jakiś deweloper już planuje tutaj osiedlowe przedsięwzięcie?
Ciocia z kuzynką mieszkałyby pewnie tu nadal, gdyby nie plany budowy obwodnicy miasta, która miała tędy przebiegać. Kuzynka, nie chcąc czekać na przymusowe przesiedlenie, kupiła mieszkanie, a obwodnica poszła ostatecznie inną trasą.


Taką alejką mirabelek szliśmy do domu cioci, często zrywając owoce na kompoty. Teraz jest tylko jeden rządek tych sympatycznych drzewek, bo w tym miejscu powstała szeroka i ruchliwa droga.
W swoim ogrodzie ciocia miała kwiaty, warzywa, dokarmiała koty, zimą ptaki, dom był mały, ale miał wszelkie wygody , zrobione rękami mieszkańców.
Bardzo mi żal tego wszystkiego...


Na drugim niemal końcu miasta także znajome miejsce, także miłe wspomnienia. 
Tutaj, gdzie teraz trawnik i parking stał dom kolegi mojego męża. 
Bywałam tam często, bo rodzice kolegi byli bardzo gościnni, mieli duży ogród z letnią kuchnią, w której gospodyni smażyła pyszne powidła i piekła placki, całe lato właściwie spędzało się w tej kuchni, bo dom był bardzo mały.
Zawsze było gwarno i wesoło.
Niestety, pewnej nocy ziemia wokół domu zapadła się niebezpiecznie ( teren zapadlisk kopalnianych), rodzinę wysiedlono, dom zburzono.
Zawsze gdy tamtędy przechodzę wspominam tych dobrych ludzi i gościnne miejsce...

piątek, 1 września 2023

Pudełko wspomnień...

 Zdjęcia i niektóre przedmioty niosą w sobie pamięć dawnych wydarzeń, które zostałyby może zapomniane, gdyby nie te pamiątki.

Znalazłam w jednej z szuflad metalowe pudełko po czekoladkach Wedla. No i ruszyła machina wspomnień... 

Powiecie: co może być niezwykłego w bombonierce, oprócz wytłoczonego pomnika  Chopina z warszawskich Łazienek?

Te czekoladki miały polecieć do Australii, stąd wybitnie polski akcent na pudełku i znana firma.

Moi rodzice zostali zaproszeni przez brata mamy, który mieszkał na Antypodach, ściślej na Tasmanii. Trafił tam zaraz po II wojnie, a legenda rodzinna głosi, że wracając z wojny wsiadł na niewłaściwy statek i zamiast do Anglii, dotarł do Australii.

Odwiedził Polskę tylko raz w wakacje w 1972 roku. Nie zobaczył się już z ojcem, a moim dziadkiem, bo ten zmarł w Wielkanoc. Przebywał w Polsce całe wakacje, odwiedził bliższą i dalszą rodzinę, każdemu kupując jakieś prezenty. 

Wróciwszy do Australii uradził z rodziną, że zaprosi do siebie najmłodszą siostrę czyli moją mamę z mężem. W owych czasach było to niemałe przedsięwzięcie, bo młode pokolenie nie może pamiętać, jak trudno było zdobyć pozwolenia i dewizy na wyjazd. 

W każdym razie minęło kilkanaście  lat i wreszcie wyjazd miał dojść do skutku, a ja miałam zająć się mieszkaniem i psem rodziców. Wszystko było kupione, umówione, nawet ta bombonierka przygotowana, aż tu przychodzi telegram, że wujek nie żyje!

Ale jak to? Okazało się, że czas jakiś pokasływał, a palił sporo i ciotka Mary kazała mu iść do lekarza, bo jak taki kaszlący będzie siostrę po Tasmanii woził?

Diagnoza była miażdżąca - rak płuc, a od diagnozy przeżył zaledwie dwa tygodnie!

Lekarz wujostwa stwierdził, że emocje związane z wizytą ukochanej siostry i całe to zamieszanie przyspieszyły rozwój choroby. Cios dla wszystkich straszny, tym bardziej, że dziadek zmarł na raka krtani.

Pudełko czekoladek zostało więc w kraju, ciotka Mary przeniosła się do dzieci w Perth, a dewizy wydane w Pewexie pokolorowały nam szarą PRL-owską codzienność.

Moja mama zmarła na raka płuc w 2005 roku. Jak się domyślacie, nigdy nawet nie sięgnęłam po papierosy, z takimi genami lepiej licha nie kusić...


piątek, 23 grudnia 2022

Puste miejsce


Wiersz, który zamieszczam nie jest nowy, ale przywołuję go przed świętami, które weszły do naszej tradycji i celebrują je niemal wszyscy, bez względu na wyznanie i poglądy na życie.

Znalazłam go w archiwum, a powstał w czasie, gdy więcej  nas siedziało przy stole i nigdy bym nie przypuszczała, że mój tato odejdzie w samą Wigilię, a to już 3 lata minęły.

Ile takich miejsc opustoszało w każdym niemal domu?

Ilu z nas wspomina bliskich i znajomych w takich chwilach?

Sama wiem, że czas leczy rany, ale nie osłabia tęsknoty,  czy jednak zamiast zapadać się w otchłań smutku nie lepiej popłynąć we wspomnieniach i docenić czas, który nam darowano , gdy byliśmy wszyscy razem?

Każdy z nas ma inne odczucia oraz swoje sposoby na poradzenie sobie w takich momentach. Ja życzę wszystkim, by czas wspólnego świętowania nie był czasem zbyt bolesnym i byśmy także po sobie zostawili serdeczne wspomnienia...


Gdy przybywa miejsc
pustych przy stole
przy opłatku
łza pewnie spadnie,
przy kolędzie
ją otrzesz ukradkiem,
przy prezentach
będzie już łatwiej.

Gdy przybywa miejsc
pustych przy stole
zapełniają się
serca przestrzenie,
zaludniają się
albumy rodzinne,
w pamięci się mnożą
wspomnienia.

Choć przybywa miejsc
pustych przy stole
pozwól sobie na radosne
westchnienia,
każda łza
i uśmiech każdy
ocalą chwil wiele
od zapomnienia.


Dobrych świąt wszystkim!


czwartek, 22 kwietnia 2021

Czułość...


W życiu odgrywamy różne role, nie każdy sprawdzi się we wszystkich, co zależy od wyboru lub przypadku.

Nie każdy będzie rodzicem, teściem, babcią, dziadkiem, rodzeństwem.
Nie ma także szkół ani szkoleń, gdzie uczono by nas jak swoje role odgrywać wedle najlepszych wzorców.

Nie ukrywam, że do tych refleksji sprowokował mnie włoski film CZUŁOŚĆ, obejrzany na Netflixie.

 Nie jest to film dla każdego, dość trudny w odbiorze, gorzki w wyrazie, momentami irytujący.
Sporo w nim takiej psychologii, jak lubię, a przesłanie zostaje w głowie na długo.
 
Bohater- owdowiały prawnik nie bardzo dogadywał się z dorosłymi dziećmi, jak sam stwierdził, nawet nie wie czy kochał żonę, a  własne dzieci nie budziły w nim ojcowskiego przywiązania. W zasadzie nie była to niczyja wina, taki typ człowieka, takie zdanie miała o nim nawet dawna kochanka. Jedynie dla wnuka znajdował czas i chęci by razem wybrać się na lody...
 
Nowi sąsiedzi w starej kamienicy, małżeństwo z dwójką dzieci wzbudziło zainteresowanie starszego pana.
Na chłopca i dziewczynkę zwrócił swoje uczucia, często rozmawiał z ich matką, razem z nimi wędrował po mieście.

Nie chcę opowiadać całego filmu, dodam jedynie, że rodzinę sąsiadów spotyka niebywała tragedia, a godziny spędzone w szpitalu, być może spowodowały szereg refleksji i pewien przełom w psychice prawnika na tyle, by docenić starania własnej córki o bliskość z ojcem.

Pamiętam, że jako nastolatka  słyszałam rozmowy osób dorosłych w rodzinie czy wśród znajomych o tym, jak dziwnie plotą się ludzkie losy, że w wieku dojrzałym dopiero dostrzegamy to, co straciliśmy z rodzinnych relacji w przeszłości.
Czasami młodzi rodzice zajęci sobą i pracą zawodową nie poświęcają dostatecznej uwagi dzieciom, dopiero jako dziadkowie odnajdują w sobie pokłady uczuć i cierpliwości, których kiedyś zabrakło dla własnych dzieci.
 
Nie zawsze jest w tym czyjaś wina, to życie stawia przed nami pewne wymagania, którym nie  umiemy sprostać. Nikt z nas nie wie,  czy będzie lepszym rodzicem czy dziadkiem.
Nie wszyscy widzą siebie w takich rolach, natomiast uwielbiają i rozpieszczają dzieci swego rodzeństwa.
Zdarza się, że samotne, bezdzietne panie z niezwykłym oddaniem opiekują się dziećmi znajomych lub sąsiadów.

Wzruszają mnie także historie o młodych ludziach, którzy nie znając swoich dziadków, opiekują się obcymi staruszkami. Nazywa się to wolontariatem, ja raczej nazwałabym to zapełnianiem jakiejś pustki uczuć, których nie zaznali wcześniej w rodzinie.

Wielokrotnie słyszymy lub czytamy, by nie bronić się przed okazywaniem czułości, przytulaniem, głaskaniem...teraz to naprawdę trudne, bo dystans, bo epidemia.
Obyśmy nie przegapili najważniejszych gestów, bo to trudno będzie kiedyś nadrobić.


sobota, 13 czerwca 2020

Nie zostaw śladów...

W tym wypadku film pod takim tytułem jest tylko pretekstem do rozważań nad tym, czy my jako rodzice mamy prawo narzucania dzieciom swojego stylu życia, swojej diety, swoich sposobów spędzania czasu tzw. wolnego, swoich sposobów ubierania się czy kontaktów towarzyskich?

Wiadomo, małe dzieci są pod naszą opieką, czerpią z naszego doświadczenia, jesteśmy za nie odpowiedzialni.
Ale dzieci dojrzewają, dorastają, obserwują i wyciągają wnioski, dokonują pierwszych wyborów.

Bohater filmu ( Nie zostaw śladów, Zatrzyj ślady) decyduje się na ucieczkę od cywilizacji, urządza się surwiwalowo na terenie parku narodowego, uczy córkę wszystkiego, w tym przetrwania w ekstremalnych warunkach pogodowych.

Traf sprawia, że dziewczyna poznaje inne aspekty życia, niekoniecznie bardzo cywilizowanego, ale bardziej uspołecznionego.
Dociera do niej, że styl życia proponowany przez ojca to tylko jedna z opcji, że świat ma coś więcej do zaproponowania.

Przychodzi pora, by odejść i spróbować innych możliwości, żyć na własny rachunek i podejmować własne decyzje.
Dziewczyna odchodzi, jest ciekawa świata i ludzi.

Sytuacja ta przypomina wiele podobnych z otaczającej nas rzeczywistości.
Przykłady można mnożyć:
- rodzice chcą by syn został na gospodarstwie, a jemu marzy się kariera w wielkim mieście
- matka oczekuje, że syn zostanie księdzem, a on marzy o założeniu rodziny
- młody człowiek czuje nacisk rodziny by poszedł śladami przodków i został lekarzem, a jemu marzą się podróże po świecie
- rodzice narzucili dzieciom swój sposób odżywiana i leczenia, a dzieci obserwują inne style wśród rówieśników i w ich rodzinach
- dorośli preferują wyjazdy nad egzotyczne morze, a dziecko chciałoby do babci na wieś lub z dziadkiem na ryby
- rodzice sami podejmują życiowe decyzje, bez pytania o opinie dzieci, a po latach dziwią się, że dzieci nie pytają o zdanie rodziców

Tytuł filmu odnosi się do zacierania śladów w lesie, by uniknąć spotkania z intruzami, chcącymi zakłócać samotność bohaterów.
Myślę, że ten sam tytuł w odniesieniu do posta mógłby sugerować pewną radę dla nas dorosłych - nie zostawiajmy na tyle mocnych śladów w psychice swojego dziecka, by nie potrafiło rozwinąć samodzielnie skrzydeł i dokonać w życiu czegoś wielkiego , cokolwiek to znaczy...

Z drugiej strony, dziecko na pewnym etapie życia potrzebuje wsparcia i poczucia bezpieczeństwa.
Korzenie, dom rodzinny są na równi ważne, jak wolność wyboru.
Trudne jest to rodzicielstwo, oj trudne...

wtorek, 26 maja 2020

Trzy listy...


Czas epidemii to czas porządków , w głowach i dokumentach lub odwrotnie, jak kto woli...
Tak oto znalazłam w papierach rozlicznych trzy listy w zniszczonej niebieskiej kopercie.
Zastanawiałam się długo czy zrobić z nich użytek na blogu, ale są bardzo poruszające, są świadectwem minionego czasu, a ich bohaterowie już nie żyją.
Wszystkie pisane przez matkę do syna w sierpniu 1945 roku, wkrótce po napisaniu ostatniego z datą 27 sierpnia ich autorka zmarła.

Listy pisała babcia mego męża, a oprócz syna czyli mojego teścia miała jeszcze 3 dorosłe córki.
Wielu spraw poruszonych w listach mąż nie potrafi wyjaśnić, zostaną więc zagadką rodzinną i tajemnicą historii.
Wiadomo tylko, że chora przebywała u córki w Inowrocławiu, a syn został w domu rodzinnym w wielkopolskim Pleszewie.

List I

Mój najdroższy jedyny synu,
Donoszę, że jestem jeszcze bardzo słaba i obolała. Teraz mam zastrzyki, za tydzień będę brać kąpiele. Już mi się ta choroba tak przykrzy. Miałeś pisać listy, nie piszesz, a czy ciocia obiady ci daje?
Jak będzie mi lepiej, to pewnie przyjedziesz.
Jakby Ci ziarnek dla kur zbrakło, to są na górze(strychu)
Żeby tylko nic złego Ci się nie stało, o mnie się nie kłopocz, opiekę mam dobrą u Zosi, tylko się biedna narobi i tak mi się dłuży leżenie, napisz co u Ciebie.
Synku, na górze jest futro i lis, włóż to we worek i schowaj pod łózko, bo na górze mole zjedzą.

List II

Mój najdroższy synu,
Leżę w łóżku i piszę do Ciebie parę słów, bo pewnie wyglądasz, a tu nie ma kto napisać.
U mnie był lekarz z Warszawy i powiedział, że w dwa miesiące będzie mi lepiej, ale ja jestem bardzo słaba, wszyscy mnie pocieszają, a te boleści jakby mniejsze, ale jakby mi się miało nie polepszyć, to przyjdzie umierać, trudno.
Bardzo mi Cię żal, nie spodziewałam się takiej choroby, że mnie Pan Bóg z tobą rozłączy.
Jakbym miała umrzeć, to przesyłam Ci moje błogosławieństwo, żeby ci się w życiu powiodło.
Bądź ostrożny na każdym kroku i słuchaj szwagrów, bo oni chcą dla ciebie dobrze.
Byli u mnie Janinka i Franek, to trochę mi raźniej było.
Pisz mi wszystko, pewnie masz wszystko podarte, bo nie masz obok siebie kochającej mamy.
Ja kochałam cię zawsze, ale nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo.
Leki mam aż z Łodzi, ale czy pomogą? Może gdybym od razu u tego lekarza się leczyła…
Cyganka kładła Wandzi karty i powiedziała, że Janek wraca do domu… skąd ona to wiedziała?
Daj Boże do miłego zobaczenia się…

List III

Mój najukochańszy synu,
List odebrałam, za który dziękuję serdecznie.
Żal mi tego twojego kolegi, to był naprawdę dobry chłopiec, to straszna boleść dla jego matki takie dziecko stracić.
Tu ludzie bardzo chorują na tyfus i dużo umiera. Jak będą u was dawali zastrzyki, to idź, tu wszyscy musieli.
Synku, jak mi tęskno za domem, aby tak żyć, jak my dawniej żyli, ale to już nie wróci.
Synulek mój złoty, kochany. Czemu tak wcześnie musiałam cię, moja pociecho opuścić, ja nie mogę tego przeboleć, tak mi markotno – Boże, mój Boże, czemuś nas opuścił?
Synu mój jedyny, ja w tobie wszystko widziałam, byłeś moją pociechą, moim wszystkim, a teraz jestem słaba , chora i bezradna, nikt mi nie może pomóc, choć każde z was by mnie wykupić od śmierci chciało.
Gdybym wiedziała, że ta wojna się skończy, to bym nie szła do tej przeklętej roboty, ale kto to wiedział, że w taką chorobę wpadnę?
Daj Boże do miłego zobaczenia się…

No i nie zobaczyli się...syn przyjechał dopiero na pogrzeb.
Nie zachowało się w archiwum rodzinnym męża zdjęcie babci, natomiast mamy zdjęcie dziadka, który służył w armii Józefa Hallera.
Nie zginął jednak na wojnie, a na skutek wypadku w czasie naprawy dachu.

Wdowa cieszyła się zapewne, że najmłodsze dziecko, jedyny syn będzie jej podporą na stare lata, ale wszystko popsuła choroba, prawdopodobnie nowotwór.

Teść po śmierci matki został sam pod opieką ciotek i sióstr.
Dorosłe życie rozpoczął już w Inowrocławiu, dzięki pomocy rodziny znalazł pracę, uczył się dalej zaocznie, założył rodzinę...

Zamieściłam tylko wyjątki z listów, zmieniając nieco gramatykę, gdyż fragmenty były częściowo niezrozumiałe, częściowo nieczytelne, bo pisane ołówkiem.
Tajemnicza to sprawa, tym bardziej, że teść nigdy na grób matki nie chodził...

niedziela, 4 sierpnia 2019

Wszystkiego najlepszego...

Ktoś na blogu wspominał o sposobach na zapamiętanie rocznic, urodzin i innych okazji, o których pamiętać wypada, a nasza pamięć niezbyt współpracuje albo owe okazje przypominają nam się zbyt późno.

Znalazłam na Pintereście taką oto tablicę, którą możemy zrobić sami z użyciem prostych i tanich materiałów.
Ma jeszcze tę zaletę, że nie musimy wiecznie przeglądać kalendarza, notesu lub wpisywać w nowy roku tych samych treści.
Lubię czasami zapisywać podobne pomysły na swojej tablicy Pinterest.
Czy ktoś z Was ma coś takiego? Bardzo się przydaje...

Ale to ułatwienie jest tylko pretekstem do rozważań na tematy imprezowe.
Każdy z nas obchodzi inne okazje, są też tacy, którzy nie celebrują świąt, urodzin, rocznic.
Czasem składamy komuś życzenia, a słyszymy odpowiedź - ale ja nie obchodzę...
Bywa, że składam komuś znajomemu lub bliskiemu życzenia telefonicznie, a słyszę - ale ja nie wyprawiam - przecież nie dzwonię po to, by wprosić się na kawę, wystarczy podziękować, prawda?

Inna sprawa to liczba gości przy stole. Na szczęście odchodzi się od hucznych imprez do późnych godzin nocnych, bo w blokach zwłaszcza, jest to dla innych bardzo uciążliwe.
Sama pamiętam rodzinne imieniny, gdy przy stole zasiadało do 20 osób, ciasnota, duchota, dym z papierosów (takie były czasy), a po kilku drinkach śpiewy biesiadne.

W ogóle częściej sie ludzie spotykali towarzysko w domach, czasem bez uprzedniego zapraszania, bo nawet telefon był nie w każdym domu.
Dziś tę funkcję przejęły lokale gastronomiczne, jeśli kogoś stać lub zapraszamy gości w bardziej kameralnym składzie.
Mniej osób to mniej przygotowań i lepsza okazja do rozmów. Bywa, że gramy w gry planszowe, a śmiechu jest wtedy co niemiara.
Sama tak robię, bo nie mam już sił, żeby sprostać przyjmowaniu dużej liczby gości, bo to i zakupy, gotowanie, dekoracje i zadbanie o dobry nastrój każdego. Z doświadczenia wiem, że porozmawiać każdy z każdym nie da rady, jedynie wszyscy przekrzykują się przez stół.


W tym wypadku lepsze są imprezy ogrodowe przy grillu i składkowe... każdy może przynieść to , co najbardziej lubi i posmakować specjałów innych gości.
Spotykamy się także powakacyjnie, by obejrzeć zdjęcia z wypraw w różne strony, a ostatnio, aby pobyć rodzinnie, ale nie napracować się w kuchni wybieramy imprezy plenerowe, na przykład wspólny wypad z bliskimi na festyn w skansenie.
Tam można urządzić własny piknik na trawie lub popróbować lokalnych przysmaków przygotowanych przez panie z kół gospodyń wiejskich.
Jak to mówią, każda okazja jest dobra by pobyć z bliskimi lub przyjaciółmi, wystarczy znaleźć sposób, by nie urobić się po łokcie, a wszyscy, łącznie z gospodarzami mogli miło spędzić czas.

piątek, 31 maja 2019

Smutne oczy

Bartek jest mały i drobny jak na swój wiek.
Wychowawczyni narzeka, że nie uważa na lekcjach, bywa agresywny wobec kolegów, czasami odmawia wykonania zadania.
Chłopiec lubi zajęcia dodatkowe.
Jego pani pomaga mu w matematyce, pani psycholog zawsze podsuwa jakieś fajne gry lub rysunki…
Ktokolwiek rozmawia z chłopcem zauważa jego smutne oczy.
Bartek strasznie tęskni.
Za mamą.
Zapytany opowiada:
Tato zabronił widywać się z mamą do wakacji, nawet dzwonić do siebie nie mogą.
Starsza siostra nie tęskni, jest na mamę zła – za picie, za późne wracanie do domu, za awantury. Najstarszy brat, już prawie dorosły, w domu tylko nocuje.
Gdy była komunia Bartka, chłopiec wyglądał mamy pod kościołem lub choćby prezentu od niej, ale siostra powiedziała, że tato nawet mamy nie zawiadomił o uroczystości.
Tato jest uparty, załatwił coś tam w sądzie, żeby mama nie mogła ich odwiedzać.
A Bartek tęskni…

Julita prawie nigdy się nie uśmiecha.
Wchodzi do biblioteki cichutko, siada w kąciku, wybiera z półki książkę i czyta.
Zapytana przez koleżanki czemu nie idzie z nimi na boisko, odpowiada, że tylko tutaj może spokojnie poczytać, bo w domu zawsze ma coś do zrobienia.
Dziewczyna ma troje młodszego rodzeństwa, tato zmarł kilka lat temu.
Mama nie bardzo radzi sobie z gromadką pociech, poza tym ma nowego partnera.
To już chyba trzeci. Gdy spotykała się z poprzednim, urodziła czwarte dziecko.
Część obowiązków spadła na Julitę, rodzeństwo hałaśliwe, dziewczyna nie ma dla siebie ani kąta, ani spokoju.
Przyszła kiedyś pochwalić się nową fryzurą, to był jedyny raz, kiedy uśmiechnęła się szczerze, ale oczy pozostały nadal smutne...

(*** imiona i niektóre szczegóły zostały zmienione, by nikt nie mógł powiedzieć, że zdradzam czyjeś tajemnice...)

niedziela, 19 sierpnia 2018

Domowe dialogi :-)

Czy nie przychodzi Wam czasem do głowy w czasie oglądania występów kabaretowych, że niektóre sceny to wypisz wymaluj własne realia życia domowego?

W końcu kabareciarze są dobrymi obserwatorami życia i zachowań naszego społeczeństwa.

Jak mawiał klasyk - dobrze pośmiać się z samego siebie, żeby przypadkiem nie pęknąć jak balon w poczuciu własnej doskonałości i nieomylności.

Takie oto dialogi zapisałam kiedyś, może podzielicie sie swoimi w komentarzach.

@ - Kochanie zrobisz herbatę?
- A to już czas na kolację?

@ - Co dziś na obiad?
- Pyszna lekka zupka...
- Ale ja głodny jestem, a nie spragniony!

@ - Synku, będzie ciepła kolacja..
- Ale my się odchudzamy!
- Dobra, to oprócz żeberek zrobię sałatkę.
- Żeberka? A to spoko, na pewno chude kupiłaś...

@ - Halo, no słucham!
- Halo, halo, no co tam...
- Tato, załóż aparat, bo mnie nie słyszysz!
- Halo, idę po aparat, bo nic nie słyszę!

@ -Patrzysz w tę lodówkę i patrzysz, zamykaj drzwi!
- Robię sobie apetyt na śniadanie...

@ - Co ty tak ciągle pierzesz, czy my tyle brudzimy?
- Nie, wyciągam z szafy czyste i piorę, bo lubię wieszać...

niedziela, 29 kwietnia 2018

Szóste dziecko, czwarty telewizor...

Państwo X mają pięcioro dzieci, każde z lekkim upośledzeniem umysłowym.
Raz już stracili część praw rodzicielskich, bo zaglądali do kieliszka, a do pracy żadne z rodziców nie miało zapału.
Cała piątka ich pociech trafiła do domu dziecka, oni sami obiecali poprawę.
Sytuacja polepszyła się, dostali 2,5 tysiąca na dzieci, ale okazja do picia powróciła, wszak znów było za co kupić. Dzieci ponownie wylądowały w bidulu. Państwo X poszli na odwyk, bardzo chcieli znów odzyskać dzieci (albo raczej 500+), starali się o nowe mieszkanie od miasta.

Po ustabilizowaniu sytuacji dzieci im oddano, pan X nawet założył jednoosobową firmę usługową (chociaz o założeniu teczki na dokumenty już nie pomyślał). Dostali mieszkanie socjalne, kupili meble i czwarty telewizor, bo trzy poprzednie dzieci zniszczyły w trakcie zabawy( taka jest oficjalna wersja). Pech chciał, że pan X zawiesił nowy odbiornik na ścianie i chyba zrobił to niefachowo, bo telewizor spadł i rozbił się.

Pani X , mając prawo jazdy zakupiła stare auto za tysiąc złotych, chociaż nie jeździła od 16 lat.
A że do baku trza od czasu do czasu coś wlać? Ubezpieczenie i inne takie - kto by myślał o takich rzeczach, z dziećmi dość roboty i szóste w drodze. Ale auto jest i stoi na podwórku.
Panu X znudziła się firma , zalega z ZUSem za kilka miesięcy, w domu dość roboty, żonie trzeba pomóc.

Dzieci dostają w szkole śniadanie i obiad, podręczniki, w świetlicy socjoterapeutycznej podwieczorek i pomoc w odrabianiu lekcji.
Rodzinie przydzielono asystenta, by pilnował wydatkowanie 500+ bo zawistni sąsiedzi donieśli, że państwo X wrócili do złych nawyków.
Wkrótce państwo X otrzymywać będą 3 tysiące na dzieci, dodatkowo 1500zł dostaną na wyprawkę dla dzieci w wieku szkolnym.

Nie sądzę by pan X wznowił działalność usługową, w końcu szóste dziecko w drodze...

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to pani X otrzyma emeryturę za "wychowanie"gromadki dzieci, takie są plany naszego rządu.

piątek, 6 kwietnia 2018

Wyrodna matka?

Skończyłam niedawno książkę Eleny Ferrante CÓRKA i choć jest to pozycja bardzo zachwalana, jakoś nie wzbudziła we mnie zachwytu na tyle, by chcieć sięgnąć po inne książki tej autorki.
Dlaczego więc o niej wspominam?
Z powodu problemu poruszanego w tej książce.

Bohaterka, mając dorosłe już córki wspomina epizod ze swego życia, kiedy to "porzuciła" na trzy lata swoje dzieci, zostawiając je z ojcem i zniknęła, by realizować się jako kobieta, naukowiec, człowiek po prostu. By przekonać się czy oprócz bycia matką i żoną potrafi w życiu jeszcze czegoś dokonać.
Córki miały wtedy kilka lat, a mąż wpadł w panikę, bo dziewczynki były bardzo małe i sam także robił karierę.

Ciekawe, że gdy w podobny sposób postąpi mężczyzna nikt się temu nie dziwi, bo taka jest kolej rzeczy, to kobieta poświęca wszystko dla ratowania ogniska domowego i wspierania męża.
Gdy ojciec zostaje sam z dziećmi to wychwalany jest pod niebiosa, że tak sobie świetnie poradził, a przecież sami nazywamy siebie RODZICAMI, więc udział w rodzicielstwie i odpowiedzialność powinny być jednakowe lub przynajmniej podzielone za porozumieniem stron.

Czy nie zdarzyło się Wam nigdy, moje drogie panie, że chciałyście rzucić wszystko, wsiąść do pociągu byle jakiego i posmakować wolności przynajmniej od macierzyństwa?
Nie chodzi tu o depresję poporodową, ale o zwyczajne zmęczenie materiału, gdy jest się zawsze do dyspozycji o każdej porze i na każdą okoliczność?

Macierzyństwo to piękna sprawa, sama tego nie wiedziałam, póki nie zostałam matką, ale być może nie miałam piątki dzieci tylko dlatego, że nie chciałam być TYLKO matką, a oddanie siebie bez reszty gromadce dzieci wykraczało poza moje możliwości. To wiedziałam już po urodzeniu jedynaka.
I nie o ciąże czy porody tu chodzi. Moja koleżanka, której mama urodziła piątkę dzieci mawiała, że dla jej mamy najtrudniej było wysłuchać i zaspokoić potrzeby całej gromadki, ubrać i nakarmić to nie wszystko.

Podziwiam rodziny wielodzietne, które emanują ciepłem , a rodzice potrafią pogodzić pracę z wychowaniem, wpajają określone wartości i zawsze są pogodni...ale czy naprawdę ZAWSZE i czy kosztem sprawiedliwego podziału ról?

Obserwuję kobiety, które w pielęgnowaniu ogniska domowego znalazły cel życia ,ale zastanawiam się, czy nigdy nie chciały wakacji od macierzyństwa...

wtorek, 24 października 2017

Czarna owca...

Znacie pewnie popularne określenie, które odnosi się do takiego członka rodziny, społeczności, grupy, który postępuje lub ubiera się inaczej niż wszyscy i ma ta odmienność wymiar raczej negatywny.

Bo przecież w stadzie wszystkie owce białe, nie odróżnisz jednej od drugiej, a tu ta jedyna taka nietypowa, czarna, rzuca się w oczy i niektórzy palcami wytykają, dziwią się, że taki odmieniec się trafił, do nikogo niepodobny, a nawet ekscentryk wielki w wyglądzie lub postępowaniu. W każdej niemal rodzinie taka czarna owca się trafia.
Pracowała kiedyś u nas siostra zakonna, niezwykle charyzmatyczna i dusza człowiek, która mawiała o swoim bracie jako o tej czarnej owcy, bo wszyscy w rodzinie religijni, ona sama przywdziała habit, a braciszek ateista, ale kochała go bardzo i zawsze mieli temat do rozmowy.

Zdarza się, że członkowie rodziny słyną z muzykalności i zamiłowania do sztuki, a jeden z krewnych - jakby mu słoń na ucho nadepnął, ani do grania, ani do tańca, nawet dziwi się, że można chcieć po muzeach latać, skoro w książkach pełno obrazków...
Spotkałam się też kiedyś z przypadkiem, gdy wszyscy w rodzinie studia pokończyli, a jeden z braci prostym robotnikiem wolał być i na zawodówce skończył naukę szkolną, co nie znaczy, że w sensie obycia i oczytania jakimś burakiem był...

Wyliczać można długo, nawet na kartce wypisałam sobie różne znane przypadki (wszyscy rozsądni i spokojni, a jedna osoba w rodzinie szalona w realizacji pomysłów wszelakich; w rodzinie kucharzy i miłośników jedzenia jeden niejadek i przeciwnik stania przy piecu godzinami...) ale nie będę Was zanudzać i rozwijać notki w nieskończoność.

Ciekawe natomiast, czy bywa to kwestia genów z dalekiej gałęzi rodzinnych koligacji czy skłonność do życia pod prąd czy inna przyczyna, być może już zbadana przez fachowców?

niedziela, 27 listopada 2016

Dobre serce...

Braci było dwóch, a tak różnych, jak tylko bracia mogą sie różnić i właściwie nie o wygląd chodzi, ile raczej o charaktery i podejście do życia.
Starszy ożenił się i miał dzieci, młodszy został z matką, którą zaopiekował się na stare lata. Mieszkali w małym miasteczku, w starej kamienicy z piecami na węgiel, więc pomoc syna przydawała sie starszej pani, nawet gdy była jeszcze sprawna i samodzielna.
Młodszy syn był bardzo pracowity, dojeżdżał codziennie do pracy do dużego miasta, żyli z matką skromnie, więc na wszystko starczało. Matka ze skromnej emerytury pomagała starszemu synowi i wnukom.
Starszy syn miał skłonności do popadania w tarapaty, bo jak mówił rodzina kosztuje, a robota się go nie trzymała... Kiedyś poprosił młodszego o podżyrowanie pożyczki, pieniądze GDZIEŚ sie rozeszły, pracy nie było, więc pożyczkę spłacał młodszy brat. Niektóre problemy bracia zresztą ukrywali przed matką, żeby jej nie martwić.
Po pewnym czasie w ślady ojca poszedł jeden z synów starszego brata, więc były już dwie rodziny oczekujące pomocy. Każde dodatkowe pieniądze i premie świąteczne szły na pomoc dla rodziny.
Gdy zmarła matka obu braci i babcia wnukom, ani starszy brat, ani jego dzieci nie mieli już powodów aby krępować się prosić o pomoc. Przez pewien czas nawet młodszy brat gościł bratanka z rodziną, żywił ich i opierał, organizował potrzebną odzież i drobiazgi dla dzieci.
Na szczęście bratanek z żoną wyprowadzili się do dużego miasta i wydawało się, że młodszy z braci odbije sie od dna. Marzył o kupnie nowego samochodu, bo stary się sypał, a codziennie trzeba dojeżdżać do pracy.
Odwlekał jednak kupno nowego auta, jakby przeczuwał, że znów pojawią się kłopoty. Jakby zgadł. Nie dość, że starszy brat od jakiegoś czasu miał odcięty prąd, bo nie płacił rachunków, to jeszcze , po odrzuceniu kolejnych ofert z urzędu pracy, eksmitowano go z mieszkania.
Dzieci odmówiły przyjęcia ojca do siebie, nad bezdomnym i jego żoną ulitował się znowu młodszy brat. Idzie zima, święta za pasem, więc rodziną trzeba sie zająć. Może na wiosnę, gdy poszukają pracy...
Wszyscy wiedzą przecież, że na młodszego z braci zawsze można liczyć, bo on ma takie DOBRE SERCE...

wtorek, 9 sierpnia 2016

Trzy pokolenia przy stole...

Uczestniczyłam ostatnio w spotkaniu rodzinnym. Zebrały się trzy pokolenia biesiadników 20+ , 50+ , 70+.
Wszyscy w dobrych humorach i odświętnie ubrani, bo to okrągłe urodziny gospodarzy.
Goście zjechali z wakacyjnych wojaży z Czech, Portugalii, Chin i z różnych miejsc w Polsce. Nie wszyscy wcześniej się znali, niektórzy tylko z opowieści lub wirtualnie. Wielopokoleniowe spotkania przy stole bywają problematyczne z racji różnic wiekowych, światopoglądowych, różnych temperamentów i zainteresowań. Niektórzy twierdzą, że wystarczy unikać tematów polityka i religia, a można bez większych zgrzytów przetrwać każdy spęd rodzinny. Sama nie lubię bardzo długich spotkań przy stole, wolę się ruszać, spacerować, grać w coś, oglądać...
Do czego zmierzam? Budujące dla mnie było to, że impreza trwała w miłej atmosferze kilka dobrych godzin, wszyscy rozmawiali ze wszystkimi, nikt się nie nudził, nawet młodzież (żadnych telefonów, wychodzenia na fajki - bo młodzież niepaląca), czasami zmienialiśmy miejsce lub ktoś wychodził do toalety. Zmiana nakryć następowała błyskawicznie, bo każdy chciał pomagać. Opowieściom nie było końca, pstrykano fotki, wybuchano śmiechem. Czasami towarzystwo dzieliło się na sekcje: seniorzy 70+ rozprawiali miedzy sobą o chorobach, uprawach działkowych, namiarach na lekarzy i leki; seniorzy 50+ wspominali kolejne urodziny swoich dzieci, osoby, których zabrakło przy stole, wymieniali się pomysłami remontowo-urlopowymi.
Najmłodsi uczestnicy rozmawiali o koncertach, pracy, studiach, samochodach. Tematem wspólnym niezależnie od wieku był sport. Ileż emocji wywołał start na olimpiadzie Rafała Majki. Gdyby nasza energia sprzed telewizora mogła pomóc, to Majka na pewno miałby złoty medal!
Potrawy były międzynarodowe, ze składników przywożonych z podróży, ciasto pyszne i całkiem swojskie
Jeśli bawił sie ktoś telefonem, to raczej seniorzy 70+, bo babcie robiły zdjęcia wnukom lub sprawdzały rozkład jazdy MPK. Pożegnaniom w przedpokoju nie było końca, teraz już wszyscy sie poznali , więc tym bardziej serdecznie żegnali.
Chociaż wracaliśmy w strugach deszczu nastrój utrzymał sie do późnych godzin nocnych i od soboty utrzymuje sie do dziś.
Ciepło robi się na sercu, gdy najmłodsze pokolenie jest na tyle dojrzałe, że docenia towarzystwo rodziców i dziadków i wszyscy możemy dobrze czuć się we własnym rodzinnym towarzystwie.
Nie jest więc chyba tak źle z tą naszą młodzieżą, na którą tak ciągle sie narzeka, bo okazało się, że oprócz ganiania po ulicach Pokemonów oraz imprezowania młodzi ludzie są głodni wiedzy o świecie i mają dużo ciekawego do powiedzenia.

poniedziałek, 30 maja 2016

Jej wybór...


Znam JĄ od zawsze, ale właściwie nie poznałam dobrze. Jest starsza ode mnie na tyle, że nigdy nie byłyśmy blisko i widujemy się rzadko.
Żyjemy w dwóch różnych światach, inne mamy zainteresowania i potrzeby, inny model rodziny. Gdy ja byłam jeszcze studentką ONA miała już dwoje dzieci, przerwała pracę zawodową, by wychować córeczki, a gdy przyszedł czas powrotu do pracy zaszła w trzecia ciążę.
Skończyła zawodówkę, po szkole pracowała krótko, bo wcześnie wyszła za mąż i pojawiły się dzieci. Odwiedzałam JĄ rzadko, bo nie bardzo miałyśmy o czym o rozmawiać, chociaż jesteśmy kuzynkami. Jakieś zdawkowe informacje o rodzinie, kto umarł, kto się ożenił, kto się przeprowadził. Zawsze w trakcie rozmowy właściwie nigdy nie usiadła, zrobiła kawę, ale tylko dla mnie, a sama , jakby ze ścierką przyrośniętą do dłoni, z uporem maniaczki wycierała blaty, przestawiała, domykała szafki (siadałam chętnie w kuchni, tak jak u jej mamy, to było serce domu)
Mówię kiedyś:
- Usiądź wreszcie choć na chwilę, bo mnie denerwuje to twoje latanie od zlewu do okna i z powrotem.
- Nie siadam, gary do mycia, budyń muszę nastawić, bo dziewczyny ze szkoły wrócą, a w wannie skarpety do prania czekają (obie młodsze córki trenowały sport, starsza studiowała medycynę)
- Budyniu nie musisz robić, a skarpety już mogą prać same albo do pralki wrzuć!
- Pralka białych nie dopierze… a jeszcze placek muszę zrobić, bo najstarsza imieniny ma, to siostry jej zawiozą , tak dużo się uczy…


Gdy zdarzało się, że siadłyśmy w pokoju, to zasypiała ze zmęczenia w fotelu. Takie było JEJ życie. Jedyne wyjścia towarzyskie to uroczystości rodzinne i msza w niedzielę, jedyne wyjazdy to zamiejscowe pogrzeby w bliskiej okolicy i raz czy dwa do córki na studia.
Jej mąż miał działkę, z której przywoził owoce i warzywa, które ONA z kolei przetwarzała w strasznych ilościach, na słoiki, butelki i weka wykupili nawet dwie piwnice.
Nigdy nie widziałam, żeby coś czytała, oglądała, co najwyżej cerowała...
Gdy córki były już duże wróciła na chwilę do pracy, bo mąż zaczął chorować i musiała pomóc podreperować domowy budżet. W pewnym okresie pojawiła się szansa odejścia na rentę, bo nogi i kręgosłup bardzo JEJ dokuczały, ale jakoś o leczeniu nie pomyślała, chociaż córka skończyła już medycynę i robiła specjalizację.
Skorzystała z przejścia na rentę, ale te wkrótce cofnięto, a na jej miejsce w pracy przyjęto kogoś innego. Do emerytury było daleko, więc musiała wrócić do pracy. Po wielu staraniach coś tam znalazła, ale za małe pieniądze i zajęcie obciążające dla jej chorób.
Córki wykształciły się, rozjechały po świecie, jedna po nieudanym związku wróciła do rodziców z wnukiem, którym ONA oczywiście sie opiekowała, bo mama dziecka uzupełniała kwalifikacje...
Ilekroć spotkałyśmy się w sklepie czy na ulicy potrafiła tylko narzekać na zmęczenie, swoje dolegliwości, z czasem doszedł temat wnuka.
Niedawno spotkałam JĄ na ulicy, pochwaliła się, że bluzkę od córki dostała i że mąż z córką i wnukami pojechali na wycieczkę.
- A ty? – spytałam
- A ja przy garach…
- Czemu nie pojechałaś, obiad mogliście zjeść po drodze…
- E.. . ja tam łazić nie lubię, a oni będą zwiedzać, trochę odpocznę od hałasu…
Smutno mi się zrobiło i tak się zastanawiam, czy do takich wyborów zmusiło JĄ życie, czy za wcześnie te wszystkie obowiązki na nią spadły i nie starczyło sił na nic innego, czy po prostu nie ma wielkich wymagań wobec świata i ludzi w ogóle…

sobota, 2 kwietnia 2016

To wcale nie jest śmieszne czyli 500 +

Wielu rodziców ucieszy się z programu 500+ i dla wielu będzie to istotna pomoc, dobrze wydana. Nie chcę tutaj odnosić się do samego programu, bo nie jestem ekonomistą i dziecko mam już dorosłe.
Po drugie , jeśli pieniądze się należą, to rodziców sprawa, na co je wydadzą. Od wielu osób jednak wiem, że program ten nie zmotywuje aż tak wielu rodzin do powiększenia stanu dzietności, na ile liczy rząd.
Tym razem chcę opowiedzieć anegdotę napisaną przez życie, choć tak naprawdę historia ta anegdotą chyba nie jest...
Chłopiec lat 8 obserwowany przez wychowawcę zostaje skierowany do psychologa na rozmowę, bo dzieją się z nim dziwne rzeczy. W gabinecie Maciek nie bardzo chce powiedzieć czemu zmienił zachowanie na gorsze i nie ma zadań domowych. Gdy w końcu otwiera się mówi, że źle sypia, bo rodzice ciągle się kłócą. Dodam, że Maciek jest czwartym dzieckiem, przy czym dwoje pierwszych jest dorosłych, a siostra chłopca czasowo przebywała w domu dziecka, bo rodzice pili i zaniedbywali ją. Chłopiec zapytany o co kłócą się rodzice, odpowiedział, że o program 500+
Ale dlaczego, przecież dostaną dużo pieniędzy? No właśnie! I kłócą się, kto ma położyć na nich łapę, mama czy tata!
Prawda, że wcale nie śmieszne?

środa, 27 stycznia 2016

Tradycyjne wartości?

Oglądamy sobie z mężem wiadomości w Tv i przecieramy uszy...w zdumienie wprowadza nas informacja o zdjęciu z emisji spotu o segregacji śmieci Ministerstwa Ochrony Środowiska. Właściwie nie samo zdjęcie z emisji, ile argumentacja wiceministra, bo najpierw myślałam, że chodzi o jakieś błędy merytoryczne , przecież chyba nie o wysoki koszt realizacji, skoro kasa już wydana. Okazało się, że drugie dno tkwi w osobach występujących w spocie. Najpierw myślę, co jest nie tak, kurczę? Za grubi, źle ubrani, za czyści? Nie, pan wiceminister objaśnił widzów na konferencji prasowej, że w wymienionym spocie, a właściwie we dwóch (bo był też drugi, świąteczny) ulokowano GENDER, a było to lokowanie miękkie. Gdzie ten gender? Pan z ministerstwa nie wyjawił wprost, tylko skierował do Internetu, aby sobie wygooglać, kim jest jedna z osób występujących w spocie. Okazuje się, że chodzi o zdeklarowanego geja, a tak w ogóle teatrologa i krytyka kulinarnego. Ale jak to wpływa (jego homoseksualizm znaczy) na segregację śmieci?
Mój mąż najpierw zrozumiał, że chodzi o dwóch facetów ( a właściwie trzech, bo jeszcze chłopiec) w kuchni przy pieczeniu ciastek i stąd ten miękki gender, więc krzyknął: to jak nazwać to, że Ty siedzisz z laptopem w fotelu, a ja obiad robię? Nie wiem, kochanie, może to już twardy gender?
Oburzenie pewnych środowisk na galopujący gender bardzo jest dziwne, powołują się zresztą na tradycyjne wartości, ale które? Bo jeżeli męskie gotowanie to jest gender, jak zaklasyfikować faceta pilnującego mięcha na grillu? Nie mówiąc o tym, że najsłynniejsi kucharze to mężczyźni.
W tym temacie przychodzą mi do głowy takie oto pytania:
1. czy noszenie przeze mnie spodni, a długich włosów przez mężczyzn to gender?
2. czy urlop tacierzyński, z którego korzysta wielu ojców, to gender?
3. czy gender to mycie przez faceta podłogi, a szorowanie samochodu to już nie gender?
4. czy remontowanie mieszkania przez kobietę, bo jej mąż narzędzi się nawet nie tyka, ale woli zrobić zakupy to też gender?
Ktoś dowcipnie zauważył, że gender rozpoczął się już w epoce haseł DZIEWCZYNY NA TRAKTORY... ale wydaje mi się, że zaczęło się to już dużo wcześniej, na przykład w średniowieczu, gdy kobiety w męskim przebraniu próbowały zdobyć wykształcenie, choć mężczyznom wolno było występować w rolach kobiecych na scenie...być moze jeszcze wcześniej? A nasza Maria Skłodowska? Gdyby pozostała wierna tradycyjnym wartościom, nie dostałaby nagród Nobla.
W radiu reklamowano jakieś pismo "dla kobiet ceniących tradycyjne wartości", więc ja się pytam, jakie to są te tradycyjne wartości? Pewnie dla każdego inne...

środa, 11 listopada 2015

Wirtualni rodzice

Z cyklu: podsłuchane między regałami...
Wirtualni rodzice i eurosieroty to typowy obrazek z życia wielu rodzin. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że eurosieroty to dzieci, których rodzice wyjechali "za chlebem" za granice Polski, pojedynczo lub parami, zostawiając dzieci pod opieką innych dorosłych. Ale wyjazdy za pracą dotyczą także terytorium kraju, gdy jeden z rodziców pracuje w innej miejscowości lub jest stale w rozjazdach, a pociechy wychowuje dorywczo lub ogranicza się do rozpieszczania i obdarowywania prezentami. Sporadyczny kontakt dzieci z jednym z rodziców dotyczy także rodzin rozbitych i odbywa się często poprzez Internet.
Czasami jestem mimowolnym świadkiem rozmów dziecięcych na podobne tematy i niektórymi zapamiętanymi przykładami podzielę się z czytelnikami:
Wojtek - rodzice w trakcie rozwodu, ale ojciec wyjechał, zostawiając chłopca z mamą. Czy ma kontakt z tatą? Tak, sprawdza na FB, jakie zdjęcia tatuś zamieszcza i co porabia. A co będzie, gdy tatuś zamieści fotki z jakiejś alkoholowej imprezy w towarzystwie obcych pań, niekompletnie ubranych?
Kasia, Basia, Klaudia - bliźniaczki i starsza siostra, wychowywane przez babcię, bo mama pracuje w innym mieście, a o tacie słuch zaginął. Dziewczynki rozmawiają z mamą tylko telefonicznie i niezbyt długo. Mama czasami wpada do domu, ale tylko na jedno popołudnie, bo opiekuje się starszą panią i nie może przyjechać do córek na cały weekend, bo podopieczna tęskni i każe mamie szybko wracać. Dziewczynki do mamy jechać nie mogą, bo nie miałyby tam u mamy gdzie spać, a babcia jest zbyt chora żeby je zawieźć do mamy.
Julia - tata wyjechał do Anglii, mieszka w wynajętym pokoju z innymi Polakami, rozmawia z córką na skypie. Julka, gdy zatęskni, włącza sobie Google Earth i okiem satelity wypatruje czy w okolicy, gdzie mieszka i pracuje tato nie ujrzy znajomej sylwetki lub choćby popatrzy na miejsca, w których jej tato mógłby się pojawić.
Natalia - mama wyjechała do Włoch, tam poznała nowego partnera, wyszła za mąż i Natalia ma nowego braciszka, ale widziała go tylko na zdjęciu, bo partner mamy nie pozwala Natalii przyjechać do mamy. Dziewczynka mieszka raz u babci, raz u cioci, a z mamą rozmawia przez skypa gdy partnera mamy nie ma w domu. Natalia łudzi się nadzieją, że gdy skończy szkołę i nauczy się języka to mama zabierze ją do siebie, do Włoch.
Tomek - ma kilkoro rodzeństwa, każde z dzieci ma innego tatę i Tomek właściwie nie pamięta, który z panów obecnych w jego życiu był prawdziwym tatą. Ostatniego partnera mama przegnała, ale Tomek bardzo go lubił i tęskni, bo pomagał w odrabianiu lekcji. Tomek marzy o własnym telefonie, bo wtedy mógłby chociaż pogadać z tatą przez telefon.
Marcela - mieszka z siostrą u babci, mama wyjechała do Niemiec, tam pracuje w restauracji, ma nową rodzinę, męża- przystojnego Włocha, właściciela restauracji i syna. Dziewczynki odwiedziły kiedyś mamę i widziały się z bratem, ale nie mogą zostać na stałe, rozmawiają z mamą przez Internet, ale rzadko, bo gdy mama wraca z pracy, one już śpią...
Natan - tato chłopca przeważnie jest w rozjazdach, a gdy wraca kłóci się z mamą i bierze się za wychowanie syna, albo przy użyciu pasa, albo drogich prezentów, zależy w jakim wróci humorze.
Przykłady można mnożyć i jak łatwo się domyślić takie dzieci miewają problemy emocjonalne, bywają agresywne, zaczynają mieć problemy z nauką, zamykają się w sobie lub szukają kontaktów, które sprowadzają je na manowce....

niedziela, 9 sierpnia 2015

W kogo on się wdał?

Dzieci to podobno niezapisana tablica i wszystko co na niej zapiszemy będzie procentowało w przyszłości. Ale obserwując rozwój własnych i cudzych dzieci czasem zadajemy sobie pytania: w kogo oni się wdali, podobny do ojca czy do dziadka, które cechy, matki czy ojca przeważają w naszym dziecku? Pomijam wpływy rówieśników i środowiska oraz panujące mody, bo pewne wartości, które dzieciom wpajamy są stałe, niezależnie od trendów.
Niekiedy podobieństwo uwidacznia się dopiero po latach, gdy dorosłe już dzieci pokazują światu oblicze przypominające łudząco ich rodziców lub dziadków. Słyszymy wtedy: wykapany ojciec, cała babcia Bronia, utalentowany jak dziadek, skąpy jak ojciec chrzestny itp. Fascynujące jest dla mnie to, że odnajduję w moim synu cechy zebrane niejako z kilku osób w rodzinie, nawet z poprzednich pokoleń. Objawienie się niektórych cech u dzieci zaskakuje wręcz rodziców, zwłaszcza gdy są tak odmienne od tych, jakie rodzice sami posiadają.
Nigdy np.nie miałam zamiłowania do gotowania. Oczywiście gotuję, bo muszę, czasem nawiedza mnie wena, aby coś nowego wypróbować, ale gotowanie nie kojarzy mi się z relaksem. Mój syn natomiast rzadko stołuje się w lokalach, choć jako student ma zniżkę. Najczęściej gotuje sobie sam i w dodatku twierdzi, że go to odstresowuje. Lubi nowinki, poszukuje nowych smaków, przysyła mi zdjęcia ugotowanych potraw.

Zainteresowania ekonomiczno-informatyczne czyli trochę po ojcu, trochę po babci, lubi literaturę fantasy i thrillery( jak ojciec w młodości), a filmy działające na emocje(jak ja). Gdy musi jest bardzo oszczędny, po jednym dziadku, ale czasami żyje pełną piersią, to po drugim dziadku.
Ale najbardziej zaskakuje mnie zawsze to, że ziarna nie padały na jałowy grunt czyli widzę w nim cechy, które starałam się w nim od małego pielęgnować i zdawało mi się, że grochem o ścianę, a tu słyszę od innych, że dało to efekty i mogę spać spokojnie.
Czy Wy też przeżywacie czasami takie zaskoczenia? czy zdarza się, że ktoś mówi o Was: masz głos zupełnie jak matka lub widzę u Ciebie gestykulację ojca? Kiedyś usiedli na ławce mój tato, brat i bratanek i wszyscy oniemieli ze zdziwienia, bo wyglądali jak z jednej matrycy, chociaż gdy funkcjonowali osobno, nie rzucało się to w oczy.